+ Pokaż spis treści

Wybór wierszy

Biblioteka
[-]

Wybór wierszy


Rozłączenie


Rozłączeni - lecz jedno o drugim pamięta;

Pomiędzy nami lata biały gołąb smutku

I nosi ciągłe wieści. Wiem, kiedy w ogródku,

Wiem, kiedy płaczesz w cichej komnacie zamknięta;


Wiem, o jakiej godzinie wraca bolu fala,

Wiem, jaka ci rozmowa ludzi łzę wyciska.

Tyś mi widna jak gwiazda, co się tam zapala

I łzę różową leje, i skrą siną błyska.


A choć mi teraz ciebie oczyma nie dostać,

Znając twój dom - i drzewa ogrodu, i kwiaty,

Wiem, gdzie malować myślą twe oczy i postać,

Między jakimi drzewy szukać białej szaty.


Ale ty próżno będziesz krajobrazy tworzyć,

Osrebrzać je księżycem i promienić świtem:

Nie wiesz, że trzeba niebo zwalić i położyć

Pod oknami, i nazwać jeziora błękitem.


Potem jezioro z niebem dzielić na połowę,

W dzień zasłoną gór jasnych, w nocy skał szafirem;

Nie wiesz, jak włosem deszczu skałom wieńczyć głowę,

jak je widzieć w księżycu odkreślone kirem.


Nie wiesz, nad jaką górą wschodzi ta perełka,

Którąm wybrał dla ciebie za gwiazdeczkę-stróża;

Nie wiesz, że gdzieś daleko, aż u gór podnóża,

Za jeziorem - dojrzałem dwa z okien światełka.


Przywykłem do nich, kocham te gwiazdy jeziora,

Ciemne mgłą oddalenia, od gwiazd nieba krwawsze,

Dziś je widzę, widziałem zapalone wczora,

Zawsze mi świecą - smutno i blado - lecz zawsze.


A ty - wiecznie zagasłaś nad biednym tułaczem;

Lecz choć się nigdy, nigdzie połączyć nie mamy,

Zamilkniemy na chwilę i znów się wołamy

jak dwa smutne słowiki, co się wabią płaczem.


Nad jeziorem Leman, d. 20 lipca 1835 r.




Hymn


Smutno mi, Boże! - Dla mnie na zachodzie

Rozlałeś tęczę blasków promienistą;

Przede mną gasisz w lazurowej wodzie

      Gwiazdę ognistą...

Choć mi tak niebo Ty złocisz i morze,

      Smutno mi, Boże!


Jak puste kłosy z podniesioną głową

Stoję rozkoszy próżen i dosytu...

Dla obcych ludzi mam twarz jednakową,

      Ciszę błękitu.

Ale przed Tobą głąb serca otworzę,

      Smutno mi, Boże!


Jako na matki odejście się żali

Mała dziecina, tak ja płaczu bliski,

Patrząc na słońce, co mi rzuca z fali

      Ostatnie błyski. . .

Choć wiem, że jutro błyśnie nowe zorze,

      Smutno mi, Boże!


Dzisiaj, na wielkim morzu obłąkany,

Sto mil od brzegu i sto mil przed brzegiem,

Widziałem lotne w powietrzu bociany

      Długim szeregiem.

Żem je znał kiedyś na polskim ugorze,

      Smutno mi, Boże!


Żem często dumał nad mogiłą ludzi,

Żem prawie nie znał rodzinnego domu,

Żem był jak pielgrzym, co się w drodze trudzi

      Przy blaskach gromu,

Że nie wiem, gdzie się w mogiłę położę,

      Smutno mi, Boże!


Ty będziesz widział moje białe kości

W straż nie oddane kolumnowym czołom;

Alem jest jako człowiek, co zazdrości

      Mogił popiołom...

Więc że mieć będę niespokojne łoże,

      Smutno mi, Boże!


