Społeczeństwo polskie w nowej sytuacji


      Powrót Mikołajczyka do kraju wzbudził w społeczeństwie polskim ogromne nadzieje. Powszechnie wierzono, że nie dopuści on do zniewolenia Polski przez jej wschodniego sąsiada. Liczono, że będzie gwarantem wolnych wyborów i powstrzyma proces sowietyzacji kraju. Gdy Mikołajczyk pojawiał się publicznie, wiwatowano zwykle na jego cześć, okazując mu niebywałą przychylność i życzliwość. Do historii przeszło powitanie, jakie zgotowano mu w paru polskich miastach, gdzie rozentuzjazmowany tłum niósł na rękach wicepremiera wraz... z jego samochodem.


      Mimo ogłoszenia latem 1945 r. amnestii sytuacja w kraju była ciągle daleka jeszcze od normalnej. Wielu ludzi spodziewało się, że w niedługiej przyszłości może dojść do wybuchu III wojny światowej pomiędzy ZSRR a jego niedawnymi zachodnimi sojusznikami. Byli i tacy, którzy na tę wojnę wręcz czekali i swoje życiowe plany właśnie z nią łączyli. Cały czas walczyły zresztą w wielu regionach kraju zbrojne oddziały antykomunistyczne, często w sposób mniej czy bardziej otwarty nawiązujące do tradycji AK. We wrześniu 1945 r. środowisko byłych dowódców AK skupione wokół płk Jana Rzepeckiego powołało do życia w ich zamyśle bardziej cywilne niż wojskowe Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość. Działaniom tym towarzyszyła nierzadko "szeptana propaganda" głosząca, że nowa władza nie utrzyma się długo. Nie należy wszakże skomplikowanej rzeczywistości pierwszych powojennych lat postrzegać w dychotomicznym układzie: zniewolone i oporne społeczeństwo oraz obca, narzucona z zewnątrz władza. Sprawa była znacznie bardziej złożona. Nie ulega wątpliwości, że w porównaniu z terrorem hitlerowskim bezpośredni terror komunistyczny (polski i radziecki) dotykał mniejszej części narodu, co oczywiście w żadnym stopniu nie usprawiedliwia zbrodni popełnianych przez NKWD i funkcjonariuszy bezpieczeństwa. Można było otwarcie - w pewnych wypadkach było to nawet wręcz wskazane - afirmować swoją polskość. Nie bez znaczenia dla kształtowania się pożądanych z punktu widzenia komunistów postaw społeczeństwa była też pojawiająca się przy różnych okazjach groźba - nie wiadomo tak naprawdę, na ile realna - iż Polska mogłaby stać się 17 republiką Związku Radzieckiego.


"Metoda salami"


      Tymczasem w kraju z wolna krystalizowało się nowe życie polityczne. Przez cały czas, dbając o pozory i oficjalnie głosząc umacnianie się systemu demokratycznego, PPR stopniowo zyskiwała pozycję hegemona w życiu politycznym. Nie przychodziło to zresztą komunistom ani łatwo, ani bezkonfliktowo. W swoim działaniu posłużyli się metodą nazwaną przez przywódcę węgierskich komunistów Matyasa Rakosiego "metodą salami". Polegała ona na tym, że tak jak kroi się po kolei cienkie plastry salami (stąd nazwa) podobnie komuniści kolejno eliminowali swoich politycznych przeciwników. Najpierw uznali za faszystowskie Stronnictwo Narodowe i odmówili mu prawa do legalnego działania w Polsce, później ten sam zarzut podnieśli pod adresem środowisk poakowskich, a jednocześnie zajęli się zwalczaniem reprezentującego orientację chrześcijańsko-demokratyczną Stronnictwa Pracy oraz utworzonego latem 1945 r. przez Mikołajczyka Polskiego Stronnictwa Ludowego. Wszystkie te ugrupowania zostały mocno przetrzebione aresztowaniami, a PSL także skrytobójczymi mordami jej działaczy, dokonanymi przez "nieznanych sprawców", których większość społeczeństwa od samego początku łączyła z opanowanym przez komunistów Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego. Ostatnim akordem "metody salami" było wchłonięcie PPS przez PPR w ramach przeprowadzonego w 1948 r. "zjednoczenia ruchu robotniczego".


