+ Pokaż spis treści

Spór Achillesa z Agamemnonem


Gniew Achillesa, mal. Jacques-Louis David (fot. wikimedia)Achilla śpiewaj, Muzo, gniew obfity w szkody,
Który ściągnął klęsk tyle na greckie narody,
Mnóstwo dusz mężnych wcześnie wtrącił do Erebu,
A na pastwę dał sępom i psom, bez pogrzebu,
Walające się trupy rycerskie wśród pola.
Tak wielkiego Jowisza spełniała się wola
Odtąd, gdy się zjątrzyli sporem niebezpiecznym
Agamemnon, król mężów, z Achillem walecznym.
Od kogóż tej niezgody pożar zapalony?
Od Feba, co go Jowisz z pięknej miał Latony.
Gniewny na króla, wojsku straszną klęskę zadał,
Rozszerzył mór w obozie, codziennie lud padał;
Mścił się, że był zelżony jego kapłan święty.
Przyszedł Chryzes, gdzie stały Achiwów okręty,
Świetną na okup córki przynosząc ofiarę,
A w ręku mając berło i Feba tyjarę.
Prosił Greki o litość na ojcowskie bóle,
Najbardziej zaś Atrydy, dwa narodów króle.
"Atrydowie i Grecy! Niech wam dadzą bogi
Dobyć miasta Pryjama, w swoje wrócić progi.
Lecz pomni na łuk Feba strzelający z góry,
Weźcie okup, nie przeczcie ojcu jego córy."
Rzekł. W Grekach szmer przyjazny oznaczał ich zgodę,
Aby uczcić kapłana i przyjąć nagrodę.
Nie przypadła królowi do serca ta mowa,
Więc go puścił z obelgą, przydał groźne słowa:
"Znidź, naprzykrzony starcze, z oczu moich pręcej,
Nie waż bawić się dłużej ani wracać więcej.
W tyjarze, "w berle słaba dla ciebie zasłona.
Chyba mi starość córkę twoje wydrze z łona;
Od swych daleko, w Argach na zawsze osiędzie,
Tam wełnę tkać i łoże moje dzielić będzie.
Pódź precz! ani mię gniewaj, żebyś został cały!"
Tak rzekł; zaląkł się starzec i odszedł struchlały.
Szedł cicho ponad morzem, gdzie huczały fale,
A gdy już był daleko, wynurzył swe żale
I syna pięknowłosej tak prosił Latony:
"Boże, którego Chryza doznaje obrony,
Boże Smintu, co strzałę wypuszczasz daleką,
Co masz Tened i Cyllę pod możną opieką!
Jeśli wieńcami twoje zdobiłem kościoły,
Jeślim ci na ofiarę bił kozły i woły,
Niech prośba ta od ciebie będzie wysłuchana:
Zemścij się łukiem twoim obelgi kapłana."
Ledwie skończył, modlitwa doszła ucha Feba;
Wysłuchał go łaskawie, zstąpił gniewny z nieba,
Z łukiem swoim, z kołczanem; na ramionach strzały
W bystrym biegu strasznymi szczęki przerażały.
Idzie jak noc posępny; siadł z dala, łuk spina:
Leci strzała i świszcząc powietrze rozcina.
Okropnym brzmiąc łuk jękiem, psy strzela i muły;
Wnet zgubne jego razy Achiwy poczuły:
Palą się bezprzestannie smutne trupów stosy.
Przez dziewięć dni na wojsko śmiertelne szły ciosy,
Dziesiątego Achilles cały lud zwoływa,
Bo tę myśl w piersi Juno wlała mu życzliwa,
Bolesna, widząc swoich Achiwów zagładę.
Zatem, gdy się na walną zgromadzili radę,
Mężny Achilles tymi zaczął mówić słowy:
"Teraz bardzo się lękam, synu Atrejowy,
Abyśmy, obłąkani wpośród morskich brodów,
Nie musieli powracać do ojczystych grodów,
Jeżeli tu na zawsze nie zamkniem powieki:
Bo i wojna okrutna, i mór niszczy Greki.
