Baza wiedzy

Proces - Rozdział VIIa


Rozdział siódmy


Adwokat - Fabrykant - Malarz


   Pewnego

zimowego

ranka

-

na

dworze

padał

śnieg

-

siedział

K.,

mimo

wczesnej

godziny

już

nadzwyczaj

zmęczony,

w

swoim

biurze.

Aby

uchronić

się

przynajmniej

od

nagabywania

niższych

urzędników,

wydał

polecenie

woźnym,

aby

nikogo

z

nich

nie

wpuszczali,

gdyż

jest

zajęty

poważną

pracą.

Ale

zamiast

pracować

kręcił

się

na

krześle,

przesuwał

zwolna

przedmioty

na

stole,

w

końcu,

nie

zdając

sobie

z

tego

sprawy,

wyciągnął

ramię

na

całą

długość

stołu

i

siedział

tak

nieruchomy

ze

schyloną

głową.

Myśl

o

procesie

już

go

nie

opuszczała.

Często

już

zastanawiał

się,

czy

nie

byłoby

dobrze

wypracować

obronę

na

piśmie

i

przedłożyć

sądowi.

Chciał

w

niej

przedstawić

krótko

swój

życiorys

i

przy

każdym

nieco

ważniejszym

zdarzeniu

wyjaśnić,

z

jakich

działał

powodów,

czy

dane

postępowanie

należało

w

myśl

jego

dzisiejszej

oceny

potępić,

czy

aprobować

i

jakie

mógł

przytoczyć

motywy

tego

lub

owego

kroku.

Korzyści

z

takiej

obrony

na

piśmie

w

porównaniu

z

samą

obroną

adwokata,

pozostawiającą

zresztą

wiele

do

życzenia,

były

bezsprzeczne.

Przecież

K.

nic

nie

wiedział

o

poczynaniach

adwokata;

były

one

prawie

żadne,

od

miesiąca

nie

wzywał

go

już

do

siebie,

a

także

na

żadnej

poprzedniej

konferencji

nie

odniósł

K.

wrażenia,

żeby

ten

człowiek

mógł

dla

niego

wiele

zrobić.

Przede

wszystkim

prawie

go

wcale

nie

wypytywał

w

jego

sprawie.

A

do

wypytywania

było

tu

przecież

tak

wiele.

Grunt

to

pytania.

K.

miał

uczucie,

że

sam

mógłby

sformułować

wszystkie

niezbędne

dla

sprawy

pytania.

Adwokat

natomiast,

zamiast

pytać,

opowiadał

sam

albo

siedział

milczący

naprzeciw,

nachylał

się

nieco

nad

biurkiem,

widocznie

z

powodu

słabego

słuchu,

skubał

kosmyk

włosów

w

swojej

brodzie

i

spoglądał

na

dywan,

może

właśnie

na

to

miejsce,

gdzie

K.

leżał

z

Leni.

Od

czasu

do

czasu

dawał

mu

błahe

przestrogi,

jakie

się

daje

dzieciom,

równie

jałowe,

jak

nudne

oracje,

za

które

K.

w

obrachunku

końcowym

nie

myślał

zapłacić

ani

grosza.

Gdy

się

adwokatowi

zdawało,

że

go

już

dostatecznie

upokorzył,

zaczynał

zazwyczaj

trochę

go

podnosić

na

duchu.

Wiele

już

podobnych

procesów,

opowiadał

wówczas,

wygrał

całkowicie

lub

częściowo,

procesów,

które,

w

rzeczywistości

może

nie

tak

trudne

jak

ten,

na

pozór

przedstawiały

się

jeszcze

beznadziejniej.

Wykaz

tych

procesów

ma

tu

w

szufladzie

-

przy

czym

pukał

w

jakąś

szufladę

stołu

-

aktów

jednak,

niestety,

nie

może

pokazać,

gdyż

chodzi

tu

o

tajemnice

urzędowe.

Mimo

to

wielkie

doświadczenie,

jakie

nabył

dzięki

tym

licznym

procesom,

wychodzi

teraz

K.

na

dobre.

Naturalnie,

że

zaraz

zabrał

się

do

roboty

i

pierwszy

wniosek

jest

już

prawie

wykończony.

Jest

on

bardzo

ważny,

gdyż

pierwsze

wrażenie,

jakie

sprawia

obrona,

decyduje

często

o

całym

kierunku

postępowania.

Niestety,

na

to

musi

K..

zwrócić

uwagę,

zdarza

się

nieraz,

że

pierwsze

wnioski

nie

w

sądzie

wcale

czytane.

Po

prostu

odkłada

się

je

do

akt,

dając

do

zrozumienia,

że

na

razie

o

wiele

ważniejsze

od

wszelkich

pism

jest

przesłuchanie

i

obserwacja

oskarżonego.

Przy

czym,

jeśli

petent

staje

się

natarczywy,

zaznacza

się,

że

przed

ostatecznym

rozstrzygnięciem,

w

chwili

gdy

cały

materiał

będzie

zebrany,

przejrzy

się

wszystkie

odnośne

akta,

a

w

związku

z

nimi

i

pierwszy

wniosek.

Niestety,

najczęściej

i

to

nie

jest

prawda,

pierwsze

podanie

zazwyczaj

się

gdzieś

zawierusza

albo

całkiem

przepada,

a

jeśli

nawet

zachowa

się

do

końca,

nie

czyta

się

go

wcale,

o

czym

adwokat

dowiaduje

się

zresztą

tylko

pokątnie.

Wszystko

to

jest

wprawdzie

przykre,

ale

nie

całkiem

pozbawione

słuszności.

Niechaj

K.

nie

zapomina,

ciągnął

dalej,

że

postępowanie

sądowe

nie

jest

jawne,

może

ono

na

żądanie

sądu

być

ujawnione,

ale

ustawa

nie

nakazuje

jawności.

Wskutek

tego

także

akta

sądu,

przede

wszystkim

akt

oskarżenia,

niedostępne

oskarżonemu

i

jego

obronie,

nie

wiadomo

zatem

na

ogół,

a

przynajmniej

nie

wiadomo

dokładnie,

jaki

kierunek

nadać

pierwszemu

wnioskowi,

właściwie

przeto

może

on

tylko

przypadkiem

zawierać

coś,

co

ma

znaczenie

dla

sprawy.

W

pełni

trafne

wnioski

z

przeprowadzeniem

dowodów

można

opracować

dopiero

później,

gdy

w

miarę

przesłuchania

oskarżonego

poszczególne

punkty

oskarżenia

i

ich

uzasadnienie

zaczynają

się

zaznaczać

wyraźniej

albo

można

się

ich

domyślić.

Wobec

takich

warunków

obrona

jest

oczywiście

w

położeniu

bardzo

niekorzystnym

i

trudnym.

Ale

o

to

właśnie

chodzi.

Obroną

bo

wiem,

me

jest

właściwie

przez

ustawę

dozwolona,

tylko

polerowana,

i

nawet

to,

czy

z

odnośnego

miejsca

w

tekście

ustawy

wynika

przynajmniej

tolerowanie

jej,

jest

kwestią

sporną.

Dlatego,

ściśle

biorąc,

nie

ma

żadnych

uznanych

przez

sąd

adwokatów,

wszyscy,

którzy

przed

tym

sądem

jako

adwokaci

występują,

w

gruncie

rzeczy

tylko

pokątnymi

adwokatami.

To

naturalnie

wpływa

na

cały

stan

adwokacki

bardzo

poniżające

i

gdy

K.

następnym

razem

pójdzie

do

kancelarii

sądu,

może

sobie,

dla

pełnego

obrazu,

obejrzeć

także

izbę

adwokatów.

Przypuszczalnie

przerazi

się

towarzystwa,

które

się

tam

zbiera.

Już

wyznaczona

im

ciasna,

niska

komórka

wskazuje

na

pogardę,

jaką

sąd

ma

dla

tych

ludzi.

Światło

wpada

do

tej

izby

tylko

przez

mały

otwór,

który

jest

tak

wysoko

położony,

że

gdy

się

chce

nim

wyjrzeć,

trzeba

wleźć

koledze

na

plecy,

przy

czym

dym

z

pobliskiego

komina

gryzie

w

oczy,

czerniąc

twarz

sadzą.

W

podłodze

tej

izby

-

aby

przytoczyć

jeszcze

tylko

jeden

przykład

tego

stanu

rzeczy

-jest

już

od

przeszło

roku

dziura,

nie

tak

wielka,

aby

wpaść

mógł

człowiek,

ale

dość

wielka,

by

zapaść

się

w

nią

całą

nogą.

Pokój

adwokatów

leży

na

wyższej

kondygnacji

strychów;

gdy

więc

ktoś

wpadnie

w

dziurę,

to

noga

zwisa

z

sufitu

niższego

strychu,

i

to

na

korytarz,

gdzie

czekają

strony.

Nie

jest

więc

przesadą,

jeśli

się

w

kołach

adwokackich

uważa

te

stosunki

za

haniebne.

Zażalenia

do

administracji

nie

dają

najmniejszego

rezultatu,

mimo

to

przeprowadzenie

jakichkolwiek

napraw

w

pokoju

na

własny

koszt

jest

adwokatom

najsurowiej

wzbronione.

Ale

i

takie

traktowanie

adwokatów

ma

swoje

uzasadnienie.

Chodzi

o

możliwie

zupełne

wyeliminowanie

obrony,

obwiniony

powinien

być

zdany

we

wszystkim

na

siebie

samego.

W

gruncie

rzeczy

niezły

punkt

widzenia,

ale

nic

mylniejszego

nad

wniosek,

że

w

sądzie

tym

adwokaci

obwinionym

niepotrzebni.

Przeciwnie,

w

żadnym

innym

sądzie

nie

tak

potrzebni

jak

w

tym.

Postępowanie

sądowe

bowiem

jest

na

ogół

trzymane

w

tajemnicy,

nie

tylko

przed

publicznością,

ale

także

przed

oskarżonym.

Naturalnie

w

granicach

możliwości,

ale

jest

to

właśnie

możliwe

w

bardzo

szerokim

zakresie.

Także

bowiem

oskarżony

nie

ma

wglądu

w

akta

sądowe,

a

z

przesłuchań

wnioskować

o

aktach,

będących

dla

nich

punktem

wyjścia,

jest

bardzo

trudno,

zwłaszcza

dla

oskarżonego,

który

jest

przecież

zalękniony

i

ma

wszelkiego

rodzaju

kłopoty

utrudniające

skupienie.

Tu

więc

zaczyna

się

interwencja

obrony.

Obrońcy

na

ogól

nie

mogą

być

obecni

przy

przesłuchaniach,

muszą

dlatego

po

przesłuchaniu,

i

to

możliwie

tuż

jarzy

wyjściu

oskarżonego

z

pokoju

śledczego,

wypytać

go

o

treść

przesłuchania

i

z

jego

już

często

bardzo

zatartych

relacyj

wybrać

to,

co

jest

odpowiednie

do

obrony.

Ale

nie

to

jest

najważniejsze,

gdyż

zbyt

wiele

nie

można

się

w

ten

sposób

dowiedzieć,

choć

naturalnie

i

tu,

jak

zresztą

wszędzie,

zdolny

człowiek

dowie

się

więcej

niż

inni.

Najważniejszą

rzeczą

pozostają

mimo

to

nadal

osobiste

stosunki

adwokata,

na

nich

polega

główna

wartość

obrony.

Z

własnych

przeżyć

mógł

K.

zapewne

poznać,

że

najniższe

organy

sądu

nie

całkiem

doskonałe,

że

spotyka

się

tu

urzędników

nieobowiązkowych

i

przekupnych,

przez

co

powstają

jak

gdyby

luki

w

ścisłej

izolacji

sądu.

Tędy

wdziera

się

większość

adwokatów,

tutaj

się

przekupuje

i

podsłuchuje,

ba,

zachodziły

nawet,

przynajmniej

dawniej,

wypadki

kradzieży

akt.

Nie

sposób

zaprzeczyć,

że

w

ten

sposób

daje

się

osiągnąć

pewne

chwilowe,

nawet

zadziwiająco

pomyślne

rezultaty

dla

oskarżonego,

czym

puszą

się

też

owi

mali

adwokaci

i

zwabiają

nową

klientelę

-

ale

dla

dalszego

ciągu

procesu

jest

to

bez

znaczenia

albo

zgoła

źle

wróży.

Za

to

prawdziwą

wartość

mają

tylko

uczciwe

osobiste

stosunki,

i

to

z

wyższymi

urzędnikami,

przez

co

naturalnie

rozumie

się

tylko

wyższych

urzędników

niższych

stopni.

Tylko

w

ten

sposób

można

wpłynąć

na

dalszy

ciąg

procesu,

jeśli

nawet

zrazu

nieznacznie,

to

później

jednak

coraz

wyraźniej.

To

potrafi

naturalnie

tylko

niewielu

adwokatów

i

tu

wybór

K.

był

bardzo

szczęśliwy.

Tylko

może

jeszcze

jeden

albo

dwóch

adwokatów

mogłoby

się

wykazać

podobnymi

stosunkami,

co

dr

Huld.

Tych

zresztą

nie

obchodzi

zgraja

z

pokoju

dla

adwokatów

i

nie

mają

z

nią

nic

do

czynienia.

Tym

ściślejszy

jest

za

to

ich

związek

z

urzędnikami

sądowymi.

Nawet

nie

zawsze

jest

konieczne,

twierdził

Huld,

by

szedł

osobiście

do

sądu,

w

przedpokojach

sędziów

śledczych

czekał

na

ich

przypadkowe

zjawienie

się

i

zależnie

od

ich

humoru

uzyskiwał

przeważnie

tylko

pozorny

wynik.

Nie,

K..

przecież

sam

widział,

jak

urzędnicy,

a

między

nimi

nawet

bardzo

wysocy,

przychodzą

sami,

chętnie

udzielają

informacyj,

wprost

albo

za

pomocą

aluzyj,

omawiają

dalszy

przebieg

procesu,

nawet

dają

się

w

poszczególnych

wypadkach

przekonać

i

chętnie

przyjmują

cudze

zapatrywanie.

Mimo

to

nie

powinno

im

się

właśnie

w

tym

ostatnim

względzie

zbytnio

ufać,

choćby

nawet

nie

wiedzieć

jak

stanowczo

wyrażali

swoje

nawet

przychylne

dla

obrony

zdanie,

gdyż

gotowi

może

pójść

stamtąd

prosto

do

swej

kancelarii

i

wydać

na

drugi

dzień

orzeczenie,

które

zawiera

coś

wręcz

przeciwnego

i

jest

może

dla

obwinionego

o

wiele

surowsze

od

zamierzonego

pierwotnie,

od

którego,

rzekomo,

zupełnie

odstąpili.

