Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. VII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


VII


Wrzesień był brzydki. Pogoda na odpust wypadła nieszczególna,chociaż deszcz nie padał, i ludzi zjechało się nie tak dużo, jak sięspodziewano w miasteczku. Ludyń zresztą leżał tak na uboczu,daleko od głównych traktów, pomiędzy lasami i błotnistymi drogami; ludności katolickiej wokoło nie było wiele. Ale jednak trochę ludzi przyjechało - na rynku rozłożył się jarmark, furmanki i stragany
mieszały się razem, ludzie, w zabłoconych butach, kłócili się i targowali, baby, z głowami w wełnianych chustkach, spoglądały pożądliwie na spiętrzone na straganach materiały - jednym słowem, odpust. Środkiem rynku szła szeroka droga oczyszczona z wiecznego błota, o ile się dało, i wysypana piaskiem i gałązkami jodłowymi.
Drogę tę w środku przecinała kałuża, która się nie dawała wyczerpać i błyszczała gęstą, tłustą wilgocią. Procesja z klasztoru miała tą drogąprzejść do fary - położono więc przez tę kałużę parę wąskich desek dla księży i siostrzyczek. Inną stroną rynku ciągnęła się taka sama droga przeznaczona dla karety królewicza Jakuba.
Królewicz nadciągnął z samego rana. Najprzód szedł powóz pusty - di rispetto. Potem jechał sam królewicz. Olbrzymia kareta ze świecącymi szkłami wydawała się za duża na jednego człowieka, który samotnie w niej siedział. Osiem koni białych, z grzywami i ogonami malowanymi na różowo, ciągnęło kolasę: cztery poręczowe, cztery przed nimi w lejce zaprzężone dźwigały na sobie przybranych
szafirowo forysiów. Królewicz siedział w karecie blady, flegmatyczny, o chorowitym wyrazie bezmyślnej twarzy. Podobny do lalki woskowej w swoim francuskim, zielonym i białym stroju. Od czasu do czasu otwierał tabakierkę i zażywał tabaki. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się naokoło niego działo, na mieszczan ludyńskich, na chłopów zagapionych, na świnię, co się ledwie spod kopyt farbowanych rumaków wyrwała i z wielkim kwikiem z góry kościelnej się zwaliła. Za królewiczem jechała mniejsza kareta, a w niej panowie, Chrząszczewski i Piątkowski, bardzo napuszeni. Gdyby spotkali w tej
chwili kogokolwiek z kompanii, z którą wczoraj popijali w gospodzie, na pewno by go nie poznali. Ale nikt z tego towarzystwa nie znalazł się w tłumie.
Ksiądz Brym oczekiwał królewicza u wrót fary. Konie się jakoś znarowiły i kareta z wielkim szarpnięciem zatrzymała się przed bramą. Skoczyły pazie i hajduki i otworzyły stopień kolasy, potem drzwiczki, panowie dworzanie znaleźli się u wejścia i drobny, nieduży królewicz Jakub, w ruchach zupełnie Francuzik, znalazł się wobec starego proboszcza. Z wprawą uchylił kapelusza i ucałował podany przez proboszcza krzyż. Ksiądz Brym - rzecz niesłychana - nie wygłosił żadnej oracji, tylko powiedział:
- Benedictus, qui venit in nomine Domini - po czym skierował się do kościoła. Zielonożółty aksamit stroju królewicza lśnił nikło w mglistym dniu. Nikle błyszczały płomyki świec niesionych przed i za królewiczem przez orszak różańcowy. Proboszcz wprowadził królewicza do kościoła i posadził pod karminowym baldachimem. Panowie usiedli w stallach. Zaczęła się suma.
Tymczasem przed gankiem kościoła klasztornego zbierała się inna procesja. Niebawem wyruszyła ona krokiem dość dziarskim, prowadził ją bowiem ksiądz Laktancjusz, dominikanin wzrostu gwardzisty i o ruchach żołniersko zamaszystych. Wielki ten mężczyzna ryczał potężnym głosem "Insignocrucis" i maszerował jak naegzercycji. Za nim ledwie podążał mały ojciec Ignacy, drobny, szczupły, żółty na twarzy i z żółtą bródką, przypominający kozę; buczał on również hymn kościelny; widać tylko było, jak szeroko otwierał małe usta, ale dźwięk żaden z tych ust nie wychodził. Ksiądz Imber, czarny i wysoki, z dużym nosem, podobny do Sayonaroli, z godnością ociągał się, aby się nie wydawało, że maszeruje pod rozkazami Laktancjusza.