      Za każdym razem walka z reprezentantami środowisk opozycyjnych, a przynajmniej niezależnych od komunistów przebiegała nieco inaczej. W przypadku SP posłużono się np. rozbijacką działalnością grupy krypto-komunistycznych działaczy, którym w niedługim czasie udało się odsunąć od rzeczywistej władzy w SP przybyłego w lipcu 1945 r. z Londynu Karola Popiela i grupę związanych z nim autentycznych działaczy katolickich, cieszących się poparciem i zaufaniem hierarchii kościelnej. Popiel, systematycznie odsuwany od realnego wpływu na SP, zrezygnował w praktyce z czynnego udziału w życiu publicznym, nie kandydował do Sejmu w wyborach z 1947 r. i jesienią tegoż roku wyjechał na stałe z kraju.


      Nie znaczy to oczywiście, że w katolickim w swej masie społeczeństwie nie ukształtowały się żadne niezależne od nowej władzy i zarazem pozostające w dobrych stosunkach z hierarchią środowiska katolickie. 24 III 1945 r. pod opieką arcybiskupa Krakowa Adama Sapiehy, ukazał się pierwszy numer "Tygodnika Powszechnego" i w ten sposób zaczęło się formować środowisko, które przez następne kilkadziesiąt lat było ważnym elementem na polskiej scenie. Z kolei 11 listopada ukazał się pierwszy numer "Tygodnika Warszawskiego" - pisma, wokół którego skupili się katolicy o orientacji bardziej konserwatywnej. "Tygodnik Warszawski" przetrwał jednak tylko do 1948 r., kiedy to władze uznały, że jest zbyt niezależny i krytyczny i zlikwidowały go na mocy decyzji administracyjnej.


Bolesław Piasecki (fot. wikimedia)Od listopada 1945 r. wychodził także redagowany przez grupę działaczy katolickich skupionych wokół Bolesława Piaseckiego tygodnik "Dziś i jutro". Z tego środowiska w przyszłości wykrystalizować się miało Stowarzyszenie PAX. Sam Piasecki przed wojną kierował stosunkowo niewielką faszyzującą organizacją pod nazwą ONR-Falanga. W czasie wojny stał na czele konspiracyjnej Konfederacji Narodu, a w listopadzie 1944 r. został aresztowany przez NKWD. W więzieniu wszedł w jakieś układy z gen. Iwanem Sierowem z NKWD; został przekazany do dyspozycji władz polskich i zwolniony. 4 VII 1945 r. Piaseckiego przyjął Gomułka i wkrótce podjęto przygotowania do wydawania tygodnika "Dziś i jutro".

      Również w listopadzie 1945 r. ukazał się pierwszy numer "Gazety Ludowej", organu prasowego PSL. Początkowo Mikołajczyk sądził zresztą, że uda mu się wyrwać SL spod komunistycznych wpływów, lecz rychło doszedł do wniosku, iż korzystniej będzie stworzyć odrębną, nową partię chłopską, niezależną od PPR i jej agentów w ruchu ludowym. Tak powstało PSL, które do końca 1945 r. stało się najpoważniejszą siłą polityczną w Polsce, w swoich szeregach skupiając nie tylko mieszkańców wsi, ale w ogóle wielu niezadowolonych z nowej władzy.

