13 grudnia

 

Wojciech Jaruzelski (fot. wikimedia)      "Obywatelki i Obywatele Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Zwracam się dziś do was jako żołnierz i jako szef rządu polskiego. Zwracam się do was w sprawach wagi najwyższej. (...) Wielki jest ciężar odpowiedzialności, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii. Obowiązkiem moim jest wziąć tę odpowiedzialność - chodzi o przyszłość Polski, o którą moje pokolenie walczyło na wszystkich frontach wojny i której oddało najlepsze lata swego życia.

      Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa (...) wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju"
- wczesnym rankiem 13 XII 1981 r. mówił I sekretarz KC PZPR, prezes Rady Ministrów, minister obrony narodowej i zarazem w jednej osobie przewodniczący WRON generał armii Wojciech Jaruzelski. Był to z pewnością jeden z najtrudniejszych dni w całej jego politycznej karierze. Decydując się na wprowadzenie stanu wojennego sporo ryzykował, gdyż nie mógł do końca przewidzieć reakcji "Solidarności" na to posunięcie.

      Dlaczego zatem władze zdecydowały się na wprowadzenie stanu wojennego? Oficjalnie przywoływano różne przyczyny: była więc mowa o poskromieniu anarchii i fali wyniszczających gospodarkę narodową strajków, o kontynuowaniu pod osłoną stanu wojennego gruntownej reformy gospodarczej, o obronie i odbudowie nadszarpniętego autorytetu instytucji państwa. Bodaj jednak najczęściej stan wojenny w oficjalnych źródłach interpretowany był w kategoriach "mniejszego zła". Najpierw przez kilka lat jako alternatywę dla stanu wojennego - owo "większe zło" - ukazywano zbrojne wystąpienie przygotowywane przez solidarnościową "ekstremę" - przy czym nigdy nie określono precyzyjnie, kto miałby się kryć pod tym pojęciem. Miało to być wszak wystąpienie nie tylko antykomunistyczne i antyradzieckie, ale w ogóle wymierzone w żywotne interesy Polski w sposób zawoalowany utożsamianej z PZPR. Jednocześnie konsekwentnie głoszono, że strona radziecka nie wywierała na władze PRL żadnego nacisku w tym względzie, a stan wojenny był akcją wyłącznie podjętą przez czynniki polskie, co więcej jego wprowadzenie miało być przesądzone dopiero w początku grudnia 1981 r. w wyniku "nieodpowiedzialnych i awanturniczych wystąpień solidarnościowych ekstremistów".

      Od początku argumentacja ta wielu jawiła się fałszywie. Gdy więc w 1989 r., ci sami w praktyce "ekstremiści", którym w latach 1981-1982 przypisywano zbrodnicze wręcz intencje, sięgnęli w Polsce po władzę wizja stanu wojennego jako "mniejszego zła" uległa modyfikacji. Okazało się więc, iż alternatywą dla stanu wojennego wcale nie była "solidarnościowa kontrrewolucja", ale zbrojna interwencja Układu Warszawskiego. Jakby przy okazji zaczęto głosić wówczas, że do powstrzymania solidarnościowego ruchu rewindykacyjnego przy pomocy siły co najmniej "zachęcały" kierownictwo PZPR władze radzieckie. To Breżniew miał naciskać na przywódców PRL - niemal szantażując ich groźbą radzieckiej interwencji - żeby zbrojnie postawili zaporę "anarchii i kontrrewolucji". Zaczęły też znajdować potwierdzenie informacje mówiące o tym, że przygotowania do wprowadzenia stanu wojennego rozpoczęto już w 1980 r., a nie dopiero w grudniu 1981 r., jak przekonywała o tym ówczesna propaganda.

      Oficjalnie podawane motywy wprowadzenia stanu wojennego nie przekonują jednak. Wydaje się, że obok kwestii zagrodzenia drogi do współudziału we władzy "Solidarności", najważniejszym zadaniem stanu wojennego miała być przy wykorzystaniu siły i prestiżu Wojska Polskiego odbudowa pozycji PZPR. Nigdy w całych dziejach PRL wojsko nie odgrywało tak ważnej roli jak w stanie wojennym, nigdy też tylu wyższych wojskowych nie znalazło się na eksponowanych stanowiskach w administracji państwowej i aparacie partyjnym.