Wyciągał jak bocian długą szyję i bokiem jak ptak spoglądał naprzód, z nieufnością obserwując tłum po obu stronach drogi, błoto na gościńcu i siwą aurę jesienną. Obok niego szedł blady i gruby ojciec Salomon, bernardyn, z odętymi wargami, którymi co chwila poruszał; próbował przyłączyć się do śpiewanego hymnu, otwierał małe usta jak ptak spragniony wody, pokazując rzadkie, nieprawidłowo osadzone zęby, potem jednak milkł, wzruszał ramionami, poprawiająć za szeroką nań kapę, która groziła opadnięciem, i potem znowu zaczynał: "Anima christiana...", i przerywał w pół zdania.
Ojciec Suryn usunął się trochę w bok, aby patrzeć na stadko zakonnic, które kroczyły za krzyżem i za czterema egzorcystami.
Matka Joanna, drobna, w dużym, czarnym płaszczu, który ukrywał jej ułomność, szła małymi kroczkami - przodem, ale jak gdyby skromnie i niechętnie, widząc się zmuszoną do przewodniczenia. Szła niesymetrycznie pośrodku pierwszego szeregu zakonnic, trochę z boku, z trudnością dźwigając książkę: psałterz czy missale Romanum. Zakonnice szły zwartą gromadą. Było ich osiemnaście. Szły
porządnie, nie oglądając się na boki, niektóre z przymkniętymi oczami, całe oddane pieśni, która płynęła z ich ust, niesforna, ale pobożna. W ostatnim szeregu szły tylko dwie zakonnice, siostra Małgorzata od Krzyża i mała nowicjuszka, bratanica matki Joanny, księżniczka Bielska, chorowite stworzenie o przestraszonych, wyblakłych oczach.
Na samym końcu, jak gdyby zamykając orszak, jak dwaj pasterze arkadyjscy zdążający za czarnorunym stadem, szli kalefaktor Odryn i pan Aniołek. Kalefaktor, wysoki, głuchawy, z ogromnym nosem, w dziennym świetle wyglądał na puchacza, który opuścił nocną kryjówkę i rozglądał się wokoło nic nie widzącymi oczami. Aniołek stawiał stopy jak natchniony. Empedokles musiał tak chodzić po
swoim obskurnym Agrygencie. Oczy miał wzniesione ku górze, jakby wśród niskich białoszarych chmur widział różowe wniebowstąpienie.
Cera mu się zarumieniła z wysiłku i źrenice straciły zimny i oschły wyraz, świadczący, że myślał tylko o sobie. Prześlicznym głosem śpiewał:
Duszo oziębła, czemu nie gorejesz?
Serce me, czemu wszystko nie stopniejesz?
Toczy twój Jezus z ognistej miłości
Krew w obfitości!

Nie zważając na to, że księża na przedzie zaintonowali zupełnie inną pieśń, którą podchwyciły zakonnice, szedł i śpiewał swoje improwizowane czy też zapamiętane z innych okoliczności pieśni, i pogrążony cały w wykonywaniu śpiewu, stawiał nieuważnie nogi w kałużach, rozpryskując naokoło błoto, aż Odryn cofał się i marszczył.
Pochód, zdawało się, szedł całkiem normalnie, zakonnice nie zdradzały żadnych objawów szaleństwa. Przeciwnie, można było pomyśleć, że to najpobożniejsze zgromadzenie sióstr, jakie można było spotkać; szły pogrążone w świętych myślach, ze słowami pieśni na ustach. Tylko mała Bielska, mając dosyć miejsca w ostatnim rzędzie, poczęła uskakiwać w bok cztery kroki, tanecznie, po czym dopędzała biegiem siostrę Małgorzatę i znowu skakała w bok, jak w gonionym, i znowu biegła, przy czym jej oczy nie traciły wcale oznak przerażenia, a twarz wyrażała duży wysiłek fizyczny. W miarę jak orszak zbliżał się do fary, skoki małej nowicjuszki stawały się coraz gwałtowniejsze, tak że w końcu siostra Małgorzata wzięła ją za rękę i szarpnąwszy gwałtownie, doprowadziła do opamiętania. Mała wyglądała jak obudzona ze snu i oglądała się wpółnieprzytomnie na pana Aniołka, który, nie zwracając najmniejszej uwagi na jej taniec, śpiewał dalej:
Ogień miłości, gdy Go tak rozpala,
Szkaradne drzewo na ramiona zwala,
Zemdlony Jezus pod krzyżowym klęka
Ciężarem, stęka...