Kazano w kraju niewinnej dziecinie

Modlić się za mnie co dzień... a ja przecie

Wiem, że mój okręt nie do kraju płynie,

      Płynąc po świecie...

Więc, że modlitwa dziecka nic nie może,

      Smutno mi, Boże!


Na tęczę blasków, którą tak ogromnie

Anieli twoi w niebie rozpostarli,

Nowi gdzieś ludzie w sto lat będą po mnie

      Patrzący - marli.

Nim się przed moją nicością ukorzę,

      Smutno mi, Boże!


Pisałem o zachodzie słońca na morzu przed Aleksandrią.

[19 października 1836 r.]



Grób Agamemnona



[1]


Niech fantastycznie lutnia nastrojona

Wtóruje myśli posępnej i ciemnej;

Bom oto wstąpił w grób Agamemnona

I siedzę cichy w kopule podziemnej,

Co krwią Atrydów zwalana okrutną.

Serce zasnęło, lecz śni. Jak mi smutno!


[2]


O! jak daleko brzmi ta harfa złota,

Której mi tylko echo wieczne słychać!

Druidyczna to z głazów wielkich grota,

Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać

I ma Elektry głos - ta bieli płótno

I odzywa się z laurów: "Jak mi smutno!"


[3]


Tu po kamieniach z pracowną Arachną

Kłóci się wietrzyk i rwie jej przędziwo,

Tu cząbry smutne gór spalonych pachną,

Tu wiatr obiegłszy górę ruin siwą

Napędza nasion kwiatów - a te puchy

Chodzą i w grobie latają jak duchy,


[4]


Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie

Przed nadgrobowym pochowane słońcem,

Jakby mi chciały nakazać milczenie,

Sykają. Strasznym jest Rapsodu końcem

Owe sykanie, co się w grobach słyszy -

Jest objawieniem, hymnem, pieśnią ciszy.


[5]


O! cichy jestem jak wy, o Atrydzi!

Których popioły śpią pod świerszczów strażą.

Ani mię teraz moja małość wstydzi,

Ani się myśli tak jak orły ważą.

Głęboko jestem pokorny i cichy

Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy.


[6]


Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie

Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni;

Posadziły go wróble lub gołębie

I listkami się czarnymi zieleni,

I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;

Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza;


[7]


Nie bronił mi go żaden duch ni mara,

Ani w gałązkach jęknęło widziadło,

Tylko się słońcu stała większa szpara

I wbiegło złote, i do nóg mi padło;

Zrazu myślałem, że ten, co się wdziera,

Blask - była struna to z harfy Homera;


[8]


I wyciągnąłem rękę na ciemności,

By ją ułowić i napiąć, i drzącą

Przymusić do łez i śpiewu, i złości

Nad wielkim niczym grobów i milczącą

Garstką popiołów - ale w moim ręku

Ta struna drgnęła i Pękła bez jęku.


[9]


Tak więc - to los mój na grobowcach siadać

I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.

To los mój senne królestwa posiadać,

Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych

Albo umarłych - i tak pełny wstrętu...

Na koń! chcę słońca, wichru i tętentu!


[10]


Na koń!... Tu łożem suchego potoku

Gdzie zamiast wody płynie laur różowy,

Ze łzą i z wielką błyskawicą w oku,

Jakby mnie wicher gnał błyskawicowy,

Lecę, a koń się na powietrzu kładnie,

Jeśli napotka grób rycerzy - padnie.


[11]


Na Termopilach? - Nie, na Cheronei

Trzeba się memu załamać koniowi,

Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei

Dla małowiernych serc podobne snowi.

Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,

To tej mogiły - co równa jest - naszej.


[12]


Mnie od mogiły termopilskiej gotów

Odgonić legion umarłych Spartanów,

Bo jestem z kraju smutnego Ilotów,

Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,

Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśłiwych

Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.


[13]


Na Termopilach ja się nie odważę

Osadzić konia w wąwozowym szlaku;

Bo tam być muszą tak patrzące twarze,

Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.

Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem -

Nie - pierwej skonam, niż tam iść - z łańcuchem.


[14]


Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę,

Gdyby stanęli męże nad mogiłą

I pokazawszy mi swe piersi krwawe

Potem spytali wręcz: "W i e l e w a s b y ł o?

Zapomnij, że jest długi wieków przedział".

Gdyby spytali tak - cóż bym powiedział?


[15]


Na Termopilach, bez złotego pasa,

Bez czerwonego leży trup kontusza,

Ale jest nagi trup Leonidasa,

Jest w marmurowych kształtach piękna dusza;

I długo płakał lud takiej ofiary,

Ognia wonnego i rozbitej czary.


[16]


O Polsko! póki ty duszę anielską

Będziesz więziła w czerepie rubasznym,

Póty kat będzie rąbał twoje cielsko,

Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,

Póty mieć będziesz hyjenę na sobie

I grób - i oczy otworzone w grobie.


[17]


Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,

Tę - Dejaniry palącą koszulę:

A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,

Naga - w styksowym wykąpana mule,

Nowa - nagością żelazną bezczelna -

Niezawstydzona niczym - nieśmiertelna.


[18]


Niech ku północy z cichej się mogiły

Podniesie naród i ludy przelęknie,

Że taki wielki posąg - z jednej bryły,

A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,

Ale z piorunów ma ręce i wieniec,

Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.


[19]


Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;

Pawiem narodów byłaś i papugą,

A teraz jesteś służebnicą cudzą.

Choć wiem, że słowa te nie zadrzą długo

W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny,

Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.


[20]


Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza

Jak Eumenida przez wężowe rózgi.

Boś ty jedyny syn Prometeusza -

Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.

Choć Muzę moją w twojej krwi zaszargam,

Siegnę do wnętrza twych trzew - i zatargam.


[21]


Szczeknij z boleści i przeklinaj syna,

Lecz wiedz - że ręka przekleństw wyciągnięta

Nade mną - zwinie się w łęk jak gadzina

I z ramion ci się odkruszy zeschnięta,

I w proch ją czarne szatany rozchwycą;

Bo nie masz władzy przekląć - Niewolnico!


[22]


Nie, nie, dopóki będziesz ręką drzącą

Zakrywać piersi puste, owdowiałe,

To ja nie klęknę, nawet przed klęczącą,

Bo ja mam inną, smutną matkę - chwałę,

Co mi ociera łzy płynące rzadko,

A i tę trzecią mam... co mi jest matką.


[23]


O najbiedniejsza! tobie z pól myceńskich

Chciałbym już posłać prochów moich urnę...

Wrzuć w proch ten dwoje obrączek małżeńskich,

Zaklnij Dyjannę i duchy pochmurne,

Aby ci widzieć mnie raz pozwoliły

W promieniach... jam ci był drogi i miły.


[24]


Teraz nie jestem niczym - a te mary,

Co okrążyły mnie... wzywają dalej

I pokazują girlandy i gwary

Anielskich duchów... pójdę... krew mnie pali;

Już osądzony, śpiewam jak łabędzie,

Lecz gdy cię dojdzie pieśń, co z tobą będzie!


[25]


Tyś uśmiechała się - to było wczora,

Kiedyś mię smutnym w dzień znalazła inny,

Zapłakanego nad śmiercią Hektora.

Nie był to głupi płacz ani dziecinny,

Głupsze są teraz łzy, co lecą skorsze,

Gdy wspomnę los mój - ach! łzy stokroć gorsze.


[26]


Żurawie, co tam nad Koryntu górą

Rozciągnęłyście łańcuch ku północy,

Weźcie na skrzydła moję pieśń ponurą,

Zanieście z sobą... może przyszłej nocy

Kraj przelatywać będzie ta pieśń głucha,

Jak dzwon żałosny brzmiąc w krainach ducha.


