+ Pokaż spis treści

Rozpoznanie Odyseusza przez Eurykleję

Odyseusz i Eurykleja (fot. wikimedia)Na to mu Penelopa: "O gościu mój drogi!
Żaden z tylu podróżnych wchodzących w te progi
Rozumem ci nie sprostał; wszystko w tobie wyższe
I wszystko takie mądre, co z twoich ust słyszę.
Mam ja tu jedna starkę, przywołam staruchy;
Niańczyła mego męża, niemowlę w pieluchy
Owinęła, jak tylko matka je powiła.
Wątła jest, lecz twe stopy jeszcze by umyła.
Przybliż się, Euryklejo, i usłuż starcowi!
On w latach twego pana. Mój Odys - któż to wie -
Może tak samo styrał jak ty ręce, nogi?
Nic bardziej nie starzeje ludzi jak los srogi!"

Rzekła, a cna staruszka, twarz ukrywszy w dłoni,
Ozwie się żałośliwym głosem i łzy roni:

"Oj, nieszczęsneż to dziecko! Bóg się tak rozsroźył
Przeciw niemu, choć sercem on bogom się korzył.
Nikt z ludzi pobożnością nie wyrównał jemu,
Nikt więcej lędźw nie spalił bogu piorunnemu
W nadziei, że się błogiej starości doczeka,
A i własnego syna wychowa na człeka!
A teraz dnia powrotu zaprzeczył mu zgoła!
Może mu tam w obczyźnie kobiety bez czoła
Urągały, gdy chodził po zebranym chlebie,
Jak te suki, co, gościu, urągały z ciebie,
Że już bojąc się szyderstw nie chcesz, by ci stopy
Którakolwiek z nich myła. Ja zaś Penelopy,
Pani mej, rozkaz spełnię, służyć ci gotowa
Najchętniej, choćby pani nie rzekła mi słowa -
Taką litością serce ku tobie wezbrało.
Lecz wprzódy chcę się spytać: przez nasz dom niemało
Przesunęło się biednych, przecież twarzy rysem
Ni głosem nie był żaden tak jak ty z Odysem
Podobniutki!"

Jej na to rzekł Odysejs: "Matko!
Od tych, którzy nas znali, słyszałem nierzadko,
Że wielkie podobieństwo jest pomiędzy nami.
Więc to prawda, i wzrok twój wcale cię nie mami."

Tak rzekł, a starka miednik wraz przyniosła śliczny
Do nóg mycia i wlała w niego zdrój kryniczny,
Przymięszawszy coś wrzątku. Odys przy ognisku
Usiadł, lecz się odwrócił w ciemność od połysku,
Bowiem pomyślał sobie, że przy tym nóg myciu
Blizna, jaką ma, łatwo podpadnie odkryciu.
Starka doń przystąpiwszy poczęła myć pana
I zaraz ją poznała; blizna ta zadana
Białym kłem dzika jeszcze w owym czasie,
Gdy bywał w odwiedzinach na górskim Parnasie
U Autolika, ojca matki swej rodzonćj,
Jen ze zręcznych kradzieży wielce był sławiony;
A tej sztuki sam Hermes za to go wyuczył,
Że go dymkiem koźlątek i jagniąt wciąż tuczył,
Żertwując mu ich lędźwie, czym Hermes ujęty
Osłaniał te szalbierstwa jego i wykręty.

Właśnie się ów Autolik w Itace znachodził,
Kiedy córka mu zległa i wnuk się narodził.
Eurykleja złożyła na kolanach dziada
Dziecię pod koniec uczty i tak doń powiada:
"Autoliku, ot wnuk twój, daj mu jakie imię,
Wnukaś pragnął, od ciebie niech więc miano przyjmie."

I Autolik tak mówił do córy i zięcia:
"Drodzy moi, wynajdę imię dla dziecięcia;
A ponieważ z niewiasty i mężmi skłócony,
Sierdząc się na ród ludzki, w waszem przybył strony,
Więc zwijmy go Odysem; sierdzistym zwę wnuka.
A kiedyś, gdy wyrośnie, niechże mię poszuka
W parnaskich górach, w mojej ojczystej siedzibie,
A ja mu w upominkach hojnych nie uchybię."

Więc później, gdy się wybrał po te upominki,
Autolik gościa witał, Autolika synki
Dłoń mu bratnią podali, przyjęli uprzejmie,
Niemniej i Amfitea z czułością obejmie
Swego wnuka, całując w oczy, w oba lica.
Autolik dziarskim synom krzątać się zaleca
I sposobić biesiadę. Ci rozkaz spełniają.
Ciągną pięcioletniego ciołka, zarzynają,
Drą ze skóry, na ćwierci rąbią, te znów sieką
Na drobniejsze kawały, na rożnach je pieką
Ponad żarem i gościom rozdają pieczenie.
Tak dzień cały, aż słońca zagasły promienie,
Cieszyli się u spólnej rodzinnej biesiady.
Lecz po słońcu, gdy ziemię owinął mrok blady,
Spać poszli i snów słodkim krzepili się darem.