Cały jarmark przed farą oniemiał i obrócił się ku pochodowi zakonnic. One, nigdy nie opuszczające murów klasztoru, nagle wydobyte na świeże powietrze i ukazane mnóstwu ludzi, mrużyły oczy, opuszczały słowa pieśni, mąciły się. Niektóre miały uśmiech radości na ustach, spoglądając ku prostym kramom rozbitym jak namioty na rynku, inne zaciskały powieki nie chcąc widzieć świata,
inne jeszcze rozdymały nozdrza, wciągając w nie zapach jesieni, błota, kożuchów - i ów powiew pieściwy, jesienny, który leciał z daleka od poczynających się tuż za miasteczkiem gęstych, dębowych, zupełnie jeszcze zielonych lasów. Pieśń, którą śpiewały, opadła, ksiądz Laktancjusz sam jeden pozostał ze swoimi łacińskimi wyrazami, a w tyle pan Aniołek śpiewał słodkim głosem, lubując się jego modulacjami i kończąc strofy łagodnym mezza voce:
O słodkie drzewo, spuśćże nam już ciało,
Aby na tobie dłużej nie wisiało...

Tak doszli do furty. Tu wszystko umilkło, zakołysało się, i księża, i zakonnice stanęli parami (ojciec Suryn poczuł się samotny) i parami weszli do kruchty kościelnej. Suma się jeszcze nie skończyła. Orszak zatrzymał się. Pan Aniołek biegiem przeleciał na chór kościelny.
Ksiądz Brym błogosławił, potem odczytał ostatnią ewangelię.
Odszedł od ołtarza. Wówczas zabrzmiał na chórze wspaniały hymn "Veni Creator" i panny głupie poczęły iść środkiem nawy jak oblubienice.
Niestety, nie oblubienice Chrystusa. Ledwie rozległy się dźwięki hymnu wzywającego Świętego Ducha, wśród zakonnic zaczęło się coś psuć. Jakby ten wiatr, pełen zapachu zwiędłych liści, coś z tej zgnilizny wsączył w duszę pobożnych kobiet. W ich wzroku, ruchach, zachowaniu poczęły się przejawiać rzeczy niezwykłe. Niektóre się śmiały, inne szamotały się ze swoimi sukniami, inne jeszcze - jak przedtem mała Bielska - tanecznym krokiem robiły figury jak we francuskich tańcach. W miarę jak się zbliżały do głównego ołtarza, ruchy te nabierały gwałtowności. Twarze zmieniały się wyraźnie, a ręce wyciągnięte w górę powiewały długimi rękawami. Jedna kręciła się jak derwisz. Tylko sama matka Joanna od Aniołów na przedzie, a siostra Małgorzata z tyłu, zachowywały się normalnie.
Czterej księża, ojcowie Laktancjusz, Ignacy, Salomon i ksiądz Imber, stanęli na stopniach ołtarza, ku któremu zbliżał się orszak, jak gdyby chcieli go powitać; ksiądz Brym i ksiądz Suryn trzymali się zrazu na boku. Ksiądz Suryn chciał obejrzeć egzorcyzmy, zanim sam do nich przystąpi. Orszak zatrzymał się przed ołtarzem. Siostra Małgorzata od razu usunęła się na stronę i poczęła się głęboko modlić kiwając głową i żegnając się co chwila. W stallach orszak królewicza Jakuba wytrzeszczał oczy z pewnego rodzaju przerażeniem, widać było, że dreszcz przechodzi panów z Warszawy. Zresztą, nie było ich wielu i ginęli prawie w czarnych, olbrzymich ławach i oparciach rzeźbionych z wiślanego dębu. Jakimś cudem i pan Wołodkowicz dostał się do tych stall i siedział trochę w tyle i na uboczu, ale właśnie z tej strony, gdzie klęczała siostra Małgorzata. Modlił się także bardzo pobożnie.
Pan Aniołek na chórze wyhuczał się porządnie. Śpiewanie hymnu trwało długo i było tak osobliwe, że nawet królewicz rzucił obojętne spojrzenie ku wysokim organom fary, po czym znowu zażył tabaki.
