Baza wiedzy

Brzezina VIII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


VIII


      Ani tego wieczora, ani kilku następnych bracia nie spotkali się przy kolacji. Tylko podczas szybko zjadanego obiadu zamieniali kilka nic nie znaczących słów. Bolesław zresztą nabrał zwyczaju spędzania godzin południowych tam, gdzie go praca zastawała: przy porębach, zasiewach, karczunkach. Staś miał wolną rękę i robił, co mu się podobało. Przed wieczorem często teraz wyjeżdżał końmi na spacer, powoził sam, zabierał też z sobą Olę, a Malwina czekała gdzieś w umówionym miejscu i jechali razem. Podczas jazdy nie rozmawiali nigdy prawie z sobą. Przebywali jakiś kawał piaszczystej drogi, kręcili się po lesie-w milczeniu wracali do domu. O ile była z nimi Ola, ona najwięcej mówiła.
      Staś nie zastanawiał się nad tym, co robi, Malina jeździła i koniec. Natomiast męczyło go ogromnie milczenie tej dziewczyny. Myślał, że czai się poza nim jakaś zasadzka czy tajemnica, której oczywiście nie będzie mógł zdobyć. Często, jadąc przy niej bryczką Bolesława, stojąc obok niej w lesie, patrzył na jej odwrócony, spokojny, zamyślony profil. Tyle w nim było spokoju i pogody, że widok ten działał kojąco na jego nerwy. A potrzebował sercu uspokojenia: nerwy się poszarpały ostatecznie, nocami miewał halucynacje, żołądek nic prawie nie trawił. Ale serce biło mu równo, gdy patrzył na niskie czoło Malwiny, gdy całował to czoło. Postanowił nie pytać o nic tej dziewczyny i nic jej nie mówić. Nie opowiadać ani o swoim życiu, nie pytać jej o to, czym dotąd była. Nawet nie chciał nic wiedzieć o Michale.
      Tylko gdy wracał do domu, długo nie mógł usnąć, widział przed sobą jej rysy i myślał, że teraz nastaje godzina Michała. Ale Michał widać przestał przychodzić, bo przez te dnie Staś nie widywał go wcale.
Cały dzień właściwie był oczekiwaniem. Z rana leżał długo i słuchał głosów domu. Katarzyna stukała nożem w kuchni, siekąc cebulkę do obiadu, kogut piał monotonnie, nieznośnie, zamknięty w chruścianym kurniku; ciało Stasia z wolna budziło się do życia po nocy pełnej koszmarów, zlane zimnym potem. Zdrętwiałe ręce i nogi przechodził drżący dreszcz, przebiegało mrowie i miał już siłę otworzyć powieki. Spostrzegał wtedy przykryte zielonymi liśćmi okna i światło pogodne lub przyćmione w miarę zmiennej pogody. Gdy był deszcz, lubił słuchać jego szeptu, zanim spojrzał na świat. Ale bardziej cieszył go blask słońca, pogoda. Czuł wtedy w sobie więcej życia i wstawał trochę wcześniej.
      Zjadał śniadanie, siadał do fortepianu - ale przez cały czas czekał, czy nie posłyszy mocnych kroków, głosu chropawego. Malina często w ciągu dnia miała jakieś sprawy do kuchni i przylatywała do Katarzyny. Przyszło mu kiedyś na myśl, że właściwie pędząc to leniwe, bezczynne, bezmyślne życie, nie głosu Maliny powinien nasłuchiwać, nie kroków dziewczyny. Ale te inne, skradające się, ciche kroki jak gdyby odeszły. Sam począł wierzyć w pomyłkę lekarzy i chociaż się nie czuł zbyt silny, nie zauważył w sobie żadnych niekorzystnych zmian. Postęp choroby nie dawał znać o sobie. Nie jadł nic prawie, ale też i nie odczuwał żadnych specjalnych dolegliwości. Ciężko mu było tylko do południa, nie wiedział jednak, czy to jest ciężar miłości, czy choroby. Tak nic nie wiedział o tego rodzaju uczuciach - i śmierć, i miłość przeżywał po raz pierwszy. Dopiero około piątej uczuwał siłę wstępującą w niego.