Przeciw

temu

naturalnie

nie

można

się

bronić,

gdyż

to,

co

powiedzieli

w

cztery

oczy,

nie

uprawnia

jako

niejawne

do

żadnych

jawnych

roszczeń,

nawet

gdyby

obrona

i

tak

nie

musiała

drżeć

przed

niełaską

tych

panów.

Z

drugiej

zresztą

strony

prawdą

jest

również,

że

ci

panowie

nie

z

samej

tylko

filantropii

czy

przyjacielskiej

sympatii

wchodzą

w

kontakt

z

obroną,

oczywiście

jedynie

z

obroną

fachową

-

oni

raczej

pod

pewnym

względem

także

na

nią

zdani.

Tu

właśnie

daje

się

odczuć

ujemna

strona

organizacji

sądownictwa,

które

nawet

w

swych

początkach

stanowiło

sąd

tajny.

Urzędnikom

brak

styczności

z

publicznością,

do

zwykłych,

średnich

procesów

dobrze

przygotowani,

taki

proces

toczy

się

prawie

sam

przez

się,

biegnie

swoim

torem

i

tylko

tu

i

ówdzie

wymaga

popchnięcia,

ale

wobec

całkiem

prostych

wypadków,

jak

też

wobec

szczególnie

trudnych

często

bezradni,

a

ponieważ

bezustannie

dniem

i

nocą

obracają

się

w

ciasnym

kole

swych

ustaw,

nie

mają

właściwego

zrozumienia

dla

stosunków

ludzkich,

co

daje

im

się

we

znaki

w

takich

wypadkach.

Wtedy

przychodzą

do

adwokata

po

radę,

a

woźny

dźwiga

za

nimi

akta

tak

skądinąd

tajne.

W

tym

oknie

można

było

widzieć

niejednego

z

tych

panów,

po

których

najmniej

można

się

było

tego

spodziewać,

jak

wprost

bezradnie

wyglądali

na

ulicę,

gdy

adwokat

przy

swoim

stole

studiował

akta,

aby

móc

im

dać

dobrą

radę.

Skądinąd

właśnie

w

takich

okolicznościach

widzi

się,

jak

niesłychanie

poważnie

traktują

ci

panowie

swój

zawód

i

jak

popadają

w

rozpacz

z

powodu

przeszkód,

których

wskutek

ograniczoności

własnej

natury

nie

potrafią

rozeznać

i

przezwyciężyć.

Ich

pozycja

nie

jest

zresztą

taka

łatwa

i

wyrządziłoby

się

im

krzywdę

uważając

za

taką.

Porządek

rang

i

stopniowanie

w

hierarchii

sądu

nieskończone

i

nawet

wtajemniczony

nie

może

ich

ogarnąć.

Postępowanie

sądowe

przed

trybunałami

jest

jednak

na

ogół

tajne

także

dla

niższych

urzędników,

dlatego

rzadko

kiedy

oni

w

stanie

prześledzić

sprawy,

które

opracowują,

w

ich

dalszym

pełnym

przebiegu.Sprawa

sądowa

zjawia

się

więc

w

ich

oddziale,

a

oni

nie

wiedzą

nawet,

skąd

przyszła,

i

idzie

dalej,

nie

wiadomo

dokąd.

Nauki

więc,

jakie

można

wyciągnąć

ze

studiowania

poszczególnych

stadiów

procesu,

z

ostatecznego

wyroku

i

jego

motywów,

wymykają

się

tym

urzędnikom.

Mogą

się

zajmować

tylko

jedną

fazą

procesu,

tą,

która

im

jest

przez

ustawę

przydzielona,

a

o

dalszym

toku

sprawy,

a

więc

o

wynikach

ich

własnej

pracy,

wiedzą

przeważnie

mniej

niż

obrona,

która

przecież

z

reguły

prawie

do

końca

procesu

pozostaje

w

kontakcie

z

oskarżonym.

Także

i

pod

tym

względem

mogą

się

dowiedzieć

od

obrony

wiele

cennych

informacyj.

Jakże

więc

może

K.,

wywodził

adwokat,

dziwić

się

jeszcze

rozdrażnieniu

urzędników,

które

przejawia

się

nieraz

w

sposób

obrażający

dla

stron,

co

każdy

zna

z

doświadczenia.

Wszyscy

urzędnicy

rozdrażnieni,

nawet

gdy

wydają

się

spokojni.

Oczywiście,

najwięcej

cierpią

przez

to

mali

adwokaci.

Opowiada

się

na

przykład

następującą

historyjkę,

która

ma

wszelkie

pozory

prawdy:

Pewien

stary

urzędnik,

zacny,

cichy

pan

studiował

bez

przerwy

dzień

i

noc

-

ci

urzędnicy

rzeczywiście

wyjątkowo

pilni

-

pewną

trudną

sprawę,

w

szczególny

sposób

powikłaną

przez

wnioski

adwokatów.

Nad

ranem,

po

dwudziestu

czterech

godzinach

widocznie

niezbyt

owocnej

pracy,

poszedł

ku

drzwiom

i

zaczaiwszy

się

tam

zrzucał

ze

schodów

każdego

adwokata,

który

chciał

wejść.

Adwokaci

zebrali

się

u

dołu

i

radzili,

co

mają

robić;

z

jednej

strony

nie

mieli

właściwie

żadnego

prawa

do

tego,

by

ich

wpuszczono,

dlatego

nie

mogli

prawnie

wystąpić

przeciw

urzędnikowi

i

musieli

także,

jak

już

wspomniano,

uważać,

by

nie

rozgniewać

na

siebie

urzędników;

z

drugiej

zaś

strony

każdy

dzień

nie

spędzony

w

sądzie

jest

dla

nich

stracony

i

bardzo

im

na

tym

zależało,

by

wejść.

Ostatecznie

umówili

się,

by

zmęczyć

starego

człowieka.

W

tym

celu

wysyłano

coraz

nowego

adwokata,

który

wbiegał

po

schodach

na

górę

i

stawiając

wszelki

możliwy,

bierny

zresztą

opór,

dawał

się

w

końcu

zrzucić

ze

schodów,

gdzie

później

łapali

go

koledzy.

Trwało

to

około

godziny,

po

czym

stary

człowiek,

wyczerpany

przecież

także

pracą

nocną,

wrócił

wreszcie

zmęczony

do

swojej

kancelarii.

Ci

na

dole

zrazu

nie

chcieli

temu

wierzyć

i

posiali

naprzód

jednego,

by

zajrzał

za

drzwi,

czy

jest

tam

rzeczywiście

pusto.

Potem

dopiero

wkroczyli

do

środka

nie

śmiejąc

pisnąć

nawet

słówkiem.

Gdyż

adwokaci

-

a

nawet

najmniejszy

ma

przynajmniej

częściowo

wgląd

w

panujące

tu

stosunki

-

jak

najdalsi

od

myśli,

aby

wprowadzić

w

sądzie

jakieś

ulepszenia

lub

o

nie

walczyć,

gdy

tymczasem

-

i

to

jest

bardzo

znamienne

-

prawie

każdy

oskarżony,

nawet

ludzie

całkiem

ograniczeni

zaraz

na

wstępie

procesu

zaczynają

myśleć

o

projektach

reformy

i

często

marnują

na

to

czas

i

siły,

które

o

wiele

lepiej

mogliby

inaczej

zużytkować.

Jedynie

właściwą

rzeczą-jest

pogodzić

się

z

istniejącymi

stosunkami.

Nawet

gdyby

było

możliwe

wpłynąć

na

poprawę

pewnych

szczegółów

-

co

jest

jednak

przypuszczeniem

niedorzecznym

-

uzyskałoby

się

w

najlepszym

razie

coś

na

przyszłość,

ale

sobie

samemu

nieskończenie

by

się

zaszkodziło

przez

ściągnięcie

uwagi

zawsze

mściwych

urzędników.

Tylko

nie

zwracać

uwagi!

Zachować

się

spokojnie,

nawet

jeśli

komuś

zupełnie

nie

idzie

po

jego

myśli!

Trzeba

starać

się

zrozumieć,

że

ten

potężny

organizm

sądowy

utrzyma

się

zawsze

w

swego

rodzaju

choćby

chwiejnej

równowadze

i

że

jeśli

człowiek

coś

samodzielnie

na

swoim

miejscu

zmienia,

usuwa

sobie

ziemię

spod

własnych

stóp

i

może

sam

runąć,

podczas

gdy

wielki

organizm

łatwo

powetuje

sobie

to

drobne

zakłócenie

na

innym

miejscu

-

wszystko

jest

przecież

we

wzajemnym

związku

-

i

zostanie

niezmieniony,

a

nawet,

co

jest

prawdopodobniejsze,

stanie

się

jeszcze

bardziej

zwarty,

jeszcze

baczniejszy,

jeszcze

surowszy

i

bardziej

zawzięty.

Trzeba

zostawić

robotę

adwokatowi,

zamiast

mu

w

niej

przeszkadzać.

Wyrzuty

niewiele

pomagają,

zwłaszcza

jeśli

nie

można

w

pełni

ukazać

znaczenia

ich

tła,

ale

mimo

to

trzeba

podkreślić,

jak

bardzo

K.

swojej

sprawie

zaszkodził

przez

swoje

zachowanie

się

wobec

dyrektora

kancelarii.

Tego

wpływowego

człowieka

należy

już

prawie

skreślić

z

listy

tych,

u

których

można

coś

dla

K.

wskórać.

Nawet

przelotne

wzmianki

o

procesie

pomija

on

niedwuznacznym

milczeniem.

W

wielu

rzeczach

urzędnicy

jak

dzieci.

Często

może

niewinny

żart,

a

do

tej

kategorii

zachowanie

się

K.

niestety

nie

należało,

tak

ich

obrazić,

że

przestają

mówić

nawet

z

dobrymi

przyjaciółmi,

odwracają

się

od

nich,

jeśli

ich

spotykają,

i

we

wszystkich

możliwych

krokach

podstawiają

im

nogę.

Ale

potem

niespodziewanie,

bez

szczególnej

przyczyny,

dają

się

jakimś

błahym

żartem,

na

który

się

człowiek

waży,

ponieważ

wszystko

i

tak

wydaje

się

stracone,

pobudzić

znowu

do

śmiechu

i

przejednać.