Jego żółta twarz wyrażała znudzenie.
Gdy umilkły organy, księża poczęli na głos odmawiać jakieś łacińskie modlitwy, siostry zaniepokoiły się, ale stały na miejscu. Ta jedna tylko kręciła się bez ustanku. Mały chłopak podał ojcu Laktancjuszowi wodę święconą w misie i kropidło. Ksiądz Laktancjusz oznaczył znakiem krzyża świętego zakonnice i pokropił je obficie wodą. Wówczas stała się rzecz niespodziewana. Siostry wrzasnęły wszystkie razem przeraźliwym głosem, aż się wszyscy wstrząsnęli, i rozbiegły po prezbiterium. Zrobił się tumult i zamieszanie, nogi zakonnic tupotały, same one wykrzykiwały jak spłoszone wiewiórki i powdrapywały się na ławy, na siedzenia, poukrywały się w festonach zasłon. Niektóre wlazły wysoko na rzeźbione stalle i usiadły na dębowych ornamentach jak na krzesłach, fajtając nogami, inne pochowały się za panów z orszaku królewicza, którzy się bardzo przestraszyli; jedna usiadła na oparciu ponad Wołodkowiczem, a mała Bielska schowała się za zasłonę tronu królewicza i stamtąd wyzierała od czasu do czasu, strojąc okropne i pocieszne miny. Jedna matka Joanna od Aniołów stała nieruchomo pośrodku posadzki przed ołtarzem i odważnie i wyzywająco patrzyła w oczy ojcu Laktancjuszowi.
Ojciec Laktancjusz przeczekał chwilę, aż się wszystko uspokoiło, aż zakonnice zastygły w małpich pozach, aż królewicz Jakub strzepnął sobie tabakę z żabotu, i fala, która przeszła tłumem zebranych w kościele, rozbiła się i zacichła u kruchty.
- Szatanie! - wrzasnął wreszcie głosem tak potężnym, aż szyby zadzwoniły w oknach, a echo odpowiedziało w dudach organowych.
Nastała śmiertelna cisza.
- Szatanie, nakazuję ci - wołał ksiądz Laktancjusz - wynijdź z ciała przewielebnej matki od Aniołów, wynijdź, wynijdź!
Matka Joanna pobladła i stała się nagle jak gdyby wyższa od samej siebie, dostrzegało się, jak sztywniała cała. Jednym gestem wyrzuciła sztywne ramiona w górę i rosła, rosła jak gdyby. Nagle od razu wygięła się w tył jak skoczka jarmarczna, zasłony opadły jej z głowy, odsłaniając cienkie, wątłe, przystrzyżone włosy. Powoli przeginała się coraz bardziej aż sięgnęła głową stóp. Wszyscy przypatrywali się tej pozie ze strachem i podziwem.
Wtem niski, beczący głos wydarł się z ust matki Joanny:
- Nie wynijdę - róbcie, co chcecie - nie wynijdę!
- Czy będziesz odpowiadał na nasze pytania? - zawołał ojciec Laktancjusz.
Matka Joanna wyprostowała się gwałtownie, aż kości jej trzasnęły, i jednym ruchem padła na twarz, rozkrzyżowując ramiona, jakby z drewna były uczynione. Bliżej stojący ujrzeli, jak z ust jej wyszedł ogromny, siny język i jak poczęła nim lizać marmurowe stopnie ołtarza. Strach szeroko otworzył oczy panów dworskich. Jeden królewicz zachowywał się ciągle obojętnie. Przywołał pazia i kazał sobie nogi przykryć purpurową, puchową pierzynką. Zawsze marzł w nogi w kościele. Inne siostry poczęły powoli opuszczać swoje pozycje po ścianach prezbiterium kościoła i krok za krokiem zbliżać się do matki opętanej. Z ust Joanny wychodziły jakieś dziwne dźwięki, podobne do mlaskania i mruczenia niedźwiedzi. Księża żegnali się i modlili.
Ksiądz Laktancjusz ciągnął:
- Odpowiadaj! Balaamie, Isaakaronie, Asmodeuszu, Grezylu, Amanie, Begerycie! Któryś jest?
- To ja jestem, Zapaliczka - zawołała nagle cienkim głosem matka Joanna prostując się i powstając ze swej pozycji bez zginania kolan. - Do twoich usług - dodała z szelmowskim uśmiechem.
