+ Pokaż spis treści

Tristan i Izolda cz. XII

Biblioteka
[-]

Tristan i Izolda cz. XII


GLOS SŁOWIKA

Tristan defors e chanie e gient
Cum russinol que prent conge
Enfin d'este od grunt pitie.


Le Domnei des Amanz


Kiedy Tristan wróciwszy do chaty leśnika Orri odrzucił kostur i zdjął z siebie burkę pielgrzyma, poznał jasno w sercu, iż nadszedł dzień, aby dotrzymać wiary zaprzysiężonej królowi Markowi i oddalić się z kraju Kornwalii.
Czemu ociągał się jeszcze? Królowa usprawiedliwiła się, król miłował ją, czcił. Artur w potrzebie ująłby się za nią i od tej pory żadna zdradziecka sztuka nie mogła nic przeciw niej. Po co dłużej krążyć w okolicy Tyntagielu? Narażał próżno życie i życie leśnika, i spokój Izoldy. Tak, trzeba jechać; ostatni to raz pod suknią pielgrzyma, na Białej Równi, uczuł ciało Izoldy w swych ramionach.
Trzy dni jeszcze zwlekał nie mogąc się oderwać od kraju, w którym żyła królowa. Ale kiedy przyszedł czwarty dzień, pożegnał się z leśnikiem, który mu dał gospodę, i rzekł do Gorwenala:
- Miły nauczycielu, otoć godzina długiej podróży: pójdziemy ku ziemi walijskiej.
Puścili się w drogę, smutno, w nocy. Ale droga szła wzdłuż sadu ogrodzonego palami, gdzie niegdyś Tristan oczekiwał miłej przyjaciółki. Noc lśniła się czysto. Na zakręcie drogi, niedaleko palisady, ujrzał, jak wznosi się na jasnym niebie krzepki pień wielkiej sosny.
- Miły nauczycielu, czekaj w pobliskim lesie, wrócę niebawem.
- Gdzie idziesz? Szalony, czy chcesz bez litości szukać własnej zguby?
Ale już śmiałym skokiem Tristan przesadził ostrokół z pałów. Przyszedł pod wielką sosnę, koło schodów z jasnego marmuru. Na co zdałoby się rzucać do źródła misternie strugane wióry? Izolda nie przyszłaby już! Gibkim i ostrożnym krokiem, ścieżką, którą niegdyś bieżała królowa, ośmielił się zbliżyć do
zamku.
W komnacie swojej, w ramionach uśpionego Marka, Izolda czuwała. Nagle przez uchylone okno, w którym igrały promienie księżyca, wniknął do izby głos słowika.
Izolda słuchała dźwięcznego głosu napełniającego czarem noc.
Głos podnosił się żałosny i taki, iż nie masz serca dość okrutnego, nie masz serca mordercy, które by się nie rozczuliło. Królowa pomyślała: "Skąd pochodzi to śpiewanie?..."
Nagle pojęła:
"Ach, to Tristan! Tak, w lesie moreńskim dla mojej uciechy uda-
wał ptaki śpiewające. Jedzie i oto jego ostatnie pożegnanie. Jak
on się skarży! Rzekłbyś, słowik, który żegna się z wielką żałością
z końcem lata! Przyjacielu, nigdy już nie usłyszę twego głosu!"
Melodia zaczęła drgać jeszcze potężniej.
"Ach, czego żądasz? Abym przyszła? Nie, przypomnij sobie pustelnika Ogryna i przysiężone śluby. Zamilcz, śmierć czyha na nas... I cóż mi śmierć? Wołasz mnie, żądasz mnie, idę!"
Wyplątała się z objęć króla, narzuciła płaszcz podbity futrem na ciało niemal nagie. Trzeba było przejść przez sąsiednią komnatę, gdzie każdej nocy dziesięciu rycerzy czuwało kolejno; podczas gdy pięciu spało, pięciu innych, pod bronią stojąc u drzwi i okien, wyglądało zewnątrz. Ale przypadkowo wszyscy
