Baza wiedzy

Brzezina IX

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


IX



      Tego dnia spotkali się wcześniej niż zwykle, bo była niedziela i Malwina nie miała roboty po południu. Dzień był niezwykle gorący od samego rana i Staś zmęczył się bardzo. Poszedł piechotą aż nad jeziorko, martwe, czarno-białe oko wody, bo tam się umówił ze swoją kochanką. Przynajmniej było daleko od domu i nikt ich nie mógł widzieć.
W trawach i trzcinach nadbrzeżnych Malina powiedziała mu, że Michała także kocha. Nie zwrócił z początku uwagi na to powiedzenie i, zostawiwszy dziewczynę, która się jeszcze chciała wykąpać, powlókł się do domu. Drzewa stały sztywne i pociły się w warze nieruchomego powietrza. Niebo zalegał szafir bez chmurki od samego rana, cienie nikłe tworzyły rzadką siatkę pomiędzy drzewami.
Błękitna dal lasu stała dziwnie sucha i wyraźna w deseniu. Staś, oblany potem z gorąca i osłabienia, pomału poruszał nogami i co chwila przystawał, aby zaczerpnąć powietrza. Nic go jednak nie odświeżało. Oddychanie stawało się męką. Gdy przyszedł do leśniczówki, było już późnawo. Brat gdzieś poszedł. Wnętrze domu było chłodne i przyjemne. Ola spała leżąc na łóżku ojca, muchy brzęczały i łaziły jej po twarzy.
      W pokoju Stasia szyby przykrywał zielony chłód lip, usiadł przy fortepianie i patrzył przez okna na liście i na drzewa w głębi. Począł sobie powtarzać słowa Maliny. Dziś był w ogóle niedobry dzień. Przy stole znowu pokłócili się z bratem. Bolesław trzasnął drzwiami i nie dokończył obiadu. Uciekł gdzieś, a teraz znowu to powiedzenie Maliny. Coś nieskończenie głupiego w tych słowach, fałsz, prostota, nieumiejętność sformułowania uczuć. I po raz pierwszy uczuł się upokorzony uczuciami, które go wiązały do tego spotkania. Położył ręce na klawiszach i przypatrywał im się bezmyślnie. Potem spostrzegł, że palce mu bardzo wychudły, że są niezwykle chude. Po tym jednym mógłby poznać, że już koniec się zbliża, ale nie chciał przywoływać tej myśli. Przeciwnie, zaczął myśleć o długim życiu. Później zaczął grać ulubioną hawajską piosenkę, którą grał wtedy, gdy tańczył z miss Simons. Pamiętał wybornie tę chwilę. Ale teraz nastąpiło to, co rzadko mu się zdarzało, i tylko wtedy, kiedy słuchał jakiejś egzotycznej pieśni.
Z głębokim zimnym dreszczem zaczynał odczuwać ogrom rzeczy, których na pewno nigdy nie zobaczy. Obszar zielonych, zimnych oceanów, niebieskie morza pełne palm i wysp, ziemie zimne i rozpalone. Kobiety w portach i we wsiach, ludzie, ludzie, ludzie. Wszyscy, których mógłby znać, kochać, zajmować. Nie ma ich tutaj, nie ujrzy ich nigdy.
      Gdy te momenty przychodziły do niego w Szwajcarii, ścierał czym prędzej widoki, które podsuwała wyobraźnia. - Będę miał w życiu daleko więcej powiedział sobie. Ale teraz wiedział, że nie będzie miał w życiu już nic więcej oprócz ciała bardzo prostej kobiety, i powódź nie znanych, niemożliwych do wyrażenia światów zalewała go, aż się zachłystywał i oddychał z trudnością. Ile tego mieszkało w jednej prostej, hawajskiej melodyjce, którą wydobywał ze starego fortepianu nieskomplikowanymi ruchami palców.