Niech wieszcz lub kapłan powie, skąd ta chłosta sroga,
Albo snów tłumacz wierny, wszakże sny od Boga;
Niechaj powie, dlaczego Feb naszej chce zguby:
Czy go nie dopełnione obrażają śluby?
Czyli stąd, że świętego stugłowu nie bierze?
Bijmy owce i kozy dla niego w ofierze,
Aby ubłagan, wstrzymał ten mór niebezpieczny."
To powiedziawszy, usiadł Achilles waleczny.
Wstał Testera syn, Kalchas, pierwszy w swym urzędzie:
Zna, co jest, zna, co było, zna nawet, co będzie;
Mądry i duchem wieszczym od Feba natchnięty,
On do Troi achajskie prowadził okręty.
Więc tak na radzie głosem roztropnym opiewa:
"Chcesz, bym wyrzekł, dlaczego na nas Feb się gniewa,
Feb, którego łuk srebrny zgubne strzały niesie?
Ja powiem, lecz przysięgą zaręcz, Achillesie,
Że mi słowy i ręką dasz potrzebne wsparcie,
Bo widzę, jak się na mnie rozgniewa zażarcie
Mąż, któremu nad sobą władzę Grecy dali,
A gdy król na słabego gniewem się zapali,
Chociaż się na czas wstrzyma, w razie nie zaszkodzi,
Znajdzie potem sposobność i zemście dogodzi.
Uważ więc, czyliś zdolny ocalić mą głowę."
Achilles odpowiedział na tę wieszczka mowę:
"Co tylko wiesz, mów śmiało! Bo na Apollina
Przysięgam, Jowiszowi najmilszego syna,
Którego ty świętości trzymając na pieczy,
Z daru jego zwiastujesz przyszłe Grekom rzeczy;
Przysięgam: póki widzę to światło na niebie,
Żaden się z Greków skrzywdzić nie odważy ciebie,
Ani sam Agamemnon. Nic to nie przeszkadza
Prawdę wyrzec, że jego najwyższa dziś władza."
Ośmielił się tym wieszczek. "Ani dla ofiary,
Ani dla ślubów - rzecze - zesłane są kary.
Wzgarda świętego sługi ściągnęła tę stratę;
Nie chciał wydać król córki, odrzucił zapłatę,
Dlatego między nami zaraza się szerzy
I nie wprzódy się w swoim gniewie Feb uśmierzy,
Aż król powróci zdobycz, którą dotąd trzyma,
I darmo odda brankę z czarnymi oczyma.
Gdy do Chryzy poślemy jeszcze stugłów święty,
Może się da złagodzić dla nas bóg zawzięty."
Skończywszy usiadł Kalchas. Natychmiast powstanie
Trzymający szerokie Atryd panowanie,
Straszliwie pomieszany; gniew mu wnętrze ściska,
A oko rozpalone żywym ogniem błyska.
I rzekł, krzywym rzucając na Kalchasa wzrokiem:
"Zawsze ty, widzę, jesteś nieszczęścia prorokiem
I nic nie umiesz dla mnie zwiastować przyjemnie;
Każdy twój czyn i wyraz serce rani we mnie.
Teraz nawet rozgłaszasz pomiędzy Achiwy,
Iż dlatego zarazą Feb ich trapi mściwy,
Żem zatrzymał dziewicę, okupem wzgardziłem.
Posiadanie tej branki bardzo mi jest mitem,
Byłaby moją w domu pociechą jedyną,
Większą niż Klitemnestra, którąm wziął dziewczyną.
Wyrówna jej rozumem moja niewolnica
I sercem, i przemysłem, i pięknością lica.
Ale gdy trzeba, ojcu wracam ją do ręki,
Bo wolę całość ludu nad jej wszystkie wdzięki.
Tylko mi tę osłódźcie stratę, przyjaciele!
Godziż się, bym szkodował sam jeden tak wiele?
Wszakże wszyscy widzicie, co mi z rąk wypada."