byli uśpieni, pięciu na łóżkach, pięciu na podłodze. Izolda okroczyła rozsypane ciała, odsunęła wrzeciądze: pierścień zadzwonił, ale nie zbudził żadnego ze śpiących. Przekroczyła próg i śpiewak umilkł.
Pod drzewami, bez słowa, przygarnął ją do piersi; ramiona ich zaplotły się mocno dokoła ciał i aż do świtu, jak gdy by związani pętami, nie popuścili się z objęć. Mimo króla i mimo stróżów kochankowie wiedli swe wesele i swoje miłowanie.
Ta noc oszaleniła kochanków: i w dnie, które nastąpiły, gdy król opuścił Tyntagiel, aby sprawować roki w ?ubinie, Tristan wróciwszy do leśnika Orri ważył się każdego ranka, w jasny dzień, wkradać przez sad aż do komnaty niewiast.
Sługa któryś zdybał go i poszedł do Andreta, Denoalena i Gondoina.
- Panowie, zwierz, o którym mniemaliście, że jest przepłoszony, wrócił do legowiska.
- Kto?
- Tristan.
- Kiedyś go widział?
- Dziś rano i dobrze poznałem. I tak samo jutro o brzasku możecie oglądać go z przypasanym mieczem, z łukiem w jednej ręce a dwojgiem strzał w drugiej.
- Jak go ujrzymy?
- Przez pewne okno, mnie wiadome. Ale jeśli go wam wskażę, co dacie?
- Funt srebra; będziesz najbogatszym z obwiesiów.
- Zatem słuchajcie - rzekł sługa. - Można zajrzeć do pokoju królowej przez wąskie okno, które wznosi się w górze komnaty, wybite bardzo wysoko w murze. Ale wielka zasłona, rozciągnięta przez izbę, zasłania otwór. Niechaj jutro jeden z was wejdzie śmiało do sadu; niech utnie długą gałąź głogu i zaostrzy ją na końcu; niech wespnie się wówczas na wysokie okno i wbije gałąź jak rożen w materię. Będzie ją mógł wtedy uchylić lekko i możecie upiec mnie żywcem, panowie, jeśli poza zasłoną nie ujrzycie tego, com powiedział.
Andret, Gondoin i Denoalen prawowali się, który pierwszy zażyje tego radosnego widowiska; zgodzili się wreszcie przyzwolić najpierw Gondoinowi. Rozstali się; jutro o świcie mają się zejść społem; jutro o świcie, mili panowie, strzeżcie się Tristana.
Nazajutrz, wśród nocy jeszcze ciemnej, Tristan opuściwszy chatę leśnika Orri przyczołgał się do zamku popod gęste krzewy głogów. Kiedy wychodził z zarośli, spojrzał przez gałęzie i ujrzał Gondoina, który nadchodził ze swej kwatery.
Tristan rzucił się z powrotem w głogi i przycupnął w zasadzce.
"Ha! Boże, spraw, aby ten tam, który się przysuwa, nie spostrzegł mnie przed sposobną chwilą!"
Z mieczem w garści czekał go; ale przypadkiem Gondoin obrał inną drogę i oddalił się. Tristan wyszedł z zarośli zawiedziony; napiął łuk, wycelował: niestety! tamten był już poza odległością strzału. W tejże chwili, jadąc powoli ścieżką truchtem na małym karym koniku, przybywa z dalsza Denoalen wiodąc ze sobą dwa wielkie psy gończe. Tristan czatował nań ukryty za jabłonią. Ujrzał go, jak szczuł ogary, aby wytropiły dzika z chaszczów. Ale nim psy wytropią zwierza z bajora, pan ich otrzyma taką ranę, że żaden lekarz nie zdoła go wyleczyć. Kiedy Denoalen znalazł się przy nim, Tristan odrzucił burkę, skoczył, wyprężył się naprzeciw wroga. Zdrajca chciał uciekać; na próżno, nie miał czasu ani krzyknąć: "Ranisz mnie!" Spadł z konia. Tristan urzezał mu głowę, obciął warkocze, które wisiały dokoła twarzy, i schował do pludrów: chciał je pokazać Izoldzie, aby ucieszyć serce przyjaciółki. "Niestety! myślał, cóż stało się z Gondoinem? Wymknął się. Czemuż nie mogłem mu wy godzić tą samą zapłatą!"
