+ Pokaż spis treści

Wakacyjny objazd rowerowy

Rok szkolny 2015/16
[-]

Z PAMIĘTNIKA ZNALEZIONEGO W SAKWIE...




Zakończenie wakacji dla największych ze śmiałków Towarzystwa Żółtego Roweru było wyjątkowo intensywne. Nie pamiętam, kiedy dokładnie zrodziła się inicjatywa i kto z nią wyszedł - grunt, że efektem była rowerowa wyprawa wzdłuż polskiego wybrzeża.


Ekipie tej przewodził Żółty Rower wraz z dosiadającym go mną, to znaczy panem Andrzejem Wegnerem. W skład drużyny weszli: Matylda, Wiktor i Konrad, Wojtek i Michał, Janek, Piotr oraz Yash.


Było prawie jak na Tour de France ;), Peletonowi asystowała opiekując się bagażem i wspierając - biała Skoda.


Każdy dzień obfitował w wyjątkowe przeżycia i przygody, a atrakcji dodawały noclegi w namiotach... :)


DZIEŃ PIERWSZY


Zaraz po dotarciu pociągiem z Warszawy do Ustki ruszyliśmy w drogę. To był dzień na rozgrzewkę, bo czym może być dla tak wspaniałej drużyny około 20 kilometrów do miejscowości Rowy. Pragnąc zwiększyć poziom adrenaliny, dzień kończyliśmy, ćwicząc za kierownicami zderzających się samochodzików.


DZIEŃ DRUGI


Według przewidywań miał być najcięższym etapem na całej wyprawie. Odczuliśmy to, jeszcze na długo przed ukończeniem przeszło 60-kilometrowego odcinka. Przepiękny Słowiński Park Narodowy obfituje w piaszczyste ścieżki i wydmy. Mijaliśmy jeziora Gardno i Łebsko, odwiedzając po drodze latarnię w Czołpinie i pożywiając się w Łebie. Były wertepy, deszcz, wiatr i pot. Bez krwi i łez. Po tym dniu należał się solidny odpoczynek.


DZIEŃ TRZECI


Środek naszej wyprawy potraktowaliśmy z należytym szacunkiem, jednak nie przemęczając się zbytnio. Udało się to dzięki wykorzystaniu warunków wiatrowych do własnych potrzeb. Nie obyło się bez kilku mocniejszych podjazdów, jednak tego dnia głównie sunęliśmy szosami, kołysani zachodnim wiatrem, który dawał wyjątkowe wsparcie! Byliśmy też na "końcu świata". Tak przynajmniej głosiła tablica witająca nas w Stilo, gdzie znów wspinaliśmy się na latarnię morską. Sprawnie dotarliśmy do Białogóry. Korzystając z pogody, wybraliśmy się jeszcze na plażę. Tam, mimo lodowatej wody, większości udało się zanurzyć w morzu... Średni czas przebywania w wodzie oscylował w okolicach 37 sekund ;)


DZIEŃ CZWARTY


Dotarliśmy do już nieco innego w swoim charakterze fragmentu wybrzeża. Podążając pasem nadbrzeżnym, dojechaliśmy do Jastrzębiej Góry, gdzie Bałtyk i plażę podziwialiśmy zarówno z, jak i spod klifu. Oczywiście nie mogliśmy pominąć Rozewia i także tamtejszej latarni. Czas tak przyjemnie mijał, że zanim się obejrzeliśmy, dotarliśmy do odlotowego pola namiotowego. Dosłownie odlotowego - spaliśmy u boku Tu-134. I znów był to dzień, od którego chcieliśmy wciąż więcej i więcej. Tak skończyliśmy we władysławowskim Lunaparku, którego hitem okazało się wahadło o wdzięcznej nazwie "Extreme". A wieczór obfitował w przygody - najpierw dziurawa dętka, wieczorny przejazd na pole namiotowe, a na koniec - wsłuchiwanie się w szum morza z klifu - dwa kroki od naszych namiotów.


DZIEŃ PIĄTY


Poranek dnia ostatniego nie przywitał się z nami miło. Obudziliśmy się w deszczu, który skutecznie zniechęcał do ruszenia w drogę, a właściwie nawet wystawienia jakiejkolwiek części ciała poza namioty. Szczęśliwie deszcz w końcu przeszedł i z pewnym opóźnieniem ruszyliśmy na trasę ostatniego etapu. Ledwie minęliśmy Władysławowo, a dopadła nas zmora wczorajszego wieczora - dziura w dętce. Chwila... jedna dziura? A skąd! Było ich chyba z siedem - w jednym kole. Operacja łatania na cztery ręce i kolejne półtorej godziny opóźnień już zaczynały się jawić niczym czarne chmury. Udało się jednak skutecznie wszystko uszczelnić i dalej już bez przeszkód przebyć malowniczy Półwysep Helski do samego końca. Także i ten dzień czekało przyjemne zakończenie - po chwili na plaży rejs przez zatokę z Helu do Gdyni z przepięknym zachodem Słońca w tle!


W Gdyni wszystko się skończyło! Zmęczeni, ale szczęśliwi załadowaliśmy się w drogę powrotną pociągiem do Warszawy. Choć niejedna osoba pojechałaby jeszcze dalej!


Refleksje swoje spisał

Andrzej Wegner