[27]


Żurawie! wy, co w powietrze różane

Co rano długą wzlatujecie szarfą,

Wyście mi były niegdyś ukochane,

Wyście jesienną moją były harfą!

Wy - i szumiące sosny nad grobami,

Gdzież się ja dzisiaj zobaczyłem z wami?


[28]


A jednak... jam to przeczuł w życia wiosnę,

Że będę kiedyś nieszczęsny i błędny...

Że może z serca niedoli urosnę

I będę z duchów miał wieniec podrzędny,

I z dziką kiedyś pożegnam tęsknotą

Wasz łańcuch - zorzą pochłonięty złotą.


[29]


Dziś ta godzina przyszła... bądźcie zdrowe!

Tam Archipelag mnie woła błękitny,

Tam Korynt trzyma koronową głowę,

A za Lepantem Parnas starożytny...

O Muzo moja! jakże ty pozdrowisz

Górę, gdzie siedział Apollo i Jowisz?


[30]


O romantyczna Muzo, na kolana!

Bo ja ukłony mam tu dla tej góry

od lipy wonnej klasycznego Jana

I od śpiewaka dzieci i tonsury,

I od śpiewaka Potockich ogrojca,

I cichy... łzawy pokłon mego ojca.


[31]


Ja wiem, że teraz on jest przy mnie duchem,

Ale mu twarda śmierć zamknęła wargi;

Oto mi nawet szeleści nad uchem

Figowe drzewo jakby szmerem skargi...

Słyszę głos mi już ojca niepamiętny,

Lecz jego musi to być głos - bo smętny.


[32]


Więc smutnym głosem i niedomówionym

Pozwala czasem śmierć mówić po śmierci.

Góro, co błyskasz księżycem czerwonym

Jak wulkan krwawy... o, pęknij na ćwierci...

Boś ty wyśmiana wróblów świergotaniem

Albo za wczesnym rannych kurów pianiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu, pieśń VIII




Testament mój


Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,

Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,

Dziś was rzucam i dalej idę w cień - z duchami --

A jak gdyby tu szczęście było - idę smętny.


Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica

Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; --

Imię moje tak przeszło jako błyskawica

I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.


Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,

Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;

A póki okręt walczył - siedziałem na maszcie,

A gdy tonął - z okrętem poszedłem pod wodę...


Ale kiedyś - o smętnych losach zadumany

Mojej biednej ojczyzny - przyzna, kto szlachetny,

Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,

Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.


Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą

I biedne serce moje spalą w aloesie,

I tej, która mi dała to serce, oddadzą --

Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie...


Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze

I zapiją mój pogrzeb - oraz własną biedę:

Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,

Jeśli Bóg [mię] uwolni od męki - nie przyjdę...


Lecz zaklinam - niech żywi nie tracą nadziei

I przed narodem niosą oświaty kaganiec;

A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,

Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!...


Co do mnie - ja zostawiam maleńką tu drużbę

Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;

Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę

I zgodziłem się tu mieć - niepłakaną trumnę.


Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi

Iść... taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?

Być sternikiem duchami napełnionej łodzi,

I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?


Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,

Co mi żywemu na nic... tylko czoło zdobi;

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,

Aż was, zjadacze chleba - w aniołów przerobi.




Pogrzeb kapitana Meyznera


Wzięliśmy biedną trumnę ze szpitalu,

Do żebrackiego mieli rzucić dołu;

Ani łzy jednej matczynego żalu,

Ani grobowca nad garstką popiołu!

Wczora był pełny młodości i siły -

Jutro nie będzie nawet - i mogiły.


Gdyby przynajmniej przy rycerskiej śpiewce

Karabin jemu pod głowę żołnierski!

Ten sam karabin, w którym na panewce

Kurzy się jeszcze wystrzał belwederski,

Gdyby miecz w sercu lub śmiertelna kula -

Lecz nie! - szpitalne łoże i koszula!


