Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. IX

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


IX


Wszystkie próby czynione przez ojca Suryna celem okiełznania ciemnych mocy okazały się bezskuteczne. Jego metoda uspokajania matki przełożonej dawała znakomite rezultaty, ale na krótką metę.
Szatany, jak gdyby rozwścieczone przewagami ojca Suryna, powracały z większą jeszcze mocą, miotając siostrami i matką Joanną ze zdwojoną siłą, wkładając im w usta bezecne, blużniercze wyrazy i opowiadając ich wargami nieprawdziwe i nieprawdopodobne, ale niezwykle gorszące zdarzenia. Ojciec Suryn chwilami ustawał ze zmęczenia. Modlitwy jego nad matką Joanną trwały po kilka godzin, dzień cały. A w nocy znowu powracały straszne krzyki, gonienia po korytarzach, wołania księdza Garnca; nawet Zapaliczka wygnany podczas odpustu przez księdza Salomona powrócił w ciało matki Joanny. Miał on tę właściwość, że udzielał matce Joannie chwil bezprzedmiotowej, żywiołowej wesołości. Śmiała się, chichotała z byle powodu, gadała głupstwa, przekręcała wyrazy i, jak ojciec Suryn powiadał, traciła w taką godzinę więcej, niż zyskiwała przez cały tydzień pobożnych rozmyślań. Wreszcie ojciec Suryn zdecydował się na skasowanie publicznych egzorcyzmów i rozpoczął egzorcyzmy prywatne. Na strychu klasztornym istniał pokój na poddaszu, pusty, mający dwa wejścia. Ojciec Suryn rozkazał, aby pokój ten przepołowiono przeprowadzając przezeń przejrzystą sztachetową przegrodę.
W ten sposób powstało jakby małe parlatorium. Matka Joanna znajdowała się zazwyczaj po jednej stronie kraty, ojciec Suryn po drugiej - na stryszku panowała cisza kompletna i w ten sposób byli bliżej siebie. Ojciec Suryn starał się odnaleźć drogę do duszy matki Joanny, a jej w samotności łatwiej było o spokój i, co ważniejsza, o szczerość. Na początku ksiądz Józef czul w niej opór i niechęć, za jaką zamykała przed nim swoje serce, nie przypuszczając go bynajmniej do tajemnic, które w sobie nosiła. Ale te opory dzięki modlitwie
wspólnej, dzięki wspólnemu odmawianiu psalmów i brewiarzy miękły i ustępowały. Po kilku dniach takich modłów i rozmów - matka Joanna dość niespodziewanie poczęła mówić o sobie.
Strumień zwierzeń popłynął łatwo i pełen szczegółów. Być może, matka Joanna zbyt łatwo spowiadała się ze wszystkich swoich pomyśleń i czynów, zbyt płynne były jej relacje - i wspomnienia nie musiały być zupełnie prawdziwe. Już po kilku godzinach tych łatwych rozmów, które zastąpiły trudne borykanie się z krnąbrnościami, niechybnie inspirowanymi przez szatana, ojciec Suryn zorientował się, że matka Joanna, pragnąc zainteresować go swymi przeżyciami, przesadza, koloryzuje i komponuje. Zresztą Joanna od dzieciństwa prawie przebywała w klasztorze i nie znała świata; w rozmowach, jakie prowadziła w parłatorium, słyszała to i owo i powtarzała światowe wyrazy nie pojmując całkowitego ich znaczenia. Powiadała, że grzeszyła "przywiązaniem serdecznym" do pewnych istot, że miała "namiętności" - ale po indagacji okazywało się, że "przywiązanie" sprowadzało się do zamiłowania w rozmowach, a "namiętności" były małymi łakomstwami, polegały na przygotowywaniu dużej ilości konfitur z miodem lub na przyzwyczajeniu spania pod pierzyną. Matka Joanna zdawała się nie odróżniać grzechu śmiertelnego od powszedniego. Po pewnym czasie ojciec Suryn
zauważył, że w tym względzie matka Joanna także go zwodzi naumyślnie; że jednego dnia jak gdyby akcentuje te wyrazy: "grzeszne przywiązanie", "namiętności", aby go zainteresować, wywołać w nim zgorszenie... po czym nazajutrz na ostrożne jego zapytania wyjaśnia mu wcale niewinne znaczenie groźnych słów.
