Proces - Rozdział II


Rozdział drugi


Pierwsze przesłuchanie


K.. został telefonicznie powiadomiony, że najbliższej niedzieli ma
odbyć się małe przesłuchanie w jego sprawie. Zwrócono mu uwagę, że
odtąd podobne przesłuchania będą się odbywały regularnie i jakkol-
wiek może nie każdego tygodnia, to jednak dość często. Leży to
z jednej strony w ogólnym interesie, by doprowadzić proces szybko do
końca, z drugiej zaś strony badania powinny być pod każdym
względem gruntowne, a jednak wobec nerwowego wysiłku, jakiego
wymagają, nic powinny trwać zbyt długo. Dlatego znaleziono wyjście
w postaci szybko po sobie następujących, ale krótkich przesłuchań.
Wybrano niedzielę jako dzień badań, aby K. nie doznał przeszkody
w pracy zawodowej. Z góry zakłada się jego zgodę, a jeśli życzy sobie
innego terminu, władze gotowe są pójść mu wedle możności na rękę.
Te przesłuchania są na przykład możliwe i w nocy, ale o tej porze K-.
nie będzie prawdopodobnie dość rześki. W każdym razie, o ile K. nie
ma nic przeciwko temu, staje na niedzieli. Oczywiście musi przyjść na
pewno, chyba nie trzeba mu na to specjalnie zwracać uwagi. Podano
mu numer domu, w którym miał się stawić - był to dom przy jakiejś
odległej ulicy przedmieścia, na której K. nigdy jeszcze nie był.
Otrzymawszy to zlecenie, K. nic nie odpowiadając zawiesił słucha-
wkę, z góry zdecydowany pójść tam w niedzielę. Było to z pewnością
konieczne. Proces już się zaczynał, musiał się temu przeciwstawić, to
pierwsze przesłuchanie powinno być ostatnim. Stal jeszcze zamyślony
przy aparacie, gdy usłyszał za sobą glos wicedyrektora, który chciał
telefonować, ale K. zagradzał mu drogę do telefonu.
- Złe wiadomości? - spytał od niechcenia zastępca dyrektora,
nie aby się czegoś dowiedzieć, tylko by K. odsunąć od aparatu.
- Nie, wcale nie - rzekł K., ustąpił na bok, ale nie odszedł.
Wicedyrektor wziął słuchawkę i czekając na połączenie powiedział
zakrywszy słuchawkę ręką:
- Jeszcze jedno pytanie. Czy chciałby pan zrobić mi w niedzielę
rano przyjemność i odbyć ze mną przejażdżkę na mojej żaglówce?
Będzie większe towarzystwo, na pewno i pańscy znajomi, między
innymi prokurator Hasterer. Przyjdzie pan? Niechże pan przyjdzie!
K. starał się uważnie słuchać tego, co mu mówił zastępca
dyrektora. Nie było to dla niego bez znaczenia, bo zaproszenie ze
strony wicedyrektora, z którym nigdy nie żył w zbyt dobrej komitywie,
oznaczało próbę pojednania, świadczyło, jak ważną osobistością stał
się K. w banku i jaką wagę przywiązywał drugi najwyższy urzędnik
banku do jego przyjaźni, a przynajmniej do jego neutralności. To
zaproszenie było aktem upokorzenia się zastępcy dyrektora, choćby
nawet wypowiedział je, ot tak, znad słuchawki, w oczekiwaniu
połączenia telefonicznego. Ale K. zmuszony był dopuścić do powtór-
nego upokorzenia i powiedział:
- Bardzo dziękuję, ale w niedzielę niestety nie mam czasu, mam
już pewne zobowiązanie.
- Szkoda - rzekł zastępca dyrektora i podjął rozmowę telefoni-
czną, którą właśnie oznajmiono. Nie była to krótka rozmowa, lecz K.
w swoim roztargnieniu stał przez cały czas przy aparacie. Dopiero gdy
wicedyrektor skończył, przestraszył się i rzekł, aby choć trochę
usprawiedliwić swoją zbyteczną obecność:
- Właśnie telefonowano mi, abym przyszedł gdzieś, lecz zapom-
niano powiedzieć mi, o której godzinie.
- Proszę więc jeszcze raz zapytać - rzekł wicedyrektor.
- To nie jest takie ważne - zauważył K., przez co jego
poprzednie, i tak już samo przez się niedostateczne, usprawiedliwienie
wypadło jeszcze gorzej. Odchodząc zastępca dyrektora mówił jeszcze
o innych sprawach. K. zmuszał się do odpowiedzi, ale głównie myślał
o tym, że. najlepiej będzie pójść tam w niedzielę o dziewiątej przed
południem, bo o tej godzinie wszystkie sądy rozpoczynają w dnie
robocze swoją pracę.
