Wiersze różne

Jan Brzechwa

 

wiersze dla dzieci

 

Ballada o małej księżniczce

Lat temu trzysta na pewno
Byłabyś dumną krolewną,

Dumna infantka z Kastylii
O dłoniach bielszych od lilii.

Jaśniałaby twa uroda
W pałacach albo w ogrodach,
I oczy barwy metalu
Siałyby lek w Escorialu.

O twoją chłodną grandezze,
O twoje wdzięki kobiece,
Kruszono by stal co ranka
Na mauretanskich krużgankach.

Żebrzący o twoją łaskę
Malowałby cię Velazquez,
I swoim pędzlem, księżniczko,
Uwieczniłby twoje liczko.

Pierwszy poeta Madrytu
Zabawiałby cię do świtu
Niepokojąca historia
O Don Juanie Tenorio.

A ja - twój przyszły małżonek,
W kryzach z barbanckich koronek
Przez wąskie, tajemne drzwiczki
Szedłbym do mojej księżniczki,

I niósłbym ci w podarunku
Prócz serca i pocałunku
Szkatułę rzezaną w kości
Na dowód mojej miłości.

A w tej szkatule pierscienie,
Klejnoty o wielkiej cenie
I dwieście naramienników
Od genuenskich złotnikow.

Lecz dziś żyjemy w epoce,
Gdy dni są smutne i noce,
I życie coraz to pustsze,
Jak lustro odbite w lustrze.

Nie jestem grandem hiszpańskim,
Tylko poetą bezpańskim,
Który nieśmiało na randkę
Zaprasza swoją infantke.

Przychodzi moja królewna
W trepkach z prostego drewna,
I po kawiarniach z nią błądze
Za pożyczone pieniądze.

Tulisz sie do mnie łaskawie,
Stajesz przy każdej wystawie,
Gdzie leżą rzeczy niedrogie,
Których ci kupić nie moge.

I tylko milość jest tania
Pachnąca smutkiem rozstania,
Więc rzucam ci ją pod nogi,
Choć jestem taki ubogi,

I slę ci na znak tęsknoty
Fiołki za jeden złoty,
I moje serce uparte
Jednego grosza nie warte.


BRUDAS

Józio oświadczył: "Woda mi zbrzydła,
Dość już mam szczotki, wstręt mam do mydła!"
I odtąd przybrał wygląd straszydła.

Płakała matka i ojciec gryzł się:
"Ten Józio wszystkie soki z nas wyssie,
Od dwóch tygodni już się nie myje,
Czarne ma ręce, nogi i szyję,
Twarz ma od ucha brudną do ucha,
Czy kto takiego widział smolucha?
Poradźcie, ludzie, pomóżcie, ludzie,
Przecież nie można żyć w takim brudzie!"

Józio na prośby wszelkie był głuchy,
Lepił się z brudu jak lep na muchy,
Czego się dotknął, tam była plama,
Wołał: "Niech mama myje się sama,
Tato niech kąpie się nieustannie,
Stryjek i wujek niech siedzą w wannie,
Niech się szorują, a ja tymczasem
Będę brudasem! Chcę być brudasem!"

Przezwał go stryjek: "Józio-niemyjek",
Wujek doń mówił: "niemyty ryjek",
Błagała ciotka: "Józiu mój złoty,
Myj się!" Lecz Józio nie miał ochoty.
Wyniósł się w końcu z domu na Czystem
I zawiadomił rodziców listem,
Że myć się nie ma zamiaru, trudno!
I poszedł mieszać - dokąd? - na Bródno.


DWIE KRAWCOWE


Wędrowały dwie krawcowe,
Szyły piękne suknie nowe.

Szyły suknie w groszki, w kwiatki,
W paski, w kratki i w zakładki,

W krążki, w prążki oraz w cętki,
Aż cieszyły się klientki.

Kiedy przyszły do Skierniewic,
Zobaczyły osiem dziewic,

Osiem panien burmistrzanek
Różowiutkich jak poranek.

Wezwał burmistrz dwie krawcowe:
"Dla mych córek zróbcie nowe,

Piękne suknie w różny deseń,
Niech wystroją się na jesień!"

Rozłożyły dwie krawcowe
Materiały kolorowe.