Poznał więc ojciec Suryn ku niemałej swojej boleści, że i te słodkie rozmowy w samotnym parłatorium na strychu miały swój podkład diabelski. Wszystko, co mu mówiła przełożona, czyniła za podszeptem diabła, który pragnął go przekonać o rzekomej jej niewinności.
Chciała mu się pokazać jako święta, której spożycie konfektów, przeniesionych przez szlachciankę z miasteczka, wydaje się grzechem obmierzłym i upadkiem. Spostrzegł także, że rzeczywistą namiętnością matki Joanny była chęć interesowania wszystkich sobą, chęć wywyższenia się jakim bądź kosztem. Toteż utrzymywała stanowczo, że ona jest z wszystkich sióstr ludyńskich najbardziej
opętana.
Rozsądek mu powiadał, że te rozmowy i praktyki ascetyczne biczowali się wspólnie) prowadzone na samotnym stryszku są tak samo bezskuteczne jak oficjalne egzorcyzmy w kościele, w obliczu wielkiej ilości ludzi. Ale nie miał dość siły woli, aby je przerwać.
Dawały mu one pewne nasycenie świętością, pewne zadowolenie z obcowania w bardzo wysokich regionach duszy - i dla niego samego miały ogromne znaczenie, ponieważ dławiły w nim owego czarnego pająka, który w jego wnętrzu także nie przestawał rozsnuwać swych sieci. Mimo strachu, jakiego doznawał myśląc o głębokim opętaniu matki Joanny, rozmowy na strychu były dla niego źródłem radoś-
ci.
To go wreszcie zastanowiło. Po pewnym czasie przerwał jednak i ten rodzaj egzorcyzmów. Nie widział, aby rozmowy prowadzące matkę Joannę na drogę modlitwy doskonałej zmniejszały w czymkolwiek moc złego ducha. Opętanie trwało. Przez parę dni wypoczywał. Bardzo był wtedy zrozpaczony.
Współmieszkańcy świrońka zupełnie go nie pojmowali. Dawni egzorcyści cieszyli się raczej z jego niepowodzeń, choć składali mu wyrazy podziwu po pierwszym jego ćwiczeniu. Unikał rozmowy z towarzyszami przez ścianę, choć słyszał, że się schodzili razem, że gromadzili się zwłaszcza u księdza Imbera, który miał podobno niejeden gąsiorek u siebie na przechowaniu. Bał się, że rozmowy tych
księży zanadto są może cyniczne, i chociaż wiedział, o czym wieczorami gawędzili, domyślał się, że zebrania te byłyby dla niego nad wszelki wyraz przykre.
Natomiast w momentach ciężkich zwracał się zazwyczaj do księdza Bryma, proboszcza od fary, który sam nie brał udziału w wypędzaniu diabła i miał na wszystkie sprawy klasztorne dość trzeźwy pogląd.
Był to pobożny i rozsądny człowiek.
W parę dni po tym, jak zaniechał swoich pobożnych praktyk, udał się właśnie do proboszcza. Jak zwykle, zastał go w dużym pokoju przy kominie, bawiącego się małą Krysią; Alunio nosił drwa. Przyniósł też zaraz dla proboszcza i dla ojca Suryna dwa kufle grzanego piwa ze śmietaną i z serem.
Ksiądz Józef dziwił się zawsze, że proboszcz pozwalał tak bawić się swobodnie tym dzieciom u siebie w komnacie i że nie trzymał ich trochę ostrzej. Gdyby ksiądz Brym był nieco młodszy, może żywiłby z tego powodu złe posądzenia. Ale nie chciał się pytać, aby nie zdradzić się, że mógł o cnotach proboszcza mieć wątpliwości.