Niedziela była pochmurna. K. wstał zmęczony, ponieważ z powo-
du jakiejś fety przesiedział do późna w nocy przy swoim stole
w piwiarni, i o mało co byłby zaspał. Szybko, nie mając czasu
zastanowić się i powiązać w jedną całość rozmaitych pomysłów, które
lnu przyszły do głowy w ciągu tygodnia, ubrał się i bez śniadania
pobiegł na wskazane mu przedmieście. Dziwnym trafem zauważył po
drodze, choć mało miał czasu na rozglądanie się, trzech wplątanych
w jego sprawę urzędników, Rabensteinera, Kullicha i Kaminera. Dwaj
pierwsi jechali tramwajem, który przeciął drogę K., Kaminer zaś
siedział na tarasie kawiarni i właśnie gdy przechodził K.., wychylał się
z zaciekawieniem przez balustradę. Wszyscy z pewnością patrzyli za
nim dziwiąc się, z jakim pośpiechem pędzi ich przełożony. Jakiś upór
powstrzymywał K. od jazdy czymkolwiek, uczuwał wstręt do wszel-
kiej, nawet najmniejszej obcej pomocy w tej swojej sprawie, nie chciał
też nikogo do tego wciągać i wtajemniczać w ten sposób kogokolwiek,
a w końcu nie miał najmniejszej ochoty poniżyć się przed komisją
śledczą przez swoją zbyt wielką punktualność. W istocie jednak biegł
teraz, aby o ile możności zdążyć na dziewiątą, mimo że go na żadną
oznaczoną godzinę nie zamówiono.
Zdawało mu się, że już z daleka pozna dom po jakimś znaku,
którego sobie dokładnie nie wyobrażał, czy po jakimś szczególnym
ruchu u wejścia. Ale ulica Juliusza, przy której dom miał się
znajdować i na początku której K. zatrzymał się przez chwilę, miała
po obu stronach prawie całkiem jednakowe domy, wysokie, szare,
przez ubogą ludność zamieszkałe domy czynszowe. Teraz, w niedziel-
ny ranek, okna były przeważnie zajęte, siedzieli w nich mężczyźni
w koszulach i palili papierosy albo trzymali na skraju okna ostrożnie
i czule małe dzieci. W innych oknach piętrzyła się wysoko pościel,
ponad którą przelotnie mignęła rozczochrana głowa jakiejś kobiety.
Poprzez ulicę krzyżowały się porozumiewawczo okrzyki, jakieś słowo
rzucone wywołało głośny śmiech tuż nad głową K. Przy tej długiej
ulicy znajdowały się regularnie rozmieszczone, małe, poniżej poziomu
chodnika leżące sklepy spożywcze, do których schodziło się po kilku
schodkach. Tam wchodziły i wychodziły kobiety albo stały na
stopniach i gawędziły. Handlarz owoców, który polecał widzom
w oknach swój towar, tak samo roztargniony jak K., o mało co nie
przewrócił go, przejeżdżając ze swoim wózkiem. Właśnie też zaczął
wygrywać wściekłą melodię jakiś gramofon, dawno już wysłużony
w lepszych dzielnicach miasta.
K. zagłębiał się w ulicę powoli, jak gdyby miał już teraz czas albo
jak gdyby z jakiegoś okna widział go sędzia śledczy i mógł stwierdzić,
że K.. już oto się stawił. Było niewiele po dziewiątej. Dom mieścił się
dość daleko od ulicy, był wprost niezwykle rozległy, ze szczególnie
wysoką i przestronną bramą wjazdową. Widocznie przeznaczona była na wozy ciężarowe należące do licznych składów, które, teraz za-
mknięte, otaczały wielki dziedziniec i nosiły napisy firm, znanych K.
z transakcji bankowych. Wbrew przyzwyczajeniu K. zajął się dokład-
niej wszystkimi tymi zewnętrznymi szczegółami, zatrzymał się także
chwilę u wejścia na podwórze. Niedaleko siedział na skrzyni jakiś bosy
mężczyzna i czytał gazetę. Na wózku ręcznym huśtali się dwaj
chłopcy. Przed pompą studni stała wątła, młoda dziewczyna w noc-
nym kaftaniku i podczas gdy woda spływała do wiadra, spoglądała na
K. W jednym kącie podwórza między dwoma oknami rozpięto sznur,
na którym wisiała już bielizna przeznaczona do suszenia. Jakiś
mężczyzna stał na dole i rozkazami z dołu kierował robotą.
K. zwrócił się ku schodom, by dojść do pokoju rozpraw, ale znowu
przystanął, gdyż oprócz tych schodów zauważył w podwórzu jeszcze
trzy różne klatki schodowe, a ponadto na końcu podwórza małe
przejście, które zdawało się prowadzić na jeszcze inne podwórze.
