Matka Joanna od Aniołów cz. VIII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


VIII


Ksiądz Suryn zamieszkiwał w klasztorze tak zwany świronek. Był to duży drewniany budynek piętrowy, ustawiony za klasztorem bokiem do zabudowań gospodarskich. Dołem mieściły się tam lamusy i składy drew, gdzie królował Odryn, a górą szedł długi drewniany balkon, na który się wchodziło po szerokich rozstrzaskanych schodach. Z balkonu prowadziły drzwi do położonych obok siebie pokoi.
Pokoików tych było sześć, wszystkie jednakowe, szczupłe, ale wygodne; każdy z nich miał okno wychodzące na ogród klasztorny, w każdym stało duże łóżko, stół, krzesło i na ścianie wisiał krucyfiks. Tu mieszkali wszyscy księża: Laktancjusz, Ignacy, ojciec Salomon, ksiądz Imber, ojciec Miga, spowiednik zakonnic, i wreszcie w ostatnim wolnym pokoiku umieszczono księdza Suryna.
Ksiądz Suryn przyzwyczajony był wprawdzie do długich nabożeństw, ale po tym dniu odpustu, po egzorcyzmach i po nieszporach, które potem odprawiono, czul się zmęczony. Położył się wcześnie, nie tknąwszy obfitej wieczerzy, jaką mu do pokoju przyniosła siostra Małgorzata, i nie odmówiwszy nawet przepisanych brewiarzy. Widok opętanych sióstr i długotrwałe publiczne wypędzanie szatana napełniły go przerażeniem. Był głęboko wstrząśnięty. Aczkolwiek był doświadczonym egzorcystą, po raz pierwszy widział takie zbiorowe opętanie.
Pragnął oderwać myśl od tych widoków, jakie przed chwilą oglądał - i zaczął myśleć o rzeczach dalekich od ludyńskiego klasztoru. Chciał wrócić znowu do dzieciństwa- zawsze powracał do myśli o nim, ilekroć zmęczenie światem zewnętrznym zmagało go i przezwyciężało. Lubił powracać uczuciem do jakiejś pierwotnej mgły niebieskozielonej, która jak mżący puch pierwszej wiosny otaczała go niegdyś, otaczała go teraz, ilekroć tylko chciał ją przywołać ku
sobie...
Opanowała go prostracja dziwnego rodzaju. Jak gdyby sztywno wyprostowany pogrążał się w ciepłą wodę nicości. I z wody tej wystawały jakieś głębinowe rośliny, niby żaby ogrzane słońcem wiosennym i zmieniające się w jaskółki, wspomnienia dalekiego dzieciństwa: mały folwarczek i srogi ojciec, i pobożny parobczak Mykita, którego potem oszalały chłop zarąbał siekierą, a nade wszystko łagodny uśmiech matki. Wspomnienia te nie realizowały się w nim, w środku, ale jak gdyby krzyżowały się ponad nim w górze, tworząc baldachim cichej, usypiającej muzyki. Stwarzały wkoło niego szmer, jaki się w ulach w ciepłe, letnie dnie słyszy.
Pamiętał, jak Mykita nasłuchiwał, jak brzęczą pszczoły, i po brzęku poznawał, czy prędko będą się roić. I ten radosny letni brzęk unosił się nad zmęczoną głową ojca Suryna, dając mu nieoczekiwane uczucie szczęścia i spokoju. Zasypiał prawie, na pół czuwał i nie władał swoimi myślami. Ale te straszne, najgorsze odpływały od niego, odpływały zostawiając go w złotym szczęściu. I przyszła także myśl o matce Joannie, ale nie miała w sobie żądła. Przeciwnie, była to myśl łagodna i jasna. Nie pamiętał strasznego wyrazu jej twarzy podczas egzorcyzmów, ale widział, jak szła w przejrzystym świetle wrześniowego chmurnego południa, nieśmiało i - jakby olśniona - stawiała kroki przed stadkiem zakonnic. Jakże czystą wydawała się wtedy, jak przejrzyste było niebieskie jej spojrzenie.
I nagle wstrząsnął się, pełen ohydy, wspomniawszy wszystko, co potem było. Jednocześnie serce jego ogarnął ból srogi, kiedy uprzytomnił sobie cierpienia tego kruchego ciała i tej jasnej duszy. Czy mógł mieć nadzieję, że zwycięży szatana, który był taki mocny? A jak ojciec Brym powiadał? Może rzeczywiście tam nie ma szatana?
Zimno go przebiegło na samą myśl, że matka Joanna może być ofiarą nie istniejącego naprawdę konkretnie szatana, ale że opanował ją tylko brak dobra. Ze to tylko są winy i grzechy samej matki Joanny - które ona nazywa Zabulonem, Grezylem, Isaakaronem i Zapaliczką? A więc jest potępiona ta dusza, którą mu powierzono i z którą nie miał jeszcze najmniejszego zetknięcia, ta dusza zabłąkana i zawikłana?