Postępowanie

z

nimi

jest więc równocześnie trudne i łatwe, jakichś zasad pod tym względem nie ma. Nieraz wprost zdumiewa, że jedno jedyne przeciętne życie ludzkie wystarcza, aby ogarnąć tyle sprzeczności i móc jeszcze pracować z jakimś rezultatem. W każdym razie przychodzą ciężkie godziny, każdy je przeżywa, gdy się wydaje, że nic się nie osiągnęło, że tylko od początku przeznaczone do wygrania procesy kończą się dobrze, co by się i tak bez niczyjej pomocy stało, podczas gdy wszystkie inne
przegrywa się mimo całego trudu, mimo wszystkich zabiegów, wszystkich drobnych pozornych sukcesów, które sprawiały taką radość. Potem wszystko już wydaje się człowiekowi niepewne, i nie miałoby się nawet odwagi zaprzeczyć, gdyby ktoś zapytał, czy procesów o dobrym z natury swej przebiegu nie sprowadziło się na bezdroża właśnie przez własną pomoc. I to jest pewnego rodzaju pewnością siebie, jedyną, jaka potem pozostaje. Na takie napady - to są naturalnie tylko
napady, nic więcej - są adwokaci narażeni zwłaszcza wówczas, gdy im się nagle odbiera z ręki proces, który już pomyślnie dość daleko doprowadzili. To jest na pewno najgorsze, co może spotkać adwokata. Nie oskarżony odbiera im proces, to się naprawdę nigdy nie zdarza; oskarżony, który raz wziął już pewnego adwokata, musi przy nim pozostać, cokolwiek by się stało, jakże mógłby on jeszcze w ogóle stać o własnych nogach, skoro już raz skorzystał z pomocy? To się więc nigdy nie zdarza, zdarza się natomiast nieraz, że proces przybiera kierunek, w którym nie wolno już adwokatowi za nim podążyć. Proces i oskarżony, i wszystko zostaje po prostu adwokatowi odebrane; wtedy nawet najlepsze stosunki z urzędnikami nie mogą już pomóc, gdyż oni sami nic nie wiedzą. Proces wszedł w stadium, gdy nie można już udzielić żadnej pomocy, gdy opracowują go niedostępne trybunały, gdy nawet oskarżony staje się już dla adwokata niedosięgły. Przychodzi się wówczas pewnego dnia do domu i znajduje się na stole te wszystkie liczne wnioski, które się z taką gorliwością i nadzieją opracowywało: odesłano je, gdyż nie można ich przenieść w nowe stadium procesu, są już bezwartościowymi szpargałami. Przy tym proces nie musi być już koniecznie przegrany, wcale nie, przynajmniej niema żadnej mocnej podstawy dla takiego przypuszczenia, po prostu nie wie się już nic o procesie i niczego się już o nim nie będzie wiedziało. Ale na szczęście takie wypadki należą do wyjątków, i nawet gdyby proces K. był tego rodzaju wypadkiem, na razie jest jeszcze bardzo od tego stadium odległy. Tu jest jeszcze szerokie pole dla pracy adwokata, a że będzie wyzyskane, tego może K. być pewny. Wniosku, o czym już była mowa, jeszcze nie wręczono, lecz to nie nagli; o wiele ważniejsze są wstępne rozmowy z miarodajnymi urzędnikami, a te już miały miejsce. Z różnych skutkiem, to trzeba otwarcie wyznać. Lepiej nie zdradzać na razie szczegółów, nie oddziałują one korzystnie, pod ich wpływem K. byłby albo pełen zbytnich nadziei, albo zanadto przestraszony; tyle tylko wystarczy powiedzieć, że niektórzy wyrażali się bardzo przychylnie i okazali się też bardzo usłużni, podczas gdy inni wyrażali się mniej przychylnie, lecz mimo to swojej współpracy nie odmówili. W całości więc wynik jest bardzo pomyślny, tylko nie można z tego wysnuwać jakichś nadzwyczajnych wniosków, gdyż wszystkie wstępne rozmowy podobnie się zaczynają i dopiero dalszy rozwój sprawy ujawnia ich właściwą wartość. W każdym razie nic nie jest stracone i gdyby się jeszcze udało pozyskać mimo wszystko dyrektora kancelarii - wiele już w tym kierunku podjęto - wówczas, jak mówią chirurgowie, rana byłaby czysta i ze spokojem można by oczekiwać tego, co nastąpi. W takich i tym podobnych mowach był adwokat niewyczerpany. Powtarzały się przy każdej wizycie. Zawsze były jakieś postępy, ale nigdy nie mógł nic powiedzieć o ich rodzaju. Ustawicznie pracował nad pierwszym wnioskiem, lecz wciąż nie był on gotowy, co się przeważnie przy następnej wizycie okazywało okolicznością pomyślną, ponieważ ostatni czas, czego nie można było przewidzieć, okazał się bardzo niekorzystny dla podań. Jeśli K., zupełnie wyczerpany tymi mowami, zwracał czasem uwagę, że nawet przy uwzględnieniu wszystkich trudności sprawa posuwa się bardzo wolno, odpowiadano mu, że nie idzie wcale tak wolno, ale byłaby już posunięta o wiele dalej, gdyby K. zwrócił się na czas do adwokata. Tego jednak niestety zaniedbał, i to zaniedbanie przyniesie jeszcze dalsze straty, nie tylko czasowe. Jedyną dobroczynną przerwę w tych wizytach stanowiła Leni, która zawsze umiała tak urządzić, że przynosiła adwokatowi herbatę w obecności K. Potem stawała za K., niby się przypatrując, jak adwokat, z pewnego rodzaju chciwością nachylony nisko nad filiżanką, nalewał herbatę i pił, i pozwalała, by K. ujmował po kryjomu jej rękę. Panowało zupełne milczenie. Adwokat pił, K. przyciskał rękę Leni, a Leni ważyła się niekiedy pogłaskać delikatnie włosy K.
- Jeszcze tu jesteś? - pytał adwokat skończywszy pić herbatę.
- Chciałam zabrać filiżankę - odpowiadała Leni, następował ostatni uścisk ręki, adwokat ocierał sobie usta i z nową siłą zaczynał K. przekonywać. Co chciał adwokat w nim wzbudzić - pociechę czy rozpacz, K. nie wiedział; tak czy owak uważał za pewne, że jego obrona nie była w dobrych rękach. Może i było prawdą wszystko, co opowiadał adwokat, jakkolwiek widać było wyraźnie, że wysuwał swoje zasługi na pierwszy plan i prawdopodobnie nigdy jeszcze nie prowadził tak wielkiego procesu, za jaki K. swój własny uważał. Podejrzane mu były nieustannie podkreślane stosunki osobiste adwokata z urzędnikami. Czy zawsze wyzyskiwane one były wyłącznie na jego korzyść? Adwokat nigdy nie zapominał dodawać, że chodziło tu o urzędników niższej kategorii, urzędników zatem na bardzo zależnym stanowisku, dla których kariery pewne zwroty w procesie mogły być nie bez znaczenia. Czy nie wykorzystywali oni adwokata w tym celu, ażeby osiągnąć w procesie takie właśnie zwroty, dla oskarżonego zawsze oczywiście niepomyślne? Może nie czynili tego w każdym procesie, było to nieprawdopodobne, bywały też pewnie procesy, w których przebiegu czynili adwokatowi za jego usługi pewne korzystne ustępstwa, gdyż musiało im także zależeć na tym, by nie narażać jego opinii. Jeśli tak się rzeczy miały, w jakim sensie zamierzali oddziałać na bieg procesu K., procesu, który jak oświadczył adwokat, był bardzo trudny i ważny i od samego początku śledzony przez sąd z wielką uwagą? Nie mogło być wątpliwości, co uczynią. Pewne oznaki były już widoczne w tym, że pierwszy wniosek wciąż jeszcze nie był przekazany, choć proces trwał już od miesięcy, i że wszystko wedle informacji adwokata znajdowało się w stadium początkowym, co oczywiście przyczyniało się w sam raz do tego, by oskarżonego uśpić i utrzymać w bezradności, aby go potem nagle zaskoczyć decyzją albo przynajmniej zawiadomieniem, że wyniki niekorzystnie dlań zakończonych dochodzeń przekazane zostały wyższym instancjom. Było bezwzględnie konieczną rzeczą, by K. interweniował osobiście. Właśnie w stanie wielkiego znużenia, jak tego zimowego przedpołudnia, kiedy myśli bezwolnie krążyły mu przez głowę, przekonanie to stawało się coraz bardziej nieodparte. Pogarda, jaką przedtem żywił dla procesu, znikła bez śladu. Gdyby był sam na świecie, mógłby łatwo zlekceważyć proces, choć pewne było, że w tym wypadku nie byłoby w ogóle do procesu doszło. Teraz jednak wuj zaprowadził go już do adwokata, przemówiły względy familijne; jego pozycja nie była już całkiem niezależna od przebiegu procesu, on sam z niewytłumaczoną satysfakcją uczynił wobec znajomych pewne wzmianki o procesie, inni dowiedzieli się o tym w nieznany sposób, stosunek do panny Bürstner wahał się w zależności od faz procesu - słowem, nie było już wyboru: przyjąć albo odrzucić proces, stal w nim po uszy i musiał się bronić. Źle, jeśli go teraz właśnie siły opuszczały.
Do przesadnej troski nie było bądź co bądź na razie powodu. W krótkim stosunkowo czasie potrafił K. wzbić się w banku na swoje wysokie stanowisko i utrzymać się na nim ku powszechnemu uznaniu. Teraz należało tylko zdolności, które, mu to umożliwiły, oddać choć trochę na usługi procesu, a nie było wątpliwości, że wszystko musi się dobrze skończyć. Przede wszystkim, jeśli miał cokolwiek osiągnąć, należało wszelką myśl o winie z góry odrzucić. Winy nie było. Proces nie był niczym innym aniżeli wielkim interesem, interesem z gatunku
tych, jakie K. nieraz już z korzyścią dla banku ubijał, interesem, w obrębie którego czatowały z reguły różne niebezpieczeństwa, i te niebezpieczeństwa należało właśnie odeprzeć. W tym jednak celu nie wolno było igrać z myślą o jakiejś winie, tylko z całą stanowczością należało trzymać się myśli o własnej korzyści. Z tego punktu widzenia stawało się rzeczą nieuniknioną odebrać adwokatowi pełnomocnictwo możliwie prędko, najlepiej jeszcze tego wieczora. Było to wprawdzie, według opowiadań adwokata, czymś niesłychanym i prawdopodobnie obraźliwym, ale K. nie mógł dopuścić, by jego wysiłki w procesie
napotykały na przeszkody, spowodowane, być może, przez własnego adwokata. Z chwilą uwolnienia się od adwokata należało wystąpić natychmiast z wnioskiem i o ile możności, codziennie napierać, aby się nim zajęto. W tym celu nie wystarczało, by K. jak inni siadał w korytarzu kładł kapelusz pod ławkę. On sam albo kobiety, albo inni posłańcy musieli dzień w dzień nachodzić urzędników i zmuszać ich, by zamiast przez kratę patrzeć na korytarz, zasiedli do swoich stołów i studiowali jego podanie. Tych starań nie można było ani na chwilę
zaniechać, wszystko trzeba było zorganizować, wszystkiego dopilnować, niechby sąd natknął się raz na oskarżonego, który umiał dochodzić swojego prawa.
Choć K. czuł odwagę, aby to wszystko przeprowadzić, ciężar zredagowania wniosku był ponad jego siły. Przedtem, przed tygodniem jeszcze, mógł tylko z uczuciem wstydu myśleć o tym, że mógłby być kiedyś zmuszony zrobić samemu takie podanie. By mogło to być tak trudne, nie podejrzewał nawet. Przypomniał sobie, jak pewnego przedpołudnia, gdy właśnie obarczony był robotą, odsunął nagle wszystko na bok, rozłożył notes i starał się naszkicować tok myśli dla podobnego wniosku, aby oddać go ewentualnie do dyspozycji ociężałemu adwokatowi, i właśnie w tym momencie otworzyły się drzwi do gabinetu dyrekcji i z głośnym śmiechem wszedł zastępca dyrektora. Było mu wówczas niewymownie przykro, chociaż zastępca dyrektora wcale nie siniał się z podania, o którym nic nie wiedział, lecz z dopiero co usłyszanego dowcipu, który dla zrozumienia wymagał rysunku. Nachylony nad stołem, wziął z rąk K. ołówek i wykonał nim rysunek na notesie przeznaczonym na podanie. Dziś K. nie znał już wstydu. Wniosek musiał być za wszelką cenę opracowany. Gdyby nie znalazł nań czasu w biurze, co było bardzo prawdopodobne, musiał go przygotować w domu, siedząc po nocach. Gdyby i noce nie wystarczyły, musiałby wziąć urlop. Tylko nie utknąć w połowie drogi. To było nie tylko w interesach, ale wszędzie i zawsze najgłupsze ze wszystkiego. Podanie oznaczało co prawda nieskończony mozół. Nie trzeba było mieć usposobienia zbyt trwożliwego, by jednak dojść do przekonania, że przygotowanie wniosku było niepodobieństwem. Nie z lenistwa czy krętactwa, które jedynie dla adwokata mogły być przeszkodą w jego wykończeniu, ale z tej przyczyny, iż nie znając oskarżenia i jego możliwych następstw, należało
odtworzyć sobie w pamięci cale życie oraz przedstawić je i z wszystkich stron rozpatrzyć w jego najdrobniejszych czynach i zdarzeniach. A ponadto jakże smutna to była praca! Nadawała się może do tego, by kiedyś po przejściu na emeryturę zatrudnić zdziecinniały umysł i rozprószyć nudę długich dni starości. Ale teraz, gdy K. potrzebował wszystkich myśli do swojej pracy, gdy w szybkiej karierze stawał się już groźny dla wicedyrektora i każda godzina mijała mu szybko, gdy jako młody człowiek zamierzał cieszyć się krótkimi wieczorami
i nocami mijającego życia - teraz miałże zająć się opracowywaniem tego żmudnego podania? Znowu myśl jego przechodziła w skargę. Prawie mimo woli, jedynie aby temu kres położyć, sięgnął palcem do guzika elektrycznego dzwonka, który prowadził do przedpokoju. Naciskając go spojrzał na zegar. Była godzina jedenasta. Dwie godziny, długi, drogocenny czas przemajaczył i był naturalnie jeszcze bardziej znużony niż przedtem. Bądź co bądź czas nie poszedł na
marne, powziął postanowienia, które mogły okazać się cenne. Woźni przynieśli oprócz rozmaitych listów dwie karty wizytowe panów, którzy już od dłuższego czasu na K. czekali. Akurat byli to bardzo ważni klienci banku, którym żadną miarą nie należało kazać czekać. Dlaczego przychodzili w tak niestosownej chwili? I dlaczego, zdawali się z kolei pytać czekający za drzwiami panowie, gorliwy prokurent marnuje najlepsze godziny urzędowania na jakieś prywatne zajęcia? Znużony tym, co już minęło, i ze znużeniem czekając na to, co nastąpi,
K. powstał, aby przyjąć pierwszego z klientów. Byt to mały, żwawy pan, fabrykant, którego K. znał dobrze. Usprawiedliwiał się, że przeszkodził panu prokurentowi w ważnej pracy, a K. ze swej strony ubolewał, że kazał fabrykantowi, tak długo czekać. Ale już to ubolewanie wyraził w sposób tak mechaniczny i w tak niemal fałszywym tonie, że gdyby fabrykant nie był tak bardzo zajęty swoim interesem, musiałby był tozauważyć. Zamiast tego wydobył spiesznie rachunki i tabele ze wszystkich kieszeni, rozpostarł je przed K.,
wyjaśniał różne pozycje, skorygował mały błąd rachunkowy, który mu
przy tym zybkim przeglądzie wpadł w oko, przypomniał K. podobny
interes, który z nim przed rokiem zawarł, napomknął mimochodem,
że o tę tansakcję ubiegał się pewien konkurencyjny bank gotowy do
daleko idących ustępstw, i w końcu zamilkł czekając odpowiedzi K. K.
szedł z początku z łatwością za tokiem mowy fabrykanta, myśl o ważnym interesie zawładnęła także i nim, niestety nie na długo, rychło przestał słuchać, czas jakiś jeszcze przytakiwał głową na głośne wykrzykniki fabrykanta, w końcu poniechał i tego i zajął się jedynie oglądaniem łysej, schylonej nad papierami głowy fabrykanta, zadając sobie pytanie, kiedy ten wreszcie zaważy, że cale jego gadanie jest bezcelowe. Gdy zamilkł, myślał K. w pierwszej chwili rzeczywiście, że zrobił to w tym celu, by dać mu sposobność do wyznania, że nie jest w stanie dłużej słuchać. Z żalem poznał z napiętego wzroku fabrykanta, przygotowanego widocznie na każdą odpowiedź, że musi kontynuować konferencję. Schylił więc głowę jakby przed jakimś rozkazem i zaczął zwolna wodzić ołówkiem tam i z powrotem po papierach, tu i ówdzie zatrzymując się i gapiąc przy jakiejś cyfrze. Fabrykant domyślał się zarzutów, może rzeczywiście cyfry nie zgadzały się, może nie były to jeszcze ostateczne cyfry, w każdym razie
fabrykant nakrył papiery ręką i przysuwając się całkiem blisko do K. zaczął na nowo przedstawiać ogólne tło transakcji.
- To trudna sprawa - rzekł K., skrzywił usta i ponieważ papiery, jedyna rzecz dla niego uchwytna, były zakryte - opadł bezwładnie na boczną poręcz. Z wysiłkiem podniósł oczy, gdy drzwi pokoju dyrektorskiego się otworzyły i ukazał się w nich nie całkiem wyraźnie, jakby za zasłoną z gazy, wicedyrektor. K. przestał już myśleć o interesie, śledził tylko z ulgą bezpośredni skutek tego