      Społeczeństwo polskie oficjalnie dowiedziało się o wprowadzeniu stanu wojennego w niedzielę 13 grudnia o godzinie 6.00 rano. Wtedy po raz pierwszy Polacy mogli wysłuchać transmitowanego przez radio i telewizję, cytowanego na wstępie przemówienia gen. Jaruzelskiego. W całym kraju - a zwłaszcza w Gdańsku, gdzie obradowała Komisja Krajowa - trwały internowania przywódców "Solidarności". Rozpoczęły się także prowadzone metodycznie aresztowania - w oficjalnym języku zwane internowaniem - wśród niezależnych intelektualistów, w tym także wśród organizatorów i uczestników przerwanego Kongresu Kultury Polskiej. Nierzadko milicja włamywała się do prywatnych mieszkań, bywało i tak, że internując rodziców pozostawiała praktycznie bez opieki ich małe dzieci. Niektórych zatrzymanych zwalniano po kilku godzinach czy dniach, innych miano trzymać w zamknięciu długie miesiące, a czasem i lata. Ponieważ nie działały telefony i teleksy, nie wolno było bez specjalnych przepustek przemieszczać się z miasta do miasta, ukazywały się jedynie dwa najbardziej "bojowe" dzienniki "Trybuna Ludu" i "Żołnierz Wolności", radio i telewizja były zmilitaryzowane (lektorzy czytający Dziennik Telewizyjny występowali w wojskowych mundurach), nie można było gromadzić się bez pozwolenia nawet w prywatnych mieszkaniach, zostały zawieszone wszelkie wolności obywatelskie, jak np. tajemnica korespondencji czy nietykalność mieszkań, od godziny 22.00 do 6.00 rano w całym kraju obowiązywała godzina milicyjna, zawieszono zajęcia w szkołach wszystkich typów i szczebli - znacznemu ograniczeniu uległ przepływ informacji. Sprzyjało to mnożeniu mniej czy więcej prawdopodobnych plotek, które często potęgowały atmosferę terroru i zastraszenia. Część z nich wymyślano w MSW, gdzie liczono na podwójny cel: z jednej strony właśnie na dalsze zastraszenie społeczeństwa, z drugiej na to, że po przechwyceniu i nagłośnieniu ich przez zachodnie środki komunikacji społecznej, będzie je można potem publicznie kompromitować jako mało wiarygodne źródła informacji. Tak zapewne było z rozkolportowaną dość szeroko informacją o rzekomej śmierci jednego z najbliższych współpracowników Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego, tak też chyba było z powracającymi uporczywie "rewelacjami" na temat losu internowanych, w myśl których wielu z nich zgromadzonych na stadionach (było to ewidentne nawiązanie do Chile, gdzie rzeczywiście po obaleniu prezydenta Salvadore Allende, przeciwników dyktatury więziono na stadionie w Santiago) miało być w czasie mrozu polewanych wodą. Dementowaniem tych wszystkich nieprawdziwych informacji zajmował się rzecznik rządu Jerzy Urban na konferencjach prasowych organizowanych głównie dla zagranicznych dziennikarzy i korespondentów.

      To, że warunki bytowe internowanych nie były tak straszne, jak to niekiedy przesadnie ukazywała zachodnia prasa, wcale nie znaczy, że były one dobre lub choćby zadowalające. W wielu wspomnieniach i relacjach powraca dotkliwe zimno w celach, niedobre jedzenie, brutalność milicjantów, ale bodaj najczęściej obawa o los swój własny, swoich bliskich i swoich towarzyszy niedoli. Dość często byli internowani wspominają przemarsze przez szpalery uzbrojonych w broń palną milicjantów. W takich przypadkach rzeczywiście wiało grozą, gdyż nikt z internowanych nie wiedział, jaki los szykują im organizatorzy stanu wojennego. Ta niepewność szczególnie dokuczliwa była oczywiście w pierwszych dniach. W Białołęce - wspomina Władysław Bartoszewski - młody człowiek, który 13 grudnia "po południu miał lecieć do Paryża, brutalnie wyrwany ze swoich marzeń, spytał mnie trwożnie, co z nami będzie. Powiedziałem: ťAlbo wywiozą do Rosji, albo będziemy siedzieli w kraju, albo nas wykończą. Najlepsze byłoby to drugieŤ".