Tym razem jednak proboszcz sam mu począł mówić o tych dzieciach. Zsadził Krysię z kolan i powiedział:
- Idź, idź, dziecino. Aleksy, weź to dziecię do kuchni!
Gdy dzieci znikły za drzwiami, zwrócił się do Suryna:
- Biedne dzieci. To cała moja pociecha. Co z nimi będzie?
- Czy to sieroty? - spytał Suryn.
- Matka żyje. Jest kucharką u pana Ożarowskiego.
- A ojciec?
- Jak to, ksiądz kapelan nie wie? Ojca im spalili.
- Ach - domyślił się Suryn - to po Garncu zostały!
- No, tak. Cóż je za los czeka? Dzieci księdza.. i czarownika...
- Ksiądz wierzy w jego złe intencje?
- Niestety. Mogę nie wierzyć w jego czary... ale w jego złe intencje zawsze...
Ksiądz Suryn wzdrygnął się.
- Czarnoksiężnik! Spalony! Szatan był w nim!
Ksiądz Brym uśmiechnął się.
- Jak w każdym z nas może.
- W nas? - zaniepokoił się Suryn.
- Większy, mniejszy. Myślę, że mnie do tego słodkiego piwka z serkiem też jakiś diabełek namawia.
Ojciec Suryn obruszył się.
- Proboszcz żartujesz z takich strasznych rzeczy.
- Nie żartuję, na Boga! - zawołał dość wesoło proboszcz popijają piwo. - Ale jeżeli zło istnieje, to może być większe i mniejsze. Wielki diabeł - Behemot - który operuje w wielkich zbrodniarzach - i mały... może się "Piwko" nazywa? -który nam podsuwa drobne zadowolenia.
Ojciec Suryn pokiwał przecząco głową.
- O nie, ojcze, nie! Szatan, gdy wejdzie w człowieka, ogarnia go całkowicie. Staje się jego drugą naturą, co mówię: drugą! Pierwszą! Tym samym człowiekiem. Duszą jego duszy. O, jakież to potworne!
Zakrył sobie twarz rękami.
Ksiądz proboszcz popatrzył na niego uważnie, choć z ukosa. Potem wykrzywił wargi w kształt podkowy, jakby powiedział: przepadło!
Wreszcie przerwał milczenie:
- Pisał do mnie ksiądz prowincjał przez jednego pątnika. Pisał, że przyjedzie tu za parę tygodni.
Ksiądz Suryn opuścił dłonie i z lękiem spojrzał na rozmówcę.
- A ja tutaj sam, mądry jak przedtem - szepnął.
- Cóż robić? Wyroki boskie.
- Ale że Bóg to dopuszcza...
- Tsss - ksiądz położył palce na ustach - tsss, nie bluźnij. Bliski jesteś bluźnierstwa.
Ksiądz Suryn znowu zakrył twarz rękami. Jęknął rozpaczliwie.
- Co ja mam robić? Co ja mam robić?
Proboszcz uśmiechnął się:
- Przede wszystkim wypić to piwo. Wzmocnić się. Zmizerniałeś w tych opresjach, księże kapelanie. A potem, wyszedłszy ode mnie, pójść na daleką przechadzkę, drogą na Smoleńsk, do lasu. Zobaczyć, jak świat wygląda. Teraz wprawdzie jesień, ale każda pora roku ma swoje uroki. Grzyby są teraz w lesie... Wczoraj z Aluniem przynieśliśmy cały koszyk. Dzisiaj mieliśmy przy poście doskonałą potrawkę z grzybami...
- Grzyby - powiedział ojciec Suryn z niedowierzaniem, jak gdyby
nie wierzył, że istnieją jeszcze takie rzeczy na świecie.