Czy on pomyślał - tej nocy błękitów,

Gdy Polska cała w twardej zbroi szczękła,

Gdy leżał smętny w trumnie Karmelitów,

A trumna w chwili zmartwychwstalnej pękła.

Gdy swój karabin przyciskał do łona --

Czy on pomyślał wtenczas, że tak skona?!


Dziś przyszedł chciwy jałmużny odźwierny

I przyszły wiedmy, które trupów strzegą,

I otworzyli nam dom miłosierny,

I rzekli: "Brata poznajcie waszego!

Czy ten sam, który wczora się po świecie

Kołatał z wami? - Czy go poznajecie?"


I płachtę z głowy mu szpitalną zdjęto,

Nożem pośmiertnych rzeźników czerwoną;

Źrennicę trzymał na blask odemkniętą,

Ale od braci miał twarz odwróconą;

Więceśmy rzekli wiedmom, by zawarły

Trumnę, bo to jest nasz brat - ten umarły.


I przeraziła nas wszystkich ta nędza,

A jeden z młodszych spytał: "Gdzież go złożą?"

Odpowiedziała mu szpitalna jędza:

"W święconej ziemi, gdzie przez miłość bożą

Kładziemy poczet nasz umarłych tłumny,

W jeden ogromny dół - na trumnach trumny".


Więc ów młodzieniec, męki czując szczere,

Wydobył złoty jeden pieniądz drobny

I rzekł: "Zaśpiewać nad nim Miserere,

Niechaj ogródek ma i krzyż osobny..."

Zamilkł: a myśmy pochylili głowy,

Łzy i grosz sypiąc na talerz cynowy.


Niech ma ogródek - i niech się przed Panem

Pochwali tym, co krzyż na grobie gada:

Że był w dziewiątym pułku kapitanem,

Że go słuchała rycerzy gromada,

A dziś ojczyźnie jest niczym nie dłużny,

Chociaż osobny ma kurhan - z jałmużny.


Ale Ty, Boże! który z wysokości

Strzały Twe rzucasz na kraju obrońce,

Błagamy Ciebie przez tę garstkę kości,

Zapal przynajmniej na śmierć naszą - słońce!

Niechaj dzień wyjdzie z jasnej niebios bramy,

Niechaj nas przecie widzą - gdy konamy!


Paryż, d. 30 października 1841 r.



W pamiętniku Zofii Bobrówny


Niechaj mię Zośka o wiersze nie prosi,

Bo kiedy Zośka do ojczyzny wróci,

To każdy kwiatek powie wiersze Zosi,

Każda jej gwiazdka piosenkę zanuci.

Nim kwiat przekwitnie, nim gwiazdeczka zleci,

Słuchaj - bo to są najlepsi poeci.


Gwiazdy błękitne, kwiateczki czerwone

Będą ci całe poemata składać.

Ja bym to samo powiedział, co one,

Bo ja się od nich nauczyłem gadać;

Bo tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,

Byłem ja niegdyś, jak Zośka, dzieciną.


Dzisiaj daleko pojechałem w gości

I dalej mię los nieszczęśliwy goni.

Przywieź mi, Zośko, od tych gwiazd światłości,

Przywieź mi, Zośko, z tamtych kwiatów woni,

Bo mi zaprawdę odmłodnieć potrzeba.

Wróć mi więc z kraju taką - jakby z nieba.


Paryż, 13 marca 1844



Sowiński w okopach Woli


W starym kościółku na Woli

Został jenerał Sowiński,

Starzec o drewnianej nodze,

I wrogom się broni szpadą;

A wokoło leżą wodze

Batalionów i żołnierze,

I potrzaskane armaty,

I gwery: wszystko stracone!


Jenerał się poddać nie chce,

Ale się staruszek broni

Oparłszy się na ołtarzu,

Na białym bożym obrusie,

I tam łokieć położywszy,

Kędy zwykle mszały kładą,

Na lewej ołtarza stronie,

Gdzie ksiądz Ewangelią czyta.