      Według oficjalnych danych, przez 49 "ośrodki odosobnienia", którymi pierwotnie były wydzielone oddziały więzień, a później także nawet zamknięte ośrodki wczasowe, przewinęło się w stanie wojennym łącznie 110 131 osób. Spośród kierownictwa "Solidarności" internowania m.in. uniknęli: przewodniczący Mazowsza - Zbigniew Bujak i Regionu Dolnośląskiego - Władysław Frasyniuk, a także kilku działaczy przedsierpniowej opozycji, w tym Bogdan Borusewicz, Aleksander Hall i Zbigniew Romaszewski. Od pierwszych chwil podjęli oni wszyscy działalność konspiracyjną.

Pacyfikacja strajków w grudniu 1981 r.


      14 grudnia, a częściowo już nawet dzień wcześniej, niezależnie od siebie rozpoczęły się strajki okupacyjne w wielu dużych zakładach przemysłowych w różnych częściach kraju. Strajkowały huty, w tym m.in. największe w kraju: Huta Katowice i Huta im. Lenina, większość kopalń, porty, stocznie w Trójmieście i Szczecinie, największe fabryki, jak np. WSK w Świdniku, wrocławski PaFaWag, ZM "Ursus", ZPO im. Marchlewskiego w Łodzi, Dolmel we Wrocławiu. Lista ta jest daleko niepełna i można powiedzieć, iż dłuższe czy krótsze strajki wybuchły praktycznie w całym kraju.

      Władze przyjęły stałą metodę postępowania. Strajkujące zakłady otaczały skoncentrowane bardzo znaczne siły ZOMO i wojska. Wyposażone w ciężki sprzęt (czołgi, transportery opancerzone) pododdziały WP osłaniały bezpośrednie ataki funkcjonariuszy ZOMO w hełmach, z karabinami maszynowymi, tarczami, długimi pałkami i ręcznymi wyrzutnikami petard i granatów łzawiących. Do szturmu dochodziło często nocą, w świetle reflektorów, gdy sparaliżowani strachem robotnicy nie mieli już siły, chęci, ani odwagi stawiać czynnego oporu. Nierzadko bramy zakładów wyłamywały czołgi, za którymi podążali nacierający ZOMO-wcy. Na porządku dziennym było bicie i straszenie robotników. Liczne relacje nie pozostawiają w tym względzie żadnych wątpliwości, że na rozkaz lub bez rozkazu - z własnej inicjatywy - wielu bezpośrednich wykonawców stanu wojennego dało upust swoim najniższym instynktom.

      Największe rozmiary przybrały strajki na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie objęły blisko trzydzieści kopalń oraz m.in. huty Baildon i Katowice oraz Fabrykę Samochodów Małolitrażowych w Tychach. W kopalni Manifest Lipcowy w Jastrzębiu powstał MKS, który działał wszakże krótko i zdołał nawiązać kontakty tylko z 8 kopalniami.

      Wydarzenia na Śląsku i w Zagłębiu przeszły do historii nie tylko ze względu na ich niezwykle szeroki zasięg, ale i z powodu ich wyjątkowej nieporównywalnej z innymi rejonami kraju, gwałtowności. Władze stanu wojennego w województwie katowickim skoncentrowały znaczne siły milicyjno-wojskowe. 15 grudnia w niezwykle agresywny sposób ZOMO-wcy zaatakowali górników w kopalni "Manifest Lipcowy". W tłum rzucano petardy i granaty łzawiące, a uciekających bito pałkami. Milicjanci użyli tam też broni palnej, raniąc kilka osób. Jednak pacyfikacja tej kopalni - jak się nazajutrz okazało - była tylko preludium do najbrutalniejszego ataku, jaki miał miejsce 16 grudnia w kopalni "Wujek". Trzy tysiące strajkujących górników było zdecydowanych bronić się. Przygotowano żelazne łomy, piki, maczugi, pałki z grubego kabla, siekiery, owinięte łańcuchami trzonki kilofów i łopat.