Siedem panien skromny gust ma,
A kaprysi właśnie ósma:

Nie chce krążków, prążków, kratek
Ani groszków na dodatek,

Na desenie wciąż się dąsa,
Oczy we łzach, buzia w pąsach.

Burmistrz łamie sobie głowę,
Wreszcie woła dwie krawcowe:

"W magistracie, jak to bywa,
Dokumenty mam w archiwach,

Mogę dać wam z dokumentów
Pięćset kropek z atramentu,

Dość już mam tej całej szopki,
Niechaj będzie suknia w kropki!"

Burmistrzanka się uśmiecha:
"Z kropek może być pociecha!"

Bardzo długo trwało szycie,
Lecz wypadło znakomicie

I na balach tym ślicznościom
Przyglądano się z zazdrością.

Odtąd panny w Skierniewicach
Mają kropki na spódnicach.


DZIURA W MOŚCIE


Na obiad jadą goście.
- Uwaga! Dziura w moście!

Pod mostem płynie rzeka,
Wiadomo, że z daleka.

Do morza wpada rada,
Inaczej nie wypada.

- Uwaga! Dziura w moście!
Lecz goście, jak to goście,

Czy dziura, czy też woda -
To dla nich nie przeszkoda.

Więc pierwszy wpadł do wody
Aptekarz niezbyt młody,

A za nim w ślad sędzina
I doktor z Krotoszyna.

Następnie z mostu leci
Dentystka z trojgiem dzieci,

Mierniczy, pisarz gminny
I rejent niezbyt zwinny,

I burmistrz, smakosz wielki,
I dwie nauczycielki.

Płynęli, jak umieli,
Od środy do niedzieli,

Do Płocka dopłynęli,
Dość mieli tej kąpieli.

Więc pierwszy wyszedł z wody,
Aptekarz niezbyt młody,

A za nim w ślad sędzina,
Dentystka cała sina,

A potem jej rodzina
I doktor z Krotoszyna,

Mierniczy cały drżący
I rejent kichający,

I burmistrz, smakosz wielki,
I dwie nauczycielki,

I w końcu pisarz gminny,
A obiad zjadł kto inny.

Bo czyż potrzebni goście?
Owszem. Jak dziura w moście!


ENTLICZEK-PENTLICZEK


Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek,
A na tym stoliczku pleciony koszyczek,

W koszyczku jabłuszko, w jabłuszku robaczek,
A na tym robaczku zielony kubraczek.

Powiada robaczek: "I dziadek, i babka,
I ojciec, i matka jadali wciąż jabłka,

A ja już nie mogę! Już dosyć! Już basta!
Mam chęć na befsztyczek!" I poszedł do miasta.

Szedł tydzień, a jednak nie zmienił zamiaru,
Gdy znalazł się w mieście, poleciał do baru.

Są w barach - wiadomo - zwyczaje utarte:
Podchodzi doń kelner, podaje mu kartę,

A w karcie - okropność! - przyznacie to sami:
Jest zupa jabłkowa i knedle z jabłkami,

Duszone są jabłka, pieczone są jabłka
I z jabłek szarlotka, i komput [placek], i babka!

No, widzisz, robaczku! I gdzie twój befsztyczek?
Entliczek-pentliczek, czerwony stoliczek.


K?AMCZUCHA


"Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas wielka zmiana:
Moja starsza siostra Bronka
Zamieniła się w skowronka,
Siedzi cały dzień na buku
I powtarza: kuku, kuku!"
"Pomyśl tylko, co ty pleciesz!
To zwyczajne kłamstwa przecież."
"Proszę pana, proszę pana,

Rzecz się stała niesłychana:
Zamiast deszczu u sąsiada
Dziś padała oranżada,
I w dodatku całkiem sucha."
"Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!"
"To nie wszystko, proszę pana!
U styjenki wczoraj z rana
Abecadło z pieca spadło,
Całą pieczeń z rondla zjadło,
A tymczasem na obiedzie
Miał być lew i dwa niedźwiedzie."
"To dopiero jest kłamczucha!"
"Proszę pana, niech pan słucha!
Po południu na zabawie
Utonęła kaczka w stawie.
Pan nie wierzy? Daję słowo!
Sprowadzono straż ogniową,
Przecedzono wodę sitem,
A co ryb złowiono przy tym!"
"Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?
Zaraz się poskarżę mamie!"