Gniewało go, że nie podano mu bliżej położenia pokoju; traktowano
go doprawdy z osobliwym niedbalstwem czy obojętnością, postanowił
to w stosownej chwili głośno i wyraźnie stwierdzić. Ostatecznie wszedł
jednak na schody i nasunęło mu się odległe wspomnienie sentencji
Willema, że wina sama przyciąga sąd, z czego by właściwie wynikało,
że lokal sądowy powinien znajdować się przy schodach, które K.
przypadkowo wybrał.
Po drodze przeszkodził wielu bawiącym się na schodach dzieciom,
złym wzrokiem patrzyły na niego, gdy wśród nich przechodził.
"Gdybym miał tu przyjść następnym razem - pomyślał - musiał-
bym wziąć albo łakocie, by je sobie pozyskać, albo kij, by je zbić." Tuż
przed pierwszym piętrem musiał nawet chwilę przeczekać, aż przeleci
jakaś piłka, a dwóch małych chłopaków o wiele wiedzących oczach
dorosłych włóczęgów trzymało go tymczasem za spodnie; gdyby chciał
się od nich otrząsnąć, musiałby im sprawić ból, a bał się ich krzyku.
Właściwe szukanie zaczęło się na pierwszym piętrze. Ponieważ nie
mógł się pytać o komisję śledczą, wymyślił jakiegoś stolarza Lanza -
to nazwisko nasunęło mu się, gdyż nazywał się tak kapitan, siost-
rzeniec pani Grubach - i chciał teraz we wszystkich mieszkaniach
pytać się, czy tu mieszka stolarz Lanz, aby w ten sposób uzyskać
możność zaglądania do wnętrz. Okazało się jednak, że to przeważnie

i tak było możliwe, bo prawie wszystkie drzwi stały otworem, a dzieci
wbiegały i wybiegały tam i z powrotem. Były to zazwyczaj małe,
jednookienne pokoje, w których zarazem gotowano. Niektóre kobiety
trzymały na ręku niemowlęta, a wolną ręką robiły coś przy kuchni.
Niedorosle, zdaje się w fartuszki tylko odziane dziewczynki biegały
gorliwie tu i tam. We wszystkich pokojach stały łóżka jeszcze
rozesłane; leżeli tam chorzy albo jeszcze śpiący, lub wreszcie ludzie,
którzy położyli się w ubraniu. Do mieszkań, których drzwi były
zamknięte, pukał K.. i pytał, czy tu nie mieszka stolarz Lanz.
Przeważnie otwierała jakaś kobieta, wysłuchiwała pytania i zwracała
się w głąb pokoju do kogoś, kto podnosił się z łóżka.
- Pan pyta, czy tu mieszka stolarz Lanz.
- Stolarz Lanz? - pytał ten z łóżka.
- Tak jest - odpowiadał K., mimo że tu na pewno nie
znajdowała się sala posiedzeń i jego zadanie było właściwie skończone.
Wielu myślało, że K. na tym bardzo zależy, by znaleźć stolarza Lanza,
długo się zastanawiali, wymieniali stolarza, który jednak nie nazywał
się Lanz, albo nazwisko mające z Lanzem jakieś dalekie podobieńst-
wo, albo pytali sąsiadów, lub wreszcie odprowadzali K. do jakichś
bardzo odległych drzwi, gdzie według ich mniemania taki człowiek,
być może, jako sublokator mieszkał i gdzie miał być ktoś, kto udzieli
lepszych od nich informacji. W końcu K. nie potrzebował już sam
pytać, tylko włóczono go od jednego do drugiego mieszkania po
wszystkich piętrach. Pożałował teraz swego pomysłu, który mu się
z początku wydawał taki praktyczny. Przed piątym piętrem po-
stanowił zaprzestać poszukiwań, pożegnał się z uprzejmym młodym
robotnikiem, który chciał go dalej prowadzić, i zszedł na dół. Już
jednak po chwili zirytowała go bezużyteczność tego całego przedsięw-
zięcia, jeszcze raz wrócił i zapukał do pierwszych z brzegu drzwi
piątego piętra. Pierwszą rzeczą, którą zobaczył w małym pokoju, był
wielki zegar ścienny, który wskazywał już dziesiątą godzinę.
- Czy tu mieszka stolarz Lanz? - spytał.
- Proszę - odpowiedziała młoda kobieta z błyszczącymi, czar-
nymi oczami, która prała właśnie w balii dziecięcą bieliznę i mokrą
ręką wskazywała otwarte drzwi sąsiedniego pokoju.
K. miał wrażenie, że wszedł na jakieś zebranie. Stłoczona gromada
najrozmaitszych ludzi - nikt nie troszczył się o wchodzącego -
wypełniała średniej wielkości pokój o dwu oknach, otoczony tuż pod
sufitem galerią, która również była szczelnie obsadzona i gdzie ludzie
mogli stać tylko pochyleni, a głowami i plecami uderzali o sufit. K.
któremu w tym powietrzu było za duszno, cofnął się do przedpokoju
i powiedział do młodej kobiety, która go widocznie źle zrozumiała:
- Pytałem się o stolarza, niejakiego Lanza.