Józef Cyrankiewicz i Józef Stalin w 1947 r. (fot. wikimedia)      Polscy socjaliści też byli podzieleni. Działacze PPS WRN pragnęli przyłączyć się do kierowanej przez Osóbkę-Morawskiego i Józefa Cyrankiewicza PPS. Chcieli jednak, aby ten akces dokonał się w wyniku jednorazowego aktu, tzn. żeby wszyscy aktywiści i członkowie PPS WRN wstąpili do PPS równocześnie. Jest oczywiste, że gdyby w PPS znaleźli się tak wybitni działacze socjalistyczni, jak np. Zygmunt Zaremba czy Zygmunt Żuławski, a zwłaszcza Pużak, który powrócił do kraju w listopadzie 1945 r., to najprawdopodobniej oni właśnie zdobyliby w partii pozycję dominującą i zapewne staraliby się maksymalnie ograniczyć wpływy grupy orientującej się na ścisłą współpracę z komunistami. Świadomi tego przywódcy PPS nie zgodzili się jednak na takie rozwiązanie. Część byłych członków PPS WRN zdecydowała się wszakże wstąpić do PPS i tam próbowała działać, część pozostała poza partią, a niektórzy podjęli działalność niezależną na emigracji.

Referendum zamiast wyborów

      Zmordowane latami wojny i okupacji społeczeństwo polskie żyło w kraju zrujnowanym, biednym i niestabilnym. Wszelako wielu ludzi sądziło, że elementem autentycznej stabilizacji będą zapowiedziane w umowach jałtańskich wolne wybory. PPR wiedziała jednak, że póki w kraju działa zbrojne podziemie, póki jest ciężka sytuacja ekonomiczna i silny opór znacznej części społeczeństwa, trudno było liczyć na wyborcze zwycięstwo. Czas pracował na korzyść komunistów, którzy nie byli zainteresowani w szybkim przeprowadzeniu wyborów. Nie mogli jednak tej sprawy odkładać w nieskończoność, tym bardziej że o wybory upominali się partnerzy Stalina z Jałty; upominała się opozycja w kraju.

      Pragnąc mimo wszystko odwlec ich termin, wiosną 1946 r. komuniści wysunęli propozycję przeprowadzenia najpierw ogólnonarodowego referendum, w którym społeczeństwo miałoby odpowiedzieć na trzy bardzo przemyślnie opracowane pytania. W pierwszym pytano, czy jest się za zniesieniem Senatu, w drugim o stosunek do reformy rolnej i do "unarodowienia podstawowych gałęzi gospodarki krajowej z zachowaniem ustawowych uprawnień inicjatywy prywatnej". Z kolei trzecie pytanie referendum dotyczyło nowych granic państwa "Na Bałtyku, Odrze i Nysie Łużyckiej". Z oczywistych względów ignorowano w nim zupełnie kwestię polskiej granicy wschodniej.

Polski plakat propagandowy z roku 1946 (fot. wikimedia)      Już na pierwszy rzut oka zwracał uwagę zupełnie różny ciężar gatunkowy pytań. Dwa ostatnie dotyczyły spraw fundamentalnych: kształtu terytorialnego państwa oraz ustroju gospodarczo-społecznego, podczas gdy pytanie pierwsze w istocie kwestii drugorzędnej. Wydaje się jednak, że właśnie to pytanie - w zamyśle komunistów - było najważniejsze, gdyż w okresie międzywojennym hasło zniesienia Senatu należało do stałego arsenału politycznych postulatów ruchu ludowego. PPR oraz jej polityczni sojusznicy i satelici wzywali do głosowania "3 razy tak". W ten sposób postawili PSL wobec dramatycznego wyboru: albo wezwie swoich członków i sympatyków do głosowania także "3 razy tak" (trudno sobie wyobrazić, aby partia chłopska występowała przeciwko reformie rolnej lub żeby występowała przeciw przyrostowi terytorialnemu państwa na zachodzie w sytuacji, gdy Polska poniosła tak znaczne straty terytorialne na Kresach Wschodnich), albo wezwie do głosowania na pierwsze pytanie "nie" i podejmie na szeroką skalę akcję wyjaśnienia chłopom, dlaczego tak właśnie mają głosować, co w wypadku wiejskich półanalfabetów i analfabetów z pewnością nie było zadaniem łatwym.

