+ Pokaż spis treści

Spotkanie Odyseusza i Nauzyki


Nauzykaa, mal. Frederic Leighton (fot. wikimedia)Usypiał boski tułacz Odys; sen już spada
Twardy na złamanego trudem. Wraz Pallada
Idzie w grodziec Feaków leżący precz dalej.
Przedtem oni w szerokiej Hiperii mieszkali,
Gdzie wojenne Kiklopy mając za sąsiady,
Wciąż nękanych od pewnej ratując zagłady,
Wywiódł ich Nauzytoos, on, bogom podobny,
I osadził na Scherii, kędy kraj zasobny,
A od ludzi daleki; miasto zamknął w tyny,
Zbudował domy, chramy, grunt rozdał na gminy -
Lecz Kerą zwalon, zstąpił w Aisa podziemie.
Dziś mądry król Alkinoj wziął w rządy to plemię.

Zatem Pallas Atenę w jego dworzec dąży,
A powrót Odyseja na myśli jej ciąży.
Szła prosto, do panieńskich komnat się przemyka,
Gdzie córka Alkinoja śpi, piękna Nauzyka,
Boginiom równa wzrostem, a wdzięczna jak one.
Niepośledniej urody dwie dziewy uśpione
Leżały tam przy odrzwiach łyszczących podwoi.
Pallas jak lekki powiew do łóżka dziewoi
Przemknie się, do głów schyli, coś do niej przygwarza,
Wziąwszy na się kształt córki Dymasa żeglarza,
Druhny jej najmilejszej i jej równolatki -
I mówiła boginią owiana w kształt gładki:
"Oj, Nauzyko, toż z ciebie leniuszek nie lada!
Drogie szatki, bielizna precz brudem przypada,
A wesele za pasem! Miejże co pięknego
Dla drużek, coć powiodą do pana młodego,
A i dla się. Bo zwykle strój czysty u ludzi
Zyszcze imię, w rodzicach ucieszenie budzi.
Dalej zatem do prania! Wyprzedź ramie zorze!
By raźniej poszła praca, każda ci pomoże,
Ja pierwsza. Raj panieński się kończy; wszak swaty
O ciebie już zachodzą od młodzi bogatej
I przedniejszej, bo przecież ród twój niepośledni!
Nuże, poproś rodzica, pierw nim się rozedni,
Aby ci kazał muły zaprząc w wóz drabiaty.
Nałożysz nań sukienki, przepaski, makaty.
Jechać będzie wygodniej - pieszo zbolą nogi;
Przecież pralnie od miasta taki kawał drogi."

To powiedziawszy Pallas sowiooka wraca
Znowu na szczyt Olimpu do bogów paląca,
Gdzie nigdy burza nie grzmi, deszcz ścian nie obija,
Śnieżna zamieć nie prószy, tylko się przewija
Nieustanna pogoda, ni to namiot lity;
Tam bogom raj wesela płynie niepożyty;
Tam wróciła Atena, napomniawszy śpiącą.

Wstała Jutrznia, kotarą swą złotem kapiącą
Budząc Nauzykę. Panna swoim snom się dziwi,
Prędko z komnat do komnat bieży, by co żywiej
Rodzicom opowiedzieć. Zastała rodzice:
Matka przy ogniu siedzi, wkoło służebnice,
I lekuchnym wrzecionem krasną wełnę skręca;
Z ojcem zbiegła się w progu? właśnie go książęca
Walna rada wzywała, i szedł zasiąść w radzie;
Zabiegła mu i w uszy taką prośbę kładzie:

"Dobry tato, każ dla mnie zaprząc wóz, a długi,
Z wartkimi koły; pilno mi jechać do strugi
Prać bieliznę, bo tyle już jej się zebrało!
Wszak i tobie przystoi bieliznę mieć białą,
Gdy siadasz w zgromadzeniu dostojnych Feaków.
Wszak i doma jest pięciu dorodnych junaków,
Dwóch żonatych, trzech jeszcze chłopiąt już niemałych
Twych synów; ci chcą zawsze chodzić w szatach białych
Na pląsy, a wszystkiemu radź tu, moja główko!"