pojawienia się, gdyż fabrykant zerwał się natychmiast z krzesła i poskoczył szybko naprzeciw wicedyrektora, zawsze jeszcze nie dość szybko dla K., który bał się, by wicedyrektor znowu nie zniknął. Obawa była płonna, obydwaj panowie spotkali się, podali sobie ręce i razem podeszli do biurka K. Fabrykant uskarżał się, że znalazł pana prokurenta tak mało skłonnym do interesu, i wskazał oczyma K., który pod spojrzeniem wicedyrektora nachylił się znowu nad papierami. Gdy obaj stali oparci o biurko i fabrykant gotował się do
pozyskania wicedyrektora dla swej sprawy, miał K. uczucie, jakby ci dwaj mężowie, których postacie mimo woli wyolbrzymiał, pertraktowali ponad jego głową w sprawie jego losu. Powoli podnosząc oczy badał ostrożnie wzrokiem, co się tam w górze nad nim działo, wziął nie patrząc jeden z papierów z biurka, położył go na wyciągniętej płasko dłoni, po czym wstając poniósł go ku obu panom. Nie myślał przy tym nic określonego, kierowało nim tylko uczucie, że tak
musiałby się zachować, gdyby kiedyś ukończył swe wielkie podanie, które go miało całkiem z winy oczyścić. Wicedyrektor, cały pochłonięty rozmową, spojrzał przelotnie na papier nie czytając wcale, co tam było napisane - co było ważne dla prokurenta, nie było nim dla niego - wziął akt z ręki K. i położył go z powrotem na stole ze słowami: - Dziękuję, wiem już wszystko. - K. spojrzał nań z boku, rozgoryczony. Wicedyrektor nie zauważył tego lub też zauważywszy
nabrał jeszcze lepszego humoru, wybuchał kilkakrotnie głośnym śmiechem, przyparł fabrykanta do muru ciętą odpowiedzią, wybawił go jednak natychmiast z zakłopotania wytaczając przeciwko sobie samemu zarzut i zaproponował mu w końcu, by przeszli do jego własnego biura celem dobicia interesu.
- To jest sprawa niezwykłej wagi - rzekł do fabrykanta - uznaję to w zupełności. Zaś panu prokurentowi - nawet przy tej uwadze zwracał się właściwie tylko do fabrykanta - będzie z pewnością na rękę, gdy go od niej uwolnimy. Sprawa wymaga spokojnej rozwagi, on zaś wydaje się dziś przeciążony pracą, prócz tego czekają nań już od paru godzin ludzie w poczekalni.
K. znalazł jeszcze tyle przytomności, żeby odwrócić się od wicedyrektora i skierować swój uprzejmy, choć zdrętwiały uśmiech wyłącznie na fabrykanta, nie próbował zresztą wtrącać się do rozmowy, stał nad biurkiem wsparty na nim rękoma, pochylony jak subiekt za ladą i patrzył, jak obaj panowie, zabrawszy papiery, wśród dalszej rozmowy oddalili się do pokoju dyrektorskiego. W drzwiach
fabrykant odwrócił się, powiedział, że nie żegna się jeszcze, gdyż chce naturalnie zakomunikować panu prokurentowi o wyniku pertraktacji, poza tym ma jeszcze drobną wiadomość dla niego. K. został wreszcie sam. Nie myślał zgoła o tym, by wpuścić kogoś do siebie, i tylko niejasno uświadomił sobie, jak dobrze się składa, że czekający przekonani są, iż pertraktuje jeszcze z fabrykantem, i wskutek tego nie może nikt, nawet woźny, wejść do niego. Podszedł do
okna, usiadł na parapecie, oparł się ręką o klamkę i patrzył w zamyśleniu na plac. Śnieg wciąż padał, nie rozjaśniało się wcale. Długo siedział tak, nie wiedząc, czym się właściwie trapi, tylko od czasu do czasu patrzył z pewnym przestrachem poprzez ramię na zamknięte drzwi przedpokoju, za którymi - zdawało mu się - usłyszał jakiś szelest. Gdy jednak nikt nie wchodził, uspokoił się, podszedł do umywalni, umył się zimną wodą i ze swobodniejszą nieco głową
powrócił na swoje miejsce u okna. Decyzja podjęcia samemu swej obrony nabrała dlań teraz większej wagi, niż to w pierwszej chwili przypuszczał. Jak długo zwalał całą obronę na adwokata, proces mało go w gruncie rzeczy dotykał, śledził go z daleka, sam bezpośrednio nie dosiężony mógł, kiedy mu się podobało, dowiadywać się, jak sprawy stoją, ale mógł też w każdej chwili cofnąć się, jeśli tylko zapragnął. Teraz natomiast, gdy miał osobiście prowadzić swą obronę, należało przynajmniej chwilowo stanąć twarzą w twarz z sądem. Wynikiem
tego miało być wprawdzie później zupełne i ostateczne uwolnienie, ażeby je jednak osiągnąć, musiał chwilowo wystawić się na o wiele większe niż dotychczas niebezpieczeństwo. Właśnie dzisiejsza rozmowa z fabrykantem i wicedyrektorem uchylała wszelką wątpliwość co do tego. Jakże nędznie czuł się siedząc przed nimi, już samą decyzją podjęcia swej obrony zupełnie sparaliżowany. Czegóż dopiero mógł oczekiwać potem? Jakież przejścia go jeszcze czekały! Czy znajdzie
przez to wszystko drogę do szczęśliwego końca? Czy staranna obrona - a wszystko inne nie miało przecież znaczenia - nie była równoznaczna z koniecznością odgrodzenia się od wszystkiego innego? Czy zdoła to wszystko szczęśliwie wytrzymać? I jakże miał to przeprowadzić wśród zajęć bankowych? Przecież nie chodziło tylko o napisanie podania, na co wystarczyłby może urlop, choć prośba o urlop w tej właśnie chwili była niemałym ryzykiem - chodziło o cały proces,
którego czasu trwania nie dało się przewidzieć. Jakaż przeszkoda stanęła nagle na jego drodze do kariery! I w takiej chwili miał załatwiać sprawy bankowe? Spojrzał na biurko. W takiej chwili miał przyjmować i pertraktować z klientami?
Podczas gdy jego proces się toczył, podczas gdy na strychu urzędnicy sądowi siedzieli nad jego aktami - miał przeprowadzać interesa bankowe? Czy nie wyglądało to na torturę, która zatwierdzona przez sąd, związana była z procesem i towarzyszyła mu? A czy w ocenie jego pracy w banku uwzględnią w ogóle to jego szczególne położenie? Żadną miarą. Tu i ówdzie wiedziano już coś niecoś o procesie, choć nie było pewne, komu i ile jest wiadome. Aż do wicedyrektora
pogłoski te nie mogły chyba dotrzeć, gdyż w przeciwnym razie jawnie i bez skrupułów wykorzystałby to przeciw K. zupełnie nie licząc się z koleżeństwem ani poczuciem ludzkości. A sam dyrektor? Niewątpliwie, był on dla K. dobrze usposobiony i dowiedziawszy się o procesie prawdopodobnie pomyślałby o ileby to od niego zależało, o pewnych ułatwieniach dla K., ale czy potrafiłby przeprzeć swą wolę, gdy w miarę jak przeciwwaga, jaką stanowił K., słabła, coraz bardziej
ulegał wpływowi wicedyrektora, ten zaś na dobitek wykorzystywał zły stan zdrowia dyrektora dla powiększenia własnej władzy. Czegóż więc mógł K. się spodziewać? Może przez takie rozważania osłabiał swą odporność, ale trzeba też było koniecznie otrząsnąć się ze złudzeń i widzieć wszystko możliwie jak najjaśniej. Bez szczególnej przyczyny, byle tylko nie wracać jeszcze do biurka,
otworzył okno. Otwierało się trudno, aby przekręcić klamkę, musiał użyć obu rąk. Mgła zmieszana z dymem wtargnęła na całą szerokość i wysokość okna do pokoju i napełniła go lekkim zapachem spalenizny. Kilka płatków śniegu zabłąkało się z mgłą do pokoju.
- Ohydna jesień - odezwał się za plecami K. fabrykant, który powróciwszy od wicedyrektora wszedł niepostrzeżenie do pokoju. K. przytaknął i spojrzał niespokojnie na teczkę fabrykanta oczekując, że wyciągnie z niej papiery, ażeby zakomunikować mu wynik pertraktacji z wicedyrektorem. Fabrykant jednak idąc za spojrzeniem K. Poklepał teczkę i rzekł nie otwierając jej:
- Chce pan posłyszeć, jaki był wynik? Mam już prawie w teczce gotową umowę. Czarujący człowiek z pańskiego wicedyrektora, i jako przeciwnik wcale nie niebezpieczny.
Zaśmiał się, uścisnął rękę K. chcąc i jego pobudzić do śmiechu. Ale K. wydawało się z kolei podejrzane, że fabrykant nie chciał mu pokazać papierów, a zresztą nie dostrzegł w uwadze fabrykanta nic śmiesznego.
- Panie prokurencie - rzekł fabrykant - pana pewnie przy- gnębia niepogoda. Wygląda pan dziś jakby przybity.
- Tak jest - rzekł K. sięgając ręką do skroni. - Ból głowy, troski rodzinne...
- Tak, tak - rzekł fabrykant, który jako człowiek prędki nie umiał nikogo spokojnie słuchać - każdy ma swój krzyż.
K. zrobił mimo woli krok ku drzwiom, jak gdyby chciał fabrykan- ta odprowadzić, ale ten powiedział:
- Mam jeszcze zakomunikować panu, panie prokurencie, drobną wiadomość. Boję się, że naprzykrzam się może panu, zwłaszcza dziś, ale byłem już w ostatnich czasach dwa razy u pana i za każdym razem zapominałem o tym. Jeśli to i dziś odłożę, rzecz może się zupełnie zdezaktualizować. A szkoda by było, gdyż w gruncie rzeczy moja wiadomość jest może nie bez wartości. Nim K. miał czas odpowiedzieć, fabrykant podszedł do niego całkiem blisko i lekko pukając palcem w jego pierś, rzekł cicho:
- Pan ma proces, prawda?
K. cofnął się i zawołał natychmiast:
- Wicedyrektor to panu powiedział!
- Ależ nie - rzekł fabrykant. - Skądżeby wicedyrektor miał o tym wiedzieć?
- A pan? - spytał K. już bardziej opanowany.
- Tu i ówdzie dochodzą mnie czasem wiadomości z sądu - odpowiedział fabrykant. - Tyczy się to również sprawy, o której chcę panu donieść.
- Tylu ludzi ma stosunki z sądem! - rzekł K. opuściwszy głowę i poprowadził fabrykanta do biurka. Usiedli znowu jak przedtem i fabrykant odezwał się:
- Niestety niewiele tylko mogę panu donieść. Ale w tych
sprawach nie należy nawet najmniejszej drobnostki zaniedbać. Ponadto czułem potrzebę- przyjść panu z jakąś pomocą, choćby najskromniejszą. Przecież doskonale zgadzaliśmy się dotychczas w interesach, nieprawdaż? No, właśnie.
K. chciał się usprawiedliwić z powodu swego zachowania w ciągu dzisiejszej konferencji, ale fabrykant nie dał sobie przerwać, przycisnął silniej teczkę pod pachą na znak, że się śpieszy, i ciągnął dalej:
- O pańskim procesie wiem od niejakiego Titorellego. Jest to malarz, Titorelli to tylko jego pseudonim, jego prawdziwego nazwiska nie znam nawet. Już od lat zachodzi on od czasu do czasu do mego biura i przynosi małe obrazki, za którejest on prawie żebrakiem - wręczam mu zawsze coś w rodzaju jałmużny. Zresztą są to ładne obrazki, krajobrazy przedstawiające łąki i podobne ,motywy. Te transakcje - obaj jużeśmy do nich przywykli - odbywały się całkiem
gładko. Raz jednak, gdy te wizyty stały się za częste, robiłem mu wyrzuty, zaczęliśmy rozmawiać, byłem ciekaw, w jaki sposób potrafi on utrzymać się jedynie z malarstwa, i ku memu zdziwieniu dowiedziałem się, że jego głównym źródłem dochodów jest malowanie portretów. Opowiadał mi, że pracuje dla sądu. - Dla jakiego sądu? - zapytałem. Zaczął mi więc opowiadać o sądzie. Pan sobie najlepiej może wyobrazić, jak zdziwiony byłem tymi opowiadaniami. Odtąd
dowiaduję się przy każdej jego wizycie nowin z sądu i uzyskuję w ten sposób stopniowo coraz lepszy wgląd w te rzeczy. Zresztą jest on gadatliwy i muszę go nieraz hamować, nie tylko dlatego, że z pewnością czasem kłamie, lecz przede wszystkim dlatego, że człowiek jak ja, uginający się prawie od ciężarów własnych trosk i interesów, nie może się zbytnio zajmować obcymi sprawami. Ale to tylko mimochodem. Może, myślałem sobie, będzie panu Titorelli w czymś pomocny, zna on wielu sędziów, a choć nie ma sam wielkiego wpływu, mógłby
jednak udzielić panu rad, w jaki sposób dotrzeć do rozmaitych wpływowych ludzi. A gdyby nawet te rady same w sobie nie miały decydującego znaczenia, w pańskich rękach okażą się, jak sądzę, nader cenne. Jest pan przecież prawie adwokatem. Zawsze mówię: Prokurent K. to prawie adwokat. O, nie mam obaw co do pańskiego procesu. Mimo to pójdzie pan jednak do Titorellego? Na moje polecenie zrobi
na pewno wszystko, co może. Myślę, że powinien pan rzeczywiście pójść. Nic musi to być dzisiaj - może kiedyś, przy sposobności. W każdym razie, chcę jeszcze panu powiedzieć, przez to, że daję panu tę radę, nie jest pan bynajmniej zobowiązany udawać się do Titorellego. Wcale nie. Jeśli pan może się obejść bez niego, to z pewnością lepiej by było go uniknąć. Może ma pan już dokładny plan działania, a on mógłby panu go zepsuć. Nie, w takim razie niech pan żadną
miarą doń nie idzie! Bądź co bądź wymaga to przezwyciężenia - przyjmować rady od takiej kreatury. Więc jak pan chce. Tu ma pan list polecający, a tu adres.
Rozczarowany, wziął K. list i włożył go do kieszeni. Nawet w najlepszym razie korzyść, którą mu polecenie przynieść mogło, była - Panie prokurencie - rzekł już jeden z nich, ale K. kazał woźnemu przynieść palto zimowe i wdziewając je przy jego pomocy, zwrócił się do całej trójki:
- Wybaczcie, panowie, nie mam chwilowo niestety czasu przyjąć panów. Proszę panów bardzo o wybaczenie, ale mam do załatwienia pilny interes na mieście i muszę natychmiast odejść. Widzieli panowie sami, jak długo mnie właśnie zatrzymano. Czy nie zechcieliby panowie przyjść łaskawie jutro lub kiedykolwiek indziej? A może omówimy te sprawy telefonicznie? Albo może powiedzą mi teraz panowie pokrótce, o co chodzi, a ja udzielę panom dokładnej odpowiedzi na piśmie. Najlepiej byłoby, gdyby panowie przyszli innym razem.
Te propozycje wprawiły panów, którzy tak zupełnie nadaremnie czekali, w takie zdumienie, że bez słowa spoglądali na siebie.
- Więc zgoda? - spytał K. oglądając się za woźnym, który przyniósł mu również kapelusz.
Przez otwarte drzwi widać było, jak śnieżyca na dworze gwałtownie się wzmogła. K. postawił więc wysoko kołnierz płaszcza i zapiął go pod samą szyję.
Wówczas wyszedł właśnie z przyległego pokoju wicedyrektor, popatrzył z uśmiechem na K. rozmawiającego w płaszczu z klientami i zapytał:
- Pan odchodzi teraz, panie prokurencie?
- Tak jest - rzekł K. prostując się - mam interes na mieście.
Ale wicedyrektor już zwrócił się do panów.
- A panowie - pytał - czekają już, zdaje mi się długo.
- Jużeśmy się porozumieli - rzekł K.
Teraz jednak nie dali się już panowie dłużej powstrzymać, otoczyli K. i oświadczyli, że nie byliby godzinami czekali, gdyby ich sprawy nie były ważne i nie musiały być natychmiast, i to szczegółowo, w cztery oczy omówione. Wicedyrektor przysłuchiwał się im chwilę, przypatrując się również odchodzącemu K., który trzymał kapelusz w ręku i strzepywał z niego tu i ówdzie jakiś pyłek, i rzekł potem:
- Moi panowie, jest łatwe wyjście, jeżeli ja panom wystarczę, chętnie zajmę się tą sprawą zamiast pana prokurenta. Sprawy panów muszą być naturalnie natychmiast omówione, jesteśmy, tak jak i panowie, ludźmi interesu i umiemy czas cenić. Czy zechcą panowie wejść? - I otworzył drzwi do przedpokoju swego gabinetu.
Jakże umiał wicedyrektor wszystko sobie przywłaszczyć, czego K. musiał z konieczności się wyrzec. Czy jednak K. nie za prędko rezygnował z rzeczy, co do których nie zachodziła konieczność wyrzeczenia się? Podczas gdy z nieokreśloną i jak sam musiał przyznać, znikomą nadzieją biegł do jakiegoś nieznanego malarza, doznawało jego stanowisko tutaj niepowetowanej szkody. Na pewno byłoby o wiele lepiej zdjąć palto i odzyskać dla siebie przynajmniej tych dwóch
panów, którzy przecież jeszcze musieli czekać. K. byłby może spróbował to zrobić, gdyby nagle nie spostrzegł w swoim pokoju wicedyrektora szukającego, jak gdyby był u siebie, czegoś na półce z książkami. Gdy K. zirytowany tym zbliżał się do drzwi, zawołał on:
- Ach, pan jeszcze nie odszedł! - zwrócił ku niemu swą twarz, której liczne głębokie zmarszczki zdawały się świadczyć raczej o sile niż o starości, i zaczął natychmiast dalej szukać. - Szukam odpisu umowy, który, jak twierdzi przedstawiciel firmy, znajduje się podobno u pana. Czy nie pomoże mi pan go znaleźć? - K. zrobił krok naprzód, ale wicedyrektor rzekł:

   - Dziękuję, już znalazłem - i skierował się ku wyjściu z wielkim stosem akt zawierającym nie tylko szukany kontrakt, ale zapewne i wiele innych papierów. "Teraz nie mogę mu dać rady - rzekł K. sam do siebie - skoro
tylko jednak usunę moje osobiste trudności, on będzie zaprawdę pierwszym, który to poczuje, i to możliwie gorzko." - Nieco uspokojony tą myślą, polecił woźnemu, który od dawna trzymał drzwi na korytarz otwarte do wyjścia, by zameldował dyrektorowi, że wyszedł na miasto w interesie, i opuścił bank, niemal szczęśliwy, że przez czas jakiś będzie mógł oddać się całkowicie swej sprawie. Pojechał natychmiast do malarza, który mieszkał na przedmieściu
położonym w całkiem przeciwnej części miasta aniżeli kancelarie sądowe. Była to jeszcze biedniejsza dzielnica, domy były tu jeszcze ciemniejsze, ulice pełne brudu, który zlewał się z topniejącym śniegiem. W domu, w którym malarz mieszkał, było otwarte tylko jedno skrzydło wielkiej bramy, w drugim zaś znajdował się u dołu wyłom, którędy, w chwili gdy K. się zbliżył, wytoczyła się raptem żółta, dymiąca, smrodliwa ciecz. Kilka szczurów, przestraszonych tym,
czmychnęło do pobliskiego kanału. Przed schodami leżało dziecko na brzuchu i płakało, ale nikt go nie słyszał w hałasie pochodzącym z warsztatu blacharskiego po drugiej stronie sieni. Drzwi warsztatu były otwarte, trzej czeladnicy stali w półkolu dookoła jakiegoś kawałka żelaza, które obrabiali miotami. Wielki arkusz blachy cynkowej, wiszący na ścianie, rzucał blady refleks, który oświecał twarze i fartuchy robotników. K. tylko pobieżnie spojrzał na wszystkie te szczegóły, chciał jak najprędzej uporać się z tą wizytą, w kilku słowach wybadać malarza i natychmiast wrócić do banku. Jeśliby
wyciągnąć stąd zdołał bodaj najmniejszą korzyść, wyszłoby to jeszcze tego dnia na dobre jego pracy biurowej. Na trzecim piętrze musiał zwolnić kroku, schody i piętra były nadmiernie wysokie, a malarz mieszkał podobno w mansardzie pod samym dachem. Powietrze było ciężkie, schody zamknięte z obu stron murami, w których tu i ówdzie tylko, wysoko umieszczone, świeciły małe okienka. Właśnie gdy K. przystanął na chwilę, wyleciały małe dziewczynki z jednego z mieszkań
i pobiegły ze śmiechem schodami w górę. K. szedł za nimi powoli, zrównał się z jedną z dziewczynek, która potknęła się i została w tyle za innymi, i spytał idąc obok niej po schodach:
- Czy mieszka tu niejaki malarz Titorelli?
Dziewczynka, może trzynastoletnia, nieco garbata, trąciła go na to łokciem i spojrzała nań z ukosa. Ani młodość, ani kalectwo nie zdołały jej uchronić przed zupełnym zepsuciem. Nawet nie uśmiechała się do K., lecz patrzyła mu w oczy ostrym, prowokującym spojrzeniem. K. udawał, że nie dostrzega jej zachowania, i zapytał:
- Czy znasz malarza Titorellego?
Przytaknęła i zapytała ze swej strony:
- Czego pan chce od niego?
K. uznał, że dobrze będzie dowiedzieć się na poczekaniu czegoś o malarzu.
- Chcę, aby namalował mój portret - rzekł.
- Namalował portret? - zapytała dziewczynka, otworzyła szeroko usta, machnęła lekko ręką w kierunku K., jak gdyby usłyszała coś bardzo niespodziewanego czy niezręcznego, podniosła oburącz jeszcze wyżej swą króciutką sukienkę i pobiegła, jak mogła najprędzej, za innymi dziewczynkami, których niewyraźny krzyk gubił się już w górze. Przy najbliższym jednak zakręcie schodów napotkał K. Już znowu wszystkie dziewczynki razem. Powiadomione zapewne przez garbatą o jego zamiarze, oczekiwały go po obu stronach schodów, przyciśnięte do muru, ażeby K. mógł między nimi przejść, i wygładzały rękoma swe fartuszki. Twarze tych dziewcząt, tworzących teraz szpaler po obu stronach, zdradzały jakąś mieszaninę dziecinności i niegodziwości. W górze, na czele dziewcząt, roześmianych znowu i zbitych w gromadkę za plecami K., stała garbata, która widocznie objęła nad nimi dowództwo. Jej zawdzięczał K., że od razu trafił na
właściwą drogę. W chwili bowiem, gdy chciał się wspinać wyżej, wskazała mu, że musi wejść na boczne schody, ażeby dostać się do Titorellego. Schody do niego prowadzące były szczególnie wąskie, długie, bez zakrętu, można je było aż do góry objąć wzrokiem, i kończyły się przed drzwiami malarza. Te drzwi, w przeciwieństwie do reszty schodów, oświetlone dosyć jasno poprzez ukośnie umieszczone nad nimi okienko, zrobione były z nie bielonych belek, na których nazwisko "Titorelli" namalowane było grubo czerwoną farbą. K. nie doszedł jeszcze ze swoim orszakiem do połowy schodów, gdy w górze, widocznie wywołany hałasem wielu nóg na schodach, ukazał się w szparze drzwi mężczyzna ubrany prawdopodobnie w samą koszulę nocą.
- Oh! - zawołał zobaczywszy nadchodzącą gromadkę i znikł.
Garbata klaskała z radości w ręce, a reszta dziewcząt stłoczyła się popychając K. naprzód.
Jeszcze nie doszli do góry, gdy malarz otworzył drzwi na oścież i z głębokim ukłonem zaprosił K. do wejścia. Dziewczęta natomiast odsunął od drzwi i nie chciał żadnej z nich wpuścić, mimo że prosiły i usiłowały, jeśli nie za jego pozwoleniem, to gwałtem wtargnąć. Tylko garbatej udało się popod jego wyciągniętym ramieniem prześliznąć do środka, ale malarz pognał za nią natychmiast, pochwycił ją za spódnicę, okręcił raz dookoła siebie i odstawił za drzwi między inne dziewczęta, które nie ośmieliły się przekroczyć progu. K. nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć, odnosiło się wrażenie, jak gdyby działo się
to po przyjaźni i w najlepszej zgodzie. Dziewczęta przed drzwiami wyciągały jedna za drugą szyje ku górze wykrzykując w stronę malarza jakieś żartobliwe słowa, których K. nie rozumiał, i sam malarz śmiał się wywijając młyńca garbatą. Następnie zamknął drzwi, ukłonił się raz jeszcze przed K., podał mu rękę przedstawiając się:
"Artysta-malarz Titorelli." K. wskazał na drzwi, za którymi dziewczęta szeptały, i rzekł:
- Pan cieszy się w tym domu wielką wziętością.
- Ach, te trzpioty! - rzekł malarz usiłując bezskutecznie zapiąć koszulę pod szyją. Był zresztą bosy, ubrany tylko w szerokie, żółtawe spodnie płócienne, ściągnięte rzemieniem, którego długi koniec obijał się na wszystkie strony.
- Te smarkule są dla mnie prawdziwą plagą - zaczął znowu poniechawszy koszuli, której ostatni guzik właśnie odleciał, przyniósł krzesło dla K. i zmusił go do zajęcia miejsca.
- Malowałem raz jedną z nich - nie ma jej dziś między nimi - i od tego czasu wszystkie mnie prześladują. Jeśli jestem w domu, wchodzą tylko wtedy, gdy na to pozwolę, ale skoro tylko opuszczę pokój, już co najmniej jedna siedzi w środku. Dorobiły klucz do mieszkania, który sobie wzajemnie pożyczają. Nie można sobie wyobrazić, jakie z tym mam utrapienie. Przychodzę na przykład z damą, którą mam malować, otwieram drzwi moim kluczem i znajduję, dajmy na to, garbatą, malującą sobie moim pędzlem usta na czerwono, podczas gdy jej małe rodzeństwo, którym ma się opiekować, łazi po wszystkich kątach i zanieczyszcza cały pokój. Albo przychodzę, jak mi się to wczoraj zdarzyło, późno w nocy do domu - pan wybaczy dlatego mój stan i nieporządek w pokoju - przychodzę zatem późno w nocy do do-
mu i chcę się pakować do łóżka, gdy nagle coś szczypie mnie w łydkę, schylam się pod łóżko i wyciągam takie maleństwo. Dlaczego tak się do mnie garną - nie mam pojęcia, że ich nie wabię do siebie, mógł pan dopiero co zauważyć. Naturalnie, że przeszkadza to i w robocie. Gdyby nie to, że dają mi tę pracownię bezpłatnie, dawno bym się wyprowadził. Za drzwiami odezwał się cienki i bojaźliwy głosik:
- Titorelli, czy możemy już wejść?
- Nie - odpowiedział malarz.
- Ja sama także nie? - pytał głosik dalej.
- Także nie - odrzekł malarz, podszedł do drzwi i zamknął je na klucz.
K. rozejrzał się tymczasem po pokoju, nigdy by sam nie wpadł na myśl, że można było ten nędzny mały pokoik nazwać pracownią. Więcej niż dwa kroki nie podobna w nim było zrobić wzdłuż i wszerz. Wszystko, podłoga, ściany, sufit, były z drzewa, między belkami świeciły wąskie szpary. Naprzeciw K-, było ustawione łóżko, zawalone różnokolorową pościelą. W środku pokoju stal na sztalugach obraz
zakryty koszulą, której rękaw zwisał do ziemi. Za głową K. umieszczone było okno, przez które we mgle widniał tylko dach przeciwległego domu pokryty śniegiem. Na zgrzyt klucza w zamku przypomniał sobie K., że chciał wnet
odejść. Wyjął więc list fabrykanta z kieszeni, podał go malarzowi i rzekł:
- Dowiedziałem się o panu od tego oto pańskiego znajomego i przyszedłem za jego radą.
Malarz przeczytał pobieżnie list i rzucił go na łóżko. Gdyby fabrykant nie był o Titorellim mówił jak o swym znajomym, biednym człowieku zdanym na jego jałmużnę, można by w istocie myśleć, że Titorelli nie zna fabrykanta lub nie może go sobie przypomnieć. Na domiar wszystkiego malarz zapytał:
- Czy pan chce kupić obrazy, czy zamówić portret?
K. spojrzał zdumiony na malarza. Co zawierał właściwie list? K. uważał za samo przez się zrozumiałe, że fabrykant poinformował malarza, iż K. nic innego nie chciał, jak dowiedzieć się czegoś o swoim procesie. Po cóż biegł tutaj z tak nieodpartym pośpiechem? Na pytanie malarza trzeba było jednak coś odpowiedzieć, więc rzekł rzuciwszy spojrzenie na sztalugi:
- Pan pracuje właśnie nad jakimś obrazem?
- Tak jest - rzekł malarz i zrzucił koszulę wiszącą na obrazie, podobnie jak list, na łóżko.
- To jest portret. Dobra robota, ale jeszcze nie całkiem gotowa.
Przypadek był dla K. przychylny, możliwość rozmowy o sądzie nasuwała się wprost sama, gdyż portret przedstawiał najwyraźniej sędziego. Obraz był zresztą zdumiewająco podobny do obrazu wiszącego w gabinecie adwokata. Co prawda, chodziło tu o innego sędziego, grubego mężczyznę z krzaczastą gęstą brodą, która po bokach zarastała wysoko policzki. Tamten obraz był też obrazem
olejnym, podczas gdy ten naszkicowano blado i niewyraźnie pastelem, ale wszystko inne było podobne, bo i tu podnosił się właśnie sędzia groźnie ze swego tronu, wspierając dłonie na jego poręczach. "To jest przecież sędzia", o mało co nie powiedział K., ale na razie powstrzymał się jeszcze i zbliżył się do obrazu, jak gdyby chciał go w szczegółach obejrzeć. Nie mógł sobie wytłumaczyć wielkiej niewyraźnej figury, która stała na środku za krzesłem, i zapytał o nią malarza. Malarz odpowiedział, że musi ją jeszcze wykończyć, wziął ze stolika kredkę pastelową i kreskował nieco wzdłuż konturów figury, nie czyniąc jej przez to dla K. wyraźniejszą.
- To jest Sprawiedliwość - oświadczył w końcu.
- Teraz poznaję już - rzekł K. - tu jest przepaska na oczach, a tu jest waga. Ale czy nie ma ona u nóg skrzydeł i czy nie jest przedstawiona w biegu?
- Tak jest - rzekł malarz - musiałem na zamówienie tak ją namalować, jest to właściwie bogini sprawiedliwości i zwycięstwa w jednej osobie.
- To nie jest dobre połączenie - rzekł K. z uśmiechem - sprawiedliwość musi spoczywać, inaczej chwieje się waga i sprawiedliwy wyrok staje się niemożliwy.
- Poddaję się w tym woli zamawiającego - rzekł malarz.
- Pewnie - rzekł K., który nikogo nie chciał swą uwagą urazić - pan malował tę figurę w tej pozycji, w jakiej ona rzeczywiście za tronem stała
- Nie - rzekł malarz - nie widziałem ani tronu, ani figury, to wszystko jest wymysł, ale dano mi wskazówki, co mam malować.
- Co? - pytał K., umyślnie udawał, że nie rozumie malarza dokładnie - przecież to jest sędzia siedzący na sędziowskim krześle.
- Tak - rzekł malarz - ale nie jest to wysoki sędzia, nie siedział nigdy na takim tronie.
- I mimo to daje się malować w tej uroczystej pozie? Toż siedzi on jak prezes sądu.