      Mimo wsparcia ciężkiego sprzętu przez dość długi czas siły milicyjno-wojskowe liczące łącznie około 2500 osób nie były w stanie złamać oporu broniących się górników. Dopiero użycie na szeroką skalę broni palnej przez tzw. pluton specjalny, co od razu stało się przyczyną śmierci 6 górników (3 dalszych zmarło z odniesionych ran) i spowodowało rany postrzałowe u 23 dalszych, "skłoniło" strajkujących do poddania się, na honorowych warunkach. Strajkującym zagwarantowano osobiste bezpieczeństwo, choć potem przywódcom strajkowym wytoczono proces.

 

      Masakra w kopalni "Wujek" wstrząsnęła polską opinią publiczną, ale nie zmniejszyła determinacji wielu strajkujących robotników. Dopiero 23 grudnia przy wsparciu ciężkiego sprzętu, jednoczesnym uderzeniem czołgów i desantem ze śmigłowców udało się złamać strajk w Hucie Katowice. Dzień później przerwali strajk okupacyjny górnicy z kopalni "Ziemowit". Najdłużej w kraju do 28 XII 1981 r. strajkowano w kopalni "Piast". Górnicy nie zdecydowali się tam nawet przerwać swego protestu w obliczu świąt Bożego Narodzenia. Złamał ich dopiero brak żywności i szans na powodzenie ich akcji. W ten sposób władze stanu wojennego mogły sądzić, iż stosunkowo łatwym kosztem odniosły spektakularne zwycięstwo - złamały opór "Solidarności". W grudniu 1981 r. do akcji wprowadzono łącznie 249 tyś. funkcjonariuszy MSW (milicji, ZOMO i SB), 49 tyś. osób z powołanych do życia kilka miesięcy wcześniej Rezerwowych Oddziałów Milicji Obywatelskiej oraz co najmniej 80 tyś. żołnierzy Wojska Polskiego. Kolejnym krokiem na drodze "przywracania porządku" było rozwiązywanie niezależnych i niepokornych organizacji społeczno-politycznych i ewentualnie tworzenie w ich miejsce nowych, dyspozycyjnych wobec władz stanu wojennego. Już 5 I 1982 r. poinformowano o likwidacji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Następnie rozwiązano SDP, po czym w jego miejsce powołano do życia Stowarzyszenie Dziennikarzy PRL. 1 grudnia władze rozwiązały Związek Artystów Scen Polskich m.in. za to, że "część środowiska po wprowadzeniu stanu wojennego zorganizowała bojkot radia i telewizji mający motywy polityczne". W 1983 r. to samo spotkało Związek Polskich Artystów Plastyków. Wreszcie już po formalnym zakończeniu stanu wojennego, władze rozwiązały ZLP, przy czym tym razem nowa "prorządowa" organizacja utrzymała tę samą nazwę.

Podziemne życie umysłowe


     Jednocześnie - praktycznie od pierwszych dni stanu wojennego - zaczęło tworzyć się niezależne, podziemne życie. W obliczu totalnego "zmobilizowania" przez władze środków masowego przekazu (tylko jeden program radia i jeden program telewizji), przez dłuższy czas zupełny brak oficjalnej prasy prezentującej choćby nieco odmienną od narzuconej z góry interpretację stanu wojennego - szczególna rola przypadła wydawnictwom drugoobiegowym.

      Przez cały okres 1982-1989 w Polsce publikowano setki podziemnych - mniej czy więcej regularnie wydawanych - pism i biuletynów. Tylko nieliczne przetrwały cały ten czas; część okazywała się efemerydami. Jednakże na miejsce jednych powstawały nowe, na ogół dysponujące coraz lepszą techniką poligraficzną i wyższym poziomem edytorskim i redakcyjnym. Równocześnie ukazywało się sporo pism branżowych, środowiskowych, a w dużych przedsiębiorstwach także zakładowych. Pamiętać wreszcie trzeba o niezależnym ruchu wydawniczym, o setkach książek i broszur oraz poważnych periodykach, gdzie pod własnymi nazwiskami lub pseudonimami ogłaszali swoje teksty zarówno młodzi ludzie, początkujący w zawodzie, jak i wybitni, szeroko znani naukowcy, pisarze, dziennikarze, publicyści i artyści z różnych dziedzin.

