+ Pokaż spis treści

Tristan i Izolda cz. IX

Biblioteka
[-]

Tristan i Izolda cz. IX


PUSTELNIK OGRYN

Aspre vie meinent et dure:
Tant s'entraiment de bonę amor
L'uns por 1'autre ne sent dolor.


Beroul


W trzy dni potem, kiedy Tristan długo szedł za śladem zranionego jelenia, zapadła noc... W mroku ciemnego lasu zaczął rozmyślać.
"Nie, to nie przez obawę król oszczędził nas. Wziął mój miecz, spałem, byłem na jego łasce, mógł ugodzić, na co tu posiłków? I gdyby mnie chciał ująć żywcem, po co rozbroiwszy zostawił mi własny oręż? Ha! poznałem cię, ojcze; nie przez
obawę, ale przez czułość i litość chciałeś nam przebaczyć. Przebaczyć nam? Któż mógłby bez zhańbienia odpuścić taką zbrodnię? Nie, nie przebaczył, ale zrozumiał. Poznał, iż przy stosie, przy skoku z kaplicy, przy zasadzce na trędowatych Bóg wziął nas pod swoją pieczę. Przypomniał sobie wówczas dziecię, które niegdyś brzękało w lutnię u jego stóp, i moją ziemię lońską, opuszczoną dla niego, i oręż Morhołtowy, i krew przelaną dla jego czci. Przypomniał sobie, że ja nie uznałem swej winy, ale na próżno domagałem się sądu, prawa i bitwy, i szlachetne jego serce skłoniło go ku zrozumieniu rzeczy, których dookoła niego
ludzie nie rozumieją. Nie, iżby wiedział albo mógł kiedy wiedzieć prawdę o naszej miłości; ale wątpi, ma nadzieję, czuje, że nie skłamałem, pragnie, abym przez sąd dowiódł swego prawa.
Ha! miły wuju, zwyciężyć w bitwie za pomocą Boga, zdobyć pokój z tobą i dla ciebie przywdziać jeszcze hełm i pancerz!... Cóż ja pomyślałem? Odebrałby mi Izoldę; ja bym mu ją wydał?
Czemuż nie zabił mnie raczej, gdy spałem? Niegdyś, ścigany przezeń, mogłem go nienawidzić i zapomnieć. Wydał Izoldę trędowatym; nie była już jego, była moja. Oto, jak swoim współczuciem obudził mą tkliwość i odzyskał królowę. Królowę? Była królową przy nim, a w tym lesie żyje jak niewolnica. Com uczynił z jej młodością? Miast komnat wysłanych jedwabnym suknem dałem jej ten bór dziki; szałas - miast nadobnych opon; i to dla mnie idzie tą żałosną drogą! Do Boga, Pana mego, króla świata, krzyczę o zmiłowanie i błagam, iżby mi zesłał siłę oddania Izoldy królowi Markowi. Nie jestże jego żoną zaślubioną wedle prawa Rzymu, wobec wszystkich możnych władyków jego ziemi?"
I Tristan opiera się na łuku i długo zawodzi w ciemnościach nocy. W otoczonych głogiem zaroślach, które służą im za legowisko, Izold Złotowłosa oczekiwała powrotu Tristana. Przy blasku księżycowego promienia ujrzała na palcu złoty pierścień, który Marek jej włożył. Pomyślała:
"Ten, kto przez wdzięczną uprzejmość dał mi złoty pierścień, to nie ów pogniewany człowiek, który mnie wydał trędowatym; nie, to współczujący pan, który od dnia wstąpienia mego na tę ziemię przygarnął mnie i chronił. Jak on umiłował Tristana! Ale ja przybyłam i cóżem uczyniła? Żali Tristan nie powinien by żyć w pałacu króla otoczony setką młodzieńców, którzy chodziliby w jego orszaku i służyliby mu, aby się dobić rycerskiego pasa? Czy nie powinien by, jeżdżąc po baroniach i dworach, szukać sojuszników i przygód? Tymczasem dla mnie przepomina całego rycerstwa, wygnany z dworu, ścigany w tym lesie, pędząc to dzikie życie!..."
Po liściach i suchych gałęziach usłyszała zbliżające się kroki Tristana. Wyszła na jego spotkanie jak zazwyczaj, aby wziąć odeń oręż. Wzięła z rąk Tristana łuk Niechybny i strzały, odwiązała rapcie miecza.
- Przyjaciółko moja - rzekł Tristan - to oręż króla Marka. Ten miecz winien był nas zabić, a oszczędził nas.
Izolda wzięła miecz, ucałowała złotą rękojeść. Tristan ujrzał, iż płacze.
