+ Pokaż spis treści

Spór klasyków z romantykami

Napoleon BonapartePolscy klasycy (czyli ludzie wychowani jeszcze przed rozbiorami, zakochani w ideach europejskiego oświecenia) w roku 1795 doznali prawdziwego szoku. Niektórym wręcz wydawało się, iż koniec państwa oznacza automatycznie początek końca narodu i trzeba było dużego samozaparcia, aby dość szybko zacząć dumnie wyśpiewywać "Jeszcze Polska nie umarła, kiedy my żyjemy..." oraz pojąć sens działań natury zarówno konspiracyjno-niepodległościowej, jak i naukowo-kulturalnej. Szczególne nadzieje związano z Napoleonem Bonaparte, którego najwierniejszym sojusznikiem okazali się właśnie Polacy, wspierający go na przeróżnych frontach i rozpaczający po klęskach w wyprawie moskiewskiej oraz bitwie narodów pod Lipskiem. Trudno się dziwić, że po tak dramatycznych przeżyciach polscy klasycy nie uważali, iż ustalenia Kongresu Wiedeńskiego z 1815 roku są szczególnie dla Polaków krzywdzące. Wręcz przeciwnie - wierność do końca przegranemu Bonapartemu, zamiast doczekać się kary, została tam uznana za szczególną rycerską cnotę, w związku z czym polskim żołnierzom pozwolono z rozwiniętymi sztandarami wracać do kraju, by składali tam broń, o ile wyrażą taką chęć i by mogli dalej na równych prawach z innymi - służyć pod berłem zwycięskich monarchii. Nie najgorzej na pierwszy rzut oka przedstawiały się też sprawy ustrojowe. W porównaniu z polityką zaborców w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku, przywodzą na myśl słynną karykaturę "gateau de Rois", na której caryca, król pruski i cesarz austriacki wyrywają sobie kawałki mapy podbitego kraju, uchwały Kongresu Wiedeńskiego jawiły się jako triumf humanistycznej i oświeconej cywilizacji. Utworzone na terenach powiększonego znacznie zaboru rosyjskiego Królestwo Polskie miało być wprawdzie połączone z imperium unią personalną (car zostawał automatycznie Królem Polski), ale poza tym było organizmem o dość szerokiej (jak na ówczesne standardy) autonomii, posiadającym polską administrację, szkolnictwo, placówki kulturalne, a nawet armię. Ukoronowanie tych atrakcji stanowiła nadana przez miłościwie panującego monarchę konstytucja, zawierająca zbiór praw, o dziwo, dużo bardziej liberalnych niż wewnętrzne przepisy samej Rosji, nie sposób się zatem dziwić, iż polscy klasycy zakochali się wręcz we wnuku carycy Katarzyny Wielkiej, wznosząc na przykład na jego cześć świątynię na placu Trzech Krzyży w Warszawie czy też układając wiernopoddańcze piosenki (z taką intencją powstała jedna ze słynniejszych później pieśni religijno-patriotycznych, "Boże, coś Polskę..." Alojzego Felińskiego, której autentyczny refren brzmiał: "Przed Twe ołtarze zanosim błaganie, Naszego króla pobłogosław Panie"). Nikt ze "starych" nie traktował zatem współpracy z Rosjanami jako kolaboracji (np. Stanisław Staszic bez moralnych oporów pracował w cenzurze), a od Aleksandra I oczekiwano nie niepodległości, lecz rozciągnięcia praw Królestwa Polskiego również na kresy wschodnie przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Jeśli zaś chodzi o upodobania estetyczne, to te niewiele zmieniły się od czasów "obiadów czwartkowych", to znaczy wciąż kultywowano wzorowane niby na starożytnej Grecji siedemnasto- i osiemnastowieczne klasycystyczne poetyki normatywne, traktujące artystę przede wszystkim jako sprawnego i uporządkowanego wewnętrznie rzemieślnika.

Johann Wolfgang GoetheTymczasem na uczelniach zaczęli pojawiać się ludzie urodzeni w ostatnim dziesięcioleciu osiemnastego wieku, coraz częściej rozczytujący się w Schillerze, Byronie oraz "Pieśniach Osjana". Wprawdzie nie najlepiej wyglądała jeszcze wówczas sprawa polskich przekładów (dla przykładu wydane w roku 1774 "Cierpienia młodego Wertera" Goethego Kazimierz Brodziński przetłumaczył dopiero w roku 1822), ale dobra znajomość - uczonych intensywnie w szkołach - języków nowożytnych pozwalała na bardzo sprawne (a przy tym niepospolicie podniecające) poruszanie się w gąszczu oryginałów.