Tak mówiła, a wtrącić wstydno by jej słówko
O weselu. Lecz ojciec domyślił się tego
I rzekł: "Nie bronięć, córko, ni mułów, ni czego;
Natychmiast niech parobcy wóz zaprzęgą mułmi,
Wysoki, wyplatany i z wartkimi kółmi."

To rzekłszy krzyknął; czeladź przyskoczyła żwawo:
Wóz koleśny wytoczeń stoi przed wystawą,
Wiodą muły, zaprzęźna idzie w dyszel para.
Nauzykaa z komory znosi co niemiara
Cienkich szat i bielizny, wóz naładowywa,
Matka zaś pełen koszyk smacznego pieczywa
I jarzynek tka w rękę; była i łagiewka
Skórzana z winem w drogę (na wóz siadła dziewka);
O dzbanuszku z oliwą matka też pamięta,
By wyszedłszy z kąpieli ona i dziewczęta
Miały czym się namaścić. Ot, już wzięła wodze,
Biczem klasła w powietrzu. Z turkotem po drodze
Pokłusowały muły, ciągnąc ciężar z panią,
Wżdy nie samą, i dziewki siedziały tuż za nią.

Owóż gdy przyjechały nad brzeg ślicznej rzeki,
Gdzie w cembrzyny kamienne sączą się poniki
Wód nieprzebranych, miejsce dla praczek wygodne,
Prędko muły wyprzęga i puszczą swobodne
Na paszę w słodką trawę, co z taką rozkoszą
Wyściela brzegi rzeki. Potem z wożą znoszą
Bieliznę i po sztuce w ocembrzone wody
Kładą, depcąc nogami piorą na wyprzody.
Wypłukawszy do plamki wszystko jak należy,
Rozpościerają rzędem wzdłuż ciepłych wybrzeży
Nad morzem, kędy fale gładki żwirek ścielą.
Skończywszy, wraz się chłodzą zdroistą kąpielą,
Oliwą maszczą członki, potem na trawniku
Siądą do smacznej strawy, a szatki w wietrzyku
Niech schną tymczasem. Gdy tak spożyli łakotki,
Staną do piłki, z głowy odrzucą namiotki.
Pustującym piosenkę zaśpiewa królewna,
Rzekłbyś, że z Artemidą łowczynią pokrewna,
Co przez bór Erymantu lub Tajget ugania,
Rada, gdy z rąk jej padnie odyniec lub łania;
A nimfy, pól mieszkanki, pod pani swej bokiem
Pustują wkoło; Leto cieszy się widokiem,
Że nad wszystkie celuje wzrostem i obliczem,
I snadno poznać, czym jest w orszaku dziewiczem.
Owo tak rej śród swoich królewna prowadzi.

Lecz kiedy o powrocie do dom już coś radzi,
Zaprzęga muły, suche już składa odzieże,
Wtedy Pallas Atenę na sposób się bierze,
By Odysejs się zbudził, zobaczył dziewicę
I przez nią był wprowadzeń w Feaków stolicę.
Więc ku dziewkom rzucona piłka z rąk Nauzyki
Leci, cel swój omija i pada w głąb rzeki,
A one w śmiech i wrzaski. Odys ze snu rwie się -
Usiadł --strwożone serce te myśli mu niesie:

"Biada mi! Do jakichże dostałem się krajów?
Między dzicz nieochajną czy kupę hultajów?
Bodaj między gościnny lud do cnót nałożon!
A toż co za niewieści wrzask? Niby dziwożon,
Co rade zamieszkują siał wierzchy wyniosłe
I źródła rzek, i łęgi trawami zarosło.
Blisko gdzieś tu żyć muszą mówiące istoty!
Dalej, zobaczmyż tedy, skąd one chichoty!"