- Miła - rzekł - ach, gdybym mógł uczynić pokój z królem Markiem! Gdyby mnie dopuścił do zaświadczenia bitwą, iż nigdy, ani w czynie, ani w słowach, nie miłowałem cię występną miłością; wszelki rycerz jego królestwa, od Lidanu aż do Durhanu, który ważyłby się sprzeciwić, znalazłby mnie uzbrojonego na udeptanej ziemi. Później, gdyby król zechciał ścierpieć i zatrzymać mnie w orszaku, służyłbym mu z wielką czcią jako panu i ojcu; gdyby wolał mnie oddalić, a ciebie zachować, udałbym się do Fryzji lub Bretanii z Gorwenalem jako jedynym towarzyszem. Ale wszędzie, gdziekolwiekbym poszedł, królowo, zawsze pozostałbym twoim, Izoldo, nie myślałbym o rozłączeniu, gdyby nie sroga nędza, którą cierpisz dla mnie od dawna, piękna moja, w tej odludnej ziemi.
- Tristanie, wspomnij na Ogryna, pustelnika zamieszkałego w lesie. Wróćmy ku niemu, i obyśmy mogli ubłagać łaski potężnego Króla Niebieskiego, Tristanie, miły kochanku!
Zbudzili Gorwenala; Izolda siadła na koniu, którego Tristan prowadził za cugle, i całą noc, przechodząc po raz ostatni ukochane lasy, wędrowali tak bez słowa.
Rankiem spoczęli trochę, później szli znowu, aż doszli do pustelni. Na progu kaplicy Ogryn czytał w książce. Ujrzał ich i z daleka przywołał czule:
- Przyjaciele! Jakże oto miłość was pędzi z niedoli w niedolę! Jak długo będzie trwało wasze szaleństwo? Odwagi! Kajajcie się wreszcie!
Tristan rzekł:
- Posłuchaj, panie Ogrynie. Pomóż nam uzyskać jednanie z królem. Oddałbym mu królową. Później odszedłbym daleko, do Bretanii albo Fryzji. Kiedyś, gdyby król życzył ścierpieć mnie przy sobie, wróciłbym i służył mu, jakom powinien.
Pochylona u stóp pustelnika Izolda rzekła z kolei, bolesna:
- Nie wyżyję już tak dłużej. Nie powiadam, bym żałowała, iż kochałam i kocham Tristana jeszcze i na wieki, ale bodaj ciała nasze będą odtąd rozłączone.
Pustelnik zapłakał i uwielbił Boga: "Boże, dobry Królu Wszystkomogący! Dzięki Ci składam, iż pozwoliłeś mi żyć dość długo, aby przyjść z pomocą tym dwojgu!"
Udzielił im mądrych rad, po czym wziął inkaust i pergamin i wypisał pismo, w którym Tristan ofiarował jednanie królowi. Skoro pomieścił wszystkie słowa, które Tristan mu powiedział, ów przypieczętował je woim pierścieniem.
- Kto zaniesie pismo? - spytał pustelnik.
- Ja sam zaniosę.
- Nie, panie Tristanie, nie puszczaj się na to niebezpieczne poselstwo; pójdę za ciebie, znam dobrze mieszkańców zamku.
- Daj pokój, miły ojcze Ogrynie; królowa zostanie w pustelni; skoro noc zapadnie, pójdę z koniuszym, który będzie mi strzegł konia.
Skoro ciemności zapadły na las, Tristan puścił się w drogę z Gorwenalem. Przy bramach Tyntagielu opuścił go. Na murach strażnicy grali pobudkę. Wśliznął się w rów i przemknął przez miasto z niebezpieczeństwem życia. Okroczył, jak niegdyś, ostre palisady, ujrzał cembrowanie z marmuru, źródło i wielką sosnę i
zbliżył się do okna, za którym król spał. Zawołał go łagodnie.
Marek obudził się.
- Ktoś jest, kto mnie wołasz w nocy, o takiej godzinie?
- Panie - odparł Tristan - przynoszęć pismo, zostawiam je tutaj, na kracie okna. Każ przywiązać odpowiedź do gałęzi Czerwonego Krzyża.
- Na Boga, miły siostrzeńcze, czekaj!
Rzucą się na próg i po trzy razy woła w noc ciemną:
- Tristanie! Tristanie! Tristanie, synu mój!
Ale Tristan uciekł. Dopadł koniuszego i lekkim skokiem dostał się na siodło.
- Szalony - rzekł Gorwenal - śpiesz się, umykajmy tą drogą.
Dotarli wreszcie do pustelni, gdzie ich oczekiwał pustelnik pogrążony w modłach i Izolda płacząca.