Na to Pelid waleczny tak mu odpowiada:
"Atrydzie, jakżeś razem i dumny, i chciwy!
Tobieź łupu ślachetne odstąpią Achiwy?
Ja nie wiem, jeśli jakie łupy gdzie złożono:
Co z miast było wziętego, to już podzielono.
Wracać nazad i znowu dzielić - nie przystoi.
Ale kiedy przemożnej dobędziemy Troi,
Wróć tylko brankę bogu, za dzisiejszą stratę
Potrójna i poczwórną odbierzesz zapłatę."
"Luboś mądry, nie zdołasz tego wmówić we mnie -
Rzekł król - i chcesz mię słowy podchodzić daremnie.
Oddawszy moje brankę, będęż smutny siedzieć,
Gdy ty cieszysz się twoją? Oddam, lecz chcę wiedzieć,
Czyli tę stratę Grecy nagrodzą mi równie;
Jeśli nie chcą nagrodzić, sam wezmę gwałtownie,
Ty swą dasz lub Ulisses, lub Ajaks wysoki:
Nieszczęsny ten, do kogo zwrócę moje kroki.
Ale się w innej o tym naradzimy porze.
Teraz okręt na wielkie wyprowadźmy morze
I zbierzmy zdolne majtki do takiej wyprawy;
Brankę wsadźmy z ofiarą stugłowną do nawy.
Pierwsi z wodzów tę podróż na siebie weźmiecie,
Ajaks, Ulisses lub król panujący Krecie,
Lub, jeśli tak rozkażę, naj straszniejszy z ludzi
Pelid się tą usługą dla Greków potrudzi:
Pewnie bóg zagniewany, który mściwie strzela,
Tą ofiarą się zmieni dla nas w przyjaciela."
Na to, strasznie zapalon, Achilles zawoła:
"O łakomco! O człeku bezwstydnego czoła!
Któż z Greków chętnie twoje spełni rozkazanie?
Kto pójdzie na wyprawę? na czele wojsk stanie?
Nie z mojej ja przyszedłem pod Troję przyczyny,
Ród ten przeciw mnie żadnej nie popełnił winy;
Do owoców mej ziemi nie ściągnęli dłoni,
Nie tknęli się trzód moich, nie zabrali koni,
Najmniejszej w żyznej Ftyi nie zrobili szkody:
Dzielą mię od nich wielkie i góry, i wody.
Ale z tobąśmy przyszli z odległych stron świata
Czci twojej nasługiwać, mścić się krzywdy brata.
Bezczelniku z psim okiem! Nie znasz tej usługi!
Jeszcze mi to chcesz wydrzeć, com wziął za znój długi
I co mi zgodnie greckie przyznały narody!
Dotąd ja równej z tobą nie miałem nagrody,
Gdy po dobyciu miasta wojsko łup rozbiera.
Na moich barkach ciężar wojny się opiera,
Lecz kiedy podział przyjdzie, lepsza część dla ciebie,
A ja, upracowany, zemdlony w potrzebie,
Z małą cząstką na okręt idę z bojowiska.
Do Ftyi, do mojego powracam siedliska,
Gdy nie znasz moich zasług, śmiesz zdobycz wydzierać;
A nie wiem, czy beze mnie' będziesz łupy zbierać."
Jemu król Agamemnon, równym gniewem zjęty:
Jedź, gdy ci się podoba, spychaj twe okręty,
Czyż to na tobie jednym los Grecyi stoi?
Mam drugich, co się zemszczą mej krzywdy na Troi,
A najskuteczniej Jowisz, panujący w niebie.
Z wszystkich królów najbardziej nienawidzę ciebie,
Bo zawsze rad się bawisz wojną, bitwą, swarem.
Jeśli cię zdobi dzielność, to jest nieba darem.
Idź, rządź Mirmidonami, nie mną, człeku hardy,
Gniewy twoje niczego niewarte prócz wzgardy.