KACZKA DZIWACZKA


Nad rzeczką opodal krzaczka
Mieszkała kaczka-dziwaczka,

Lecz zamiast trzymać się rzeczki
Robiła piesze wycieczki.

Raz poszła więc do fryzjera:
"Poproszę o kilo sera!"

Tuż obok była apteka:
"Poproszę mleka pięć deka."

Z apteki poszła do praczki
Kupować pocztowe znaczki.

Gryzły się kaczki okropnie:
"A niech tę kaczkę gęś kopnie!"

Znosiła jaja na twardo
I miała czubek z kokardą,
A przy tym, na przekór kaczkom,
Czesała się wykałaczką.

Kupiła raz maczku paczkę,
By pisać list drobnym maczkiem.
Zjadając tasiemkę starą
Mówiła, że to makaron,
A gdy połknęła dwa złote,
Mówiła, że odda potem.

Martwiły się inne kaczki:
"Co będzie z takiej dziwaczki?"

Aż wreszcie znalazł się kupiec:
"Na obiad można ją upiec!"

Pan kucharz kaczkę starannie
Piekł, jak należy, w brytfannie,

Lecz zdębiał obiad podając,
Bo z kaczki zrobił się zając,
W dodatku cały w buraczkach.

Taka to była dziwaczka!
Jan Brzechwa
wybór wierszy - c.d.


KOZIO?ECZEK


Posłał kozioł koziołeczka
Po bułeczki do miasteczka.

Koziołeczek ruszył w drogę,
Wtem się natknął na stonogę.

Zadrżał z trwogi, no i w nogi,

Gaik, steczka, mostek, rzeczka,
A tam czekał ojciec srogi
I ukarał koziołeczka:

"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
?adne rzeczy! ?adne rzeczy!"

A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi?
Przecież sam rozumiesz to:
Ja mam tylko cztery nogi,
A stonoga ma ich sto!"

Posłał kozioł koziołeczka
Do miasteczka po ciasteczka.

Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy.
Nagle staje, nagle patrzy:

Chustka wisi na parkanie...
Koziołeczek tedy w nogi
I znów dostał w domu lanie,
Bo był ojciec bardzo srogi:

"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
?adne rzeczy! ?adne rzeczy!"

A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi,
Czyż jest słuszna kara twa?
Chustka ma wszak cztery rogi,
A ja mam zaledwie dwa!"



NA STRAGANIE


Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:

"Może pan się o mnie oprze,

Pan tak więdnie, panie koprze."


"Cóż się dziwić, mój szczypiorku,


Leżę tutaj już od wtorku!"


Rzecze na to kalarepka:

"Spójrz na rzepę - ta jest krzepka!"


Groch po brzuszku rzepę klepie:

"Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?"


"Dzięki, dzięki, panie grochu,

Jakoś żyje się po trochu.


Lecz pietruszka - z tą jest gorzej:

Blada, chuda, spać nie może."


"A to feler" -

Westchnął seler.


Burak stroni od cebuli,

A cebula doń się czuli:


"Mój Buraku, mój czerwony,

Czybyś nie chciał takiej żony?"


Burak tylko nos zatyka:

"Niech no pani prędzej zmyka,


Ja chcę żonę mieć buraczą,

Bo przy pani wszyscy płaczą."


"A to feler" -

Westchnął seler.


Naraz słychać głos fasoli:

"Gdzie się pani tu gramoli?!"


"Nie bądź dla mnie taka wielka" -

Odpowiada jej brukselka.


"Widzieliście, jaka krewka!" -

Zaperzyła się marchewka.


"Niech rozsądzi nas kapusta!"

"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"


A kapusta rzecze smutnie:

"Moi drodzy, po co kłótnie,


Po co wasze swary głupie,

Wnet i tak zginiemy w zupie!"


"A to feler" -

Westchnął seler.




NA WYSPACH BERGAMUTACH...



