Rok szkolny 2015/16
[-]

IDĄ PANCRY NA WUJEK


Kopalnia „Wujek” w Katowicach


„Milicja rozpoczęła brutalną walkę z mieszkańcami Katowic, którzy również bronili kopalni. Ludzie, gdy zobaczyli jadące kolumny czołgów, zaczęli stawiać barykady. Na ulice wychodziły kobiety z dziećmi… Nie chciały przepuścić zbliżających się czołgów. To były tragiczne i straszne sceny. Sam chciałem przeskoczyć przez mur i biec na pomoc tym kobietom, które były lane strumieniami wody, obrzucane gazami i bite pałkami przy 16-stopniowym mrozie. Byłem młody, chciałem biec przed siebie, żeby ratować ludzi. Jednak starsi górnicy radzili, aby pozostać wewnątrz kopalni i nie prowokować milicji. Mówili, że tu jesteśmy bezpieczni… Jak pokazywały wcześniejsze wydarzenia z roku 1956 czy lat 70. strzały padały zawsze na ulicach. Na terenie zakładu pracy nigdy wcześniej ani wojsko, ani bezpieka, ani ZOMO nie strzelało.”


(relacja Krzysztofa Pluszczyka)



„Usłyszałem strzały, krótkie serie. Wpierw wydawało mi się, że to strzały ślepakami, bo nie zauważyłem, żeby ktoś padł. Gdy chmura gazu opadła, zauważyłem leżącego człowieka. Kiedy wyskoczyłem z tego winkla do leżącego, nawet nie wiem, kto to był, najpierw dostałem petardą, a pochylając się nad nim, poczułem lekkie szarpnięcie. Nie spodziewałem się, że to może być pocisk. Momentalnie odskoczyłem za róg, a w tym momencie tego naszego kolegę zabrano i wyniesiono. Stanąłem za murem i zobaczyłem ściekającą z ręki krew. Wtedy sobie uzmysłowiłem i powiedziałem głośno: "Oni strzelają ostrą amunicją."


(relacja Stanisława Płatka)



W katowickiej kopalni „Wujek” o wydarzeniach z 16 grudnia 1981 opowiadał nam p.Krzysztof Pluszczyk – wówczas 21 letni uczestnik pamiętnego strajku, podczas którego specjalny pluton Zmotoryzowanych Odwodów Milicji Obywatelskiej zastrzelił dziewięciu górników.


 

KAWAŁ DOBREJ ROBOTY


Wieża spadochronowa w Katowicach


„Do walki wmieszały się strzały z wieży spadochronowej. To trzy druhny uprosiły Stacha, by mogły wziąć udział w odwecie za koleżankę. Napastnicy nie wytrzymali ognia. Czołgając się i ostrzeliwując, wycofali się pośpiesznie. Na przedpolu zostało kilkunastu zabitych i rannych.


- Odparci! Odparci! – wstrząsnęło załogą wieży. (...)


W tej chwili gdzieś od Ochojca czy od murckowskich lasów nagły huk targnął powietrzem ... za hukiem ostry świst – śmignęło coś w pobliżu – a wtedy straszliwy trzask! ...


To pocisk artyleryjski rozbił w drzazgi drewnianą wieżę obserwacyjną.


Na wieży spadochronowej zrozumiano, co to znaczy. Stach kazał druhnom natychmiast zejść na dół. Nie usłuchała żadna.(...)


Ładowali i strzelali i druhowie, i druhny. Ogniem zaporowym narzucili wrogowi, że tej niedzieli do miasta wejść mu nie wolno.


Wreszcie padły na wieżę spadochronową przeciwpancerne pociski wymierzone ręką niemieckiego generała i rozbiły żelazną platformę.”


(Kazimierz Gołba „Wieża spadochronowa:harcerze śląscy we wrześniu 1939”)



„Spójrz no tam, czy to nie wieża dla skoczków spadochronowych? To stamtąd przecież strzelano. Co prawda pociski przechodzą nad nami, świszczą koło uszu podoficerowi obserwacyjnemu i lecą dalej na prawo, gdzie w odległości około 1 km przechodzi nasza piechota. Nasz generał wraz ze swoim sztabem stoi wśród nas. Jedno działo stało oparte o skarpę, na drodze mocno wcinającej się. „Dalej działo na skarpę, km kieruje ogień na wieżę spadochronową”. Skarpa była wysoka na około 2,5 metra i bardzo stroma. Wszyscy którzy stali wokoło, pomagali. Wreszcie działo stanęło na górze. Już pierwszy strzał był prawidłowy, co do kierunku i odległości. Po kilku strzałach – obsługa strzelała w zupełnej ciszy – z wieży odpadł jakiś fragment. Ogień km-u ustał. „Chłopcy” powiedział ktoś za nami, mógł to być generał albo jego adiutant, „to był kawał dobrej roboty”.