- Tak - odrzekła kobieta - proszę tytko wejść. K. nie byłby
może poszedł za nią, gdyby sama nie zbliżyła się do niego, nic
chwyciła za klamkę u drzwi i nie powiedziała:
- Po panu muszę zamknąć, nikt już nie może wejść.
- Bardzo słusznie - zauważył K. - jest już i tak za pełno. -
Potem jednak wszedł do środka.
Gdy przechodził pomiędzy dwoma ludźmi, którzy rozmawiali tuż
przy drzwiach - jeden, daleko wyciągnąwszy przed siebie ręce,
wykonywał gest liczenia pieniędzy, drugi ostro patrzył mu w oczy -
jakaś ręka chwyciła go. Był to mały rumiany chłopak.
- Chodź pan, chodź pan - rzekł. K. dał mu się prowadzić,
okazało się, że w tej bezładnie tłoczącej się ciżbie było jednak wolne
wąskie przejście, które dzieliło, być może, dwie strony. Przemawiało za
tym i to, że K. w pierwszych rzędach na prawo i na lewo nie widział
ani jednej zwróconej do siebie twarzy, tylko plecy ludzi, którzy mową
i gestami zwracali się wyłącznie do swojej grupy. Po największej części
byli ubrani czarno, w stare, długie i obwisłe odświętne surduty.
Jedynie ten strój zbijał z tropu K., bo zresztą wyglądało to wszystko
na polityczne zebranie dzielnicy.
Na drugim końcu sali, dokąd został zaprowadzony, na bardzo
niskim, również przepełnionym podium stał ustawiony na poprzek
mały stół, a za nim blisko krawędzi podium siedział mały, gruby,
sapiący mężczyzna, który rozmawiał wśród wybuchów śmiechu z kimś
stojącym za sobą - oparł on łokcie na poręczy krzesła i skrzyżował
nogi. Od czasu do czasu siedzący wyrzucał w powietrze rękę, jak
gdyby kogoś małpował. Chłopak, który prowadził K., próbował, nie
bez trudu, zgłosić jego przybycie. Dwa razy usiłował wspiąwszy się na
palce coś powiedzieć, ale człowiek z podium nie zwracał na niego
uwagi. Dopiero gdy ktoś z podium zauważył go i wskazał siedzącemu
przy stole, zwrócił się ów człowiek do niego i nachylony słuchał jego
cichego raportu. Następnie wyciągnął zegarek i popatrzył szybko
na K.
- Pan powinien był przyjść przed godziną i pięciu minutami
K. chciał coś odpowiedzieć, lecz nie znalazł na to czasu, ledwie to
bowiem tamten powiedział, gdy w prawej połowie sali podniosło się
ogólne szemranie.
- Pan powinien był przyjść przed godziną i pięciu minutami -
powtórzył ów człowiek podniesionym głosem i prędko powiódł okiem
po sali. Natychmiast też szemranie wzrosło, uciszając się dopiero
stopniowo, zwłaszcza że ów człowiek nic więcej nie powiedział. Było
teraz na sali o wiele ciszej niż w chwili, gdy wchodził K. Tylko ludzie
na galerii nie przestawali robić uwag. Wydawali się, o ile można było
coś rozróżnić tam na górze w półmroku, kurzu i zaduchu, gorzej
ubrani od tych z parteru. Niektórzy przynieśli ze sobą jaśki, które
włożyli między głowę a sufit, aby uniknąć bolesnego ucisku.
K. postanowił więcej obserwować niż mówić, wobec czego zrezyg-
nował z obrony przed zarzutem rzekomego spóźnienia i rzekł tylko:
- Może i przyszedłem za późno, ale teraz oto jestem.
Nastąpiły oklaski, znowu z prawej strony sali. "Tych można sobie
łatwo pozyskać", pomyślał, i raziła go tylko cisza w lewej połowie,
którą miał akurat z tyłu za sobą i z której dochodziło tylko pojedyncze
klaskanie w dłonie. Zastanawiał się, co by powiedzieć, aby zdobyć od
razu wszystkich, a jeśli to niemożliwe, chwilowo przynajmniej tamtych.
- Tak - rzekł ów człowiek - ale ja nie jestem już zobowiązany
pana teraz przesłuchać. - Rozległo się znowu szemranie, tym razem
jednak wskutek nieporozumienia, bo uciszając ludzi ręką ciągnął
dalej: - Chcę to jednak wyjątkowo dziś jeszcze uczynić. Podobne
spóźnienie nie może się już nigdy powtórzyć! A teraz proszę wystąpić!
Ktoś zeskoczył z podium, tak że dla K. zrobiło się wolne miejsce,
które zajął. Stał ciasno przyparty do stołu; ciżba za nim była tak
wielka, że musiał jej stawić opór, jeśli nie chciał strącić z podium stołu
sędziego śledczego, a może nawet i jego samego.