      Przywódcy PSL wybrali to drugie rozwiązanie, gdyż postanowili wykorzystać referendum jako swoisty test i przy tej okazji sprawdzić, jakim poparciem mogliby dysponować w wyborach parlamentarnych. Obie strony: tworzony pod egidą komunistów Blok Demokratyczny, grupujący PPR, PPS, SL i SD, oraz skupiona wokół PSL i SP opozycja rozpoczęły zakrojoną na szeroką skalę akcję propagandową. Jest przy tym oczywiste, że kampania propagandowa PPR i jej sojuszników, wykorzystujących dla swoich celów m.in. wojsko, prowadzona była z nieporównanie większym rozmachem. Ministerstwo Informacji i Propagandy przygotowało dziesiątki milionów ulotek, plakatów, transparentów, broszur itp. wzywających do głosowania "3 x tak". Akcji propagandowej towarzyszyły zresztą administracyjne i policyjne represje wymierzone w działaczy opozycji.

      Wszystko to razem podtrzymywało w kraju klimat niepewności i swoistej tymczasowości. Wydaje się zresztą, że - niezależnie od składanych publicznie deklaracji - utrzymywanie niepewnej i niestabilnej sytuacji w Polsce było na rękę kierownictwu PPR. Komuniści mieli dzięki temu idealny argument do odkładania terminu wyborów. Jednocześnie działalność zbrojnego podziemia, liczne strajki, które zwykle wybuchały w średnich i mniejszych zakładach z powodów ekonomicznych, choć nierzadko zawierały silne akcenty polityczne, opór znacznej części społeczeństwa - wszystko to w jakimś przynajmniej stopniu mogło stanowić usprawiedliwienie dla systematycznego rozbudowywania aparatu bezpieczeństwa i stosowania na szeroką skalę represji. Bywało i tak, że to sam aparat bezpieczeństwa - między innymi i po to, by uzasadnić swoje istnienie w takiej skali i zakresie - organizował "opór społeczeństwa".

      Na dalsze pogorszenie się nastrojów społecznych przed referendum wpłynęły dramatyczne wydarzenia z maja 1946 r., kiedy to wbrew wcześniejszym obietnicom władze polityczne i administracyjne niemal w ostatniej chwili zakazały organizowania uroczystych obchodów święta 3 Maja. W efekcie po nabożeństwie w Kościele Mariackim, na Rynku w Krakowie uformował się pochód, który wznosił okrzyki na cześć Mikołajczyka. Przeważała młodzież akademicka. Pochód został zaatakowany przez oddziały żołnierzy, a funkcjonariusze UB użyli przeciwko manifestantom broni palnej. Potem nastąpiła fala aresztowań w środowisku studenckim, a odpowiedzią na to był strajk akademicki. Podobne incydenty i zajścia miały miejsce 3 i 4 maja również w innych miastach, bodaj najbardziej gwałtowny obrót przybierając w Katowicach, Łodzi i Włocławku. Były ofiary śmiertelne; wiele osób zostało rannych.

      30 VI 1946 r., w atmosferze dalekiej od normalnej i swobodnej, odbyło się referendum. Wedle oficjalnych danych wzięto w nim udział 85,3 procent uprawnionych do głosowania. Na pierwsze pytanie "tak" miało odpowiedzieć 68,2 procent głosujących, na drugie 77,1 procent, na trzecie 91,4 procent. Referendum zostało sfałszowane: na pierwsze pytanie "tak" naprawdę głosowało 30,5 procent, na drugie 44,5, na trzecie zaś 68,3 procent osób biorących udział w referendum.