- Józefie - powiedział do siebie - masz pamiętać na duszę zgubioną!
Powiedział to i nagle siadł na łożu. Myślał, że i jego dusza gubi się już snadnie, skoro nie odmówił przepisanych pacierzy i gruchnął na łoże jak wół na podściółkę. Porwał się na równe nogi i chwycił za dyscyplinę, co wisiała na ścianie. Począł się biczować gwałtownie, aż uczucie bólu fizycznego zagłuszyło nieco wielki żal, jaki odczuwał w sercu. Smagał się dość długo, potem wydobył z węzełka świeżą bieliznę i począł ją wdziewać odrzucając starą. Ilekroć to czynił, zajmowało to mu dużo czasu, trudził się nad tym niepomiernie - owijał starannie nogi świeżymi onucami i ściągał z trudnością i wstrętem części bielizny obnażające jego ciało. Pomimo iż w pokoju było ciemno, widział to ciało, czuł je - nie mógł zdecydować się na obnażenie go, a obnażywszy, z trudnością zbierał się, by je okryć czystym, białym płótnem. Szkoda mu było tego płótna, które się miało tak pohańbić, plecy wycierał ręcznikiem, gdyż krwawiły śladami uderzeń dyscypliny, i ślady krwi na płótnie - grubym, smoleńskim płótnie - napełniły jego duszę udręką i pociechą. Wciągnął koszulę, potem ciepły kaftanik wełniany, wreszcie szarawary. I tak dopiero położył się do łóżka.
Ale nie mógł zasnąć. Zapach czystej bielizny, bół świeżych ran na plecach i odnowionych starych blizn nie dawały mu zasnąć. Począł się zastanawiać i obmyślać, jak będzie przeprowadzał swoje egzorcyzmy, i wreszcie znowu wyobraził sobie kruchą, ułomną postać matki Joanny od Aniołów.
To przypomnienie żałosne porwało go z łoża i rzuciło na kolana. - Dusza potępiona, dusza zbawiona! - powtarzał sobie w myśli i wołał potem: - Boże! Boże! Boże!
I kiedy tak się modlił, nie mógł się powstrzymać, aby nie ofiarować się boskiemu Majestatowi. Chciał być obciążony tym samym nieszczęściem, jakie spotkało matkę Joannę, chciał doznać tych wszystkich uczuć, jakich ona doznaje, chciał być tak opętany, jak ona jest opętana, podzielić to wszystko, co ją obciąża - i poprosił Boga, by jej pozwolił odnaleźć prawdziwą drogę.cnoty i miłości prowadzącej ją do zbawienia, a na niego zrzucił jej wszystkie nieszczęścia i grzechy. Z olbrzymią namiętnością odczuł w tej chwili, że jedynym jego pragnieniem jest tylko wyzwolenie tej duszy z objęć szatana, Gotów był znieść najsroższe męczarnie - i o męczarnie te prosił - aby ona dostąpiła radości wiecznej - a i ulgi doczesnej.
- A jeżeli szatan porzuci ją, a mnie opęta? - powiadał sobie. - Nie lękam się, jeżeli będę uchodził za szalonego. Świat drwi z szalonych, a więc niech drwi ze mnie - będę podobny do Jezusa u Heroda. Niech mnie biją i niech mi urągają, przypnę sobie do kapelusza ten bukiet wspaniały, którym świat gardzi, bukiet szaleństwa, i będę - jak to poucza nas nasz ojciec święty, święty Ignacy - wzbudzał szyderstwa i gniew ludzi świata, i prześladowanie niezasłużone - a jeden ja tylko będę wiedział, jaka to jest ofiara i jaki jej skutek...
Pot kroplisty okrył czoło księdza Józefa podczas tej niesamowitej modlitwy i czuł w sercu taki zapał i taką olbrzymią wiarę, że gdyby w tej chwili ukazano mu moc szatańską, zmiażdżyłby ją natychmiast.
Pomyślał o tym - i spojrzał w okno. Czyste niebo znowu błyszczało zimnymi gwiazdami-i na tle rozjaśnionych konstelacji nie ujrzał w tej chwili owej czarnej mgławicy, która mu się zawsze widziała pomiędzy światłami. Rzeczywiście,, istnienie szatana, które tak mocno odczuwał zwłaszcza w czasie modlitwy, nie zrealizowało się przed nim tym razem i nawet w najgłębszym zakamarku tego, "włoskiego orzecha", z jakim porównywał swą duszę, nie widział
czarnego pająka. Zasnął.
Nazajutrz po mszy, koło godziny dwunastej, miał ojciec Suryn rozpocząć swoje egzorcyzmy. Obrządek odbywał się w kościele klasztornym i nie miały mu towarzyszyć inne siostry zakonne.
