Baza wiedzy

Krasnoludki i sierotka Marysia - Rozdziały 27 - 28

Modraczek i jego uczeń


Rozdział dwudziesty siódmy

Ale Półpanek znieść nie mógł powodzenia mistrza Sarabandy. Jak był zielony zawsze, tak jeszcze w dwójnasób zzieleniał teraz z zazdrości. - Jak to! - mówił.
- Jakiś przybłęda, jakiś świerszcz wędrowny będzie się popisywał w krainie, w której wszelkie oklaski mnie się należą z prawa?! Odkądże to wolno pierwszemu lepszemu włóczędze tumanić słuchaczy i jakimś tam skwierczeniem psuć im gust do mojej muzyki? To jest wprost oburzające!
- Panie! - rzecze nagle, zwróciwszy się do słuchającego tych wyrzekań Modraczka. - Zmiłuj się, wydobądź mi koniecznie te nuty, z których Sarabanda grał, a zobaczysz, że go prześcignę, że go zakasuję! Tej samej pieśni tak się wyuczę, że dopiero pozna świat, co to jakiś marny Sarabanda, a co Półpanek. Zmiłuj się, kochany panie! Dopomóż mi w tym, proszę!
Skoczył Modraczek, który niezmiernie uczynny był, za odchodzącym z czarodziejską skrzypka świerszczem i uchwyciwszy go za połą brunatnego płaszcza, zaczął błagać o nuty tej przecudnej pieśni, której echa drżały jeszcze naokół w polnych ziołach i zroszonych trawach.
- Mamy u siebie bardzo zdolną żabę - mówił Modraczek - i pragnęliśmy uczynić z niej nadwornego muzyka Jego Królewskiej Mości, miłościwego pana naszego. Król jegomość w podeszłych już latach będąc podlega różnym tęsknotom i smutkom, a taki wyborny muzyk rozrywałby go w onej melancholii.

- Owszem, bardzo chętnie użyczę! - odrzekł Sarabanda. - Oto nuty owe, proszę, bardzo proszę... Wszakże nie cała pieśń w tych nutach jest. Resztę, czego tam brak, z duszy śpiewać trzeba. O, nie sprawia to żadnej trudności! Dosyć jest spojrzeć na łunę zachodniej zorzy, dość poczuć zapach pól i łąk, dość zasłuchać się w ten wielki chór, jaki cisza polna gra... ?atwo, bardzo łatwo! Oto nuty. Proszę, proszę bardzo... Bardzo mi przyjemnie. Sługa uniżony.
I odszedł wielki muzyk szybkim krokiem, zostawiwszy Modraczka z nutami w ręku i ze zdumieniem w sercu, iż ten mistrz nad mistrze tak prosty był, tak uczynny, a przy tym taki nieśmiały, niewymowny, taki niezgrabny nawet.
- "No! - pomyślał sobie. - Półpanek rację ma! Jeśli z tego szaraczka taki sławny muzyk jest, to cóż dopiero będzie z naszego Półpanka, którego przecież i wzrost, i osoba, i cała prezencja wcale co innego!"
I wraca prędko z nutami do Słowiczej Doliny, gdzie go oczekiwał Półpanek.
Maj się już kończył i gorąco było na świecie, kiedy nasz zielony grajek rozpoczął koncerty.