Lecz sędzia śledczy nie zważał na to, tylko siedział wygodnie na
swoim krześle i skończywszy w paru słowach rozmowę ze stojącym za
nim człowiekiem, sięgnął po mały notatnik, jedyny przedmiot leżący
na jego stole. Był formatu zeszytowego, stary, przez częste kart-
kowanie zupełnie zniszczony.
- A więc - rzekł sędzia śledczy, przekartkował zeszyt i zwrócił
się do K. tonem stwierdzenia - pan jest malarzem pokojowym?
- Nie - rzekł K. - tylko pierwszym prokurentem wielkiego
banku.
Tej odpowiedzi towarzyszył tak serdeczny śmiech z prawej strony,
że K. sam musiał się roześmiać. Ludzie podparli się rękami na
kolanach i trzęśli się jak w ciężkim napadzie kaszlu. Śmiali się nawet
poszczególni widzowie na galerii. Rozgniewany do żywego sędzia
śledczy, który był widocznie bezsilny wobec ludzi z parteru, szukał
odwetu na galerii, zerwał się, groził w jej kierunku i jego brwi, dotąd
mało widoczne, nastroszyły się krzaczasto.
Lewa połowa sali zachowywała się jeszcze wciąż cicho; ludzie stali
tam rzędami, podnosili głowy ku podium i słuchali równie spokojnie
wymiany słów, jak wrzasku drugiej strony, dopuszczali nawet, by
niektórzy z ich szeregów solidaryzowali się tu i ówdzie z tamtą stroną.
Ludzie lewej partii sądowej, która zresztą była mniej liczna, byli może
w gruncie równie mało ważni jak tamci, ale ich spokojne zachowanie
się nadawało im pozory większego autorytetu. Gdy K. zaczął teraz
mówić, przekonany był, że mówi po ich myśli.
- Pańskie pytanie, panie sędzio śledczy, czy jestem malarzem
pokojowym - zresztą pan mnie nawet o to nie pytał, tylko wprost mi
to narzucił - jest charakterystyczne dla całego sposobu postępowa-
nia, które zostało przeciwko mnie wdrożone. Pan może na to powie-
dzieć, że to w ogóle nie jest dochodzenie, pan ma rację, bo to będzie
postępowaniem sądowym tylko wtedy, jeśli uznam je jako takie. Aleja
je uznaję, przynajmniej w tej chwili, do pewnego stopnia z litości.
Trudno się do niego odnosić inaczej niż z pobłażaniem, jeśli w ogóle
chce się je brać pod uwagę. Nie mówię, że to jest łajdackie postę-
powanie, ale chciałbym poddać to określenie własnej pańskiej ocenie.
K. przerwał i spojrzał na salę. To, co powiedział, powiedział ostro,
ostrzej, niż zamierzał, a jednak słusznie. Zasłużył chyba na poklask,
ale wszędzie była cisza, czekano widocznie w napięciu na ciąg dalszy,
może w ciszy przygotowywał się wybuch, który wszystkiemu położy
kres. Lecz cisza została zakłócona, gdy na końcu sali otwarły się drzwi
i weszła młoda praczka, która widocznie ukończyła już swoją robotę
i mimo wszelkiej ostrożności, z jaką się poruszała, ściągnęła na siebie
natychmiast kilka spojrzeń. Jedynie zachowanie się sędziego śledczego
sprawiło K. radość, gdyż wydawał się on jak rażony jego słowami.
Przysłuchiwał się dotąd stojąco, bo K. zaskoczył go swoją mową
w chwili, gdy zerwał się oburzony na galerię. Teraz w przerwie siadał
powoli, może, aby nikt tego nie zauważył. Prawdopodobnie chcąc
opanować wyraz twarzy, znowu położył przed sobą zeszyt.
- Nic to nie pomoże - ciągnął K. - także pański zeszycik,
panie sędzio śledczy, potwierdza, co mówię.
Zadowolony, że na obcym zebraniu słyszy tylko swoje spokojne
słowa, odważył się nawet, długo się nie namyślając, zabrać sędziemu
śledczemu zeszyt i podnieść go za środkową kartkę końcami palców,
jak gdyby się go brzydził, tak że z obu stron wisiały drobne zapisane,
poplamione, pożółkłe na brzegach kartki.
- Oto są akta sędziego śledczego - rzekł i rzucił zeszyt na
stół. - Proszę w nich spokojnie czytać dalej, panie sędzio śledczy, tej
księgi win zaiste się nie boję, mimo że jest mi niedostępna, ponieważ
mogę ją uchwycić tylko dwoma końcami palców i nie wezmę jej całą
ręką.
Mogła to być tylko oznaka głębokiego upokorzenia - tak to
przynajmniej wyglądało - że sędzia śledczy pochwycił zeszycik, tak
jak upadł na stół, starał się go trochę doprowadzić do porządku
i znowu rozłożył przed sobą, aby w nim czytać.