      Niezależny obieg wydawniczy był bardzo ważnym orężem w walce z monopolem propagandowym władz stanu wojennego. Trudno oczywiście precyzyjnie określić zasięg oddziaływania publikacji ogłaszanych poza zasięgiem cenzury, ale nie ulega wątpliwości, że w sposób mniej czy więcej systematyczny stykały się z nim setki tysięcy ludzi, przy czym -co zupełnie zrozumiałe - liczba ta rosła z roku na rok. Książki i pisma często i na ogół chętnie pożyczano sobie. Istniały też zakonspirowane wypożyczalnie wydawnictw drugoobiegowych i dlatego krąg oddziaływania tych publikacji był znacznie większy niż mogłyby o tym świadczyć ich dość ograniczone nakłady.

      Równie ważną rolę, co publikacje ukazujące się poza zasięgiem cenzury, odgrywała w stanie wojennym niezależna działalność kulturalna i oświatowa prowadzona poza oficjalnymi strukturami. Na stosunkowo szeroką skalę organizowano kółka samokształceniowe działające w sposób zakonspirowany lub półjawny. W prywatnych mieszkaniach lub może jeszcze częściej w przykościelnych salach katechetycznych odbywały się wykłady osób znanych z niezależnej postawy, dyskusje, wieczory autorskie pisarzy publikujących w drugim obiegu, a nawet wystawy plastyczne, występy aktorów, na ogół - choć nie zawsze - w spektaklach lub artystycznych montażach o tematyce patriotyczno-niepodległościowo-religijnej. Niezwykle ważnymi wydarzeniami kulturalno-obyczajowymi stały się doroczne Tygodnie Kultury Chrześcijańskiej organizowane w różnych miastach, a będące okazją do prezentacji dorobku dla tych twórców, którzy nie chcieli, a czasem po prostu nie mogli korzystać z oficjalnych państwowych dróg i środków przedstawiania swojej twórczości. W stanie wojennym Kościół jako instytucja i kościół jako miejsce działania stał się azylem dla bardzo wielu ludzi ze świata kultury, sztuki i nauki, w przeszłości nierzadko bardzo odległych od katolicyzmu, a nieraz i wrogich religii. Znaczna część kleru nie pytała jednak tych ludzi o ich stosunek do Boga i religii, lecz w miarę swoich możliwości udzielała im pomocy.

      W stanie wojennym na szeroką skalę prowadzony był w środowiskach intelektualnych bojkot państwowych środków masowego przekazu, a w szczególności telewizji, która w powszechnym odczuciu ściśle łączona była z agresywną antysolidarnościową propagandą. Najbardziej zauważalny był bojkot telewizji przez aktorów, z którego wyłamywało się naprawdę niewiele osób o znanych nazwiskach i trwałym dorobku artystycznym. Poprawie wiarygodności radia i telewizji nie sprzyjała też na pewno przeprowadzona tam w początku 1982 r. polityczna weryfikacja pracowników, w wyniku której 197 osób zwolniono z pracy. Równocześnie w wyniku tzw. rozmów weryfikacyjnych usunięto z pracy 569 dziennikarzy zatrudnionych w redakcjach pism. Podobne "czystki" przeprowadzono wśród pracowników administracji państwowej, wymiaru sprawiedliwości i oświaty.

 

Organizowanie społecznego oporu


      Jedyną organizacją niezależną i cieszącą się dużym autorytetem i zaufaniem społecznym, której władze stanu wojennego nie zdecydowały się zaatakować, był Kościół. Już w styczniu 1982 r. utworzono Prymasowski Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności oraz ich Rodzinom, który gromadził informacje o internowanych i aresztowanych i zgodnie z nazwą opiekował się ich rodzinami. Komitet zajmował się m.in. dzieleniem darów napływających z zagranicy i przesyłaniem paczek z odzieżą, żywnością i środkami higieny do więzień i obozów dla internowanych. Pomocy z zagranicy - jak poinformował w 1987 r. Episkopat - napłynęło do Polski łącznie około 90 tyś. ton. Tylko w Stanach Zjednoczonych na pomoc dla Polaków wydano 125 min dolarów.