Pogrom kielecki


      4 lipca, w okolicznościach do dziś nie do końca wyjaśnionych, doszło do antysemickiego pogromu w Kielcach. Nie była to pierwsza akcja tego typu. Do prób pogromów Żydów w Polsce w pierwszych latach po wojnie doszło też m.in. w Rzeszowie i Krakowie, a mniejsze ekscesy odnotowano w Radomiu, Chełmie, Częstochowie i Chrzanowie. Pogrom kielecki był jednak bez wątpienia najbardziej gwałtowny i krwawy, a przez to stał się najbardziej znany.


      Nie wiadomo dokładnie, czy i ewentualnie przez kogo i w jakim celu zostały sprowokowane rozruchy antysemickie. Zarówno wtedy, jak i dziś wielu zwolenników ma teza głosząca, że pogrom kielecki - w cztery dni po przegranym przez komunistów referendum - został celowo wywołany. Przedstawiciele nowej władzy od pierwszej chwili o "inspirowanie i zorganizowanie" zajść oskarżyli "reakcję", "zbrojne bandy", choć śledztwo w najmniejszym nawet stopniu nie potwierdziło tego typu zarzutów. W myśl tej tezy celem "wrogów władzy ludowej" było zakłócenie "postępującego procesu normalizacji życia publicznego", czego najlepszym dowodem miało być "zwycięstwo" Bloku Demokratycznego w referendum. Jednocześnie opozycja oraz środowiska emigracyjne utrzymywały, że pogrom kielecki sprowokowały i wywołały polskie i radzieckie służby specjalne w celu odwrócenia uwagi Zachodu od sfałszowanego referendum. Tego typu akcja miałaby zarazem za zadanie ukazać Polskę w oczach międzynarodowej opinii publicznej jako kraj zbrodniczych antysemitów. Później zwracano uwagę, że pogrom kielecki mógł też służyć odwróceniu zainteresowania międzynarodowej opinii publicznej od podjętej właśnie przez Trybunał w Norymberdze kwestii odpowiedzialności za zbrodnię katyńską. Niemców o to przestępstwo ostatecznie nie oskarżono, a ewentualności, iż za zbrodnię tę mogliby ponosić odpowiedzialność Sowieci, Trybunał z udziałem przedstawiciela ZSRR w ogóle praktycznie nie wziął pod uwagę. Gwoli ścisłości należy dodać, że z czasem pojawiła się jeszcze inna interpretacja wydarzeń. Otóż w myśl tezy - na niczym wszakże nie opartej - organizatorami zajść kieleckich mieli być syjoniści, którzy chcieli uzmysłowić Żydom, jakim zagrożeniem jest pozostawanie w Polsce, i skłonić ich do emigracji do Palestyny. Trzeba też pamiętać, że w niektórych środowiskach żydowskich żywe pozostaje przeświadczenie, iż program kielecki był czymś niemal "naturalnym" dla polskich antysemitów, kolejnym ogniwem łańcucha krzywd, jakich na przestrzeni dziejów Żydzi doświadczali od Polaków.


      Niezwykle trudno jest podejmować rzeczową polemikę z emocjonalnymi poglądami. Wszelako faktem pozostaje, że niezależnie od ewentualnych działań o charakterze prowokacyjnym, podejmowanych przez służby specjalne, w ostatecznym rachunku to Polacy - zwykli mieszkańcy Kielc - stali się bezpośrednimi sprawcami śmierci 40 Żydów. Faktem również pozostaje, że aż do 1981 r. pogrom kielecki należał do tematów, o których nie mówiło się w Polsce publicznie. Należy także dodać że większość oskarżonych (i skazanych) jako sprawców pogromu w procesie przez komunistyczny sąd jak się później okazało nie była nawet uczestnikami zajść.