Twarze ludzi z pierwszego rzędu skierowały się z takim napięciem
na K., że przez chwilę musiał im się z podium przypatrywać. Byli to
bez wyjątku starsi mężczyźni, niektórzy o siwych brodach. Czyżby to
oni mieli glos rozstrzygający i mogli wywierać wpływ na całe zebranie,
które nawet pokorą sędziego śledczego nie dało się wytrącić z bez-
ruchu, w jaki od chwili mowy K. zapadło?
- Co mnie spotkało - ciągnął dalej K.. nieco ciszej niż przedtem
i ustawicznie wodząc wzrokiem po twarzach pierwszego rzędu;
odbierało to jego mowie cechę skupienia - co mnie spotkało, jest
przecież tylko odosobnionym wypadkiem, niezbyt zatem ważnym, tym
bardziej że sam nie traktuję go zbyt poważnie, ale jest czymś
symptomatycznym dla postępowania, jakie stosuje się wobec wielu. Za
tymi tu przemawiam, nie za sobą.
Mimo woli podniósł glos. Gdzieś ktoś podniesionymi rękami
klaskał i krzyczał:
- Brawo! Dlaczego by nie? Brawo! I jeszcze raz brawo!
Panowie w pierwszych rzędach chwytali się tu i ówdzie za brody,
nikt nie odwrócił się na ten okrzyk. Także K.. nie przypisywał mu
żadnego znaczenia, jednak był nim trochę zachęcony: zupełnie nie
uważał już teraz za konieczne, by wszyscy go oklaskiwali, wystarczało,
jeśli ogół zaczął zastanawiać się nad sprawą, i tylko od czasu do czasu
pozyskiwał kogoś swą wymową.
- Nie szukam oratorskiego sukcesu -mówił K., idąc za tokiem
swych myśli - nie wmawiam sobie, jakobym go mógł zdobyć. Pan
sędzia śledczy najprawdopodobniej mówi o wiele lepiej, to należy
przecież do jego zawodu. Ja pragnę jedynie omówienia pewnego
publicznego zła. Proszę posłuchać: Przed 'niespełna dziesięcioma
dniami zostałem aresztowany; sam śmieję się z faktu aresztowania, ale
to teraz do rzeczy nie należy. Naszli mnie rano w łóżku - sądząc
z tego, co powiedział pan sędzia śledczy, nie jest wykluczone, że może
miano rozkaz aresztować jakiegoś malarza pokojowego, który równie
jak i ja jest niewinny, dość że wybrano mnie. Dwóch ordynarnych
strażników zajęło sąsiedni pokój. Nawet gdybym był niebezpiecznym
bandytą, nie można było wykazać większej ostrożności. Ci strażnicy,
była to zresztą zdemoralizowana hołota, uszy bolały od ich głupiej
gadaniny, chcieli się dać przekupić, próbowali pod różnymi pozorami
wyłudzić ode mnie ubrania i bieliznę, żądali pieniędzy, aby mi
rzekomo przynieść śniadanie, gdy poprzednio w moich oczach najbez-
wstydniej zjedli moje własne. Nie dość na tym. Zaprowadzono mnie
do trzeciego pokoju, przed nadzorcę. Był to pokój damy, którą bardzo
cenię, i musiałem być świadkiem, jak ten pokój z mego powodu, ale
nie z mojej winy, został niejako splugawiony obecnością strażników
i nadzorcy. Niełatwo było zachować zimną krew, ale udało mi się to
mimo wszystko i zapytałem nadzorcę z całkowitym spokojem - gdy-
by tu był, musiałby to potwierdzić - dlaczego jestem aresztowany.
Ale cóż mi odpowiedział ten nadzorca, którego jeszcze teraz przed
sobą widzę, jak siedzi na krześle wspomnianej pani, niby uosobienie
tępej buty? Panowie, w samej rzeczy nic mi nie odpowiedział, może
naprawdę nic nie wiedział, zaaresztował mnie i był zadowolony. Zrobił
nawet jeszcze coś innego i do pokoju owej pani sprowadził trzech
niższych urzędników mego banku, którzy bawili się oglądaniem
i rozrzucaniem fotografii należących do owej pani. Obecność tych
urzędników miała naturalnie inny jeszcze cel, mieli oni, podobnie jak
moja gospodyni i jej służąca, rozpuścić wieść o moim aresztowaniu,
zaszkodzić mojej reputacji i przede wszystkim podważyć moje stano-
wisko w banku. Ale nic z tego nie wyszło, nawet moja gospodyni,
zupełnie prosta osoba - wymieniam tu z szacunkiem jej nazwisko,
nazywa się pani Grubach - otóż pani Grubach była na tyle rozsądna,
że zrozumiała, iż podobne aresztowanie nie więcej znaczy niż napaść,
jakiej dokonać może na ulicy banda pozbawionych nadzoru wyrost-
ków. Całość, powtarzam, sprawiła mi tylko trochę nieprzyjemności
i przelotną irytację, ale czyż nie mogła była pociągnąć za sobą
gorszych następstw?