Obrał sobie miejsce w cieniu jednego grzyba, nad samym brzegiem strugi, i tu siedząc jak pod parasolem ćwiczył się co dzień w śpiewaniu. Że jednak zawsze takt gubił, musiał mu zgrzany od srogiego upału i ociekający potem Modraczek wybijać go pałeczką wyłamaną z trzciny. Co to był przy takiej lekcji za wrzask, jaki skrzek, jakie fałszywe, dzikie tony, tego opisać nie sposób! Żaba darła się jak opętana, Modraczek walił swoją trzciną tak, jakby ze trzy baby u strugi kijankami prały, a żuki, muchy, komary, wróble nawet, wszystko to uciekało z piskiem, z brzękiem, z trzepotem, żeby tylko jak najdalej uszy unieść od tego nieszczęsnego grzyba, pod którym Półpanek śpiewał. Ale nie wszystko uciec mogło. Tuż przy samym brzegu strugi mieszkały lilie wodne, którym nie wolno było opuszczać swego chłodnego, błękitnego domu. Nie mogąc tedy żadną miarą usunąć się od owego wrzasku, wychylały swoje białe kielichy, prosząc na wszystko choć o chwilę spokoju, choć o odrobinę ciszy.
- Przepraszamy najmocniej panów dobrodziejów! - mówiły słodkim i uprzejmym głosem. - Ale od czasu, jak panowie dobrodzieje poświęcają się muzyce, żyjemy tu w ciągłej trwodze, w ciągłym niepokoju, ot, jakby we młynie. Nie chcemy panom dobrodziejom najmniejszej przykrości wyrządzić, ale niepodobna się nam ani rankiem modlić do wschodzącej jutrzenki, ani
słyszeć, jak konwalie na wieczorny dzwonią w tamtym gaju. Zupełnie się u nas wszelki porządek pomieszał... Panowie dobrodzieje zapewne wiedzą, że tkamy w krosnach nici srebrne na zasłony dla nowicjuszek zamkniętych w zieleni pączków; otóż nawet nici w krosnach pękają nam od tego nieznośnego hałasu,
jaki się panom dobrodziejom podoba tu przed samą furtą naszą czynić! Próbowałyśmy już nawet głębiej w wodę iść, aby tam nieco zażyć ciszy i spokoju; ale bez słońca nie sposób nam żyć. Niechaj więc prośba nasza panów dobrodziejów nie uraża! My uznajemy tak wielki talent pana w zielonym garniturze, jako też i siłę, bardzo wielką siłę pana w garniturze niebieskim! Ale tak, jak jest, nie sposób nam wytrzymać! Nerwy nasze zbyt cierpią na tym.
Tu dygnęły, jakby kto świeczkę maczał, i ukryły się skromnie pod wielkie, okrągłe liście, które im za woale służą. Ale trzciny i tataraki nie były tak uprzejme. Te od razu zaczęły w pałki swoje tłuc i w miecze długie trzaskać.
- Któż to tam tak wrzeszczy - wołały - jakby go ze skóry darto? A nie będziesz ty cicho, krzykaczu? Czy nie widzisz, że nas tu całe wojsko stoi, a takiego piekielnego rejwachu nie robi, jak wy jeden z drugim! A pałką go! A nuż szablą po nim!
- Hej, pachołki! Zaszumieć tam w złote szałamaje! Niech pozna wrzaskun ten, co to jest prawdziwa muzyka! Hej, grajcie, litaury, grajcie, surmy nasze!...
I giął się oczeret z szerokim, głośnym poświstem, szumiały trzciny, brząkały tataraki w szerokie szablice, a wiatr wpadłszy między nie, dziwną muzykę na złotych szałamajach czyniąc, taką pogróżkę śpiewał:
...Hej, wilczkiem, a chyłkiem,
A ciszkiem, a cisz...
W zasadzce tu stoim,
A hasło czy wiesz?
W zasadzce tu stoim.
Wzniesiony nasz miecz,
Kto idzie? Daj hasło!
A nie wiesz - to precz!