Trybuną, z której "młodzi" mogli wykrzykiwać swoje - nie zawsze głębokie, ale z reguły bardzo dumnie brzmiące hasła - były nowe pisma (a może raczej pisemka): "Ćwiczenia Naukowe" i "Tygodnik Polski i Zagraniczny". Paradoksalnie jednak za pierwszy oficjalny głos nowej sztuki uznaje się pracę opublikowaną w 1818 r. w jak najbardziej klasycznym "Pamiętniku Warszawskim" (nieoficjalnym organie oświeceniowego Towarzystwa Przyjaciół Nauk), której tytuł brzmiał "O klasyczności i romantyczności, tudzież o duchu poezji polskiej". Jej autor Kazimierz Brodziński (ur. 1791), niezwykle uzdolniony, otwarty na przeróżne nowości profesor historii literatury nie miał w sobie nic z agresywnego buntownika. W swojej rozprawce sumiennie opisał różnice między dwoma typami ówczesnego piśmiennictwa europejskiego, poetycko porównując sztukę klasycystyczną do cywilizowanego ubitego traktatu, romantyczną zaś do tajemniczej, wijącej się w lesie ścieżki, po czym delikatnie usiłował zasugerować, jaki model byłby najbardziej odpowiedni dla mentalności polskiej. Co ciekawe, wcale nie namawiał swych rodaków do naśladowania okropieństw spod znaku Schillera i Byrona, a to, co miał do zaproponowania, jawiło się jako jakaś osobliwa kompilacja starego i nowego, przywodząca raczej na myśl ckliwe pisarstwo sentymentalistów. Okazało się jednak, że nawet tak umiarkowany program był dla klasyków nie do przyjęcia.

Jan ŚniadeckiZ pełną pasji polemiką zatytułowaną "O pismach klasycznych i romantycznych" (1819) wystąpił w "Dzienniku Wileńskim" Jan Śniadecki - wybitny matematyk i astronom, rektor miejscowego uniwersytetu. W przeciwieństwie do Brodzieńskiego nie wykazał się publicystyczną łagodnością. Wyzywając sztukę romantyczną od "płodów spodlonego niewiadomością i zobobonem umysłowym", dramatycznie wskazywał na niesione przez nią zagrożenia, mogące jego zdaniem cofnąć naród cywilizacyjnie i zaszczepić mu wiarę w prymitywne gusła (swoją drogą trudno się dziwić obsesjom Śniadeckiego, który dobrze pamiętał występujące na wsiach polskich jeszcze w drugiej połowie XVIII wieku przypadki torturowania i mordowania osób podejrzanych o czary). W latach dwudziestych XIX wieku spór "młodych" ze "starymi" coraz bardziej przybierał na sile, angażując po obu stronach barykady pióra o bardzo różnym poziomie. Po stronie klasycznej poza wymienionym przed chwilą Śniadeckim, wyróżniali się cieszący się względami władz tłumacz i poeta Kajetan Koźmian (ur. 1771) oraz nazywany "sędzią smaku" dyrektor Teatru Narodowego Ludwik Osiński (ur. 1775). Po stronie romantycznej pierwsze i ostatnie słowo należało zdecydowanie do młodego (ur. 1804), wybitnego i błyskotliwego, porywającego współczesnych nie tylko nieopospolicie barwnym stylem pisarskim, ale i mistrzowską grą na fortepianie, Maurycego Mochnackiego. To on właśnie w sposób najbardziej przekonujący i jednoznaczny rozprawiał się z oświeceniową sztuką (najsłynniejsze prace to: "O duchu i źródłach poezji w Polszcze", "Niektóre uwagi nad poezją romantyczną z powodu rozprawy Jana Śniadeckiego", "O literaturze polskiej w wieku dziewiętnastym"), a jego niektóre określenia (na przykład: "prawidło to szczudła umysłowej niemocy partaczów") wielokrotnie później cytowano.

Wszystkie te dyskusje krążyły bezustannie przede wszystkim wokół spraw artystycznych, gdyż jawne podejmowanie tematów politycznych było w Królestwie Polskim właściwie niemożliwe (dla przykładu pismo Wiktora Heltmana "Dekada Polska" zamieszczające wyznania typu: "bezwstydnie ten kłamie, co wmówić we mnie usiłuje, że jest przywiązanym do swoich ciemiężycieli" zostało zlikwidowane przez cenzurę nie doczekawszy nawet roku swojej działalności). Niemniej ówcześni czytelnicy widzieli, iż romantyków nie interesuje obecna "półniepodległość" i pogardzają klasykami za ich lojalność wobec Rosjan oraz przywiązanie do ciepłych posadek wyższych urzędników Królestwa, "starzy" natomiast uważają "młodych" za nieodpowiedzialnych awanturników, prowadzących naród na skraj przepaści. Wzajemne animozje objawiły się w najbardziej modelowy sposób przy okazji nieformalnych dyskusji nad wymową wydanego w Rosji w 1828 roku "Konrada Wallenroda" Adama Mickiewicza (oficjalna wymiana zdań na ten temat w Polsce nie była oczywiście możliwa), a ich dramatycznym ukoronowaniem stały się wydarzenia zapoczątkowane w nocy 29 listopada 1830 roku.