Cieszył się niezmiernie z życia, choć miał uczucie, że wszystko mu przeszkadza, jest przegrodą pomiędzy nim a rzeczywistością. O zmroku Malwina kończyła robotę i pachniała ziemią i mydlinami. Spotykali się na umówionym z góry miejscu i ogarniało ich pełne treści milczenie. Czasami tylko to, że dotykali rąk swoich, idąc kołyszącym krokiem, sprawiało im przyjemność i stanowiło o całym życiu Stasia.
      Naprawdę, to, co przeżywał, napełniało go po brzegi, wylewało się i stawało się jedyną radością, o której nawet nie mógł mówić, bo Malwina by go nie zrozumiała. Powoli pojął, że kobieta, która z nim chodziła po mrocznych ścieżkach lasu, składa się z samego kłamstwa. Nie wiadomo, co było przyczyną, co skutkiem. Dość że wszystkie nieliczne słowa, które Malwina mówiła Stasiowi, były wyraźnymi kłamstwami. Do tego stopnia, że Staś nie wierzył niczemu, nawet temu, co siłą rzeczy musiało być prawdziwe. Nasamprzód Malwina wszystkiemu zaprzeczała, o cokolwiek Staś ją pytał. Bo w krótkim czasie zerwał z systemem niezadawania pytań. Przeciwnie, im bardziej widział, że do niczego one nie prowadzą, tym bardziej drażniło go to i skłaniało do zasypywania dziewczyny pytaniami. Na wszystko odpowiadała: nie. Nikogo nie kochała, nigdy nie miała kochanka. Michał nie do niej chodził, nie znała żadnego chłopca dokoła. Posuwała się do tego, iż twierdziła, że przed Stasiem nie znała żadnego mężczyzny, co było oczywistą nieprawdą.
      Staś nie wierzył temu, ale koniec końców powstawał mu w głowie szmer owych "nie" i przestawał wierzyć sam sobie i swojemu doświadczeniu. Miss Simons zwierzała mu się ze wszystkiego, była szlachetna i szczera, mówiła, że nie on był pierwszym, którego kochała, że miała trzech kochanków, że kradła u ojca pieniądze, że była niedobrą córką. Nic go to wtedy nie obchodziło, nie stwarzał sobie z tych wyznań żadnej atmosfery. Gdy patrzył na siebie w owej epoce, drażniła go, do pasji doprowadzała własna bezmyślność. Jeden dzień w tym pustkowiu wydawał mu się pełniejszy niż całe tamto życie. Przestał odpowiadać na listy z cudzoziemskimi markami.
      One też stały się rzadsze, nie w każdej poczcie znajdował je ku swej irytacji Bolesław. Fałszywe odpowiedzi Malwiny stanowiły jakby rój motyli, który ją otaczał. Były tym specyficznym zapachem, który drażnił i odurzał Stasia. Co dzień przed ujrzeniem dziewczyny postanawiał sobie, że dzisiaj będzie milczał, i co dzień stawiał jej te same pytania, które wkrótce stały się stereotypową litanią, nieodmienną jak rytuał. Kończyło się to zawsze tym samym: nudzę ciebie, prawda? na co padało ostatnie, niezawodne, pełne wewnętrznego przekonania: nie!
Na jedno tylko pytanie odpowiadała pełnym i szczerym: tak. Staś zaryzykował je w parę dni po pierwszym spotkaniu. Było to pytanie: kochasz mnie? Staś zdawał sobie sprawę, że owo "tak" było równie kłamliwe, jak wszystkie poprzednie "nie", ale mimo to sprawiało mu ono taką przyjemność, że powtarzał je nie tylko codziennie, ale nawet po kilka razy w ciągu jednego dnia. Cóż miał mówić, gdy ona milczała, gdy leżeli oboje w zaroślach, w wilgotnym poszyciu lasu, czując pod plecami źdźbła trawy i zeszłoroczne, opadnięto liście?
      Gdy mocno przyciskał chudymi rękami jej ciepłe i obfite ciało, gdy dotykał dłonią jej skóry i przez samo dotknięcie czuł, jak była biała?
Powtarzał to pytanie bez sensu i na różne tony, a ona zawsze tak samo odpowiadała, nie zmieniając intonacji ani na jotę. Podobne były te odpowiedzi do zapóźnionej kropli po deszczu, spadającej z liścia na liść. Raz tylko odpowiedziała inaczej.
