+ Pokaż spis treści

Śmierć Hektora z ręki Achillesa


[...]
Jak wąż, gdy się trucizną ze złych ziół napoi,
Pełen jadu, przy swojej jaskini się toczy,
A wszędzie obracając zapalone oczy,
Niecierpliwy złość wywrzeć, czuwa na człowieka -
Tak Hektor, pełen ognia, na miejscu swym czeka:
Świetny puklerz o wieżę wysunioną wspiera
I w ślachetnym swym sercu te myśli rozbiera:
Jeśli do miasta wnidę, cóż więc z tego będzie?
Pierwszy na mnie Polidam z wyrzutami wsiędzie:
Gdy wyszedł Pelid, w zgubnej tej nocy on radził,
Bym nie zwlekając wojsko do miasta prowadził.
Nie usłuchałem, czegom tak drogo przypłacił!
Teraz, gdym przez mój upór tyle ludu stracił,
Trojany i Trojanki będą wyrzekały,
Najmniej odważny powie: Hektor, nadto śmiały,
Swym zuchwalstwem o takie nas przyprawił szkody.
Ach, niźli to mam słyszeć, nie wrócę, aż wprzódy
Zwyciężę Achillesa i zgładzę mą winę
Lub chwalebnie pod mury ojczystymi zginę.
Gdybym zdjął tarczę z piersi, ciężki szyszak z głowy,
I oparłszy o mury mój oszczep stalowy,
Ślachetnemu mężowi słowa niósł pokoju,
Przyrzekł oddać Helenę, skąd początek boju,
Powrócić od Parysa uwięzione sprzęty,
By je wzięły Atrydy na swoje okręty;
Gdybym, dla nagrodzenia za wielkie ich straty,
Osobne ofiarował Achiwom opłaty,
Trojan zaklął przez bogi, szczerości ich świadki,
Że nic nie tając, wiernie swe zniosą dostatki,
I na pół nimi z Greki podzielą się ściśle...
Lecz jak niegodne rzeczy ważę w mym umyśle!
Jaz mam pokornie błagać? brać postać nikczemną?
Poszedłbym... Uczciż stan mój? Zechceż mówić ze mną?
Zabije bezbronnego jak mdłą białogłowe.
Nie czas tu w poufałą wdawać się rozmowę,
Jak ją słodko młodzieniec z kochanką swą toczy
O skale albo dębie, lub co padnie w oczy.
Lepiej się spotkać bronią, żebym już obaczył,
Dla kogo z nas dwu chwałę pan niebios przeznaczył."
Tak myślał, gdy się zbliżył Pelid groźnie zbrojny:
Straszną wstrząsał przyłbicą, jak srogi bóg wojny.
Pelijońskim jesionem prawą ręką ciskał,
Puklerz blaskiem rażącym piorunu połyskał,
Świecąc się jako promień wschodzącego słońca.
Ujrzał go Hektor, zadrżał, nie wytrwał do końca,
Więc, aby przewlókł bitwę, uciekać zaczyna,
Szybkim ścigany biegiem od Peleja syna.
Jak jastrząb, wszystkie ptaki celujący lotem,
Prędko leci za krzywym gołębicy zwrotem,
Wzmaga swój wartki impet, przeraźliwie krzyczy,
Chciwy, aby czym prędzej dostał swej zdobyczy -
Tak Pelid za Hektorem pędem biegł ognistym,
Który przed nim uciekał pod murem ojczystym.
Dążą drogą publiczną bystrymi wyścigi,
Już pagórek, już wiatrem kołysane figi,
Już wreście omijają wdzięczne okolice,
Gdzie tryskają Skamandru dwoiste krynice:
Jedna płynie ukropem, gęste bucha pary,
Jakby wrzącymi była tuczona pożary,
Druga w gorącym lecie czyste sączy wody,
A tak zimne jak śniegi lub stopniałe lody.
Tam były wodne łoża, ozdobione głazem,
Gdzie nadobne Trojanki z córy swymi razem
W czasach pokoju drogie wybielały sprzęty,
Nim do tych brzegów greckie przybiły okręty.
Tędy przebiegli, żaden z nich kroków nie szczędził,
Mężny ten, co uciekał, mężniejszy, co pędził.
Bo nie szło tam o puklerz lub inne nagrody
Uwieńczające w biegu zwycięskie zawody:
O wielkiego Hektora walka była życie.