Dziwaczna ta, podobna do cygańskiej muzyka, zrazu cicha, potem rosnąca w moc i potężniejsza coraz, chwilę trzęsła jak grzmot oczeretem, po czym znów cichnąc i milknąc rozwiewała się, jakby jej nie było. Ale opętany zazdrością i pychą Półpanek nie zważał ani na groźby buńczucznych trzcin i tataraków, ani na pokorne prośby białych lilii wodnych. Owszem, im głośniejsze były i groźby,
i prośby, tym on zapalczywiej krzyczał, aby je zagłuszyć, tak że mu się gardło wydęło jak najtęższy pęcherz.
- Dlaboga! - wołał przerażony Modraczek. - Folguj waćpan nieco w tym śpiewie, bo mi się tu jeszcze w oczach rozpukniesz!
Ledwie to rzekł... krrach! skóra napięta jak na bębnie, trzęsła, a Półpanek, jak siedział, tak padł, raz tylko zipnąwszy.


Rozdział dwudziesty ósmy

Południe było znojne, gorące. Kosiarze dosiekali łąki. Długi ich rząd posuwał się równo, równo wyciągały się grzbiety i ramiona w lnianych, błyszczących w słońcu koszulach, równo szły jasne kosy w trawę tuż przy ziemi! Na miedzy pod gruszą stały już dwojaki gliniane złocąc się ziemniaki i bielejąc mlekiem.
Dzieci, które je z chat przyniosły, bawiły się w zgadywanego" usiadłszy kupką całą na górce, w modrych spódniczynach, w czerwonych spencerkach, właśnie jak ostróżki i maczki. Wtem patrzą, a tu spod gaju toczy się człeczek maluśki
i prosto do dwojaków idzie.
Krężołek to był, paź króla jegomości Błystka, który, dla zbytniej swej tuszy upału ścierpieć nie mogąc, wziął łyżkę i miskę i szedł do kosiarzy, żeby tam kwaśnego mleka pojeść i nieco się orzeźwić. Struchlały dzieci, patrzą, a ów sobie do pierwszych z brzegu dwojaczków sięga, złotą łyżeczką mleka nabiera, na złotą miseczkę kładzie. Już pełno miał prawie i właśnie po wrębach podśmietanie zgarniał, kiedy wtem buchnął w powietrze przejmujący krzyk wielu cienkich głosików:
- Nasz muzykant nie żyje!
Posłyszał krzyk ten Krężołek, łyżkę i miskę upuścił w trawę i jak stał, tak się pędem do gaju biec puścił. Teraz dopiero zobaczyły dzieci jego czerwony kaptur, jak za nim z tyłu wiewał.
- Krasnoludek! Krasnoludek! - wrzasnęły wszystkie razem i jak wróble spłoszone porwały się, do wsi z krzykiem lecąc, podczas gdy złote naczyńka owe, które Krężołek w trawę cisnął, potoczyły się w krzak głogu i tam zostały.
Straszne było zamieszanie w Słowiczej Dolinie, kiedy do niej dopadł Krężołek.
Kto żyw, ratował Półpanka i ducha w nim szukał. Jedni go trzęśli, drudzy tarli, insi z boku na bok przewracali, jeszcze insi wronie piórka pod nosem mu smalili, a Pietrzyk, biegając z kubełkiem, z góry wodą chlustał i chorego, i ratujących razem.
Ale wszystko było na nic: Półpanek leżał bez czucia, bez duszy. Oczy mu zbielały, obwisły łapy, trup a trup! Tylko w ziemię kłaść. Szła wtem gajem stara babuleńka i zbierała zioła. Babuleńka była sucha jak gałązka chrustu, tak ciemna w twarzy jak ten grzybek pod pieńkiem rosnący, a tak zgarbiona odwieczną
starością swoją, że głowy podnieść od ziemi nie mogła. Idąc stukała babuleńka kijkiem, który jej niemocne nogi podpierał, a co ziółko jakie spotkała, to zaraz zagadała do niego suchym, cichym głosem.
- Ty rosiczko, rosiczko! - mówiła. - Tysiąc listeczków w tobie, na każdym listeczku rosy kropelka, w każdej kropelce przejrzało się słoneczko jasne, moc tobie dało, moc dużą! Dobraś ty od oczu bolenia, dobra dla młodych i starych, chodź do kobiałki!
I zerwała babuleńka przy garść ziela świeżego, i cicho szepcząc, szła dalej.
Wtem znowu zagadała:
- Oj, ty ziele zielone, ty rozchodniczku, młody junaku! Z górki na doliny, z doliny na górki ty chodzisz, po szarych piaskach brodzisz, nie pilnujesz dróżki, bo masz złote nóżki. Patrzysz, czy jedzie król - dobryś na suchy ból - pójdź do
kobiałki!
I znów zrywa przygarść ziela, i idzie szepcząc:
- Oj, ty macierzanko, ty ziele! Mocny dech w tobie - dobraś w chorobie, na smutki, żałości, na bolenie kości! Pójdź do kobiałki!

Chwilę rwała w ciszy pachnące listeczki, po czym się w bok ujęła, rozprostowała nieco krzyża i patrząc w gaj modrymi oczyma, zaczęła nucić:
...Słyszała matka ten plącz sierocy,
Wyjrzała z grobu, tej ciemnej nocy,
Wyjrzała z grobu drobniuchnym zielem,
A tu macocha jedzie z weselem,
Z weselem jedzie, z biczów trzaskają,
A te sieroty Izy potykają,
A te sieroty Izy potykają!