Gdy K. przerwał sobie w tym miejscu i spojrzał na cicho
siedzącego sędziego śledczego, zdawało mu się, że widzi, jak ten
właśnie jednym spojrzeniem dał znak komuś w tłumie. K. uśmiechnął
się i rzekł:
- Właśnie tu obok mnie pan sędzia śledczy daje komuś z was
tajemny znak. Więc są między wami ludzie, którymi się stąd dyryguje.
Nie wiem, czy ten znak spowoduje teraz gwizd, czy poklask, i zdradza-
jąc tę rzecz przedwcześnie, rezygnuję tym samym świadomie z możno-
ści zrozumienia, co ten znak oznaczał. Jest mi to zupełnie obojętne
i upoważniam publicznie pana sędziego śledczego, by zamiast tajem-
nymi znakami, rozkazywał tym swoim płatnym pomocnikom głośno
słowami, wydając na przykład rozkaz: "Teraz gwiżdżcie", lub innym
razem: "Teraz bijcie brawo".
Zmieszany czy zniecierpliwiony, kręcił się sędzia śledczy niespokoj-
nie na swoim krześle. Mężczyzna, który stał za nim i z którym już
przedtem rozmawiał, znowu się nad nim pochylił, czy to, by mu
w ogóle dodać odwagi, czy to, by mu udzielić jakiejś szczególnej rady.
Na sali ludzie rozmawiali cicho, lecz z ożywieniem. Obie strony, które
przedtem, zdawało się, były tak przeciwnych zapatrywań, zmieszały
się, jedni wskazywali palcem na K., inni na sędziego śledczego. Dym
i zaduch panujące w pokoju stawały się uciążliwe i nie do zniesienia,
dym nie pozwalał nawet widzieć dość wyraźnie dalej stojących.
Zwłaszcza przeszkadzać musiał widzom na galerii; by się lepiej
poinformować, byli oni zmuszeni, rzucając z ukosa trwożne spojrzenia
na sędziego, stawiać ciche pytania uczestnikom obrad. - Równie
cicho, zasłaniając usta ręką, udzielano im odpowiedzi.
- Zbliżam się do końca - rzekł K. i ponieważ nie było dzwonka,
uderzył pięścią w stół. Głowy sędziego śledczego i jego doradcy
wzdrygnęły się i w jednej chwili odskoczyły od siebie. - Ta cala
sprawa jest mi obca, dlatego osądzam ją spokojnie i panowie mogą
wiele skorzystać słuchając mnie, jeśli, zaznaczam, panom coś na tym
rzekomym sądzie zależy. Komentarze proszę sobie zostawić na
później, gdyż nie mam czasu i zaraz odejdę.
Natychmiast ucichło, tak bardzo opanował K. zgromadzenie. Nie
krzyczano już bezładnie, jak na początku, nie klaskano nawet, lecz
wszyscy zdawali się już być przekonani lub przynajmniej na najlepszej
drodze do tego.
- Nie ma wątpliwości - rzekł K. bardzo cicho, bo cieszyła go ta
naprężona uwaga całego zgromadzenia; w tej ciszy powstał ów
stłumiony szmer bardziej podniecający od oklasków największego
zachwytu - nie ma wątpliwości, że za wszystkimi funkcjami tego
sądu, a więc w moim wypadku za aresztowaniem i dzisiejszym
przesłuchaniem, stoi jakaś wielka organizacja. Organizacja, która
zatrudnia nie tylko przekupionych strażników, ograniczonych nadzor-
ców i sędziów śledczych, mających w najlepszym razie skromne
wymagania, lecz także utrzymuje biurokrację wysokiego i najwyższego
stopnia, z nieodzownym a niezliczonym orszakiem sług, pisarzy,
żandarmów i innych pomocników, może nawet katów, tak jest, nie
cofam tego słowa. A cel tej wielkiej organizacji, panowie? Polega na
tym, że aresztuje się niewinne osoby i wdraża się przeciw nim
bezsensowne i jak w moim wypadku, bezskuteczne dochodzenia. Jak
więc mogłaby wobec bezmyślności tego wszystkiego nie istnieć najgor-
sza korupcja urzędników? To jest niemożliwe, tej korupcji nie oparłby
się nawet najwyższy sędzia. Dlatego starają się strażnicy zedrzeć
ubranie z ciała aresztowanego, dlatego wdzierają się nadzorcy do
cudzych mieszkań, dlatego zamiast przesłuchiwać niewinnych, zniewa-
ża się ich przed całym zebraniem. Strażnicy opowiadali mi o magazy-
nach, w których przechowuje się własność aresztowanych, i chciałbym
raz widzieć te pomieszczenia, w których gnije z trudem zapracowany
ich majątek, jeśli go nie rozkradają złodziejscy urzędnicy tych
magazynów.