 

Ulotka z okresu stanu wojennego (fot. fmw.org.pl)      Znaczna część społeczeństwa traktowała władze stanu wojennego, jak obce władze okupacyjne. Na murach polskich miast pojawiały się więc antyrządowe i antykomunistyczne hasła i napisy. Szczególnie wdzięcznym polem ataków była WRON, od pierwszej właściwie chwili przechrzczona na "Wronę". Pisano więc: "WRONA ORŁA NIE POKONA", "WRON WON ZA DON", "WRONA SKONA" itp. Równocześnie malowano kotwice Polski Walczącej z lat okupacji hitlerowskiej oraz stylizowane kotwice Solidarności Walczącej. Jednocześnie niemała część społeczeństwa za swoją rzeczywistą władzę, była skłonna uważać internowanych przywódców "Solidarności" na czele z Wałęsą. Znacznym autorytetem cieszyły się też powstające z wolna konspiracyjne struktury i władze NSZZ "Solidarność". 22 IV 1982 r. doszło do utworzenia Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej NSZZ "Solidarność", która "miała działać do czasu wznowienia prac przez Komisję Krajową NSZZ 'Solidarność' z Lechem Wałęsą na czele". Niezależnie od spadających na nią aresztowań - TKK NSZZ "Solidarność" była najwyższą władzą podziemnej "Solidarności".

 

Lech Wałęsa      W kwietniu 1982 rozpoczęto nadawanie audycji podziemnego Radia "Solidarność", a 1 maja w szeregu miast "Solidarność" zorganizowała wielotysięczne kontrpochody. Miały one miejsce m.in. w Białymstoku, Gdańsku, Lodzi, Szczecinie, Toruniu i Warszawie. Dwa dni później "Solidarność" ulicznymi manifestacjami chciała uczcić święto 3 Maja. Pokojowo usposobione pochody i wiece zostały brutalnie atakowane przez pododdziały ZOMO wyposażone w armatki wodne, petardy i granaty łzawiące. Na demonstrantów nacierali funkcjonariusze w polowych mundurach, w hełmach, z tarczami oraz długimi pałkami. Do ulicznych zajść doszło wówczas m.in. w Elblągu, Gdańsku, Gliwicach, Krakowie, Lublinie, Szczecinie, Toruniu i Warszawie, gdzie uczestniczyło w nich około 20 tyś. osób.

 

      W odpowiedzi na te spektakularne wystąpienia protestacyjne władze zaczęły ponownie przywracać pewne rygory (np. godzina milicyjna) uprzednio już odwołane. Niemniej z okazji 22 Lipca zwolniły z internowania 913 osób, w tym wszystkie kobiety. Dodatkowo 314 osobom udzielono urlopów.

 

      31 VIII 1982 r. mijała druga rocznica podpisania porozumień w Gdańsku. "Solidarność" postanowiła zaznaczyć ją organizując na szeroką skalę manifestacje uliczne w wielu miastach. Później władze przyznały, że odbyły się one w 66 miejscowościach. Według danych ogłoszonych przez ministra spraw wewnętrznych gen. Czesława Kiszczaka w całym kraju łącznie zatrzymano 5131 osób. Najgwałtowniejszy i niestety najbardziej tragiczny obrót przybrała demonstracja w Lubinie, gdzie milicja ostrzelała ludzi na ulicach i wraz ze zmarłymi z odniesionych ran zginęły tam trzy osoby. Tego dnia ofiary śmiertelne były też w Gdańsku, Krakowie i Wrocławiu. "Solidarność" zademonstrowała swoją siłę i determinację, ale z perspektywy czasu trudno tamte demonstracje jednoznacznie uznać za jej sukces. Był to niewątpliwie moment szczytowy tego typu form walki i już nigdy nie udało się zorganizować akcji na podobną skalę.