I wpadają adiutanty,

Adiutanty Paszkiewicza,

I proszą go: "Jenerale,

Poddaj się... nie giń tak marnie".

Na kolana przed nim padli,

Jak ojca własnego proszą:

"Oddaj szpadę, Jenerale,

Marszałek sam przyjdzie po nią..."


"Nie poddam się wam, panowie -

Rzecze spokojnie staruszek -

Ani wam, ni marszałkowi

Szpady tej nie oddam w ręce,

Choćby sam car przyszedł po nią,

To stary - nie oddam szpady,

Lecz się szpadą bronić będę,

Póki serce we mnie bije.


"Choćby nie było na świecie

Jednego już nawet Polaka,

To ja jeszcze zginąć muszę

Za miłą moją ojczyznę,

I za ojców moich duszę

Muszę zginąć... na okopach,

Broniąc się do śmierci szpadą

Przeciwko wrogom ojczyzny,


"Aby miasto pamiętało

I mówiły polskie dziatki,

Które dziś w kołyskach leżą

I bomby grające słyszą,

Aby, mówię, owe dziatki

Wyrosłszy wspomniały sobie,

Że w tym dniu poległ na wałach

Jenerał - z nogą drewnianą.


"Kiedym chodził po ulicach,

I śmiała się często młodzież,

Żem szedł na drewnianej szczudle

I często, stary, utykał.

Niechże teraz mię obaczy,

Czy mi dobrze noga służy,

Czy prosto do Boga wiedzie

I prędko tam zaprowadzi.


"Adiutanty me, fircyki,

Że byli na zdrowych nogach,

Toteż usłużyli sobie

W potrzebie - tymi nogami,

Tak że muszę na ołtarzu

Oprzeć się, człowiek kulawy,

Więc śmierci szukać nie mogę,

Ale jej tu dobrze czekam.


"Nie klękajcie wy przede mną,

Bo nie jestem żaden święty.

Ale Polak jestem prawy,

Broniący mego żywota;

Nie jestem żaden męczennik,

Ale się do śmierci bronię

I kogo mogę, zabiję,

I krew dam - a nie dam szpady..."


To rzekł jenerał Sowiński,

Starzec o drewnianej nodze,

I szpadą się jako fechmistrz

Opędzał przed bagnetami;

Aż go jeden żołnierz stary

Uderzył w piersi i przebił...

Opartego na ołtarzu

I na tej nodze drewnianej.




Do matki


W ciemnościach postać mi stoi matczyna,

Niby idąca ku tęczowej bramie -

Jej odwrócona twarz patrzy przez ramię,

I w oczach widać, że patrzy na syna.

. . . . . . . . . . . . . . . . .






Dajcie mi tylko jednę ziemi milę...



Dajcie mi tylko jednę ziemi milę --

Może, o bracia, za wiele zachciałem!

Dajcie mi jedną bryłę - na tej bryle

Jednego - duchem wolnego i ciałem,

A ja wnet z siebie sprawię i pokażę,

Że taki posąg - dwie będzie miał twarze.


Dajcie mi gwiazdę mniejszą od miesiąca,

Kometę złotym wiejącą szwadronem,

Niechaj po lasach będzie latająca,

A tylko święta jednym polskim zgonem,

A ja wnet siły dobędę nieznane,

Skrzydła wyrzucę - i wnet na niej stanę...


O bracia moi! kiedy krzyżem leżę

A proszę Boga o kraj, o człowieka --

To mi się zdaje, że tętnią rycerze,

A wróg z piorunem przed nimi ucieka...

Chcę biec - lecz kiedy na blask gwiazd wynidę,

Gwiazdy mię drwiące pytają, gdzie idę.


O gwiazdy zimne, o świata szatany,

Wasze mię wreszcie niedowiarstwo zwali...

Już prawie jestem człowiek obłąkany,

Ciągle powiadam, że kraj się już pali,

I na świadectwo ciskam ognia zdroje --

A to się pali tylko serce moje!...