Ksiądz egzorcysta nie stracił jednak powagi. Przeżegnał w powietrzu głowę Joanny i powiedział:
- Odpowiedz, Zapaliczko, czy opuścisz ciało tej kobiety na moje wezwanie?
- Opuszczę natychmiast - odpowiedział Zapaliczka ustami matki Joanny ale co zrobisz z moimi braćmi? Balaamem, Isaakaronem, Asmodeuszem, Grezylem, Amanem, Begerytem? Ballam siedzi w głowie, Isaakaron w ramionach, Aman w piersiach, Grezyl w brzuchu, Begeryt w nogach, a Asmodeusz w...
Jęk wstrząsnął kościołem na te okropne słowa wypowiedziane przez Zapaliczkę wesolutkim głosem. Księża się przeżegnali i odmówili króciutką modlitwę zadośćuczynienia za bluźnierstwa. Matka Joanna śmiała się tymczasem cichutkim, drobnym śmiechem. Inne szalone zbliżały się do niej i otoczyły ją półkolem, trzymając się za ręce.
Ksiądz Laktancjusz skinął na ojca Salomona. Ten poprawił na sobie kapy, umocnił się na krótkich nogach i nagle pisnął rozpaczliwie jak schrypnięty sierżant:
- Szatanie, rozkazuję ci, wyjdź!
Matka Joanna przewróciła się w tył, jakby szarpnięte niewidzialną ręką, i sztywno oparła się na ramionach podtrzymujących ją sióstr.
Przez chwilę dyszała ciężko, po czym wydała długi, potężny, przerywany jęk. Potem stanęła, wytarła sobie chusteczką usta i skroplone rosą potu czoło i poprawiła nakrycie głowy. Twarz jej przybrała wyraz normalny. Powiedziała zwykłym swoim głosem:
- Zapaliczka wyszedł!
Po czym zaczęła się lekko wachlować chusteczką. Wśród zebranych rozległy się głosy podziwu, rozczarowania; wymieniano zdania po długim milczeniu, królewicz Jakub znowu zażył tabaki.
Księża zwrócili się do ołtarza i zmówili modlitwę dziękczynną.
Matka Joanna, podtrzymywana przez siostry, także uklękła. Ksiądz Suryn patrzył na nią uważnie, zdawała się być bardzo zmęczona.
Przymknęła powieki, dyszała ciężko i była bliska omdlenia. Nagle szeroko otworzyła oczy, jak gdyby ponad sobą, nad ołtarzem ujrzała jakieś zjawisko. Siostry, trzymające ją pod ręce, poczęły szeptać:
- Ma widzenie, widzenie.
Księża odwrócili się od ołtarza. Matka Joanna krzyknęła nagle i zakryła twarz rękami. Tym razem ksiądz Imber uczynił krok w jej kierunku i znowu uczyniwszy znak krzyża, powiedział:
- Matko Joanno, co widziałaś?
Głos księdza był łagodny, aksamitny, słodki. Nie brzmiał tak głośno jak słowa ojca Laktancjusza, ale jednak jego brzmienie wkradło się w każdy załom kościelnej architektury i rozlewało się wszędzie niby łagodna oliwa.
Matka Joanna zerwała się na równe nogi, odsłaniając twarz. Ojciec Suryn zauważył, że wyraz jej twarzy był równie chytry i zuchwały jak wówczas w refektarzu. Przez zęby wysyczała te same wyrazy:
- Nie jestem matką Joanną, nie jestem matką Joanną. Jestem szatanem, nazywam się Grezyl!
Ojciec Imber westchnął usłyszawszy te słowa i powiedział swoim spokojnym, słodkim głosem:
- Grezylu! Szatanie! Wszak wiesz dobrze, że nic na świecie nie dzieje się bez woli boskiej! Bez woli boskiej włos z głowy nie spadnie tej tu obecnej matce Joannie od Aniołów, przełożonej tutejszego klasztoru. Wola boża uczestniczy w tym także, żeś wszedł w ciało tej świątobliwej kobiety. Niezbadane są wyroki boskie, ale muszą się im poddawać każde ciało i każdy duch. I ty winieneś być posłuszny Bogu i tym, którzy w imieniu Boga tobie rozkazują. Będziesz posłuszny?
- Tak - zdławionym głosem matki Joanny wyrzekł szatan.
- Odpowiesz zatem na moje pytanie?