Na wyspach Bergamutach

Podobno jest kot w butach,


Widziano także osła,

Którego mrówka niosła,


Jest kura samograjka

Znosząca złote jajka,


Na dębach rosną jabłka

W gronostajowych czapkach,


Jest i wieloryb stary,

Co nosi okulary,


Uczone są łosowie

W pomidorowym sosie


I tresowane szczury

Na szczycie szklanej góry,


Jest słoń z trąbami dwiema

I tylko... wysp tych nie ma.




NIE PIEPRZ PIETRZE



"Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza,

Wtedy szynka będzie lepsza."


"Właśnie po to wieprza pieprzę,

Żeby mięso było lepsze."


"Ależ będzie gorsze, Pietrze,

Kiedy w wieprza pieprz się wetrze!"


Tak się sprzecza Piotr z Piorową,

Wreszcie posłał do teściową.


Ta aż w boki się podeprze:

"Wieprza pieprzysz, Pietrze, pieprzem?


Przecież wie to każdy kiep, że

Wieprze są bez pieprzu lepsze!"


Piotr pomyślał: "Też nielepsza!"

No, i dalej pieprzy wieprza.


Poszli wreszcie do starosty,

Który znalazł sposób prosty:


"Wieprza pieprz po prawej stronie,

A tę lewą oddaj żonie."


Mądry sąd wydała władza,

Lecz Piorowi nie dogadza.


"Klepać biedę chcesz, to klepże,

A ja chcę sprzedawać wieprze."


Błaga żona: "Bądź już lepszy,

Nie pieprz wieprza!" A on pieprzy.


To Piotrową tak zgniewało,

Że wylała zupę całą,


Piotr zaś poszedł wprost do Wieprza

I utopił w Wieprzu wieprza.



PTASIE PLOTKI



Usiadła zięba na dębie:

"Na pewno dziś się przeziębię!


Dostanę chrypki, być może,

Głos jeszcze stracę, broń Boże,


A koncert mam zamówiony

W najbliższą środę u wrony."


Jęknęły smutnie żołędzie:

"Co będzie, ziębo, co będzie?



Leć do dzięcioła, do buka,

Niech dzięcioł ciebie opuka!"


Podniosła lament sikora:

"Podobno zięba jest chora!"


Gil z tym poleciał do szpaka.

"Jest sprawa taka a taka:


Mówiła właśnie sikora,

Że zięba jest ciężko chora."


Poleciał szpak do słowika:

"Ze słów sikory wynika,


Że zięba już od miesiąca

Po prostu jest konająca."


Słowik wróblowi polecił,

By trumnę dla zięby sklecił.


Rzekł wróbel do drozda: "Droździe,

Do trumny przynieś mi gwoździe."


Stąd dowiedziała się wrona,

Że zięba na pewno kona.


A zięba nic nie wiedziała,

Na dębie sobie siedziała,


Aż jej doniosły żołędzie,

Że koncert się nie odbędzie,


Gdyż zięba właśnie umarła

Na ciężką chorobę gardła.




RYBY, ŻABY I RAKI



Ryby, żaby i raki

Raz wpadły na pomysł taki,

Żeby opuścic staw, siąść pod drzewem

I zacząć zarabiać śpiewem.

No, ale cóż, kiedy ryby

Śpiewały tylko na niby,

Żaby

Na aby-aby,

A rak

Byle jak.


Karp wydął żałośnie skrzele:

"Słuchajcie mnie przyjaciele,

Mam sposób zupełnie prosty -

Zacznijmy budować mosty!"

No, ale cóż, kiedy ryby

Budowały tylko na niby,

Żaby

Na aby-aby,

A rak

Byle jak.


Rak tedy rzecze: "Rodacy,

Musimy się wziąć do pracy,

Mam pomysł zupełnie nowy -

Zacznijmy kuć podkowy!"

No, ale cóż, kiedy ryby

Kuły tylko na niby,

Żaby

Na aby-aby,

A rak

Byle jak.


Odezwie się więc ropucha:

"Straszna u nas posucha,

Coś zróbmy, coś zaróbmy,

Trochę żywnosci kupmy!

Jest sposob, ja wam mówię,

Zacznijmy szyć obuwie!"

No, ale cóż, kiedy ryby

Szyły tylko na niby,

Żaby

Na aby-aby,

A rak

Byle jak.