Siostra Małgorzata a Cruce, jako jedyna nie opętana, miała spędzić ten czas na modlitwie w pobliżu przełożonej. Ludzi nie przyszło wiele - królewicz bawił jeszcze u pana Ożarowskiego, ale zmęczony wczorajszym widowiskiem, tym razem nie przyjechał. Natomiast w kościele błyszczały podgolone czupryny panów Chrząszczewskiego, Piątkowskiego i Wołodkowicza.
Ojciec Suryn leżał krzyżem przez cały czas mszy świętej, aby uprosić natchnienie u Ducha Świętego. Gdy powstał, dwie siostry wprowadziły matkę Joannę. Ojciec Suryn zmieszał się z żałości na jej widok. Twarz miała bladą i zmęczoną, w oczach smutek wielki, ale szła z podniesioną głową, dumnymi krokami i hardo stanęła przed ojcem Surynem. Czterej wczorajsi egzorcyści siedzieli w ławkach prezbiterium i z ciekawością i z lekkimi uśmiechami na wargach patrzyli, jak ksiądz Suryn się brał do sprawy, której oni, pomimo fachowego traktowania i przykładnej pobożności, nie potrafili doprowadzić do końca.
Ojciec Suryn spoglądał długo w oczy matce Joannie, ale ona ani na chwilę nie odwracała wzroku. Pasowali się tak oczami czas jakiś - wreszcie matka Joanna nie wytrzymała łagodnego spojrzenia ojca Suryna. Odwróciła wzrok i padła na kolana. Siostry, które ją przyprowadziły, odeszły - i matka Joanna pozostała sama przed swoim egzorcystą. Bezsilna i zmęczona, miękko klęczała przed nim.
Jakby natchniony, ksiądz Suryn odwrócił się do ołtarza, otworzył tabernakulum i wyjąwszy jeden komunikant, zamknął go w srebrnym puzderku, które miał w kieszeni. Trzymając to Sanctissimum w ręku, zrobił krok w kierunku penitentki.
Ona się porwała - odbiegła parę kroków, wołając: -nie! nie! - i nagle zły duch powalił ją na dywan i począł ją miotać w okropnych konwulsjach. Ojciec Laktancjusz, jako obyty z tymi scenami, skinął na kościelnych, którzy przynieślfdębową ławkę. Ojciec Suryn stanął ze srebrnym puzderkiem w dłoni, nie wiedząc, co robić. Kościelni wprawdzie przywiązali matkę Joannę do ławki, ale nie przestała ona miotać się spętana rzemieniami. Ryczała głucho i zgrzytała zębami.
Ojciec Suryn z sakramentem w ręku zaintonował "Magnificat".
Pan Aniołek wielkimi akordami poderwał gregoriańską melodię i organy zahuczały wymownie. Czterej księża podnieśli się w stallach i śpiewali pieśń radosną, pieśń uwielbienia gorącymi glosami. Matka Joanna ciskała się już słabiej.
Ksiądz Suryn przy dźwiękach entuzjastycznej pieśni posunął się ku ławie, na której leżała związana kobieta, i ukląkł przy niej. Matka Joanna spojrzała na niego chmurnie - we wzroku tym wyczytał oczekiwanie i lęk, i tryumf, i wielkie uniesienie. Żal okrutny wlał się w serce ojca Józefa. Nie zastanawiając się dłużej, wyciągnął ręce i srebrne puzderko z komunikantem umieścił na sercu opętanej.
Matka Joanna krzyknęła gwałtownie, potem się wyprężyła i zamarła z zamkniętymi oczami.
Pierś jej, na której spoczywało teraz srebrne puzderko, unosiła się gwałtownie, a potem uspokajała się stopniowo. Pan Aniołek swoim cudownym głosem śpiewał na chórze werset za wersetem, wreszcie organy zacichły, zagasły na wysokich fletach i vox humana. Zrobiła się cisza w kościele, wierni przysunęli się do kratek, żeby snadniej widzieć, co się będzie dziać.
Lecz nic się nie działo. Matka Joanna dyszała ciężko, słychać było jej oddychanie, jak i oddech ojca Suryna. Ksiądz przysunął się na kolanach do głowy zakonnicy i powiedział cichym, równym głosem:
- Córko moja, oto będziemy się modlili razem. Ja odmówię modlitwy moje, a ty.staraj się łączyć ze mną w duchu. Niech spokój spłynie na ciebie.
To powiedziawszy przymknął powieki i pochyliwszy się do ucha matki Joanny, począł półgłosem:
- Eripe me de inimicis meis, Deus meus, et ab insurgentibus in me.
- Eripe me de operantibus iniquitatem et de viris sanguinum salva
me.
- Quia ecce ceperunt animam meam: irruescunt in me fortes.