- Tak, ci panowie są próżni - rzekł malarz. - Ale mają oni zezwolenie z góry na to, aby dać się w ten sposób malować. Każdemu wyznaczono dokładnie, jak wolno mu się malować, tylko nie można niestety na tym obrazie widzieć szczegółów stroju i miejsca, pastele nie nadają się do przedstawiania tego.
- Tak, to dziwne, że obraz wykonany jest pastelami - rzekł K.
- Sędzia życzył sobie tego - rzekł malarz - portret przeznaczony jest dla damy.
Widok obrazu wzbudził, zdaje się, w malarzu ochotę do pracy, zakasał rękawy, wziął kilka kredek do ręki i K. widział, jak pod ich drżącymi ostrymi końcami dookoła głowy sędziego utworzyła się czerwona poświata, która ku brzegom obrazu przechodziła w promienie. Stopniowo objęła ta gra cieni głowę przypominając błyszczącą ozdobę albo wysokie odznaczenie. Dookoła figury Sprawiedliwości pozostało jednak tło jasne, nieznacznie tylko zacieniowane, i z tej jasności postać zdawała się występować w sposób szczególnie wyrazisty. Nie przypominała już wcale bogini sprawiedliwości ani też bogini zwycięstwa, wyglądała teraz raczej zupełnie jak boginiłowów. K. czuł się pracą malarza zafascynowany bardziej, niż chciał, w końcu zaczął sobie czynić wyrzuty, że tak długo już tu stoi i nic nie robi dla swojej sprawy.
- Jak nazywa się ten sędzia? - zapytał nagle.
- Tego nie wolno mi powiedzieć - rzekł malarz.
Głęboko pochylony nad obrazem wyraźnie ignorował gościa, którego przecież z początku z takimi względami przyjął. K. uważał to za kaprys malarza i irytowało go to, gdyż tracił z tego powodu czas.
- Pan jest pewnie mężem zaufania sądu? - zapytał.
W tej chwili malarz odłożył pastele, podniósł się i pocierając ręce o siebie patrzył z uśmiechem na K.
- Tylko od razu bez ogródek - rzekł. - Pan chce się dowiedzieć czegoś o sądzie, jak wyczytałem zresztą z listu polecającego, a zaczął pan od moich obrazów, aby mnie ująć. Nie biorę tego panu za złe, nie mógł pan o tym wiedzieć, że w moim wypadku to niepotrzebne. O, proszę - rzekł z wzbraniającym gestem, gdy K. chciał oponować.
Potem ciągnął dalej: - Zresztą pańska uwaga była zupełnie słuszna,
jestem mężem zaufania sądu. Zrobił pauzę, jakby w tym celu, by K. miał czas pogodzić się z tym faktem. Znowu słychać było dziewczęta chichoczące za drzwiami. Prawdopodobnie cisnęły się do dziurki od klucza, może też zerkały
przez szpary między belkami. K. zaniechał wszelkich usprawiedliwień, nie chciał odwodzić malarza od tematu, nie chciał też z drugiej strony, by malarz zbytnio się wywyższał i czynił się niejako niedosiężnym, zapytał przeto:
- Czy to jest oficjalnie uznane stanowisko?
- Nie - rzekł malarz krótko, jakby odebrało mu to pytanie mowę.
K. nie chciał, by zamilkł, i rzekł:
- Często takie nieoficjalne stanowiska są bardziej wpływowe niż oficjalne.
- Tak jest właśnie ze mną - rzekł malarz przytakując ze ściągniętymi brwiami. - Mówiłem właśnie wczoraj z fabrykantem o pańskiej sprawie, pytał mnie, czy nie mógłbym panu pomóc, odpowiedziałem: - Niech do mnie przyjdzie - i teraz cieszę się, że mogłem pana tak prędko u mnie powitać. Jak widzę, wziął pan sobie
sprawę bardzo do serca, wcale się temu nie dziwię. Czy nie zechce pan może najpierw zdjąć palto? Jakkolwiek K. zamierzał tu tylko krótko się zatrzymać, przyjął z ochotą propozycję malarza. Powietrze stawało się stopniowo coraz
bardziej duszne, ze zdziwieniem spoglądał na mały, bez wątpienia zimny piecyk żelazny w kącie, nie mógł sobie wytłumaczyć wzrastającej duszności. Podczas gdy zdejmował palto i rozpinał jeszcze ponadto surdut, rzekł malarz tonem usprawiedliwienia:
- Muszę mieć ciepło. Tu jest bardzo przytulnie, nieprawda?
Pokój jest pod tym względem doskonale położony. K. nie odpowiedział, ale czul się nieswojo, nie tyle z powodu gorąca, ile z powodu dusznego, zapierającego oddech powietrza. Pokój widocznie od dawna nie był przewietrzany. Przykre uczucie wzrosło, gdy malarz prosił go, by usiadł na łóżku, podczas gdy on sam
zasiadł na jedynym w pracowni krześle, przed sztalugami. Prócz tego
malarz tłumaczył sobie fałszywie okoliczność, że K. pozostał na skraju łóżka, prosił go, by się rozsiadł wygodnie, a gdy K. się ociągał, podszedł do niego i wepchnął go głęboko między pierzyny i poduszki. Następnie powrócił na swoje miejsce i postawił pierwsze rzeczowe pytanie, które zapytanemu zaparło oddech w piersi.
- Czy jest pan niewinny? - zapytał.
- Tak jest - rzekł K.
Odpowiedź na to pytanie sprawiła mu wprost radość, zwłaszcza żedana była osobie prywatnej, niejako bez żadnej odpowiedzialności. Nikt jeszcze nie pytał go tak otwarcie. Ażeby tę radość przedłużyć, dodał jeszcze:
- Jestem całkowicie niewinny.
- Tak - rzekł malarz, spuścił głowę i zdawał się rozmyślać. Nagle podniósł głowę i rzekł:
- Jeżeli pan jest niewinny, to sprawa jest całkiem prosta.
K. spuścił wzrok, rozczarowany: ten rzekomy mąż zaufania sądu mówił jak nieświadome dziecko.
- Moja niewinność nie upraszcza sprawy - rzekł. Musiał mimo wszystko uśmiechnąć się i potrząsał powoli głową. - Chodzi tu o różne subtelności, w które sąd wnika, W końcu jednak wywleka skądś, gdzie pierwotnie nic nie było, jakąś wielką winę.
- Tak, tak, bez wątpienia - rzekł malarz, jak gdyby K. niepotrzebnie mącił tok jego myśli. - Ale pan jest niewinny?
- No, tak - rzekł K.
- To jest najważniejsze - rzekł malarz.
Nie można go było przekonać żadnymi argumentami, ale mimo jego stanowczości nie było jasne, czy mówił tak z przekonania, czy z obojętności. To chciał K. w pierwszym rzędzie rozstrzygnąć i rzekł dlatego:
- Pan zna sąd zapewne o wiele lepiej ode mnie, co do mnie, to wiem tylko tyle, ile od różnych ludzi słyszałem. W tym jednak byli wszyscy zgodni, że nie wdraża się lekkomyślnych skarg i jeśli sąd występuje już raz ze skargą, trudno go odwieść od przekonania o winie oskarżonego.
- Trudno? - zapytał malarz i wyrzucił rękę do góry. - Nigdy nie da się odwieść sądu od tego przekonania. Jeżeli namaluję tu jednego przy drugim wszystkich sędziów i pan będzie się przed tym płótnem bronił, więcej pan wskóra przed nim niż przed prawdziwym sądem.
- Tak - rzekł K. do siebie i zapomniał, że chciał tylko wybadać malarza.
Zza drzwi znów zaczęła dopytywać się jakaś dziewczynka:
- Titorelli, czy on już wnet pójdzie?
- Cicho! - odrzekł malarz w kierunku drzwi - czy nie widzicie, że rozmawiam z panem?
Ale dziewczynka nie dała się tym zbyć i pytała dalej:
- Będziesz go malował?
A gdy malarz nie odpowiadał, powiedziała jeszcze:
- Nie maluj, proszę, takiego brzydkiego człowieka.
Dał się słyszeć gwar niezrozumiale przytakujących głosów. Malarz podskoczył do drzwi, otworzył je na szerokość szpary - widać było
przez nią złożone błagalnie ręce dziewcząt - i rzekł:
- Jeżeli nie będziecie cicho, zrzucę was wszystkie ze schodów.
Siadajcie na stopniach i zachowujcie się spokojnie. - Prawdopodobnie nie od razu posłuchały, tak że musiał zakomenderować: - Siadać
na stopniach! - Wtedy dopiero uciszyło się.
- Niech pan wybaczy - rzekł malarz powróciwszy na swoje miejsce.
K. nie odwracał się nawet do drzwi, nie troszczył się o to, czy i jak weźmie go malarz w obronę przed dziewczętami. Nie poruszył się także i teraz, gdy malarz nachylając się nad nim, by nie być z zewnątrz słyszanym, rzekł:
- Także te dziewczęta należą do sądu.
- Co? - zapytał K., odchylił głowę w bok i popatrzył na malarza. Ale malarz usiadł z powrotem na krześle I rzekł na wpół żartem, na wpół dla wyjaśnienia:
- Wszystko przecież należy do sądu.
- Tego nie zauważyłem jeszcze - rzekł krótko K.; ogólna uwaga malarza odebrała wiadomości o dziewczętach jej niepokojący charakter. Mimo to popatrzył K. przez moment na drzwi, za którymi dziewczęta siedziały cicho na stopniach. Tylko jedna wetknęła w szparę źdźbło słomy i wodziła nim wzdłuż szpary do góry i na dół.
- Pan nie ma, zdaje się, jeszcze właściwego poglądu na sąd - rzekł malarz. Rozstawiwszy nogi wypukiwał palcami takt na podłodze. - Ponieważ jest pan jednak niewinny, nie będzie pan tego potrzebował. Ja sam pana wyciągnę.
- Jak pan to chce zrobić? - zapytał K. - Skoro pan przed chwilą sam utrzymywał, że sąd jest zupełnie niedostępny dla argumentów.
- Niedostępny tylko dla argumentów, które podnosi się oficjalnie przed sądem - rzekł malarz podnosząc palec, jak gdyby K. Nie zauważył subtelnego rozróżnienia. - Inaczej ma się sprawa z tym, co przedsiębierze się pod tym względem za plecami sądu, a więc w salach obrad, na korytarzach albo nawet tu, w pracowni. To, co malarz teraz mówił, nie wydawało się nieprawdopodobne, zgadzało się w wysokim stopniu z tym, co K. i skądinąd słyszał. To budziło nawet pewne nadzieje. Jeśli sędzia powodował się tak łatwo osobistymi względami, jak to adwokat przedstawiał, to stosunki malarza z próżnymi sędziami mogły mieć znaczenie, nie należało ich w żadnym wypadku lekceważyć. W takim razie można było włączyć malarza w krąg pomocników, których K. stopniowo dookoła siebie gromadził. Chwalono raz w banku jego talent organizacyjny. Tu,
gdzie był zdany wyłącznie na siebie, ukazywała się sposobność wypróbowania go do najdalszych granic. Malarz obserwował wrażenie, jakie to oświadczenie uczyniło na gościu, i rzekł potem z pewnym wahaniem:
- Czy nie uderza pana, że mówię niemal jak prawnik? Sprawia to nieustanny kontakt z panami z sądu. Odnoszę stąd niemałą korzyść, ale rozmach twórczy zanika w znacznej mierze.
- Jak pan wszedł po raz pierwszy w kontakt z sędziami?
- zapytał K. Chciał naprzód pozyskać zaufanie malarza, zanim go wprost miał zwerbować do swojej służby.
- To jest bardzo proste:- rzeki malarz - ten kontakt odziedziczyłem. Już mój ojciec był malarzem sądowym. To jest stanowisko, które się dziedziczy. Nie można do tego użyć nowych ludzi. Dla malowania różnych urzędowych rang ustanowione są tak rozmaite, liczne i przede wszystkim tajemne reguły, że znajomość ich nie wychodzi w ogóle poza pewne rodziny. Tam w szufladzie, na
przykład, mam notatki mego ojca, których nikomu nie pokazuję. Ale tylko ten, kto je zna, powołany jest do malowania sędziów. Jednak nawet gdybym je zgubił, pozostało mi tyle reguł w głowie, iż nikt mnie nie może wyprzeć z mego stanowiska. Przecież każdy sędzia chce być tak malowany, jak malowano dawnych wielkich sędziów, a to tylko ja potrafię.
- To jest godne zazdrości - rzekł K. myśląc o swoim stanowisku w banku. - Pańskie stanowisko jest zatem nie do zachwiania?
- Nie do zachwiania - rzekł malarz i podniósł dumnie ramiona. - Dlatego też mogę tu i ówdzie pomóc jakiemuś nieborakowi, który ma proces.
- I jak pan to czyni? - pytał K., jak gdyby to nie jego nazwał ten człowiek nieborakiem. Ale malarz nie dał się odwieść od swego toku myśli:
- W pańskim wypadku na przykład, ponieważ pan jest niewinny, przedsięwziąłbym rzecz następującą...
Ciągłe wspominanie jego niewinności stało się dla K. ciężarem. Zdawało mu się, jakoby malarz czynił pomyślny wynik procesu warunkiem swej pomocy, która przez to naturalnie traciła swój sens. Mimo tych wątpliwości opanował się i nie przerywał malarzowi. Zrzec się tej pomocy nie myślał, był zdecydowany ją przyjąć, nie wydawała mu się bardziej wątpliwa niż pomoc adwokata. K. stawiał ją
nawet wyżej, bo ofiarowano mu ją w sposób prostszy i bardziej otwarty.
Malarz przysunął krzesło bliżej do łóżka i ciągnął dalej przyciszonym głosem:
- Zapomniałem pana zapytać na wstępie, jakiego rodzaju uwolnienia pan pragnie. Istnieją trzy możliwości, mianowicie: prawdziwe uwolnienie, pozorne uwolnienie i przewleczenie. Prawdziwe uwolnienie jest naturalnie najlepsze, ale na tego rodzaju rozwiązanie nie mam najmniejszego wpływu. Moim zdaniem, nie ma człowieka, który by na to miał wpływ. Tu decyduje, zdaje się, jedynie istotna