To powiedziawszy Odys wypełznął na raku
Z gęstwi, silną prawicą z najgrubszego krzaku
Liściastą gałąź udarł, by nią okryć ciało.
I tak sunął jak górski lew, kiedy zuchwałe
Kroczy w deszcz, zawieruchę, we łbie górą ślepie,
Aż przydybie gdzie bydło, trzodę owiec w stepie
Albo w boru jelenia, a gdy głód doskwiera,
Dusić drobną chudobę do obór się wdziera.
Otóż tak szedł Odysejs ku pannom, nie żeby
Nic zważał na swą nagość, ale szedł z potrzeby.
Straszny im zdał się, morskim owalany błotem!
Widząc go, wszystkie w nogi i na wzgórek potem;
Jedna Nauzyka stoi. Atenę jej tchnęła
Męską odwagę w duszę, członkom strach odjęła.
Nie rusza się i czeka. Odysej sam nie wie,
Czy ma paść do nóg wdzięcznie patrzącej nań dziewie
Czyli, jak stał, z daleka wznieść prośbę pochlebną
O pokazanie drogi i odzież potrzebną?
Ta myśl w ciężkim kłopocie przyszła mu wybornie;
Więc, jako był z daleka, pochlebnie, pokornie
Błagał o przebaczenie, aż do nóg jej padnie,
I zaczął rzecz swą prawić mądrze i układnie:

"Błagam cię, czyś jest bóstwem, czy panną śmiertelni
Jeśliś jedną z tych bogiń w niebiesiech udzielną,
Tedy zdasz mi się córą wielkiego Kroniona,
Z Artemidy kibicią i wzrostem jak ona.
A jeśliś jest śmiertelną mieszkanką padołu,
Błogosławiony ojciec z twą matką pospołu,
Błogosławieni bracia! Jakżeż im gdzieś rośnie
Serce przy tobie, jak się rozpływa radośnie,
Gdy w skocznym korowodzie ujrzą twoją postać!
Lecz szczęściu oblubieńca cóż mogłoby sprostać,
Jeśli za hojne wiano zawiezie cię do dom?
Różnym ja się, przeróżnym, napatrzył narodom,
A równej nie znam tobie. Cześć i podziw razem!
Niegdyś widziałem w Delos, przed żertwiennym głazem
Feba, latorośl palmy: jak ty w górę strzela -
Bom się i tam zapędził także z ludu wiela
W tej tułaczce, gdzie zbieram same łzy i znoje -
I stałem w podziwieniu przed nią, jak tu stoję.
Ziemia nigdzie też palmy nie wydala takiej!
Owóż równe zdumienie i podziw jednaki
Ima mię, gdy ci objąć ze czcią chcę kolana:
Tak wielka moja nędza, iście niesłychana.
Wczoraj po dniach dwudziestu jam z morzem się rozstał,
Dni bowiem tyle rwał mię prąd, a wicher chłostał
Wciąż od wyspy Ogigii, aż z demonie) psoty
Wyrzuconym jest tutaj na nowe kłopoty.
Dużo jeszcze mam cierpieć, dużo, z bogów woli!
A choć ty się ulituj! Po długiej niedoli
Ciebie pierwszą spotykam, wszak i duszy żywej
Nie znam zamieszkującej ten gród i te niwy.
Wskaż mi drogę do miasta, okryj nagie ciało
Choćby płachtą z bielizny, i to by się zdało!
A bogi cię najmilszą opatrzą nagrodą:
Dadząć męża i domek, przenajświętszą zgodą Pobłogosławią.
Skarb to najcenniejszy w świecie,
Gdy małżonka z małżonką zgodna miłość splecie,
Duch jeden włada domem; wróg na to się krzywi,
Cieszą druhy - a oni nad wszystkich szczęśliwi!"