Był to wieczór gorący. Staś ociągał się z wyjściem i do późna odkładał spotkanie na skraju lasu, skąd widać było chatę Maryjki. Był tego dnia wyjątkowo osłabiony i nawet czuł zmęczenie w plecach od brząkania na fortepianie. Był to dzień pocztowy i dostał właśnie list od miss Simons, która znowu miała jechać do Davos. Wyobraził sobie z ironicznym uśmiechem pejzaż i domy, i powietrze pachnące apteką, jakby zrobione na receptę. Brząkał jakąś melodię, powoli wystukając nuty, było to zawsze to samo tango, które tańczył-w
minionym życiu. Upał męczył go, ale może nawet nie z powodu zmęczenia odsuwał od siebie moment wyjścia na skraj lasu.
      Odczuwał możliwość spotkania z Maliną jako najwyższe szczęście, jako wszystko, jako jedyną rzecz, co mu była dana w życiu - i z niezmierną, nowo narodzoną miłością myślał o lesie, w którym się spotkają. Ziemia, na której mają leżeć, wydała mu się bliskim i dobrym stworzeniem domowym, oswojonym zwierzęciem, do którego się można przytulić. Malina i las, i ziemia, wszystko to było niby zdrowie, którego już nie miał odzyskać, ale które jeszcze go pieściło. Zszedł bardzo powoli z werandy, obejrzał się na leśniczówkę, ciemną już i pochyloną, i zastanowił się nad ciszą, jaka w lesie drzemała.
,,Pewnie dziś będzie księżyc" - pomyślał sobie. Ale księżyca nie było; mijając drzewa przechodził przez cieplejsze i zimniej sze smugi powietrza, przechodził między nimi, jak pływak przepływa między ramionami prądów. Znalazł Malinę na pół uśpioną, leżącą na płask pod nisko nachyloną sosną, która namiotem swoich
dolnych gałęzi często przykrywała ich pieszczoty. Zbudził ją i powtórzył namiętnie codzienne pytania, i posłyszał codzienne odpowiedzi. Nie chciał tylko się pytać: czy go kocha. Wahał się, całował ją, obejmował. Pod koniec dopiero, gdy już miał odejść do domu, nie dotrzymał swojej obietnicy; powiedział: kochasz mnie? Na co posłyszał zdławiony szept: a pan mnie kocha?
      Wspomnienie tego niezwykłego zapytania ukołysało go do snu prędzej niż zwykle, zbudziło go wcześniej, obdarzyło na dzień następny większymi siłami.
Siły te okazały się złudne. Pod wieczór powłóczył zaledwie nogami, ale w świetle tego cichego ponocnego pytania Malwina wydała mu się inną dziewczyną i wszystko, co mu przedtem wyraźnie kłamała, nabrało prawdopodobieństwa. Odkrył w niej możliwości uczuć, których się po niej nie spodziewał. Dziwne nadzieje zaczęły go opanowywać. Myślał, że gdyby to wszystko przybrało kształty gwałtownej i żywiołowej miłości, to życie jego zakończyłoby się w chmurach i nadzwyczajnościach. Byłby to prześliczny finał. Mówiąc to nie wierzył już w możliwość tego końca. Udawał sam przed sobą, że komponuje finał, a czuł, że zaczyna dopiero z trudem i pracą budować sobie jakąś treść w tym życiu. Dopiero zaczynał żyć. Wszystkie myśli jego oplatały się wokoło tego mocnego, białego ciała, które codziennie trzymał w objęciach. Sądził, że wypija z tego ciała soki, potrzebne mu do przezwyciężenia słabości.
      Myślał, że od tej chwili Malwina zmieni odpowiedzi na pytania, które jej powtarzał, że mu odpowie czymś w rodzaju uczucia. Ze zacznie może ona pytać. Ale nie. Była jak dawniej - pokorna, spokój na, wstydliwa, kłamliwa. W dalszym ciągu mówiła, że nie znała mężczyzn przed Stasiem, że Michał do niej nie chodzi. I na pytanie: czy go kocha, odpowiadała Stasiowi "tak". Chciał to wszystko odmienić, poruszyć, dostać się do środka tego zimnego ciała, ale wysiłki jego opadały zupełnie bezskutecznie. Raz tylko, w parę dni po owym wieczorze, gdy Staś znużony jej biernością wstrząsnął ją za ramiona i wymagał odpowiedzi, chciał się dowiedzieć innych rzeczy, powiedziała znowu coś, co odkryło jeszcze gorsze perspektywy.
- No, a Michał - zapytał. - Michała kochasz?
- Tak, też kocham - odpowiedziała cichutko.

dalej
Dodaj do swoich materiałów