To, że nie tylko nigdy nie pozna tych światów, ale nie będzie mógł nawet wyrazić dreszczu, jakim one go przenikają, było męką jeszcze gorszą. Poczuł ogrom przyrody, grozę jej nieubłaganych praw, wielkość jej i obojętność. Obojętność jej wobec jego małej śmierci wstrząsnęła nim. Zimno mu się zrobiło w tym upale, włosy stanęły dęba, śmierć trawi go powoli, a przyroda, nic, nic, nic nie zrobi, aby to odmienić - przypatruje się jego zgonowi, obojętna. Jakież miliardy umarły tak samo młodo. Wstał i rzucił z trzaskiem wiekiem klawiatury. Przestraszył się. W drzwiach stała Ola, zbudzona ze snu jego muzyką, blada.
      Stała jak zahipnotyzowana. Wziął ją za rękę, pociągnął na łóżko i szybko, zmęczonym głosem począł jej opowiadać znowu o zaćmieniu księżyca w górach, o czerwonej, umarłej tarczy, zawieszonej nad mroźnymi szczytami. O poczuciu przestrzeni, jaką daje cień ziemi padający na księżyc. O gwiazdach, które są wtedy większe i głębiej osadzone w mroźnym, czarnym niebie. O wyciu w górach psów, które się boją. O wiecznym szmerze potoków i wodopspadów, które na wszystko obojętne powoli kruszą wielkie skały i znoszą je w doliny. Wobec tej wielkiej gry elementów nic nie znaczy życie ludzkie. Ola nic nie rozumiała i bała się tego opowiadania. Staś powtarzał nerwowo:
- Ja wiem, że ty nic nie rozumiesz, ale to nic. - Potem zostawił ją na łóżku, a sam chodził po pokoju, obijając się o fortepian. Mała siedziała nastroszona, trzymając w zwisającej dłoni rękę obskubanej lalki.
- To nic, że ty nie rozumiesz, nic nie szkodzi - powtarzał Staś- ale ja nie mam komu opowiedzieć, a jak ja już będę w ziemi, przypomnisz sobie, jak wyrośniesz, przypomnisz sobie. Tylko nie przypominaj sobie w nocy, bobyś nie spała. A potem ciągnął: - A może byś spała. Ludzie śpią pomimo tego, iż otaczają ich takie straszne rzeczy, drzewa, obłoki, zwierzęta. Ale to nic nie znaczy, ludzie śpią...
      Gadał takie i tym podobne rzeczy. Pociemniało gwałtownie. Dopiero po chwili zorientowali się, że to nie tylko wieczór, ale i burza. Stanisław co chwila odczuwał w ustach smak dziwny, ale przyjemny i, ocierając chustką język, widział, że ślina jest różowa. Pociekło mu także kilka kropel krwi z nosa. "To na burzę" - pomyślał. Wreszcie od tego gadania zrobiło mu się słabo.
Spojrzał na Olę, siedziała na łóżku płacząc cichutko i w przerażeniu przyciskając lalkę do piersi. Staś nagle zatrzymał się. Rozczulił się i chwycił dziecko w objęcia. I wszystko skończyło się we łzach. Płakali oboje i razem z tymi łzami oddalały się strachy. Znowu stawali na ziemi, nie widzieli strasznych rzeczy, tylko ściany, które ich okrywały od zbliżającej się burzy. Pierwsze poświsty nadleciały, a jednocześnie kroki Bolesława rozległy się na ciemnej werandzie, w zupełnie już ciemnym domu.
- Okna zamykać - zawołał twardym, rzeczywistym głosem, aż drgnęli oboje. Rzucili się do okien i pozamykali je szybko. Już lało. Bolesław zapalił lampę, postawił ją w stołowym pokoju i stanął spokojnie pośrodku. O szyby zamknięte uderzył nagle potok deszczu i krople wody spłaszczyły się na oknach. Błyskawice i gromy następowały po sobie w miarowych odstępach. Niebo otwierało się bladoniebieskie i ukazywało nierzeczywiste kształty powykręcanych drzew.
- Idź do swego pokoju - powiedział nagle Bolesław do Oli groźnym głosem i twarz jego w podwójnym świetle lampy i błyskawicy błysnęła surowo. Staś zastanowił się nad tonem tego głosu, ale nim zrozumiał, o co chodzi, Bolesław wyjaśnił mu wszystko.
-
Dodaj do swoich materiałów