O Jutrzence, gdy błysła już na niebie szarem,
Autolika synowie, zebrawszy psów złaje,
Na łów ciągną i Odys do wyprawy staje.
Pną się w góry Parnasu skroś leśnych zarośli,
A gdy do smaganego wiatrem szczytu doszli,
Wyszedł Helios z Okeanowej toni sennej
I ziemia zajaśniała w swej szacie promiennej.
Wtenczas łowcy w głęboki spuścili się parów,
Psy puszczono do kniei; za tropem ogarów
Autolika synowie jedną ławą idą,
Lecz Odys ich poprzedzał, długą wstrząsał dzidą.
Jakoż srogi odyniec miał tam swoją knieję -
Gąszcz taka, że ją wiater nigdy nie przewieje
Ani słońce przewierci, ni przemoczą słoty,
Tak gałęzie gęstymi związały się sploty
Ponad suchymi liśćmi tego legowiska.
Snadź chód mężów, psów hałas zwierz posłyszał z bliska,
Bo z gęstych chaszczów naraz porwał się, wyskoczył,
Szczeć najeżył, ślepiami iskrzącymi toczył,
I tak wyszedł na łowców. Odys był na przedzie,
Więc pewny, że oszczepem wskroś dzika przebodzie,
Posunął się na niego. Dzik zwinniej się sprawił
I goleń zwyż kolana srodze mu rozkrwawił
Krzywym kłem, który mięsa wydarł z niej kawałek,
Lecz kości nie naruszył; alić Odys śmiałek
Tak odyńca w łopatkę prawą pchnął dzirytem,
Że grot przeszedł na wylot - dzik runął ze zgrzytem
O ziem i dech wyzionął. Syny Autolika
Obstąpili dokoła rannego od dzika,
Obwięzując mu ranę, a krew, co tryskała,
Zamówiono. Więc do dom czym prędzej wracała
Ta wyprawa łowiecka, gdzie Autolik stary
Z synami miał on pieczę i hojnymi dary
Opatrzywszy, odesłał zdrowego młodziana
Do kochanej Itaki. Tam uradowana
Matka i ojciec syna drogiego powrotem
Nuż pytać go o wszystko, by mówił im o tem,
Jak otrzymał tę bliznę. On im opowiadał,
Że mu w kniei odyniec białym kłem ją zadał,
Gdy polował w Parnasie z synmi Autolika.

Właśnie starka tę bliznę pod dłonią spotyka,
A poznawszy, jak miała nogę jego w ręku,
Tak puściła - ta w miednik upadła i brzęku
Narobiwszy, naczynie z wodą przechybnęła.
Ona trwogą zadrżała, radością płonęła,
Głos jej zastygł, a łzy się cisną, lecz wzruszenie
Przeszło - i już podbródek głaszcząc mu pieszczenie,
Rzekła: "Synu, tyś Odys! Jam ciebie, mój panie,
Nie mogła pierwej poznać, aż ot po tej ranie."

I w stronę Penelopy wzrok jej promieniący
Znać dawał, że to maż jej, Odys wracający.
Lecz królowa na migi te nie uważała,
Gdyż Atenę gdzie indziej myśl jej skierowała.
Wtem Odys starkę chwycił za gardło i k'sobie
Przyciągając, rzekł do niej: "Ej matko, co tobie?
Chcesz mię zgubić? - a przecież tyś mię własnym mlekiem
Wykarmiła - i kiedy po świecie dalekiem
Nabiedowawszy, wracam do ojczystej ziemi,
Dwudziestoletni tułacz pomiędzy obcemi!
Więc jeślić pozwolili poznać mię bogowie,
To milcz! I niech się o mnie nikt w zamku nie dowie!
Bo inaczej - a groźby dotrzymam ja święcie -
Gdy z laską bożą gachów nastąpi wyrżnięcie,
Wezmę się do występnych dziewek - łby im skręcę,
I tobie nie daruję, i ciebie poświęcę."

Na to mu Eurykleja, zacna białogłowa:
"O, jakież to, mój synu, z ust twych wyszły słowa?
Wiesz przecie, jakem silna, niezłomna w sumieniu!
Tajemnicę tę zamknę w sobie jak w kamieniu.
Li dodam, a to proszę schowaj w głębi duszy:
Kiedy boska moc twoja gachów tych pokruszy,
Wydam ci, byś ukarał te wszystkie służebne,
Co dom ten zbezcześciły przez sprawki haniebne."

Na to odrzekł jej Odys, on, w ciemię nie bity:
"Po co masz mi wydawać, matko, te kobiety?
Ja każdą sam podpatrzę i, co warta, zważę -
Tylko sza! A ufajmy, że Bóg złe ukarze."

Rzekł witeź, a staruszka z izby się wymyka
Po wodę, gdyż się dawna wylała z miodnika.
A gdy pan był umyty, namaszczeń oliwą,
Poszedł siąść, gdzie płomieniem buchało łuczywo,
By się ogrzać, a bliznę ukryć pod łachmany.