Uspokojenie


[Ujęcie późniejsze]


Co nam zdrady! - jest u nas kolumna w Warszawie,

Na której usiadają podróżne żurawie

Spotkawszy jej liściane czoło wśród obłoka,

Taka zapraszająca i taka wysoka.

Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,

Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;

Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare

Wygląda w perspektywie siwej Miasto Stare;

A dalej we mgle, która na rynku się mroczy,

Dwa okna - jak zielone Kilińskiego oczy

Uderzone płomieniem ognistej latarni,

Niby oczy cichego upiora spod darni.


*


Więc lada dzień, a nędza sprężyny dociśnie:

To naprzód tam na rynku para oczu błyśnie

I spojrzy w Świętojańską na przestrzał ulicę -

A potem się poruszą matki-kamienice,

A za kamienicami przez niebios otchłanie

Przyjdzie zorza północna i nad miastem stanie;

A za zorzą wiatr dziwne miotający blaski

Porwie te wszystkie zemsty i te wszystkie wrzaski,

Wicher jakiś z aniołów rozigrany Pańskich,

Oderwany jak skrzydło z widzeń Świętojańskich,

Przezroczysty jak brylant, a jak ogień złoty,

Który porwie te zemsty, te światła, te grzmoty,

Zwinie i nimi ciemną ulicę zalęże,

Jako brąz w niej zakipi, zaświśnie jak węże

I naprze tak, że będzie trzęsąca się cała,

Jako wół sycylijski na miasto ryczała.


*


A miasto co? - Słuchając z wyciągniętą szyją

Powie: że tam się ciemni aniołowie biją,

Że tam szatan ogniste przywoławszy moce

Koń swój brązowy ciska i piorun gruchoce,

Że jako Machabeusz pod zwalonym słoniem

Tak szewcy pod piorunem padają i koniem

Zgruchotani... że księżyc na niebie odkryty

Pokaże tę ulicę pustą, lud wybity,

Piorun zagasły, walkę okropnie skończoną,

Ulicę całą ciemną i krwią zadymioną.


*


A wtem jeden z tych wrzasków, od których natura

Cofa się - jedno vivat szewieckie i hura,

Jeden z tych krzyków, które czynią, że skrzydlata

Natura ducha w piersiach tak jak ptaszek lata,

Że duch na ustach staje i już nie jest zdolny,

Ażeby śmiech powstrzymać lub płacz mimowolny;

Jeden z tych krzyków, któren wstąpiwszy w człowieka

Tak śpiewa w nim jak anioł i jak szatan szczeka;

Jeden z tych krzyków... z szumem gwałtownym, nawalnym

Uderzy, na kościele pęknie katedralnym,

Pójdzie dalej, lecz skrzydłem o kościół otarty,

Kamienie w nim wrzeszczące zostawi jak czarty

I szklanne inne głosy, które zmartwychwstanie

Zapieją, jak anioły związane w organie.


*


Jeszcze się ta harmonia nie zakończy senna,

A już kolumna z placu, jak struna kamienna

Tym samym wichrem tarta, z rozwahanym czołem,

Prym weźmie przed choralnie jęczącym kościołem

I odtąd te dwa głosy już bez odpoczynku

Będą miastu głosiły lud idący z Rynku.

Jeśliż ma ta ulica taką ciasną szyję,

Że z niej by słowo wiało, to jak z działa bije;

Jeśliż lada noc, a z niej wystrzeli powstanie

I w proch tego rozerwie, kto na rychcie stanie;

Jeśliż w niej wiatr jest taki, że śród nocnych cieni

Muzykę niewidzialną wyrywa z kamieni,

A kolumny na swoje muzykanty stroi:

To człowiek, który zawsze o zdradę się boi

I wszędzie widzi tylko postrachu upiory,

Albo dzieckiem być musi, lub na serce chory.