Sfałszowane wybory


      22 IX 1946 r. KRN uchwaliła wreszcie ordynację wyborczą i uznając, że nie można już dłużej odkładać wyborów, w listopadzie ustalono ich termin na 19 stycznia. Komuniści, którzy już jesienią 1945 r. wystąpili z ideą powołania wyborczego Bloku Demokratycznego, skupiającego PPR, PPS, PSL, SL i SD, pragnęli zawczasu dokonać procentowego podziału mandatów, lecz PSL odrzuciło ten projekt, decydując się na wystawienie w wyborach własnej listy. W ten sposób wybory przybrały od razu charakter plebiscytu "za" czy "przeciw" nowej władzy w Polsce.


      Komuniści, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią Gomułki, władzy raz zdobytej nie zamierzali oddawać w wyniku porażki w wyborach. Uczynili więc wszystko, aby zwycięstwo wyborcze stało się udziałem Bloku Demokratycznego. W listopadzie powołano do życia wojskowe grupy ochronno-propagandowe. Korzystając z siły i pozycji wojska, milicji i aparatu bezpieczeństwa, przygotowywano wybory w atmosferze terroru i zastraszenia. Z różnych - na ogół fikcyjnych - powodów władze zawiesiły działalność wielu powiatowych organizacji PSL, tym samym uniemożliwiając im wzięcie udziału w wyborach. Towarzyszyły temu procesy polityczne "wrogów Polski Ludowej" i silna kampania propagandowa w środkach masowego przekazu.


      Te wszystkie przedsięwzięte "środki bezpieczeństwa" mogłyby jednak komunistom nie zagwarantować wyborczego zwycięstwa i zapewne dlatego uciekli się oni do fałszerstwa. Zastosowali je zresztą na trzech szczeblach. Najpierw pozbawiono prawa do głosu osoby, co do których można było przypuszczać, iż będą głosować na PSL. Następnie dosypywano kartki wyborcze do urn i fałszowano wyniki na szczeblu komisji wojewódzkich poprzez dodawanie głosów Blokowi Demokratycznemu i ujmowanie siłom opozycyjnym. Wreszcie w kierownictwie uznano, że i te wyniki nie są wystarczająco korzystne i ogłoszono jakieś zupełnie oderwane od rzeczywistości dane, zgodnie z którymi Blok Demokratyczny zdobył ponad 80 procent głosów i w efekcie 394 mandaty, PSL zaś 10,3 procent głosów, co dało mu 28 mandatów. Propaganda oficjalna uznała wyniki wyborów za wielki triumf "sił demokratycznych", a społeczeństwo spointowało je żartobliwym powiedzeniem: "W Polsce wydarzył się cud - w styczniu zakwitła lipa! ".


Sejm Ustawodawczy


Bolesław Bierut (fot. wikimedia)      4 lutego odbyło się pierwsze posiedzenie Sejmu Ustawodawczego. Następnego dnia prezydentem został Bierut, który oficjalnie występował jako bezpartyjny (taki był wymóg konstytucji z 1921 r., do której się odwoływano). 8 lutego powołano nowy rząd - już bez udziału ministrów z PSL - na czele którego w miejsce Osóbki-Morawskiego stanął inny (bardziej oddany komunistom) socjalista Józef Cyrankiewicz. 19 lutego Sejm uchwalił ustawę "o ustroju i zakresie najwyższych organów Rzeczypospolitej Polskiej", zwaną potocznie "małą konstytucją". Obowiązywała ona aż do lipca 1952 r., tzn. do czasu uchwalenia Konstytucji PRL. Ogłoszono też kolejną amnestię dla członków organizacji podziemnych. Nie położyło to kresu walce bratobójczej. Obok Zrzeszenia Wolność i Niezależność za najważniejszą siłę pozostającą w konspiracji wypada uznać skrajnie prawicowe Narodowe Siły Zbrojne. O ile jednak celem działania WiN było doprowadzenie do wolnych wyborów oraz w jak największym możliwie stopniu ochrona polskiego społeczeństwa przed skutkami sowietyzacji, o tyle NSZ za jedynego legalnego reprezentanta polskich interesów narodowych i polskiej racji stanu uznawały rząd w Londynie. Konsekwentnie dążyły do wyzwolenia kraju spod obcych wpływów, bezwzględnie zwalczając polskich komunistów i ich radzieckich protektorów.