Wytarł miecz, schował do pochew, przykrył trupa pniem drzewa i zostawiwszy krwawiące ciało pośpieszył z kapturem na głowie ku miłej.
Gondoin wyprzedził go do tyntagielskiego zamku: już wdrapawszy się na wysokie okno, wbił pręcik głogu w zasłonę, rozsunął lekko połacie materii i patrzał do wnętrza pięknie wysłanej komnaty. Zrazu ujrzał jedynie Perynisa, później Brangien trzymającą jeszcze grzebień, którym właśnie skończyła czesać królowę o złotym warkoczu.
Ale Izolda weszła, potem Tristan. Miał w jednej ręce bzowy łuk i dwie strzały, w drugiej trzymał dwa długie warkocze z głowy człowieka.
Zrzucił płaszcz i piękne jego ciało ukazało się. Izolda Jasnowłosa skłoniła się, aby go pozdrowić; gdy się prostowała podnosząc głowę ku niemu, ujrzała padający na kotarę cień głowy Gondoina. Tristan rzekł:
- Widzisz te piękne warkocze? To włosy Denoalena. Pomściłem cię na nim. Nigdy już nie kupi ani sprzeda tarczy ani włóczni!
- Dobrze to, panie; ale napnijcie ten łuk, proszę was; chciałabym zobaczyć, czy łatwo się napina.
Tristan zdumiony, na pół rozumiejąc, napiął łuk. Izolda wzięła jedną z dwu strzał, założyła na cięciwę, spojrzała, czy struna dobra, i rzekła szybkim i cichym głosem:
- Widzę rzecz, która mnie rani. Mierz dobrze, Tristanie!
Rozkraczył się w nogach, podniósł oczy i ujrzał na szczycie zasłony cień głowy Gondoina.
- Niechaj Bóg - rzekł - prowadzi tę strzałę.
Rzekł, odwraca się ku ścianie, puszcza. Długa strzała świszczę w powietrzu; ani kobuz, ani jaskółka nie pędzi tak chyżo; przebija oko zdrajcy, przeszywa mózg niby miąższ jabłka i zatrzymuje się, drgająca, o czaszkę. Bez krzyku Gondoin zwalił się i spadł na ostry pal.
Wówczas Izolda rzekła do Tristana:
- Uchodź teraz, przyjacielu mój! Widzisz, zdrajcy znają twe schronienie! Andret został przy życiu, opowie królowi; nie masz już bezpieczeństwa dla ciebie w chatynce leśnika! Uchodź, przyjacielu; Perynis, sługa wierny, ukryje ciało w lesie tak dobrze, iż król o nim nie posłyszy. Ale ty uchodź z kraju dla twego zbawienia, dla mego!
Tristan rzekł:
- Jakoż będę mógł żyć?
- Tak, miły Tristanie, życia nasze są splecione i spojone z sobą. A ja, jakoż będę mogła żyć? Ciało ostaje tu, ty masz moje serce.
- Izoldo, przyjaciółko moja, jadę, nie wiem, do jakiego kraju. Ale jeśli kiedykolwiek ujrzysz pierścień z zielonego jaspisu, zali uczynisz, o co poproszę przez niego?
- Tak, wiesz o tym; jeśli ujrzę pierścień z zielonego jaspisu, ani wieża, ani zamek warowny, ani zakaz króla nie przeszkodzą mi spełnić woli przyjaciela, będzieli to rozsądek czy szaleństwo!
- Miła, niechaj Bóg urodzony w Betlejem ci odpłaci!
- Miły, niech Bóg cię strzeże!