Jako chcąc pogrzeb męża uczcić należycie
Krewni przy zwłokach piękne sprawują igrzyska,
Pędzą bystre rumaki, piana na pierś pryska,
Warczą koła i zręcznie obiegają metę:
Zwycięzca weźmie trójnóg lub ładną kobietę -
Tak ci miasto potrójnym okrążyli skokiem.
Bogowie ciągle bacznym szli za nimi okiem.
Wnet Jowisz mówić zaczął wśród górnych mieszkańców
"Ach, widzę ściganego męża koło szańców!
Boli mię los Hektora! On bogom niósł dary,
On w zamku i na Idzie palił mi ofiary;
Dziś pędzi go Achilles i prawie dopada.
Namyślmy się, niech bogów postanowi rada,
Czy go zachować, jako cnotliwego męża,
Czy pozwolić, by zginął z Achilla oręża."
"Panie - odpowie Pallas - co z strasznym łoskotem
Z chmur czarnych trwożysz ziemię piorunowym grzmotem,
Co rzekłeś! Czy śmiertelnik może wyrok minąć,
Który mu od dawnego czasu kazał zginąć?
Czyń, ale tego czynu nie pochwalą bogi!"
"Córo! - rzekł Jowisz - nie bierz w serce próżnej trwogi,
Muszą bowiem swym torem iść wyroki wieczne.
Bież, bądź pewna, że twoje chęci są skuteczne."
Zapalonej Minerwie tego było trzeba:
Zaraz bogini szybkim lotem spadła z nieba.
Hektora w długim pędzie Achilles naciska.
Jak na górach pies, łanią ruszywszy z łożyska,
Ciągle pędzi przez lasy, przez długie doliny,
Choć drżący zwierz się skryje wśród gęstej krzewiny,
Wytropi go po śladach i znowu nastaje -
Tak on się Hektorowi wyśliznąć nie daje.
Ile razy wyskoczyć chciał ku murom Troi
W nadziei, że mu pomoc z góry dadzą swoi,
Tylekroć go Achilles zwracając od wieży
Napędza na równinę, sam wzdłuż murów bieży,
A jako we śnie, zwodnym łudząc się obrazem,
Gonim za przeciwnikiem, lecz za każdym razem
Wyślizga się nam z ręki, choć przedział niedługi,
Tak ten nie mógł doścignąć ani uciec drugi.
Lecz jak by Hektor przed swym schronił się wyrokiem,
Jak by mógł Achillowi bystrym zrównać skokiem,
Gdyby Feb raz ostatni w nim siły nie wzniecił?
Pelid raz po raz głową swym wojskom zalecił,
Aby gonić pociskiem Hektora nie śmiały,
Nie chciał bowiem pierwszego ciosu stracić chwały.
Gdy czwarty raz do źródeł przybiegli rycerze,
Natenczas złotą szalę bogów ojciec bierze,
Achilla i Hektora dwa kładzie wyroki,
Oba oznaczające śmierci sen głęboki.
Zważył: już się Hektora zguba nie przewlekła,
Schylił się wyrok jego i padł aż do piekła.
Opuścił go Feb, jako skazanego losem.
Pallada mówi takim do Achilla głosem:
"Achillu, miły bogom! Oto przyszła pora,
Gdy rzezi niesytego zwaliwszy Hektora,
Nieśmiertelną pamiątką lud grecki zaszczyciem.
Dziś on musi koniecznie rozłączyć się z życiem.
Niech z płaczem Feb kolana Jowisza uściska,
Niech żebrze, dla Hektora już nic nie pozyska.
Ty, trzeba, żebyś wytchnął i chwilę zaczekał,
A ja pójdę go skłonić, by walki nie zwlekał."
Rzekła, cieszy się rycerz. Jakby długim gonem
Zmordowany, wstrzymał się, oparty jesionem.
Tego rzuciwszy, Pallas przy Hektorze staje,
Bierze twarz Deifoba, jego głos udaje:
"Ach, bracie mój kochany! Pókiż w bystrym pędzie
Koło Troi Achilles ścigać ciebie będzie? Stań!
Złączmy nasze siły: Deifob z Hektorem
Niełatwym do złamania mogą być odporem."
Ten mu tak odpowiada: "Miły Deifobie,
I przedtem lgnąłem sercem najwięcej ku tobie,
Przenosząc cię nad wszystkich z matki naszej braci,
Lecz za to jak ci równie Hektor się wypłaci?
