Baza wiedzy

Szaleństwa Panny Ewy rozdz.9 (Kornel Makuszyński)

(wstecz)

Kornel Makuszyński - Szaleństwa Panny Ewy


Rozdział dziewiąty

W którym Ewcia rzuca butem i zapowiada, że stanie na głowie.



Pani Zawidzka siedziała przy otwartym oknie, dziergając jakąś koroneczkę, i spoglądała czasem na syna malującego w ogródku portret Ewci. Model siedział piekielnie znudzony w trzcinowym fotelu, Apelles zaś, ćmiąc fajeczkę, którą mu wolno było zatruwać powietrze jedynie w przyzwoitej odległości od siedzib ludzkich, ustawił sztalugi na trawniku i przedziwne wyprawiał awantury. Zbliżał się do obrazu, odskakiwał i przechyliwszy głowę patrzył znużonymi oczami; potem wpatrywał się długo, bardzo długo w twarzyczkę Ewci, jak gdyby chciał ją sobie zapamiętać na wieki wieków i znalazłszy w jej wyrazie coś, czego długo szukał, zaczynał gwałtownie jeździć pędzlem po płótnie. Serdecznie z tego zadowolony albo śmiał się głośno, albo gwizdał, albo cicho sobie podśpiewywał. W pewnej chwili straszliwie zdumiona Ewcia zaczęła słuchać pilnie, albowiem malujący ją dryblas zanucił bezcennie:
"Malowałem ludzi, malowałem brzozy, alem nie malował dotąd takiej kozy, oj dana!"
Jeszcze nie przebrzmiały ostatnie dźwięki słonecznego krakowiaka, a już spotwarzona Ewcia zerwała but z lewej nogi i cisnęła go wspaniałym rzutem w dorodną postać.
"I całus, i policzek ozwały się razem" - jak mówi Mickiewicz w Panu Tadeuszu.
Malarz, zręcznie jak małpa, odbił obelżywy pocisk w locie jak piłkę, pocisk zaś, znając z natury rzeczy prawa fizyczne, odbity z wielką siłą zmienił kierunek, łagodnym łukiem paraboli przeleciał poza mur i uderzył w szybę sąsiedniej willi. W szybie musiało ze strachu pęknąć serce, bo zabrzęczała smutno i wyleciała z oprawy w siedemdziesięciu siedmiu ułamkach.
- Co się stało?! - krzyknęła pani Zawidzka
- Nic - odrzekła Ewcia. - Jerzy stłukł szybę w tamtym domu.
- W jaki sposób? - zdumiała się pani Zawidzka.
Jerzy chciał coś odrzec, ale nie mógł dokonać tej pospolitej czynności, bo zranione okno zostało otwarte i ukazała się w nim zdumiona panienka, trzymająca w prawej ręce bucik z lewej nogi, jakby na dowód, że życie dziwnie się kręci raz w prawo, raz w lewo. I ona chciała coś powiedzieć, lecz zamilkła, ujrzawszy już po raz trzeci w krótkim czasie przerażona minę Jerzego i zauważywszy, że Ewcia daje jej jakieś tajemnicze znaki, błagając dość wyraziście o milczenie. Panienka mrugnęła wobec tego figlarnie i znikła.
Pani Zawidzkiej zdawało się przez chwilę, że się jej coś zakręciło w głowie. Niczego nie rozumiała.
- Dlaczego ta panienka trzyma bucik w ręce? - spytała zdumiona.
- Bucik? - rzekł Jerzy. - To ciekawe! Czy się mamie nie zdawało?
- Może być, że mi się zdawało... - mówiła pani Zawidzka. - Ale co było z tą szybą? Czy to naprawdę ty ja stłukłeś? Co to wszystko znaczy? Czemu Ewcia się śmieje?
- Ona tak zawsze... Czy mama nie zna Ewci?
W tej chwili w głębi domu zadzwonił telefon. Pani Zawidzka podniosła się i kręcąc głową udała się do telefonu. Ewcia korzystając ze szczęśliwie nadarzonej przerwy podskoczyła do muru i zawołała zduszonym głosem:
- Proszę pani, proszę pani!
Panienka ukazała się w oknie.