- Nie martw się - ciągnął ksiądz Brym - nie martw się. Jest u nas tutaj cadyk - żydowski cudotwórca - on zawsze mówi: "Zmartwienie, to nie trzeba mu drzwi otwierać, ono samo przez okno wejdzie..."
Ksiądz Suryn odjął ręce od twarzy i znowu przecząco pokiwał głową.
- Ach, to okropne. Widok tego cierpienia. Jakże się męczą te niewiasty. I dlaczego? W dodatku te publiczne egzorcyzmy, ludzie się schodzą jak na dziwowisko...
Ksiądz Brym westchnął:
- No, tak - powiedział. - Ja sam nieraz o tym myślałem. Te baby... przepraszam, te panny takie są rozognione jak linoskoczki. Wszyscy na nie patrzą jak na teatrum króla Władysława. Ho-ho-ho! Ha-ha-ha! i pytania po próżnicy im się stawia... Podobnoś wziął matkę Joannę na osobność? - dodał po chwili dość podejrzliwie proboszcz.
- Ja myślę - z prostotą odparł ksiądz Suryn - że tak na osobności można w to naczynie wlać więcej miłości, więcej nadziei. Przepędzić snadniej tę pychę haniebną, jaka w niej siedzi. A co to za cadyk? - dodał na zakończenie.
- A jest tutaj - odpowiedział proboszcz. - Żydzi się do niego zjeżdżają aż z Wilna i Witebska. Taki to jest, nawet niestary człek, nazywa się reb Isze z Zabłudowa. Mądry, powiadają, człowiek.
Talmud zna cały na pamięć, jak tam oni wszyscy.
- Reb Isze z Zabłudowa - w zamyśleniu powtórzył ksiądz Suryn.
- Idź, idź, ojcze - powiedział proboszcz patrząc na oczy kapelana, które błądziły w przestrzeni, nigdzie nie znajdując oparcia - przejdź się. Dzień dzisiaj ładny, nie pada. Rozejrzyj się po miasteczku.
Ksiądz Suryn podniósł się. Uściskał proboszcza.
- Szkoda, żeś tego piwa nie wypił - powiedział ksiądz Brym z głębokim żalem.
- Nie, ja nie...-smutno uśmiechnął się ksiądz Suryn i wyszedł.
W sieni natknął się na Krysię, która z wielką konewką w ręku stała pośrodku i krzyczała: - Hu! hu!
- Co ty robisz? -zapytał się małej.
- Wilki straszę - odpowiedziała. - Alunio poszedł na polowanie.
I w dalszym ciągu machała konewką i uderzając po niej piąstką, wołała: - Hu! hu!
Ojciec Suryn wzruszył ramionami. Nie rozumiał tej zabawy. W gruncie rzeczy - tak sobie pomyślał - nie było mniej prawdy w tym straszeniu wilków niż w wyganianiu diabłów... Przeląkł się tej myśli.
Wydęte policzki Krysi wzruszyły go jak wydęte policzki aniołków, które fruwały przed Matką Bożą na obrazie w klasztornym kościele.
"Dzieci są jak anioły" - pomyślał znowu. "Czymże innym są anioły, jak nie dziećmi bożymi?" Może w tej dziecinnej wołaninie "hu! hu!" jest więcej hołdu dla Stwórcy...
Przypomniał sobie, że matka Joanna pokazywała, w jaki sposób Trony i Serafiny oddają hołd Panu Zastępów, i nagle mrówki strachu przebiegły mu po ciele.
Od fary poszedł w dół - ku rzeczułce, za którą zaczynała się droga do lasu. Zszedł i na moście, pośród półzielonych drzew i żółtych krzaków, ujrzał stojącego Kaziuka. Chłopiec zdjął baranią czapkę i pozdrowił go.
- Niech będzie pochwalony.
- A co ty tu, Kaziuk robisz? - spytał ksiądz Suryn.
- Na gospodarza czekam, ma ze Smoleńska jechać. Pani kazała.
- Z towarami?