Żaden się wyjrzeć z murów nie może ośmielić,
Tyś sam niebezpieczeństwo moje przyszedł dzielić."
A bogini: "I ojciec, i matka kochana,
I towarzysze czule ściskali kolana
Prosząc, bym w mieście został: w takiej są bojaźni.
Silniejszy był głos mojej dla ciebie przyjaźni.
Walczmy, razów nie szczędźmy, w nich nasza nadzieja.
Obaczymy niedługo, czyli syn Peleja,
Zwaliwszy obu, krwawym zaszczyci się łupem,
Czyli też sam od włóczni twojej padnie trupem."
To wyrzekłszy, poprzedza w kształcie Deifoba.
Kiedy już były blisko bohatyry oba,
"Achillu - mówi Hektor - dość bojum się wzgrygał!
Już nie będę uciekał ni ty będziesz ścigał.
Zbłąkan od boga, trzykroć te mury obiegłem
I dawniej się chroniłem, gdy ciebie postrzegłem.
Inne w sobie natchnienie czuję w tę godzinę,
Będę się bił walecznie: umrzesz lub ja zginę.
Ale wprzódy umowę zróbmy w świętej wierze,
Niech bogi świadki nasze zaręczą przymierze.
Jeśli mnie da bóg ciebie na placu położyć,
Przysięgam, że nie będę nad trupem się srożyć,
Boską twą zbroję wezmę, Grekom oddam ciało.
Żądam tylko, by ze mną podobnie się stało."
"Co! - zawoła Achilles, a wzrok wściekły toć:
Mnież i ciebie wzajemna umowa zjednoczy!
Jak nie masz między ludźmi i lwami przymierza,
Jako nigdy wilkowi baran nie dowierza,
Lecz w wiecznej żyją wojnie, tak nie masz sposc
By jaki węzeł zgody połączył nas obu.
Prędzej jeden, przyjąwszy w pierś ranę głęboką,
Srogiego Marsa czarną nasyci posoką.
Dziś natęż twoje siły, zbierz twe męstwo cale
I dzielnie bronią władaj, i piersi miej śmiałe.
Nie masz tutaj ucieczki, nic cię nie zachowa,
Niedługo od Minerwy twoja spadnie głowa;
Dziś zapłacisz za Greków, którycheś obalał,
Kiedy oręż zwycięski w twojej ręce szalał."
Zważył jesion ogromny, na Hektora cisnął,
Lecz baczny Hektor, skoro w biegu pocisk błysi
Schylił się: grot przeleciał i drga w ziemię wbit
Bieży Pallas, wyrywa krwi pocisk niesyty
I niesie Achillowi przed Hektorem skrycie.
"Achillu! - rzekł wódz Trojan - miałeś mi
Lecz widzę, że mój wyrok tobie był tajemny:
Zmyliłeś się i zamach twej ręki daremny.
Chytrymi słowy chciałeś ułatwić zwycięstwo
I dumną groźbą zachwiać w moich piersiach męstwo.
Nie pchniesz z tyłu Hektora, który protsto wpada;
W pierś pchnij, jeśli tę chwałę który bóg ci nada.
Chroń się mej dzidy, chcącej twoją krwią się skropić
Obym ci ją mógł całą w twych piersiach utopić!
Lżejsze by się Trojanom stały Marsa znoje,
Bo największym pogromem dla nich ręce twoje."
Skończył, wraz długa z ręku wyleciała dzida
I prosto w środek tarczy trafiła Pelida,
Ale na bok odbita. Hektor się zasmucił,
Że choć dobrze wymierzył, bezskutecznie rzucił;
Zmieszał się, nie miał grotu inszego przy sobie.
Głośno zatem na ciebie wołał, Deifobie,
Lecz męża z białą tarczą nie widzi przy boku.
"Ach - rzecze - już boskiego nie ujdę wyroku!
Mniemałem, że mi z brata jest pomoc niepodła;
On za murami siedzi, mnie Pallada zwiodła.
Nie masz żadnej ucieczki, już mi umrzeć trzeba:
Musi spełnić się wola Jowisza i Feba.
Nieraz mnie jednak dawniej zbawiły te bogi,
Dziś chcą, by się uiścił na mnie wyrok srogi.
Lecz nie dokaże wyrok, bym nikczemnie zginął:
Zrobię czyn, którym będę w późne wieki słynął."