- Niech mi pani prędko rzuci but... Oj prędko.. A za szybę zapłaci ten dryblas.. Dziękuję!
Po raz trzeci Jerzy zmienił się w słup soli i spojrzał na Ewcię, jak morderca, który obmyśla dal niej rodzaj najokrutniejszej, siedmiokrotnej śmierci. musiał jednak odłożyć na czas niejaki straszliwe zamysły, gdyż pani Zawidzka zawołała z okna dziwnie ponurym głosem:
- Ewuniu! Prędko do telefonu...
Ewcia pobiegła zdumiona. Po chwili słychać było nawet w ogródku jej pisk w nieprzyzwoicie wysokiej tonacji:
- ...O, jakże się cieszę, proszę pana... Aha! Świetnie... A pan? Doskonale!...Kiedy? (Dłuższa chwila słuchania).. W niedzielę?.. Oczywiście!... Po południu.. Pójdziemy na lody!... Musimy pójść... Mowy nie ma, mój złocieńki... (Pisk ustał na czas dłuższy). Prawda, że ślicznie?... Nie mówiłam?... Dobrze, dobrze... dziękuję.. Z wszelką pewnością... Murowane!... Do widzenia, do widzenia!
Powróciła od telefonu z wypiekami na twarzy.
- Pan Mudrowicz! - ogłosiła zwycięsko.
- Poznałam go po głosie - mówiła pani Zawidzka. - To zdumiewające.
- Prosił, żeby panią pozdrowić... Zaprosił mnie na niedzielę po obiedzie...
- Pójdziesz? - zapytał Jerzy.
- Oczywiście, dlaczegóż nie miałabym pójść? Powiadam wam, że go jeszcze pogodzę z całym światem! A tym skwapliwiej go odwiedzę, że coś się temu biedakowi porobiło z oczami. Zdaje się, że traci wzrok...
- Mówił ci o tym? - spytał Jerzy.
- Tego mi nie mówił... powiedział mi tylko, że im więcej przygląda się twoim obrazom, tym więcej mu się podobają...
- Ja jednak zabije tę poczwarę! - krzyknął Jerzy. - Niech ją mama nie zasłania, bo przecież to niesłychane, ile ja cierpię przez tego bąka.
Pani Zawidzka nie zwróciła jednak uwagi na to, że w najbliższym czasie będzie matką mordercy, gdyż zapomniawszy i o szybie, i o dziwnej panience, co się w oknie ukazuje z butem w ręce, bardzo głęboko się zamyśliła.
- Chodź, Ewciu - rzekła po chwili - mam ci coś do powiedzenia.
- Jerzy! - zawołała Ewcia odchodząc - zaczekaj na mnie w ogrodzie, bo ja ci też mam coś do powiedzenia.
- Dobrze, tylko pójdę przedtem po truciznę na szczury...
Pani Zawidzka zamknęła się z Ewcią w swoim pokoju i przez czas dłuższy tajemnie nad czymś radziły. Dziewczyna musiała być niezwykle z tej narady zadowolona, gdyż wyszła bardzo przejęta i uśmiechała się sama do siebie.
Odnalazła swego śmiertelnego i najmilszego wroga w pracowni, lecz nie weszła tam od razu, zbójca ten bowiem mógł albo zwyczajem wielu malarskich pracowni umieścić nad drzwiami kubeł z wodą, albo też stanąć w ukryciu z pędzlem umoczonym w czarnej farbie i przejechać nim po niezwykle inteligentnej jej twarzy.
- Jureczku - mówiła spoza drzwi tonem słodko przyjaznym - nie rób awantur, bo mama się położyła. Otwórz drzwi!
- Otwórz sama, diable wenecki!
- Kiedy się boję, Jureczku.... A muszę z tobą pomówić!
- Napisz podanie, bo ja nie gadam z byle kim!
Ewcia na wszelki wypadek otworzyła drzwi nogą, sama zaś cofnęła się przezornie. Ponieważ nic nie zleciało z góry, a Jurek siedział na dole na pace po mydle, więc weszła ostrożnie.
- Słuchaj, Jureczku - rzekła ona - musimy się naradzić, co zrobić z tą szybą.
- Szyba została stłuczona twoim butem!
- Moim butem, ale ja nie mierzyłam w szybę, tylko w poetę od siedmiu boleści.