- Nęć iniquitas mea, nęć peccatum meum, Domine, sine iniąuitate cucurri et direxi.
Exsurge in occursum meum, tu Domine, Deus virtutum, Deus Israel!
Przyćmiony szept ojca Suryna wznosząc się i opadając brzmiał wśród głębokiej ciszy, jaka nastała w kościele, jak brzęk strumyka wodnego; tak czasami, wchodząc ze zgiełku południowego miasta w ciszę krużganka klasztornego, słyszymy cichy szmer fontanny, który tej ciszy przydaje spokoju. W miarę jak ojciec odmawiał psalm za psalmem, twarz związanej zakonnicy zmieniała swój wyraz. Ze zmęczonej stawała się uduchowiona, z opornej rozjaśniona posłuszeństwem, powoli ściągała swoje dłonie i złożyła je na piersiach, tak że drogocenne święte puzderko znajdowało się pomiędzy smukłymi palcami. Nie dotykała jednak świętości.
Ojciec Suryn z zamkniętymi powiekami, w zapamiętaniu recytował łacińskie wersety jedne za drugimi i, w miarę jak je recytował, plastyczny obraz złego wyrastał w jego oczach. Wielokrotnie już przy egzorcyzmach wywoływał w sobie to widzenie. Widział starania szatana, aby opanować duszę ludzką, aby z nią wziąć coś na kształt mistycznego ślubu, wszystko tylko po to, aby się sprzeciwić zrządzeniom bożym, aby przeciwstawić się w buncie, równie głupim jak próżnym, Panu wszystkiego stworzenia. I gdy tak modlił się, jednocześnie unosił się myślą nad ziemię, poczynał postrzegać całą bezsilność wszystkiego złego biorącego początek z szatana i całą marność beznadziejnych jego poczynań. I widział, jak niezmiennie toczą się podług boskich prawideł drogi gwiazd i planet po niebie, a drogi ludzi i narodów po ziemi, i jak szatan w swej zapienionej złości w niczym nie może poruszyć odwiecznych postanowień. I widząc złość i bezsiłę diabelską, i porównując ją z potęgą i ogromem Pana naszego,
postrzegał zarówno nicość diabelstwa, jak nicość człowieczeństwa wobec Boga - i znajdował w tym pociechę. Serce jego czerpało pociechę z tego, że widział diabła czarnym i drobnym w duszy matki Joanny i że widział cenny brylant jej zbawienia błyszczący w ręku Chrystusa. I uczucie to w nim się tak roztaczało jak wonność z olejku wylanego na posadzkę kościelną, aż na ustach jego zjawił się słodki uśmiech niebiańskiej radości. Uśmiech ten znalazł niabawem swe odbicie na wargach zmęczonej zakonnicy. Widocznie przyzwyczajona do straszliwych okrzyków ojca Laktancjusza, które od dawna już nie robiły na niej żadnego wrażenia, zdziwiona była naprzód czułością tych łacińskich pomruków, potem może zniecierpliwiona ich niezrozumiałym brzmieniem, wreszcie ustąpiła magicznej sile tych wyrazów, których przejrzysty układ wywołał ów niebiański uśmiech ojca Suryna. Wzięła od niego tę czułość-i uśmiechnęła się również.
Po chwili ojciec Suryn zamilkł. Pomruk jego stoczył się gdzieś w dół, zaniknął i ksiądz otworzył oczy, jak gdyby budząc się ze snu, jakby powracając ku rzeczywistości z dalekiej wycieczki do niewytłumaczalnej krainy. Spostrzegł natychmiast anielski uśmiech zakonnicy i ręce jak kwiaty ułożone na piersiach. Odsunął się na chwilę, a potem pochyliwszy się, znowu powiedział:
- Córko moja, staraj się napełnić twą duszę miłością niebiańską i oddać sercu boskiemu tę miłość, jaką ono nas ukochało. Oto na sercu twoim trzymasz serce gorejące najwyższą miłością. Czyż możesz oprzeć się temu jego żarowi? Czyż możesz nie odpowiedzieć miłością na miłość?
Matka Joanna poruszyła się gwałtownie. Ojciec Suryn zabrał srebrną szkatułeczkę. Zakonnica otworzyła oczy i patrzyła na ojca Suryna z ufnością.
- Miłość wypędza zło - powiedział ten szeptem-napełnij się nią cała, tak żeby nie było w tobie ani jednej cząstki, gdzie by mogło utaić się zło. Bądź dobra jak dziecko, radosna jak dziecko, Bóg nas bowiem ukochał bardzo.
Gładkim, giętkim ruchem, zupełnie innym niż wczoraj, matka Joanna wyśliznęła się spod pętających ją rzemieni i płynnie uklękła na ławie, składając dłonie jak do modlitwy.
Dodaj do swoich materiałów