Rozległ się cichy, słaby głos i umilkł w gaju, a babuleńka znów się zgarbiła i westchnąwszy powlokła się dalej. Aż nagle stanęła wywijając kijkiem.
- Ej, ty dziewanno, ty jasna panno! Za słonkiem się obracasz, liczko gładkie wyzłacasz - jest z ciebie napój złoty - od kaszlu, od chrzypoty! Pójdź do kobiałki!
Narwała kwiatuszków z wysokiej łodyżki, odpędzając pszczoły, co gęsto brzęczały nad nią, i poszła szepcząc dalej. Ale wnet stanęła znowu.
- Ty piołunie, gorzkie ziele, narwę ja de mało wiele! Bez gorzkość człek nie żyje, kto niemocny, niech de pije! Pójdź do kobiałki! Ale ten piołun i ta dziewanna wywiodły ją z gaju aż na uroczysko, na sam skraj łąki, którą dosiekali kosiarze, na miedzę, gdzie krzaki głogu rosły, tuż przy polnej gruszy.
Babuleńka podeszła do krzaków, szepcząc:
- Oj, ty głogu, ty głogu, kłaść cię dobrze na progu! Gdzie u progu są głogi, tam nie przyjdą złe trwogi! Pójdź do kobiałki!
Postała chwilę, popatrzyła, już odejść miała, kiedy trafiła kijkiem na korzonek wystający z ziemi.
Zamodrzały jej oczy, twarz zajaśniała nagle; schyliła się babuleńka i prędko ów korzonek kopać zaczęła szepcząc:
- Ty pokrzyku z ludzką twarzą, w czarnym garnku ciebie warzą. Warzą ciebie po ciemności, na zrośnięcie martwej kości. Pójdź do kobiałki!
Ciągnie babuleńka ów korzonek do siebie, a ziemia do siebie.
Wtem uderzy w powietrze krzyk słaby...
- Co takiego? - szepnie babuleńka. - Czyby pokrzyk krzyczał, że go biorę?
Puściła ów korzonek, słucha; głosy ludzkie jakby... Ruszy babuleńka sporym krokiem, sztykuta jak może, kijkiem się podpierając a dysząc. Coraz bliżej głosy owe słychać. Wychyliła się wreszcie z uroczyska tuż nad strugą samą. Spojrzy: tłum Krasnoludków otacza leżącą bez ducha żabę, ręce załamuje, płacze, lamentuje:
- Muzykant nasz! Muzykant nasz nie żyje!
Babuleńka ani się dziwi, ani też przeraża. Cały wiek z dziwami przeżyła za pan brat. A co jej dziw jakiś? Krasnoludków też widziała w długim swoim życiu nie raz, nie dwa. Co jej Krasnoludki?...
Więc tylko zamruga modrymi oczami, podejdzie bliżej i pyta:
- A co Pan Bóg dał?
Aż do niej zakrzykną Krasnoludki:
- Ach, muzykantowi oto naszemu gardziel pękł! Ratujcie, babuleńko, muzykanta naszego!
Pokiwała babuleńka głową, ruszyła jedną łapę żaby, ruszyła drugą, trup!
Aż przyłoży ucho swoje stare do martwej piersi i słucha. Słucha i uśmiecha się nagle... Coś niecoś życia kołatało się jeszcze w niebogim Półpanku.
Podniesie tedy babuleńka głowę i rzecze:
- Skoczże który za trzy górki, za trzy morza, na bezdroża - na sam koniec świata, tam gdzie moja chata - przynieśże mi duchem złotą igłę z uchem, przynieś i jedwabie, pomożem tej żabie!
Skoczył Pietrzyk na jednej nodze do chatynki Skrobka i dalej do jaskółki z prośbą:
Jaskóleczko! Jaskóleczko!
Weź mnie na swe siodeleczko,
Nieś mnie swymi pióry
Za morza, za góry,
Na sam koniec świata,
Gdzie babulki chata.
Muszę przynieść duchem
Zlotą igle z uchem
I jasne jedwabie,
Żeby pomóc żabie.

Zaświegotała jaskółka, chętna do posługi. Skoczył na nią Pietrzyk - fru!... I tyleś go widział! Ot, jak wiatr dmuchnął. Tymczasem babuleńka ogień pali, gałązki na krzyż kładzie, zioła warzy i gardło Półpanka smaruje. Posługują jej Krasnoludki, jak mogą - ten chrust nosi, ten mieszkiem ogień rozdyma, ten garnczek trzyma, sam król miłościwy głowę Półpanka unosi, a co na niego spojrzy, to mu perły jasne z oczu na ziemię lecą. Nie minęły trzy pacierze, zaszumiały nad doliną jaskółcze skrzydła rącze, skoczył z nich Pietrzyk lekko, jaskółce dziękując, babuleńce złotą igłę i jedwabną niteczkę podaje. Wyjęła babuleńka okulary, na nos włożyła, igiełkę nawlokła i nuż owo gardło nieszczęsnej żabie zeszywać.
Obstąpiły ją Krasnoludki, powyciągały nosy, patrzą jeden drugiemu przez głowę, a babuleńka pękniętą skórę Półpankowi zeszywszy, dzięgla mu pod nos przyłożyła i trzy razy dmuchnie. Jakże owa żaba nie kichnie! Jakby z armaty strzelił! Rozkoczyły się Krasnoludki z nagfego strachu; a tu Półpanek otworzył
jedno oko, przymknął, otworzył drugie, patrzy i podnosić się zaczyna. Podniósł się, siadł, za nutami się obejrzał i chwyciwszy je w łapy, rozdziawił do śpiewu gębę. Rozdziawił, lecz nie puścił głosu; rozdziawił szerzej jeszcze - na nic! Rozdziawił po raz trzeci - głuchy skrzek wyszedł tylko z gardła. O, nieszczęsny Półpanku, nigdy ty nie dorównasz mistrzowi Sarabandzie w wielkiej jego pieśni.





U królowej Tatry
 
 

Dodaj do swoich materiałów