niewinność oskarżonego. Ponieważ jest pan niewinny, mógłby pan w istocie zdać się może wyłącznie na swą niewinność. W takim razie jednak ani moja, ani żadna inna pomoc nie jest panu potrzebna. Tym systematycznym wykładem był K. z początku zaskoczony, potem jednak rzekł tak samo cicho jak malarz:
- Zdaje mi się, że pan sobie przeczy.
- Jakże to? - zapytał malarz cierpliwie i oparł się z uśmiechem o poręcz. Ten uśmiech obudził w K. uczucie, jak gdyby zamierzał wykazywać sprzeczności już nie w słowach malarza, lecz w samym postępowaniu sądowym. Mimo to nie cofnął się i rzekł:
- Zrobił pan poprzednio uwagę, że sąd jest dla argumentów niedostępny, potem ograniczył pan to do sądu występującego ex officio, a teraz mówi pan nawet, że niewinny nie potrzebuje pomocy. Już w tym tkwi sprzeczność. Prócz tego powiedział pan przedtem, że można wpłynąć osobiście na sędziów, a teraz przeczy pan temu, jakoby można kiedykolwiek osiągnąć rzeczywiste uwolnienie przez
osobiste wpływy. W tym tkwi druga sprzeczność.
- Te sprzeczności łatwo wyjaśnić - rzekł malarz. - Mowa tu o dwóch różnych rzeczach: o tym, co powiedziane jest w prawie, i o tym, czego ja sam osobiście się dowiedziałem. Tego nie wolno panu mieszać. Z jednej strony powiedziane jest w prawie - ja sam nie czytałem go zresztą - że niewinny zostaje uwolniony, z drugiej natomiast nie jest tam powiedziane, że na sędziów można wpłynąć.
Tymczasem moje doświadczenie poucza mnie o czymś przeciwnym. Nie znam ani jednego wypadku prawdziwego uwolnienia, natomiast wiele wypadków wpłynięcia na sąd. Możliwe jest naturalnie, że wśród wszystkich znanych mi spraw nie było wypadku niewinności. Ale czy to nie jest nieprawdopodobne? Wśród tylu spraw ani jednego wypadku niewinności? Już jako dziecko przysłuchiwałem się pilnie ojcu, gdy opowiadał w domu o procesach, także sędziowie, którzy przychodzili
do pracowni, opowiadali o sądzie, w naszych kołach nie mówi się w ogóle o niczym innym; ile razy miałem sam sposobność pójść do sądu, korzystałem z niej zawsze, przysłuchiwałem się niezliczonym procesom w najważniejszych stadiach i śledziłem je, o ile były widoczne, a jednak - muszę wyznać - ani jednego prawdziwego uwolnienia nie widziałem.
- Ani jednego uwolnienia - rzekł K., jakby mówił do siebie i swoich nadziei. - To jednak potwierdza mniemanie, jakie mam o sądzie. A zatem i z tej strony jest to bezcelowe. Jeden jedyny oprawca mógłby zastąpić cały sąd.
- Nie powinien pan uogólniać - rzekł malarz z niezadowoleniem - mówiłem przecież tylko o moich doświadczeniach.
- To wystarcza - rzekł K. - a może słyszał pan o uwolnieniach w dawniejszych czasach?
- Takie uwolnienia podobno się dawniej zdarzały - odpowiedział malarz. - Tylko trudno jest to stwierdzić. Ostateczne decyzje sądu nie są ogłaszane, nie są one dostępne nawet sędziom. Z tego powodu zachowały się o starych sprawach sądowych jedynie legendy. Te zawierają nawet w większości wypadków uwolnienia, można w nie wierzyć, ale sprawdzić ich się nie da. Mimo to nie należy ich całkiem
lekceważyć, jakąś tam prawdę zawierają one na pewno, przy tym są bardzo piękne, ja sam malowałem kilka obrazów, które mają za treść takie legendy.
- Same legendy nie mogą zmienić mego zdania - rzekł K. - Nie można się też chyba na nie powoływać przed sądem?
Malarz zaśmiał się.
- Nie, tego nie można - rzekł.
- W takim razie jest bezcelowe o tym mówić - rzekł K.
Chciał on na razie przyjąć wszystkie mniemania malarza za dobrą monetę, nawet jeśli je uważał za nieprawdopodobne i jeśli przeczyły innym relacjom. Nie miał teraz czasu badać, do jakiego stopnia jest prawdziwe wszystko, o czym malarz mówił, albo też zbijać jego twierdzenia. Dużo by już osiągnął, gdyby go skłonić potrafił, by mu w jakikolwiek, choćby nie decydujący sposób pomógł. Rzekł przeto:
- Pomińmy więc rzeczywiste uniewinnienie, wspomniał pan jeszcze o dwóch innych możliwościach. Pozorne uwolnienie i przewleczenie. Tylko o to może chodzić - rzekł malarz. - Czy nie chce pan jednak, zanim o tym będziemy mówili, zdjąć surdut? Na pewno jest panu gorąco.
- Tak - rzekł K. Dotychczas na nic innego nie zważał, jak tylko na wyjaśnienia malarza, ale teraz, gdy mu przypomniano gorąco, obfity pot wystąpił mu na czoło. - Jest nie do wytrzymania.
Malarz przytakiwał, jak gdyby rozumiał dobrze przykre uczucie gościa.
- Czy nie można by otworzyć okna? - spytał K.
- Nie - odrzekł malarz - jest to tylko na stałe wprawiona szyba, nie można jej otworzyć.
Teraz dopiero przyłapał się K. na tym, że przez cały czas
spodziewał się, że malarz albo on sam podejdzie nagle do okna i otworzy je. Był gotów chwytać nawet mgłę otwartymi ustami. Uczucie braku powietrza przyprawiało go o zawrót głowy. Poklepał lekko pierzynę obok siebie i rzekł słabym głosem:
- To przecież niewygodne i niezdrowe.
- Wcale nie - powiedział malarz na obronę swego okna - przecież to, że nie można go otwierać, trzyma ono ciepło lepiej niż podwójne okno, choć to tylko pojedyncza szyba. Jeśli jednak chcę wietrzyć, co nie bardzo jest konieczne, bo zewsząd napływa powietrze przez szpary, mogę otworzyć jedne z moich drzwi albo nawet dwoje.
K., pocieszony nieco tym wyjaśnieniem, obejrzał się, aby odnaleźć
drugie drzwi. Malarz zauważył to i rzekł:
- Są one za panem, musiałem zastawić je łóżkiem.
Dopiero teraz zobaczył K. małe drzwi w ścianie.
- Jest tu wszystko za małe jak na pracownię - rzekł malarz, jak dyby chciał uprzedzić przyganę gościa. - Musiałem się urządzić, jak się dało. ?óżko przy ścianie stoi naturalnie w bardzo złym miejscu.
Sędzia na przykład, którego teraz maluję, wchodzi zawsze przez te właśnie drzwi przy łóżku, dałem mu nawet klucz do pracowni, ażeby, gdy mnie nie ma w domu mógł wejść i czekać tu na mnie. Otóż przychodzi on zwykle rano, gdy jeszcze śpię. Wyrywa mnie to oczywiście z najgłębszego snu, gdy drzwi koło łóżka się otwierają. Straciłby pan wszelki szacunek dla sędziów, gdyby pan słyszał
przekleństwa, jakimi go witam, kiedy wczesnym rankiem przełazi przez moje łóżko. Mógłbym mu, co prawda, odebrać klucz, ale to byłoby jeszcze gorzej. Wszystkie drzwi dają się bez tu trudu wyważyć z zawiasów.
Podczas całej tej mowy zastanawiał się K., czy ma zdjąć surdut, w końcu doszedł do przekonania, że jeśli tego nie uczyni, nie będzie w stanie dłużej tu wytrzymać, ściągnął więc marynarkę i położył ją sobie jednak na kolanach, ażeby móc, gdyby rozmowa się skończyła, wdziać ją z powrotem. Zaledwie jednak to uczynił, zawołała jedna z dziewczynek:
- Już zdjął surdut - i słychać było, jak się wszystkie tłoczyły do szpary, ażeby na własne oczy to widzieć.
- Dziewczęta myślą, że będę pana malował i że dlatego pan się rozbiera.
- Tak? - rzekł K. nie bardzo tym ubawiony, gdyż, choć siedział bez surduta, nie czuł się lepiej niż dotychczas. - Jak pan nazwał dwie inne możliwości? - już znowu zapomniał te określenia.
- Pozorne uwolnienie i przewleczenie - rzekł malarz. - Od pana zależy wybór. I jedno, i drugie może pan z moją pomocą osiągnąć, naturalnie nie bez trudu, różnica polega tu na tym, że pozorne uwolnienie wymaga jednorazowego skupienia sił, przewleczenie natomiast wysiłku mniejszego, ale ciągłego. Najpierw więc pozorne uwolnienie. Jeśli pan tego pragnie, poświadczę na arkuszu papieru
pisemnie pańską niewinność. Tekst takiego poświadczenia przekazał mi ojciec, jest ono nie do zaczepienia. Z tym poświadczeniem obejdę znanych mi sędziów. Zacznę więc od tego, że dziś wieczór, gdy przyjdzie mi pozować, przedłożę to poświadczenie sędziemu, którego teraz maluję. Przedłożę mu poświadczenie, oświadczę mu, że jest pan niewinny, i poręczę mu za pańską niewinność. To jest jednak nie tylko formalna, ale prawdziwa, wiążąca poręka. - W oczach malarza
leżał jakby wyrzut, że K. żąda od niego wzięcia na siebie ciężaru tej poręki.
- To byłoby bardzo uprzejmie - rzekł K. - I sędzia wierzyłby
panu, a mimo to nie uniewinniłby mnie naprawdę?
- Jak powiedziałem - rzekł malarz. - Zresztą nie jest bynajmniej pewne, że każdy z nich wierzyłby mi na słowo, któryś z nich może zażądałby, na przykład, żebym pana do niego przyprowadził. Wtedy musiałby pan ze mną pójść. Co prawda, w tym wypadku jest sprawa do połowy wygrana, zwłaszcz że poinformowałbym pana
przedtem dokładnie, jak się pan mu u danego sędziego zachować. Gorzej jest z tymi sędziami, którzy - i to się nieraz zdarza - z góry mi odmówią. Z tych sędziów musimy zrezygnować, chociaż z mojej strony niczego nie poniecham, aby ich do tego skłonić; wolno nam zresztą to zrobić, gdyż pojedynczy sędziowie nie mogą tu na szali zaważyć. Gdy już zatem będę miał na poświadczeniu dostateczną ilość podpisów, udam się do sędziego, który pańską sprawę właśnie prowadzi. Możliwe, że uzyskam i jego podpis, wtedy sprawa potoczy się jeszcze prędzej. Na ogół pozostaje już wtedy niewiele trudności do przezwyciężenia, jest to czas największej otuchy dla oskarżonego. Dziwne to, ale prawdziwe: ci ludzie są wtedy ufniejsi i spokojniejsi niż nawet po uwolnieniu. Teraz już nie trzeba szczególnych wysiłków. Sędzia posiada na piśmie porękę pewnej ilości sędziów, może pana bez obawy uwolnić i uczyni to też po przeprowadzeniu różnych formalno-
ści, ażeby mnie i innym znajomym dogodzić. Pan zaś wychodzi z sądu i jest wolny.
- Wówczas zatem jestem wolny - rzekł K. powoli.
- Tak - rzekł malarz - ale tylko pozornie albo lepiej powiedziawszy, czasowo wolny. Niżsi sędziowie, do których należą moi znajomi, nie mają prawa uniewinniać w sposób ostateczny. To prawo ma tylko najwyższy, dla pana, dla mnie, dla nas wszystkich niedosięgły sąd. Jak z nim się ma rzecz, tego nie wiemy i - otwarcie mówiąc - nie chcemy wiedzieć. Najwyższego prawa uniewinnienia, uwolnienia od oskarżenia nie mają więc nasi sędziowie, mają natomiast prawo zwolnienia. To znaczy, jeśli pan w ten sposób zostanie zwolniony, uchodzi pan chwilowo mocy oskarżenia, ale ono unosi się nad panem
dalej i może, gdy tylko zostanie dany rozkaz z góry, wejść w moc prawną. Ponieważ jestem w dobrych stosunkach z kancelariami, mogę też panu powiedzieć, w czym ta różnica między rzeczywistym a pozornym uwolnieniem objawia się pod względem czysto formalnym. Przy rzeczywistym uwolnieniu akta procesowe podobno zostają zupełnie odłożone, znikają całkowicie z postępowania, nie tylko oskarżenie, ale i uwolnienie, i sam proces, wszystko zostaje zniszczone. Inaczej przy pozornym uwolnieniu. Z aktem tym nic nie uległo zmianie, sprawa
wzbogaca się tylko o poświadczenie niewinności, o zwolnienie i uzasadnienie zwolnienia. Poza tym jednak pozostaje w obrębie procedury, skierowuje się ją, jak tego nieustanny tok postępowania wymaga, do wyższych instancji, stamtąd wraca znowu do niższych i wędruje tak, wśród większych i mniejszych wahań, wśród większych i mniejszych przestojów, tam i z powrotem. Te drogi są nieobliczalne. Kiedy patrzeć z zewnątrz, może się wydawać, że o wszystkim dawno
zapomniano, akt zaginął, a uwolnienie jest całkowite. Wtajemniczony jednak wie, co o tym myśleć. Żaden akt nie ginie, nie ma u sądu zapomnienia. Pewnego dnia - nikt się tego nie spodziewa - jakiś sędzia bierze akt do ręki, poznaje, że w tym wypadku oskarżenie nie utraciło mocy, i zarządza natychmiastowe aresztowanie. Przyjąłem tu, że upłynął długi czas między pozornym uwolnieniem, a ponownym aresztowaniem. To jest możliwe, znam takie wypadki, ale równie
możliwe jest, że oskarżony, który dopiero co uzyskał zwolnienie, przychodzi do domu, tam czekają na niego, aby go ponownie aresztować. Wówczas naturalnie koniec ze swobodą.