 

      8 X 1982 r. Sejm PRL przy 10 głosach sprzeciwu i 9 wstrzymujących się przyjął nową ustawę o związkach zawodowych i organizacjach rolników. Na mocy przyjętej ustawy rozwiązano wszystkie tego typu organizacje działające przed 13 grudnia, w tym także oczywiście NSZZ "Solidarność", co spowodowało nową falę protestów społecznych.

      Coraz wyraźniej jednak widać było, że społeczeństwo zaczyna być po prostu zmęczone stałymi protestami, które poza ofiarami praktycznie nic nie przynosiły. TKK wydawała się to rozumieć, niemniej raz jeszcze postanowiła wezwać do 8-godzinnego strajku 10 listopada w drugą rocznicę rejestracji NSZZ "Solidarność". Jej wezwanie nie uzyskało szerszego poparcia członków Związku. Oprócz zmęczenia ciągłą walką na ograniczony odzew na apel TKK wpłynął fakt ogłoszenia dwa dni wcześniej komunikatu o spotkaniu prymasa z gen. Jaruzelskim i towarzysząca mu informacja mówiąca o terminie przyszłorocznej pielgrzymki Ojca Świętego do Polski.

Zawieszony stan wojenny


      18 grudnia Sejm uchwalił ustawę "o szczególnej regulacji prawnej w okresie zawieszenia stanu wojennego", a nazajutrz Rada Państwa postanowiła zawiesić stan wojenny z dniem 31 XII 1982 r. Obozy dla internowanych, którzy niemal wszyscy na Boże Narodzenie wracali do domów, zostały zlikwidowane. Kończył się rok stanu wojennego. 22 III 1983 r. minister Kiszczak podał, iż w ciągu 15 miesięcy SB zlikwidowała ponad 700 nielegalnych grup związkowych. Skonfiskowano też 1310 urządzeń poligraficznych, w tym 368 maszyn drukarskich o dużej wydajności, zlikwidowano 12 nielegalnych radiostacji, studio radiowe w Gdańsku oraz bazę produkcyjną urządzeń nadawczych w Warszawie. W czasie ulicznych zajść śmierć poniosło 15 osób, a rany postrzałowe odniosło 36 manifestantów. Kolegia ukarały 6800 demonstrantów.

      1 maja "Solidarność" tradycyjnie już zorganizowała kontrpochody w wielu miastach Polski. W Gdańsku, Gdyni, Nowej Hucie, Warszawie i Wrocławiu manifestantów zaatakowali funkcjonariusze ZOMO. Dwa dni później - z okazji święta 3 Maja - odbyły się manifestacje w Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Lublinie.

      12 maja został zatrzymany przez milicjantów i następnie ciężko pobity w komisariacie na Starym Mieście w Warszawie 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk. Dwa dni potem chłopak, którego matka była mocno zaangażowana w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom, zmarł w szpitalu. Opinia publiczna od pierwszej chwili oskarżyła o tę zbrodnię milicję, ale władze zrzuciły odpowiedzialność na sanitariuszy pogotowia ratunkowego. Pogrzeb Przemyka przybrał charakter manifestacyjny.


Papież w Polsce


      Od 16 do 23 VI 1983 r. miała miejsce druga papieska pielgrzymka do Ojczyzny. Tym razem Ojciec Święty odwiedził Warszawę, Niepokalanów, Częstochowę, Poznań, Katowice, Wrocław, Górę Św. Anny, Kraków. Jan Paweł II dwukrotnie spotkał się z gen. Jaruzelskim: w Belwederze i nieoczekiwanie na zakończenie podróży na Wawelu. Na wyraźne żądanie papieża - już po zakończeniu oficjalnej części jego wizyty - 23 czerwca doszło w Dolinie Chochołowskiej do spotkania z rodziną Lecha Wałęsy, którego Ojciec Święty osobiście poznał w Watykanie, w czasie pierwszej zagranicznej podróży przywódcy "Solidarności" w styczniu 1981 r. Na całej trasie pielgrzymki gromadziły się nieprzebrane tłumy. Społeczeństwo polskie korzystając jakby z "papieskiego parasola ochronnego" i obecności wielu zagranicznych dziennikarzy, po raz pierwszy po 13 grudnia mogło w sposób otwarty manifestować swoje rzeczywiste postawy i nastroje. Pojawiło się bardzo wiele transparentów pozdrawiających Ojca Świętego pisanych charakterystycznym liternictwem "Solidarności", były flagi i sztandary związkowe. W Warszawie pochód wracający spod rezydencji prymasa będącej miejscem pobytu papieża maszerował całą szerokością Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu skandując m.in. "Chodźcie z nami, dziś nie biją!".