      Wraz z wyborami ze stycznia 1947 r., powołaniem Bieruta na stanowisko prezydenta RP i utworzeniem nowego rządu w zasadzie kończył się okres, który można by nazwać epoką pozorów. W tym czasie obok terroru i represji władze równie często i chętnie odwoływały się do innych środków "społecznej perswazji", takich jak np. propaganda państwowotwórcza, hasła patriotyczne, mobilizowanie mas wokół programu odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych. Mimo istnienia cenzury prewencyjnej zachowywano stosunkowo szeroki zakres swobody wypowiedzi. Odbywały się wcale ostre polemiki prasowe między katolikami i marksistami, w następnych miesiącach systematycznie wygaszane.


      Istniała w tym czasie legalna opozycja, którą nie sposób byłoby nazwać koncesjonowaną. Pewną autonomię zachowywali socjaliści, którzy, choć blisko współpracowali z komunistami, niemal na każdym kroku podkreślali swoją organizacyjną odrębność. Kościół katolicki - mimo zerwania przez władze państwowe konkordatu z Watykanem już we wrześniu 1945 r. cieszył się jeszcze na pozór pozytywną opinią wśród czynników rządowych, które wielokrotnie deklarowały zbieżność celów w wielu kwestiach. Przede wszystkim akcentowano rolę, jaką Kościół mógłby odegrać w odnowie moralnej społeczeństwa tak ciężko doświadczonego przez wojnę i okupację.


      Wszystkie te pojednawcze gesty miały na celu m.in. społeczną izolację tych grup, które w żadnej postaci nie chciały zaakceptować nowej władzy, w tym przede wszystkim antykomunistycznego podziemia zbrojnego. Posługując się wspomnianą już "metodą salami", PPR eliminowała kolejnych rywali i przeciwników politycznych, systematycznie czyszcząc pole do ustanowienia w Polsce własnej dyktatury. Naturalnie był to proces i nie można powiedzieć, iż zakończył się on zimą 1947 r. Niemniej z pewnością można powiedzieć, że kończył się wtedy pewien ważny etap na drodze tworzenia systemu komunistycznego.

 



Proponowane pozycje literatury przedmiotu:

 

  • Borodziej Włodzimierz, Od Poczdamu do Szklarskiej Poręby. Polska w stosunkach międzynarodowych 1945-1947, Londyn 1990.
  • Brzoza Czesław, 3 Maja 1946 w Krakowie. Przebieg wydarzeń i dokumenty, Kraków 1996. Buczek Roman, Na przełomie dziejów. Polskie Stronnictwo Ludowe w latach 1945-1947, Toronto 1983.
  • Dokumenty do dziejów PRL. Referendum z 30 czerwca 1946, oprac. Andrzej Paczkowski, Warszawa 1993.
  • Dudek Antoni, Pytel Grzegorz, Bolesław Piasecki. Próba Biografii politycznej, Londyn 1990.
  • Kersten Krystyna, Między wyzwoleniem a zniewoleniem. Polska 1944-1956, Londyn 1993.
  • Kersten Krystyna, Narodziny systemu władzy. Polska 1943-1948, Poznań 1990.
  • Kersten Krystyna, Polacy, Żydzi, komunizm. Anatomia półprawd 1939-1968, Warszawa 1992.
  • Korboński Stefan, W imieniu Kremla, Warszawa 1997.
  • Krawczyk Andrzej, Pierwsza próba indoktrynacji. Działalność Ministerstwa Informacji i Propagandy w latach 1944-1947, Warszawa 1994.
  • Latyński Marek, Nie paść na kolana. Szkice o opozycji lat czterdziestych, Londyn 1985.
  • Majchrowski Jacek, Geneza politycznych ugrupowań katolickich: Stronnictwo Pracy, grupa "Dziś i jutro", Paryż 1984.
  • Marczak Tadeusz, Propaganda polityczna stronnictw przed referendum 30 VI 1946 r., Wrocław 1986.
  • Mazowiecki Wojciech, Pierwsze starcie. Wydarzenia 3 Maja 1946, Warszawa 1998.
  • Micewski Andrzej, Współrządzić czy nie kłamać? PAX i Znak w Polsce 1945-1976, Paryż 1978.
  • Paczkowski Andrzej, Zdobycie władzy 1945-1947, Warszawa 1993.
  • Szaynok Bożena, Pogrom Żydów w Kielcach 4 VII 1946, Warszawa 1992.
  • Terlecki Ryszard, Dyktatura zdrady. Polska w 1947 roku, Kraków 1991.
  • Turkowski Romuald, Polskie Stronnictwo Ludowe w obronie demokracji 1945-1949, Warszawa 1992.
  • Woźniczka Zygmunt, Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość" 1945-1952, Warszawa 1992.
  • Żaryn Jan, Kościół a władza w Polsce (1945-1950), Warszawa 1997.