- Tak, niby. A tu na moście to nie zawsze bezpieczne.
- O!
- Takie gadanie. Jeszcze tu nigdy nic nie widziałem.
- A co tam u was słychać? Gospodyni zdrowa?
- A zdrowa. Co ma jej być?
- A na odpuście dużoście zarobili?
- Gospodarz to może i dużo. A ja co?
- Pan Chrząszczewski, Wołodkowicz nic ci nie dali?
- O, tam! Pan Wołodkowicz co da! To niedobry człowiek.
Ksiądz Suryn się zaśmiał.
- Kaziuk, nie sądź ludzi.
- O, księże dobrodzieju, kiedy ja już powiadam, to na pewno.
Tu nagle Kaziuk zbliżył się o krok do Suryna i patrząc mu prosto w twarz powiedział stanowczo:
- To niedobry człowiek i nie trzeba go słuchać.
- Ja go nie słucham!
Ksiądz Suryn tłumaczył się przed Kaziukiem niby przed starszym. Jego samego to zdziwiło.
- Nie trzeba go pytać - powtórzył chłopiec.
- Och, Kaziuk, jakiś ty dziwny człowiek - z rozdrażnieniem w głosie powiedział ksiądz Suryn. - Przed czym ty mnie ostrzegasz? - Ksiądz niezadowolony był z tego spotkania.
W tej chwili zaturkotało na drugim końcu i na proste bale mostu wjechał wóz.
- Gospodarz jedzie - powiedział Kaziuk.
Wóz szybko podjechał do nich i stanął. Kaziuk podskoczył do gospodarza i nagle zatrzymał się. Na wozie obok pana Janki siedział Wincenty Wołodkowicz.
- O wilku mowa, a wilk już wyje - powiedział powoli Kaziuk i począł pomagać gospodarzowi tak układać towary, aby jak najmniej spostrzegli je mytnicy przy kołowrocie. Pan Wincenty tymczasem zlazł z wozu i począł się witać z księdzem Surynem:
- Ileż to czasu! Ile czasu! - wołał próbując ucałować księdza w ramię. - Jakież to dziwne! Ilekroć przyjeżdżam do Ludynia, widzę zaraz księdza dobrodzieja. Znowu byłem w Smoleńsku! - wołał, jak gdyby ksiądz Suryn stał o siedem mil od niego - zacny pan Chrząszczewski zabrał mnie do karocy, jechałem jak wielki pan, a wracam wozem, jak chudopachołek. Tak mi się po prawdzie i należy.
Uwierzysz ksiądz dobrodziej - tu podniósł swój paluch do góry - o mały włos nie zostałem dworzaninem królewicza jegomości. Ale co się odwlecze, to nie uciecze...
Janko z Kaziukiem pojechali ku miastu wozem. Pan Wołodkowicz z księdzem poszli piechotą. Ksiądz zrezygnował z przechadzki i z grzybów, sam zresztą nie wiedząc dlaczego. Gadanina Wołodkowicza fascynowała go. Może nawet chciał pójść z nim do oberży?
- Dziwujesz się zapewne waszmość, księże dobrodzieju - wołał Woiodkowicz - że znowu mnie widzisz w tym miasteczku?
Ksiądz Suryn przyznał, że mu to pytanie nawet do głowy nie przychodziło. Wołodkowicz stanowił jak gdyby składową część Ludynia, jego błota i jego mgieł jesiennych.
- A mnie tu coś ciągnie - wołał Wołodkowicz. - Sprawy moje majątkowe zaniedbałem, a tutaj muszę siedzieć. Brat tam za mnie orze. A ja tutaj magnes taki mam.
Tu zaśmiał się drobniutko, cichutko i księdza w bok szturchnął, aż ten niechętnie nań spojrzał. Wołodkowicz się pomiarkował.
- Interesa, księże dobrodzieju, interesa ! -powiedział, raptownie poważniejąc. -1 to ważne interesa, bo kamery samego jegomości królewicza się tyczące.