- I proces zaczyna się na nowo? - spytał K. z niedowierzaniem.
- Bez wątpienia - rzekł malarz - proces zaczyna się na nowo, ale znowu zachodzi możliwość uzyskania raz jeszcze, jak przedtem, pozornego uwolnienia. Trzeba znowu zebrać wszystkie siły, nie wolno się poddawać. - Te ostatnie słowa powiedział malarz może widząc przygnębienie, w jakie popadł K. przygarbiony na łóżku.
- Czy jednak uzyskanie powtórnego uwolnienia - rzekł K.,
jakby chcąc uprzedzić dalsze jego rewelacje - nie przychodzi trudniej niż za pierwszym razem?
- Nie można w tym względzie powiedzieć nic pewnego - odrzekł
malarz. - Pan myśli zapewne, że sędzia może się z powodu drugiego aresztowania uprzedzić do oskarżonego? Tak nie jest. Sędziowie przewidzieli to aresztowanie już przy zwolnieniu. Ta okoliczność zatem nie wchodzi w rachubę. Niemniej jednak mogły się tymczasem, z niezliczonych innych przyczyn, nastrój sędziów, jak też ich ocena prawna wypadku gruntownie zmienić, starania o powtórne zwolnienie muszą się zatem dostosować do zmienionych warunków i należy
w zasadzie prowadzić je z tą samą energią jak za pierwszym razem.
- Ale to drugie uwolnienie znowu nie jest ostateczne - rzekł K.
i pokręcił głową z niezadowoleniem,
- Oczywiście że nie - rzekł malarz - po drugim uwolnieniu następuje trzecie, po trzecim uwolnieniu ewentualnie czwarte i tak dalej. To leży już w pojęciu pozornego uwolnienia. K. milczał.
- Pozorne uwolnienie nie wydaje się panu korzystne, jak widzę - rzekł malarz - może panu będzie lepiej odpowiadało przewleczenie. Czy mam panu wyjaśnić istotę przewleczenia?
K. skinął głową. Malarz rozparł się szeroko w krześle, koszula na
jego piersi rozchyliła się. Wsunąwszy rękę gładził się po piersi i po bokach.
- Przewleczenie - rzekł i patrzył chwilę przed siebie, jak gdyby szukał najtrafniejszego wyrażenia - przewleczenie polega na tym, że przetrzymuje się proces stale w najniższym stadium procesowym. Aby to osiągnąć, konieczne jest, aby oskarżony i jego protektor, w szczególności jednak protektor, pozostawał w nieustannym kontakcie osobistym z sądem. Powtarzam, nie trzeba tu takiego wysiłku jak przy staraniach o pozorne uwolnienie, natomiast potrzeba znacznie większej uwagi i czujności. Nie wolno tracić procesu z oczu, należy
w regularnych odstępach, a prócz tego przy specjalnych okazjach, chodzić do odnośnego sędziego i wszystkimi sposobami starać się zachować jego życzliwość. Jeśli nie zna się osobiście sędziego, trzeba wpływać na niego przez znajomych sędziów, a mimo to nie wolno poniechać bezpośredniego kontaktu. Jeśli niczego się w tym względzie nie zaniedba, to można ze znaczną pewnością przyjąć, że proces nie wyjdzie poza swoje stadium początkowe. Proces nie kończy się
wprawdzie, ale oskarżony jest prawie w tym samym stopniu zabezpieczony przed skazaniem, jak gdyby był uwolniony. W zestawieniu z pozornym uwolnieniem daje przewleczenie tę korzyść, że przyszłość oskarżonego jest mniej niepewna, jest on zabezpieczony przed grozą nagłych aresztowań, nie potrzebuje się obawiać, że w chwili, gdy okoliczności może właśnie najmniej temu sprzyjają, wypadanie mu
wziąć na siebie trudności i irytacje związane z osiągnięciem pozornego uwolnienia. Z drugiej strony ma także i przewleczenie dla oskarżonego pewne strony ujemne, których nie wolno nie doceniać. Nie myślę w tej chwili o tym, że oskarżony nigdy nie jest w tym wypadku wolny, nie jest nim przecież naprawdę i przy pozornym uwolnieniu. Chodzi o inną rzecz. Proces nie może stać w miejscu bez upozorowania tego jakimiś przyczynami. Trzeba przeto, aby na zewnątrz coś się w procesie działo. Od czasu do czasu muszą więc wychodzić jakieś zarządzenia, odbywać się dodatkowe badania oraz przesłuchiwania oskarżonego. Proces musi po prostu kręcić się wciąż w tym małym kręgu, do którego go sztucznie zacieśniono. To pociąga za sobą naturalnie różne nieprzyjemności dla oskarżonego, których jednak nie powinien pan malować sobie w zbyt czarnych kolorach. Wszystko to przecież jest tylko dla formy, więc na przykład przesłuchania są całkiem krótkie, jeśli się raz, drugi nie ma czasu lub ochoty pójść na przesłuchanie, można się usprawiedliwić, można nawet z niektórymi
sędziami wspólnie ułożyć procedurę na dłuższy czas z góry. W gruncie rzeczy chodzi o to, żeby od czasu do czasu - skoro się jest oskarżonym - zgłaszać się u sędziego. Już podczas ostatnich słów, K. przewiesił sobie surdut przez
ramię i wstał. Natychmiast zawołały głosy za drzwiami: - On już wstaje.
- Pan chce już odejść? - zapytał malarz, który wstał także - to zapewne powietr2e stąd pana wypędza. Bardzo mi przykro. Miałbym panu jeszcze to i owo do powiedzenia. Musiałem się streszczać. Mam nadzieję jednak, że tłumaczyłem się jasno.
- O, zapewne - rzekł K., którego od natężenia, z jakim zmuszał się do słuchania, głowa bolała. Mimo tego potwierdzenia malarz jeszcze raz zreasumował wszystko, jak gdyby chciał dać gościowi pociechę na drogę:
- Obie metody mają to wspólne - rzekł - że zapobiegają skazaniu oskarżonego.
- Ale zapobiegają też prawdziwemu uwolnieniu - rzekł K. cicho, jak gdyby się wstydził, że doszedł do tej prawdy.
- Pan trafił w sedno rzeczy - rzekł malarz prędko.
K. położył rękę na płaszczu, nie mogąc się nawet zdecydować wdziać surduta. Najchętniej byłby wszystko to zwinął i wybiegł z tym na świeże powietrze. Także głosy dziewcząt oznajmiające przedwcześnie, że się ubiera, nie mogły go skłonić, by wciągnął surdut. Malarzowi zależało widocznie na tym, żeby podsunąć jakiś pretekst dla stanu, w którym się K. znajdował. Rzekł przeto:
- Pan się jeszcze nie zdecydował co do moich propozycji.
Pochwalam to. Odradzałbym panu nawet natychmiast się zdecydować. Różnice są cienkie jak włos. Trzeba je dokładnie ocenić. Z drugiej strony nie należy też tracić za dużo czasu.
- Przyjdę do pana wkrótce - rzekł K., który z nagłym postanowieniem wciągnął surdut, zarzucił płaszcz na ramię i śpieszył do drzwi, za którymi dziewczęta zaczęły krzyczeć. Zdawało mu się, że widzi je poprzez drzwi.
- Ale musi pan dotrzymać słowa - rzekł malarz nie odprowadzając go - inaczej przyjdę do banku, aby się samemu dowiedzieć.
- Niechże pan drzwi otworzy - rzekł K. szarpiąc za klamkę, na
której, jak po oporze wyczuwał, uwiesiły się dziewczęta.
- Chce pan, by pana dziewczęta opadły? - zapytał malarz - niech pan lepiej użyje tego wyjścia - i wskazał na drzwi za łóżkiem. K. przystał na to i cofnął się w stronę łóżka. Malarz jednak, zamiast otworzyć drzwi, wlazł pod łóżko i pytał spod niego:
- Jeszcze tylko moment, czy nie chce pan obejrzeć obrazu, który
mógłbym panu sprzedać?
K. nie chciał być nieuprzejmy, malarz rzeczywiście zaopiekował się nim i obiecał w dalszym ciągu pomagać, w roztargnieniu zapomniał też K. poruszyć sprawę wynagrodzenia za pomoc, nie mógł mu więc teraz odmówić i zdecydował się obejrzeć obraz, choć drżał z niecierpliwości, by opuścić pracownię. Malarz wydobył spod łóżka stos nie oprawionych obrazów, tak pokrytych kurzem, że gdy zdmuchnął go z tego, który leżał na wierzchu, kurz wzbił się obłokiem przed oczyma K. zapierając mu oddech.
- Pejzaż polny - rzekł malarz i podał obraz gościowi.
Na krajobrazie widoczne były dwa wątłe drzewa stojące w dużym oddaleniu od siebie wśród ciemnej trawy. W głębi był kolorowy zachód słońca.
- ?adne - rzekł K. - kupuję ten obraz. - Mimo woli wyraził się tak krótko i ucieszył się, gdy malarz, zamiast wziąć mu to za złe, podniósł drugi obraz z podłogi.
- Oto pendant do tamtego - rzekł malarz.
Może było to pomyślane jako dopełnienie tamtego, ale nie było najmniejszej różnicy między jednym a drugim, tu były drzewa, trawa, a tam zachód słońca. K. nie zważał na to.
- Piękne krajobrazy - rzekł. - Kupuję oba i powieszę je w moim biurze.
- Motyw, widzę, podoba się panu - rzekł malarz i wydobył trzeci obraz - dobrze się składa, bo mam jeszcze jeden podobny obraz.
Ale obraz nie był podobny, był to raczej zupełnie identyczny pejzaż polny. Malarz wykorzystywał nieźle sposobność pozbycia się starych obrazów.
- Biorę i ten - rzekł K. - Ile kosztują te trzy obrazy?
- O tym pomówimy później. Pan się teraz śpieszy, a pozstaniemy przecież w kontakcie. Zresztą cieszy mnie, że się panu obrazy podobają. Dam panu wszystkie obrazy, które mam tu pod łóżkiem. Są to same pejzaże pól, namalowałem już wiele takich pejzaży. Niektórzy ludzie nie chcą tych obrazów, bo są za ponure, ale inni - i pan właśnie do nich należy - lubią właśnie to, co ponure.
Ale K. nie miał teraz cierpliwości do zawodowych doświadczeń tego malarza-żebraka.
- Niech pan zapakuje wszystkie te obrazy! - rzekł K. przerywając mu - jutro przyjdzie mój woźny i zabierze je.
- To niepotrzebne - rzekł malarz - spodziewam się, że znajdę panu tragarza, który zaraz je panu odniesie - to mówiąc przechylił się przez łóżko i otworzył wreszcie drzwi. - Niech pan bez żenady wejdzie na łóżko - rzekł - robi to każdy, kto tu wchodzi.
K. byłby to zrobił i bez zaproszenia, postawił już nawet nogę na pierzynie, ale nagle wyjrzał przez otwarte drzwi i cofnął nogę z powrotem.
- Cóż to jest? - zapytał malarza.
- Czemu się pan dziwi? - odpowiedział tamten, ze swej strony
zdziwiony. - To są kancelarie sądowe. Nie wiedział pan, że tu są kancelarie sądowe? Kancelarie sądowe są przecież na każdym strychu, dlaczego akurat tu miałoby ich nie być? Właściwie i moja pracownia należy także do kancelarii sądowych, ale sąd oddał mi ją do dyspozycji.
K. przeraził się nie tyle tego, że znalazł i tu kancelarie sądowe, ile swojej ignorancji w sprawach sądu. Jako podstawową regułę zachowania się oskarżonego uważał, aby być zawsze na wszystko gotowym, nie dać się nigdy zaskoczyć - i przeciw tej regule wciąż na nowo wykraczał. Przed nim rozciągał się długi
korytarz, napływało zeń powietrze, z którym porównane powietrze pracowni wydawało się orzeźwiające. ?awki ciągnęły się wzdłuż ścian korytarza jak w poczekalniach sądu rozpatrującego jego sprawę. Widocznie istniały dokładne przepisy co do urządzenia kancelarii. Chwilowo ruch stron nie był tu zbyt duży. Jakiś mężczyzna siedział tam prawie leżąc na ławce, z twarzą ukrytą w dłoniach, i zdawał się spać; drugi stał w cieniu na końcu korytarza. K. przedostał się wreszcie przez łóżko, malarz szedł za nim z obrazami. Wnet spotkali woźnego - K. poznawał już teraz wszystkich woźnych sądu po złotym guziku, który mieli wśród zwykłych guzików na swoich cywilnych ubraniach, i malarz polecił mu
nieść obrazy za K. K. słaniał się idąc, przyciskał chustkę do ust. Byli już blisko wyjścia, gdy dziewczęta zabiegły im drogę - i to go nie ominęło. Zobaczyły widocznie, że malarz otworzył drugie drzwi pracowni i pobiegły okrężną drogą, ażeby wtargnąć do środka z tamtej strony.
- Nie mogę panu dalej towarzyszyć! - wołał malarz śmiejąc się, zewsząd napierany przez dziewczęta. - Do widzenia! I niech pan się zbyt długo nie namyśla.
K. nawet nie obejrzał się za nim. Na ulicy wziął pierwszą dorożkę, którą spotkał. Zależało mu na tym, by pozbyć się woźnego, raził go zloty guzik, którego nikt zresztą może i nie zauważał. W swej gorliwości chciał woźny wspiąć się na kozioł, ale K. spędził go z dorożki. Południe dawno minęło, gdy K. zajechał pod bank. Byłby chętnie zostawił obrazy w dorożce, bał się jednak, że malarz przy jakiejś okazji zechce je widzieć. Kazał je zatem zanieść do biura
i zamknął w dolnej szufladzie, ażeby je przynajmniej na najbliższe dni ukryć przed oczami wicedyrektora.

rozdział VIII

Dodaj do swoich materiałów