Jakiś wrzask z końca sali przerwał mowę. K. osłonił oczy dłonią,
by widzieć dokładniej, gdyż w mętnym świetle dziennym dym zbielał
i raził oczy. Chodziło o praczkę, w której od pierwszej chwili jej
ukazania się widział istotną przyczynę zamieszania. Czy była teraz
winna, czy nie, nie można było rozpoznać. K. zauważył tylko, jak jakiś
mężczyzna ciągnął ją w kąt koło drzwi i tam ją przyciskał do siebie.
Ale nic ona krzyczała, tylko mężczyzna miał usta szeroko rozwarte
i patrzył na sufit. Wkoło obojga utworzyło się małe koło, widzowie
z galerii w pobliżu zajścia zdawali się być zachwyceni, że w ten sposób
przerwano poważny nastrój, który K. wprowadził w zebranie. Pod
wpływem pierwszego wrażenia chciał K. natychmiast tam pobiec,
myślał również, że wszystkim na tym zależy, by zrobić porządek
i wyprosić tę parę z sali, lecz pierwsze rzędy przed nim stały zwarte,
nikt się nie ruszył i nikt go nie przepuścił. Przeciwnie, przeszkadzano
mu, starsi panowie zastawili mu drogę ramieniem, a jakaś ręka - nie
miał czasu się obejrzeć - chwyciła go z tyłu za kołnierz. K. nie myślał
już o owej parze, miał wrażenie, jak gdyby jego wolność była
zagrożona, jak gdyby traktowano poważnie jego aresztowanie, i ze-
skoczył, nic zważając na nic, z podium. Teraz stanął oko w oko
z tłumem. Czy nie ocenił trafnie tych ludzi? Czy nie za wiele
przypisywał działaniu swej mowy? Czyżby maskowali się w czasie jego
przemówienia, a teraz, gdy nadszedł do końcowych wniosków, mieli
dość udawania? Co za twarze wokół! Małe, czarne oczka latały tu
i tam, policzki zwisały jak u pijaków, długie brody były sztywne
i rzadkie, ale gdy się w nie zanurzało ręce, garście pozostawały puste.
Pod brodami jednak - oto było właściwe odkrycie, które zrobił K.
- błyszczały na kołnierzach odznaki różnej wielkości i barwy. Gdzie
tylko okiem sięgnąć, wszyscy mieli te same odznaki. Te pozorne partie
sądowe z prawej i lewej strony tworzyły jedno ciało, a gdy się
raptownie odwrócił, zobaczył te same odznaki na kołnierzu sędziego
śledczego, który z rękami w kieszeni spokojnie patrzał na salę.
- Więc to tak! - zawołał K. i wyrzucił ramiona w górę, jak
gdyby nagłe poznanie prawdy wymagało przestrzeni. - Przecież wy
wszyscy jesteście, jak widzę, urzędnikami, jesteście tą przekupną
bandą, przeciwko której wystąpiłem, stłoczyliście się tutaj jako gapie
i szpicle, utworzyliście pozorne partie, z których jedna oklaskiwała
mnie, aby mnie wybadać, chcieliście nauczyć się sztuki zwodzenia
niewinnych! Nie straciliście tu zaprawdę czasu bezużytecznie: albo
ubawiliście się tym, że ktoś oczekiwał od was obrony niewinności,
albo - ale puść mnie, lub biję! - krzyknął do trzęsącego się starca,
który napierał na niego szczególnie blisko - albo rzeczywiście
nauczyliście się czegoś. A teraz życzę wam szczęścia w waszym
rzemiośle.
Włożył prędko kapelusz, który leżał na brzegu stołu, i pchał się do
wyjścia wśród ogólnej ciszy, ciszy bezgranicznego zdumienia. Sędzia
śledczy okazał się jednak jeszcze szybszy niż K., gdyż oczekiwał go
przy drzwiach.
- Przepraszam - rzekł. K. zatrzymał się, ale nie patrzył na
sędziego, tylko na drzwi, których klamkę już chwycił. - Chciałem
tylko zwrócić panu uwagę - rzekł sędzia śledczy - na okoliczność,
z której pan jeszcze nie zdołał sobie zdać sprawy, mianowicie, że
pozbawił się pan dzisiaj korzyści, jaką stanowi zawsze przesłuchanie
dla aresztowanego.
K. roześmiał się już w drzwiach.
- Wy, łajdacy, daruję wam wszystkie wasze przesłuchania! -za-
wołał, otworzył drzwi i zbiegł pośpiesznie ze schodów.
Za nim podniósł się gwar na nowo ożywionego zgromadzenia,
które zaczęło roztrząsać minione wypadki na podobieństwo dys-
kutujących na seminarium studentów.

rozdział III
Dodaj do swoich materiałów