(z relacji porucznika Tresta, dowódcy 1. kompanii 239. oddziału przeciwpancernego)



Pod wieżą spadochronową w katowickim Parku Kościuszki (a właściwie jej powojenną, pomniejszoną repliką) analizowaliśmy, czy rozsławiona przez Kazimierza Gołbę obrona polskich harcerzy to fakt czy legenda. Naszym zdaniem fakt, ale... Gdyby wieża mogła przemówić...






NOCNY KOPIEC


Kopiec Wyzwolenia w Piekarach Śląskich


„Z okazji przypadającej w 1883 roku dwusetnej rocznicy odsieczy wiedeńskiej kopiec chciał budować Wawrzyniec Hajda - niewidomy górnik i gorący polski patriota przezwany śląskim Wernyhorą. Pretekstem był krótki pobyt króla Jana III Sobieskiego w Piekarach. Nic z tego nie wyszło, bo na budowę nie zgodziły się władze niemieckie, ale do pomysłu wrócono, gdy Piekary wraz z częścią Śląska znalazły się w granicach niepodległej Polski. W sierpniu 1930 roku usypanie kopca zaproponował Stanisław Mastalerz, jeden z ważniejszych dowódców niedawno zakończonych powstań. Chociaż jednak tym razem nikt nie stwarzał politycznych przeszkód, minęły następne dwa lata, zanim tę ideę podchwycili inni. Gdy zaś się okazało, że kopca nie uda się usypać na przypadającą w 1933 roku 250. rocznicę wyprawy króla Sobieskiego, uradzono, że kopiec upamiętni wyzwolenie Śląska spod panowania niemieckiego. I tak go właśnie nazwano - Kopcem Wyzwolenia.


Przed rozpoczęciem prac trzeba było wykupić grunt. Wybrano tzw. Kocie Górki, teren w pobliżu granicy z należącym wtedy do Niemiec Bytomiem (Hajda chciał sypać kopiec gdzie indziej, tuż za kalwaryjskim wzgórzem, blisko bazyliki). Niestety, okazało się, że właściciel tej działki, hrabia Henckel von Donnersmarck, gdy się zorientował w tych planach, wcale nie kwapił się do sprzedaży. Może chciał tylko podbić cenę, a może jako Niemcowi nie spodobała mu się ta idea, koniec końców stanęło na tym, że za niewielką działkę Polacy musieli zapłacić astronomiczną na owe czasy kwotę - 12 tys. zł. Jeśli Donnersmarck liczył, że cena przestraszy pomysłodawców kopca, czekał go zawód - w krótkim czasie z dobrowolnych składek udało się zebrać całą kwotę i można było przystąpić do budowy.


- Moja babcia z Brzezin też tu przychodziła. Za każdym razem symbolicznie brała do woreczka trochę ziemi z własnego ogródka, żeby dosypać - opowiada Dariusz Gacek, pasjonat regionalnej historii i prezes Miejskiego Centrum Informacji i Turystyki.”


(z artykułu na eksploratorzy.com.pl)



Czy warto zdobywać piekarski Kopiec Wyzwolenia po ciemku? Warto, ponieważ:

 

  • po pierwsze: tylko wtedy można podziwiać piękne podświetlenie najsłynniejszej świątyni Górnego Śląska, w której znajduje się słynący cudami obraz Matki Bożej Piekarskiej;
  • po drugie: tylko wtedy można liczyć na spotkanie ducha uczestnika jednego z powstań śląskich;
  • po trzecie; tylko wtedy można łatwo przenieść się w wyobraźni w czasie do lat 30. XX wieku, kiedy kopiec sypano;
  • po czwarte: a cóż to za sztuka wchodzić na Kopiec Wyzwolenia, kiedy jest jasno???