Białoramienna panna w te ozwie się słowa:
"Widno, żeś człek niepodły ani miałka głowa.
Darmo! Woli Zewsowej nikt się nie wybiega,
I czy pan, czy chudzina, losowi podlega;
Od niego padł i tobie, znoś z pokorą brzemię!
A teraz, kiedyś nogą wstąpił w nasze ziemie,
Okryjem cię, na niczym nie będzie ci zbywać,
Co tylko obcy tułacz może potrzebywać.
Do miasta wskażę drogę, dam ludu nazwisko:
My Feaki, tę ziemię zamieszkujem wszystką;
Jam córka Alkinoja, wyższego tu nie ma,
On władzy i potęgi w ręku berło trzyma!"

To rzekła i na dziewki zawoła z daleka:
"Stójcie już stójcie! Za cóż uciekać od człeka?
Czy myślicie, że do nas jako wróg przychodzi?
Zaprawdę, nie urodził się ani urodzi
Taki, co by nieprzyjaźń wniósł do naszych progów
I spokój zmieszał. Wszak my kochani od bogów,
Siedzimy na odludziu, w krąg morzem oblani,
Prawie na krańcu świata, nikomu nie znani.
Ugościć raczej trzeba przybysza, gdy bieda
Aż tu go zapędziła. Wszak dziećmi Kronida
Są tułacze. Dar mały często uszczęśliwi.
Sam tu, dzieweczki! Gość nasz niechaj się pożywi;
I wykąpać go trzeba w rzece, gdzie zaciszna."

Na jej głos dziewki wrócą i idą z niepyszna
Prowadzić Odyseja w cienisty brzeg rzeki,
Posłuszne rozkazaniu swej pani, Nauzyki.
Więc chiton przygotują i inne sukienki,
W złotej bańce oliwy podadzą też miękkiej
I każą do kąpieli iść mu kryształowej.

Na to rzecze Odysejs: "Miłe białogłowy!
Ustąpcie kęs na stronę, sam sobie poradzę.
Z barków sól spłuczę, ciało oliwą wygładzę;
O, bo też dawno takiej wygódki pragnąłem!
Lecz się kąpać nie mogę przy was żadnym czołem,
Moja nagość mię wstydzi przed płcią pięknowłosą."

To rzekł; one ustąpią i pani doniosą.
Boski tułacz obmywa sól morską w strumieniu,
Na grzbiecie, na obojem przysechłą ramieniu,
Ze skroni gęsty namuł zgarnia do ostatka;
A gdy po łaźni przyszła oliwa nań gładka,
Wdział szatki w podarunku od panny mu dane;
I wraz Palias Atenę - cudo niesłychane! -
Wzrost mu daje i młodość, bujny kędzior z głowy
Rozsypie mu na barki by kwiat hiacyntowy.
A jako cienkim złotem srebro się obloką
W ręku ucznia Hetajsta, umnego złotnika,
Co z kruszczu tworzy dziwy - w takie same czary
Obleka go boginią; i piękny bez miary
Poszedł na brzeg nadmorski i siadł w swojej krasie.
Ujrzawszy go królewna wielce zdziwiła się,
Więc po cichutku prawi do drużyny swojej:

"Słuchajcie no, dziewczęta! Tak mi się coś roi,
Że nie wszystkich on bogów gniewem obarczony,
Kiedy w błogosławione nasze zabiegł strony.
Z początku zdawał mi się człowiek dość codzienny,
A teraz jak bóg który, niebianin promienny.
O, gdyby mi się trafił mąż, co by mu sprostał
Z młodzi naszej, lub gdyby on sam moim został!
Ależ jadło, napitek co tchu mu zanieście!"

Na rozkaz pani żwawo kopną się niewieście:
Niosą jadło i napój zastawiają przed nim;
A Odysejs zajadał i pił z niepoślednim