- Nic mnie to nie obchodzi! Po raz trzeci naraziłaś mnie na pośmiewisko wobec jakiejś pannicy.
- Ja? Ja w nią rzucam różami, a ty butem. Ale wszystko jedno... Musimy zapłacić za szybę i zapłaćmy po połowie. Dobrze? Mama poszła na drzemkę, więc chodźmy teraz do tej panienki...
- Nigdy! - zawołał Jerzy gwałtownie. - Nienawidzę panienek! Po co w ogóle to tałatajstwo wałęsa się po świecie i zatruwa ludziom życie?
- Naprawdę? - uśmiechnęła się Ewcia niewinnie. - Jureczku... Przepraszam za pytanie... Czy ty się nigdy nie kochałeś?
- Ja? Cha! Cha! - zaśmiał się Jerzy jak szatan z Siedlec albo z Radomia.
- Ach, więc nigdy? A mnie mówiono....
- Kto ci mówił? - zapytał malarz czerwony jak zachód słońca zrobiony akwarelą.
- To obojętne. Mówiono mi, że pewien znakomity, choć długonogi malarz bardzo się kochał w pewnej panience, ale ta panienka powiedziała, że wolałaby skoczyć z dziesiątego piętra, niż wyjść za malarza.
- Nieprawda! Przede wszystkim nie ona to powiedziała, tylko jej matka, i nie tak było powiedziane, tylko podobnie. Ta panna zaś napisała mi, że gdyby to od niej zależało... Czemu się śmiejesz? A przede wszystkim kto ci to opowiedział?
- Nikt. Pierwszy raz o tym słyszę, właśnie od ciebie. Powiedziałam tak sobie i jakoś się zgadzało!
Malarz najwyraźniej osłabnął.
- Słuchaj, dziewczyno - rzekł konającym głosem. - Ty naprawdę nie zginiesz w sposób naturalnie przyzwoity. Znowu mnie ocyganiłaś... Tańczysz, jaszczurko, po moim sercu... Dobrze, dobrze! Przyjdzie jednak kiedyś taki dzień i wtedy będziesz skwierczeć na ogniu... A ja ani drgnę! Poczekamy, ja mam czas!
- Doskonale, a teraz chodźmy do tej panienki. Ile może kosztować taka szyba? Ze cztery złote? Dawaj dwa i ja dam dwa.
- Nie dam!
- I nie pójdziesz?
- Nie pójdę!
- Dobrze. Wiec ja pójdę sama, ale co powiem, to powiem. Będzie ci gorąco.
Jerzy spojrzał niespokojnie.
- Od razu ci uwierzą - zaśmiał się niepewnie. - Idź sama.
- Jureczku! Błagam cię: chodź ze mną. Przeprosimy, zapłacimy i pójdziemy. To jakieś strasznie miłe stworzenie. I mądre! Od razu zrozumiała, kiedy jej dałam znak, że ma siedzieć cicho. I ma prześliczne orzechowe oczy...
- Kiedyś ty mogła widzieć jej oczy?
- Już wtedy, kiedy mnie chciałeś zabić.
- Tak od razu zobaczyłaś? Dziwne! Kobieta, choćby pędrak, ma tyle oczów co mucha.
Po półgodzinnych namowach i zaklęciach Jerzy poszedł jak na ścięcie.
- Nie powiem jednak ani słowa! - rzekł przedtem ponuro.
- Byleś nie stłukł lustra albo nie wywrócił stołu, możesz nie gadać... Aha! Weźmij jakiś mały obrazeczek...
- Po co? na co? Obrazek za szybę?
- Oczywiście. Założę się z tobą, o co chcesz, że ta panienka nie zechce przyjąć pieniędzy... Wtedy ty powiesz: "W takim razie proszę to wstawić zamiast szyby!" - To będzie heca koło pieca! O, zabierzemy ten... Wielce nie stracisz, bo obrazek wart jest niewiele więcej niż cztery złote.
Panienka z naprzeciwka była szczęśliwie zdumiona.
"Ona ma istotnie orzechowe oczy..." - pomyślał Jerzy.
Ewcia gadała za wszystkich, spryskując śmiechem każde słowo, a Jerzy czasem cichutko jęczał.
- Ten pan - terkotała Ewcia - jest cudownym malarzem... A kiedy nie maluje, usiłuje mnie udusić. A ja tłukę szyby...
Dodaj do swoich materiałów