Lin wreszcie tak powiada:

"Czeka nas tu zagłada,

Opuścilismy staw przeciw prawu -

Musimy wrócić do stawu."

I poszły. Lecz na ich szkodę

Ludzie spuścili wodę.

Ryby w płacz, reszta też, lecz czy łzami

Zapełni się staw? Zważcie sami,

Zwłaszcza że przecież ryby

Płakały tylko na niby,

Żaby

Na aby-aby,

A rak

Byle jak.




SKARŻYPYTA



"Piotruś nie był dzisiaj w szkole,

Antek zrobił dziurę w stole,

Wanda obrus poplamiła,

Zosia szyi nie umyła,

Jurek zgubił klucz, a Wacek

Zjadł ze stołu cały placek."


"Któż się ciebie o to pyta?"

"Nikt. Ja jestem skarżypyta."




WRONA I SER



"Niech mi każdy powie szczerze,

Skąd się wzięły dziury w serze?"


Indyk odrzekł: "Ja właściwie

Sam się temu bardzo dziwię."


Kogut zapiał z galanterią:

"Kto by też brał ser na serio?"


Owca stała zadumana:

"Pójdę, spytam się barana."


Koń odezwał się najprościej:

"Moja rzecz to dziury w moście."


Pies obwąchał ser dokładnie:

"Czuję kota: on tu kradnie!"


Kot udając, że nie słyszy,

Miauknął: "Dziury robią myszy."


Przyleciała wreszcie wrona:

"Sprawa będzie wyjaśniona,


Próbę dziur natychmiast zrobię,

Bo mam świetne czucie w dziobie."


Bada dziury jak należy,

Każdą dziurę w serze mierzy,


Każdą zgłębia i przebiera -

A gdzie ser jest? Nie ma sera!


Indyk zsiniał, owca zbladła:


"Gwałtu! Wrona ser nam zjadła!"



Na to wrona na nich z góry:

"Wam chodziło wszak o dziury.


Wprawdzie ser zużyłam cały,

Ale dziury pozostały!

Bo gdy badam, nic nie gadam,

I co trzeba zjeść, to zjadam.


Trudno. Nikt dziś nie docenia

Prawdziwego poświęcenia!"


Po czym wrona, jak to ona,

Poszła sobie obrażona.




ŻURAW I CZAPLA



Przykro było żurawiowi,

Że samotnie ryby łowi.


Patrzy - czapla na wysepce

Wdziecznie z błota wodę chłepce.


Rzecze do niej zachwycony:

"Piękna czaplo, szukam żony,


Będę kochał ciebie, wierz mi,

Więc czym prędzej się pobierzmy."


Czapla piórka swe poprawia:

"Nie chcę męża mieć żurawia!"


Poszedł żuraw obrażony.

"Trudno. Będę żył bez żony."


A już czapla myśli sobie:

"Czy właściwie dobrze robię?


Skoro żuraw tak namawia,

Chyba wyjdę za żurawia!"


Pomyslała, poczłapała,

Do żurawia zapukała.


Żuraw łykał żurawinę,

Więc miał bardzo kwaśną minę.


"Przyszłam spełnić twe życzenie."

"Teraz ja się nie ożenię,


Niepotrzebnie pani papla,

Żegnam panią, pani czapla!"


Poszła czapla obrażona.

Żuraw myśli: "Co za żona!


Chyba pójdę i przeproszę..."

Włożył czapke, wdział kalosze,


I do czapli znowu puka.

"Czego pan tu u mnie szuka?"


"Chcę się żenić." "Pan na męża?

Po co pan się nadweręża?


Szkoda było pańskiej drogi,

Drogi panie laskonogi!"


Poszedł żuraw obrażony,

"Trudno. Będę żył bez żony."


A już czapla myśli: "Szkoda,

Wszak nie jestem taka młoda,


Żuraw prośby wciąż ponawia,

Chyba wyjdę za żurawia!"


W piękne piórka się przybrała,

Do żurawia poczłapała.


Tak już chodzą lata długie,

Jedno chce - to nie chce drugie,


Chodzą wciąż tą samą drogą,

Ale pobrać się nie mogą.


Dodaj do swoich materiałów