Lecz wiedz, gdy Feb ode mnie Chryzeidę bierze,
190 Dam rozkaz, niech ją moi odwiozą żołnierze,
A za to się do twojej posunę nagrody:
Bryzeidę ci wezmę z pięknymi jagody,
Byś znał, żem jest mocniejszy. Drugich strach ogarnie,
Widząc, że mi się równać nie można bezkarnie."
Na te słowa okrutnie Pelid rozjątrzony,
Niepewny, na obiedwie nachyla się strony:
Czy, usunąwszy drugich, w Atryda uderzyć,
Czy lepiej gniew powściągnąć i zapał uśmierzyć.
Gdy się na obie strony chwieje myśl wątpliwa,
W zapale z pochew miecza strasznego dobywa.
Wtem z nieba Pallas przyszła z Junony przysługi,
Bo równie jej był miły jak jeden, tak drugi.
Z tyłu lekko za włosy pociąga rycerza,
Niczyim, jego tylko oczom się powierza.
Zląkł się Pelid, gdy spojrzał za siebie zdumiały;
Widzi Minerwę, oczy jej groźnie iskrzały,
I rzecze: "Wielka córo pana błyskawicy,
Po cożeś tu z niebieskiej nadeszła stolicy?
Czy widzieć, jaką Atryd obelgę mi czyni?
Oświadczam ci, bo tego dokażę, bogini,
Że dłoń ta wnet za dumę duszę mu wywlecze."
A na to modrooka Minerwa tak rzecze:
"Przyszłam gniew twój uśmierzyć z rozkazu Junony:
Jej Achilles, jej Atryd równie ulubiony.
Nie ruszaj miecza, do krwi nie chciej się zapędzać,
Lecz stów dla czci obrony możesz nie oszczędzać.
Wierz mi, bo to być musi, że dla tej ofiary
Trzykroć będziesz drogimi nagrodzony dary,
Tylko bądź nam posłuszny, gniew uhamuj srogi."
A Palladzie Achilles mówi prędkonogi:
"Choć cały gniewem pałam, lecz rozum ostrzega,
Iż ten błądzić nie może, kto bogom ulega;
Kto na rozkazy bogów nie zatyka ucha,
Tego wzajem łaskawe niebo chętniej słucha."
To wyrzekłszy, przestaje na Minerwy radzie,
Powściąga silną rękę i miecz w pochwy kładzie;
A bogini, poselstwo odprawiwszy swoje,
Do bogów śpieszy, w górne Jowisza pokoje.
Lecz Pelid jeszcze gniewy straszne w sercu warzy
I rzecze, dla Atryda nie szczędząc potwarzy:
"Z psim okiem, z łani sercem, bezecny opoju,
Wziąłżeś broń, prowadzilżeś lud śmiało do boju?
Poszedłżeś na zasadzki, gdy szły inne wodze?
Nigdy; drżałeś ze śmiercią spotkać się na drodze.
Lepiej dumną w obozie władzę rozpościerać,
A kto ci się sprzeciwi, temu łup wydzierać.
Nad podłymi panujesz, ludożerco, tłumy;
Inaczej, już byś zgonem przypłacił twej dumy.
Ale ja ci przysięgam teraz uroczyście,
Przez to berło, co więcej nie odrośnie w liście,
Bo kiedy je raz na pniu ostry topór przytnie,
Żywne straciwszy soki, więcej nie zakwitnie,
A dziś je w ręku greccy monarchowie noszą,
Którzy święte wyroki prawa ludom głoszą;
Przysięgam ci największą przysięgą na świecie:
Wzywać Achilla Grecy, lecz próżno, będziecie.
A ty się dręcząc w sobie nie dasz im pomocy,
Gdy ich do wiecznej Hektor zacznie wtrącać nocy;
Zgryzie cię trojańskiego postępek oręża,
Że najwaleczniejszego nie uczciłeś męża."
To powiedziawszy, przodków berło znakomite,
Berto świetnie złotymi gwoździami nabite,
Rzuca gniewny na ziemię i na miejscu siada;
Równie się Agamemnon na niego rozjada.