 

Teksty źródłowe:


Relacja Wincentego Bryii (męża zaufania PSL w lokalu komisji wyborczej, znajdującej się w Warszawie w gmachu Banku Gospodarstwa Krajowego) z przebiegu wyborów w dniu 19 I 1947 r. (fragmenty)

Gdy zostałem dopuszczony jako mąż zaufania, o czym głównie zadecydowała moja legitymacja poselska, najpierw obejrzałem sobie dokładnie urnę wyborczą. Była to zwyczajna skrzynka sosnowa z otworem u góry, na której ściance zauważyłem w jednym miejscu duży sęk. Korzystając z nieuwagi członków komisji zrobiłem na tym sęku anilinowym ołówkiem znak krzyża. (...)
Około pierwszej przewodniczący zaproponował kilkunastominutową przerwę na herbatę. Zaprotestowałem gwałtownie, ale powiedział mi, że to nie sprawa mężów zaufania, a komisji, która zresztą idąc na herbatę do stołówki, zabierze ze sobą skrzynkę. Postanowiłem urny nie spuszczać z oczu i poszedłem z nimi.
Gdy wracaliśmy korytarzem do pokoju komisji, dwóch ludzi niosło skrzynkę na przedzie, a pozostali szli za nimi, (...) wyskoczyło nagle paru ludzi w mundurach, z pistoletami maszynowymi w ręku i zastąpiwszy mi drogę, odcięli mnie i pepeerowca od reszty, która nie oglądając się kroczyła dalej i po chwili zniknęła za drzwiami. Zacząłem głośno wołać, że jestem posłem KRN i żądam przepuszczenia mnie do lokalu komisji. Nie zwracając na to, jak również na protesty pepeerowca, naturalnie udane, żadnej uwagi, oświadczyli, że nas aresztują i zaprowadzili do jakiegoś pokoju, gdzie znajdujący się tam oficer wypytał mnie i pepeerowca najpierw o personalia, a później, obejrzawszy moją legitymację, wstał, przeprosił za nieporozumienie, które wynikło z nadmiernej gorliwości osób "pilnujących aktu wyborczego przed zamachami podziemia" i zwolnił.
Gdy wróciłem do pokoju komisji, rzuciłem się zaraz do skrzynki. Nie miała ona ani sęka, ani krzyża, naznaczonego ołówkiem. Zaprotestowałem natychmiast, twierdząc, że skrzynka została zamieniona i zażądałem spisania protokółu. Przewodniczący, już widać dobrze na to przygotowany, najpierw odmówił, a później, gdy nalegałem, stwierdziwszy, że zakłócam spokój w lokalu wyborczym, wyrzucił mnie za drzwi...