Tak się rycerz w ślachetnym czuciu ubezpiecza.
Wraz dobywszy ciężkiego i ostrego miecza,
Leci śmiało wielkimi na Achilla kroki.
Jak orzeł, wyniesiony nad górne obłoki,
Z chmury spada na pole, a gorąco pragnie
Drżącego wziąć zająca albo młode jagnię,
Tak Hektor z mieczem w ręku na Achilla wpada,
Ten nawzajem, a strasznie w sercu się rozjada,
Cały Wulkana cudnym puklerzem okryty,
Na głowie blask się świeci czworoczubnej kity,
Groźnie ją wstrząsa; włosy na kształt błyskawicy
Jaśnieją, pływające na -wierzchu przyłbicy.
A jak gdy ziemię w czarnych cieniach noc zagrzebie
Hesper swym blaskiem gwiazdy przygasza na niebie
Tak od ostrza Achilla dzidy blask przerażał.
Wstrząsał on długi pocisk, a pilnie uważał,
Którędy by Hektora dosiągł dzidą swoją.
Hektor cały Patrokla okryty był zbroją,
Mała tylko część gardła jego odsłoniona,
Gdzie kość połączą miękką szyję i ramiona,
Lecz tędy duch żywotni najłatwiej wychodzi.
W to miejsce zapalony Pelid grotem godzi;
Przebita na pół szyja od srogiego ciosu,
Jednak nienaruszony został otwór głosu,
Jeszcze mógł coś do swego wyrzec przeciwnika.
Padł Hektor, nad nim chlubnie Achilles wykrzyka:
"Hektorze, przyjaciela mego gdyś obalił,
Jakżeś mógł sobie tuszyć, abyś się ocalił?
Nie dała ci pomyśleć duma zaślepiona,
Że Patroki miał mściciela, który cię pokona,
Psy i sępy haniebnie pożrą cię pod niebem,
Jego Achiwy uczczą wspaniałym pogrzebem."
Hektor na niego zwrócił gasnące zrzenice:
"Zaklinam cię przez ciebie, przez twoje rodzice,
Nie chciej nieszczęśliwego psom oddawać łupem.
Ojciec i matka z drogim pośpieszą okupem.
Przyjmij miedź, przyjmij złoto, ciało powróć Troi:
Niechaj mi stos zapalą spółziomkowie moi."
"Psie plemię! - krzyknął Pelid - prosisz mię daremnie
l przez miłych rodziców moich, i przeze mnie.
W zapale dzikim rad bym wnętrze wyrwać w tobie
I jeść je, gdyś mię w takiej pogrążył żałobie.
Psom będziesz brzydką pastwą, ta cię hańba czeka.
Niech niesie dary Troja, niech inne przyrzeka,
Nie zmieni, by się z tobą, co mówię, nie stało.
Choćby chciał złotem Pryjam odważyć twe ciało,
Nie opłacze cię matka na łożu pogrzebnym,
Lecz psom i sępom będziesz pokarmem haniebnyr
Hektor mdlejącym głosem, który w ustach kona
"Wiedziałem, że twa dusza niczym nie zmiękczoni
Żelazne w tobie serce. Chroń się gniewu nieba.
Zemszczą się za mnie bogi: i za wsparciem Feba
Parys, brat mój, przy Scejskiej obali cię Bramie;
Choć moc twoja tak wielka, jednak ją bóg złamie.
Skończył, a śmierć czarnymi skrzydły go powie:
Dusza z członków prześlicznych uchodzi do piekl
Młodości miłe rzuca siedlisko na świecie.
Już nie mógł Hektor słyszeć, a on mówił przecie:
"Umieraj! Mnie mój wyrok nie nabawia trwogi,
Umrę, gdy Jowisz każe i Olimpu bogi."
To rzekł i z zabitego wyrwał dzidę swoje,
Utkwił na boku, z ramion krwawą odarł zbroję.
Zbiegli się Grecy, wszystkich w zadumienie chwyta
Wspaniałość na Hektora postaci wyryta.
Inni zmarłego ranią, podłych dusz zwyczajem,
I jeden do drugiego mówili nawzajem:
Jak łatwo dzisiaj Hektor może być dotknięty!
Nie taki był, gdy ogniem zapalał okręty."
Tak mówią i nikczemnie pastwią się nad trupem.