      Stosunkowo spokojny przebieg papieskiej pielgrzymki, a ściśle rzecz biorąc towarzyszących jej manifestacji solidarnościowych, władze postanowiły wykorzystać jako dodatkowy argument przemawiający za zniesieniem stanu wojennego. Fakt ten połączono z dorocznymi obchodami święta 22 Lipca. Tego dnia, po 586 dniach zniesiono oficjalnie stan wojenny w Polsce. Rozwiązała się WRON i ogłoszono amnestię, która nie objęła jednak 11 przetrzymywanych bez wyroku sądowego przywódców "Solidarności" i członków KSS "KOR". Zniesieniu stanu wojennego towarzyszyły zmiany w Konstytucji, do której m.in. wprowadzono pojęcie stanu wyjątkowego, uchwalanie ustawy o urzędzie ministra spraw wewnętrznych i zakresie działania podległych mu organów, gdzie m.in. precyzowano okoliczności i sposób użycia broni palnej przez funkcjonariuszy MO i SB. W jakimś sensie - choć formalnie zniesiony - stan wojenny uległ konserwacji i w formie zmodyfikowanej miał praktycznie obowiązywać nadal. W miejsce tak bardzo potrzebnej Polsce i Polakom normalności władze proponowały "normalizację".



Teksty źródłowe:

 

Wspomnienie Lecha Wałęsy z pierwszych tygodni internowania (fragmenty).

Ton rozmów, które prowadził ze mną minister Stanisław Ciosek, był od samego początku i długi jeszcze czas potem niejednoznaczny. Sugerowano mi, że nie ma Związku beze mnie, sprawę zaś samego istnienia ťSolidarnościŤ w przyszłości uzależniano od wielu okoliczności. (...) wyeliminowania ze Związku ludzi zakwalifikowanych przez władzę jako przeciwnicy polityczni. Lista ta, od początku strajku w Sierpniu obejmująca członków KOR-u, stale się rozszerzała, by w wersji jaką upowszechniała propaganda stanu wojennego, objąć wszystkie znaczące grupy kierownicze ťSolidarnościŤ. A więc doradców, ekspertów, czołowych działaczy regionalnych ruchu.

Oficjalnie nie byłem internowany. W rozmowach ze mną nie precyzowano bliżej mojego statusu, wszystko wskazywało na to, że traktuje się mnie jako liczącego się polityka, którego w związku z oczywistymi trudnościami, jakie spowodowała decyzja wprowadzenia stanu wojennego w kraju, trzeba izolować. Wkrótce przeniesiono mnie do Otwocka, do położonej na uboczu willi, w której przebywał w areszcie domowym przed laty Władysław Gomułka. Aluzja była przejrzysta, posunięcia te budowały perspektywę ťpowrotuŤ na scenę polityczną. (...) byłem dla poszczególnych kontaktujących się ze mną przedstawicieli władzy ciągle interesującą osobowością. Nareszcie byłem sam, bez znienawidzonych przez nich doradców-ťmądraliŤ, ludzi wymuszających szacunek u eksponentów władzy własną moralną postawą, bez nieustępliwych delegatów zakładów pracy, bez wspierającego za oknem tłumu. Trybun pozbawiony trybuny.

Początkowe formy kontaktów są kurtuazyjne, z wyraźną perspektywą prowadzenia rozmów, ale bez formułowania konkretnych propozycji. (...) Ta zabawa trwa właściwie tylko dwa pierwsze dni. Potem wojskowi, zajęci konkretnymi sprawami realizacji operacji stanu wojennego, na kogo innego scedowali prowadzenie gry pozorów, oddelegując do tej sprawy ministra Cioska. Natomiast de facto zostałem przekazany do obróbki specom z SB. Miałem z tego wyjść jako nikt.