Ksiądz Suryn nie wiedział, skąd mu do głowy przyszło to pytanie, które zadał Wołodkowiczowi.
- Panie szlachcic, taki waść w tym Ludyniu bywały, a nie wiesz pan, gdzie tu, jak powiadają, cadyk siedzi? Reb Isze z Zabtudowa?
Wołodkowicz spojrzał z wysoka i powtórzył:
- Reb Isze z Zabludowa? Wiem. Tu każdy wie. Sam mogę jegomości zaprowadzić.
- A po co ja mam tam chodzić? - spytał ojciec Suryn.
- No, kto wie, co może być. Może ksiądz będzie potrzebować rady cadyka. Kto wie? Oni się tam na diabłach także znają. Myśli ojciec, że nie? To jest taki cadyk cudotwórca... On także podobno umie diabła wyganiać.
Ksiądz zatrzymał się na chwilkę i spojrzał pytająco na Wołodkowicza.
- Panie bracie - powiedział - opowiadasz!
- No, nie? Na pewno! Jakem Wołodkowicz! Mówię waści, księże dobrodzieju! Ich diabła umie Isze wyganiać.
- Jakąż mocą to czyni!? - z naglą rozpaczą zawołał ksiądz Suryn.
- A czy ja wiem? Skąd mogę to wiedzieć? Diabła wygania przy pomocy Belzebuba! Tak powiadają. Tu do niego opętane Żydówki ze wszystkich stron przyjeżdżają.
Tak postępując minęli kołowrót, gdzie celnicy, jakoś łaskawie usposobieni, nie sprawdzali towarów oberżysty, myto szybko pobrali i wóz przepuścili. Teraz trzeba było się brać pod górę ku farze. Na górze, w tym miejscu, gdzie był zakręt ulicy - na prawo ku farze, a prosto ku drugiemu kołowrotowi i ku klasztorowi - po lewej ręce stał duży murowany dom z podcieniami, z attyką wysoką, budowany nietutejszym sposobem. Ludność miejscowa nazywała dom ten
"królewską kamienicą", bo tu król Stefan mieszkał, kiedy szedł na Smoleńsk. Dziś dom ten zaniedbany, tynk z niego miejscami na ślepych ścianach poodpadał tworząc czerwone rany. Attyką pogubiła część kulistych ozdób i w niszach, gdzie stały posągi, widać było tylko resztki stóp poodbijanych figur.
Pan Wołodkowicz ożywił się ujrzawszy ten dom.
- Księże dobrodzieju - powiedział - widzicie ten dom? Widzicie?
To właśnie tutaj mieszka reb Isze. Chcesz jegomość, to zaprowadzę cię tam od razu. Reb Isze miał konszachty z panem Chrząszczewskim...
Ksiądz Suryn zdumiał się.
- Z panem Chrząszczewskim? -powtórzył.
- A juści. Myślisz, że oni tutaj dla pięknych oczu ludyńskich panienek przyjeżdżali?
- A o cóż im chodziło?
- Czyja wiem? Teraz żydowski poseł do papieża jeździł, może o to tam im i poszło. Może o co innego. No, idziesz waść?
Właśnie przechodzili koło "królewskiej kamienicy". Wołodkowicz stanął i ksiądz Suryn zatrzymał się. Bezwolnie i beznadziejnie spoglądał na małego szlachcica, który w wytartym kontuszu, w odrapanej burce owczej stał przed nim, lekko podskakując czy podrygując, jak gdyby gotował się do skoku.
Ksiądz Suryn czuł, że nie ma już swojej woli, że go coś silniejszego od niego samego pcha w orbitę nieznanych zdarzeń, bał się, a czuł, że już ustąpił.
- No, to chodźmy - powiedział.
I skręcili nagle, porzucając wóz z towarami. Przeszli przez szerokie, otwarte odrzwia dębowe.

dalej
Dodaj do swoich materiałów