- Tak - powtórzył Grezyl.
- Niezbadane są wyroki boskie - monotonnie mówił ksiądz Imber i wyciągając szyję z wielką, choć łagodną ciekawością, bokiem spoglądał na matkę Joannę. - I szatan może działać ku zbudowaniu dusz wiernych. Pokaż nam więc, zły duchu, w jaki sposób Serafiny oddają najwyższą cześć Panu Zastępów?
- Nie, nie - zawołała nie swoim głosem matka Joanna i cofnęła się o parę kroków, poczęła się chować za otaczające ją siostry, ukrywać za ich szerokimi spódnicami, przysiadać i rzucać na egzorcystę ukośne, prawdziwie szalone spojrzenia znieruchomiałych źrenic.
Jednakże oczy jej nie były rozszerzone przerażeniem, odbijało się w nich jakieś podniecenie, ożywienie, nawet natchnienie:
- Diabelski odblask - szepnął do siebie ksiądz Suryn.
Ale ksiądz Imber, wysoko podnosząc brwi nad swoimi wspaniałymi, aksamitnymi oczami, władczo kiwnął dłonią na matkę Joannę, siostrzyczki rozstąpiły się zostawiając szerokie miejsce dla przełożonej, która w ten sposób znalazła się oko w oko z egzorcystą.
- Jak Serafiny czczą Pana Zastępów ? - powtórzył swoje pytanie ksiądz.
Matka Joanna zawahała się, uważnie popatrzyła na pytającego, który skinął potakująco głową - i nagle padła jak długa, wyciągając ręce przed siebie i przebierając długimi palcami. Płaszcz czarny okrył ją jak skrzydła i cala jej postawa wyrażała hołd i uwielbienie. Tłum jęknął z zachwytu.
Ksiądz Imber z tryumfem spojrzał na stojących obok niego księży i kiedy matka Joanna podniosła się po chwili, zaczął znowu swoim miodowym głosem:
- Grezylu, a pokaż nam teraz, jak Trony składają hołd Najwyższemu?
- Adonai - szepnął ksiądz Suryn.
Matka Joanna pobladła i oczy jej zabłysły jeszcze bardziej. Z dumą uniosła głowę ku górze, była teraz piękna.
- Dobrze? - z łagodną prośbą zagadnął ksiądz Imber.
Matka Joanna uniosła w górę ręce i wstrząsnęła głową. Jej płaszcz, przywiązany u szyi, spłynął z niej ku dołowi, oddzielając się jak gdyby od jej postaci. Uczyniła trzy kroki naprzód ze wzniesionymi rękami i schylając się opuściła w dół ramiona, trzepocząc dłońmi jak zraniony ptak. Potem cofnęła się w lewo i znowu uczyniła taki sam ukłon, opuszczając ramiona i poruszając dłońmi i palcami, po czym cofnęła się. Teraz była naprzeciw królewicza Jakuba i pochyliła się przed nim w tym samym geście, potem odchyliła się w tył i znowu naprzód, ramionami i dłońmi czyniąc faliste ruchy niby-ptak, niby-motyl. W
tanecznych tych ruchach było tyle wewnętrznego, gorącego życia, że dreszcz przebiegł przez zebranych. Królewiczowi Jakubowi oczy zaokrągliły się i rozszerzyły, lekko otworzył usta i z podziwem patrzył, jak matka Joanna łączy dłonie to ponad głową wysoko, to w tył wygięta, gdzieś poza sobą daleko, w dziwnym i pięknym ruchu. W tych ukłonach zakonnicy znikała gdzieś jej ułomność, zacierała się nierówność barków, a nadmierna długość rąk nadawała jej pozór
nieziemski. Obraz miał niezwykłe piękno w sobie, ksiądz Suryn wzruszony przełknął ślinę. Matka Joanna zatrzymała się wreszcie i padła na kolana.
Lekki mrok padał teraz na kościół. Chmury zgęściły się, a i dnia jesiennego zostało już niewiele. Słońce odeszło w inną stronę. W przyćmionym kościele rozległ się aksamitny głos egzorcysty.
- Grezylu - mówił ksiądz Imber - bądź posłuszny. W imieniu Boga wzywam cię, abyś oddał cześć w tym dniu Podwyższenia krzyżowi, znakowi naszego zbawienia.
Matka Joanna rozkrzyżowała ramiona.
- Nie każ, ojcze, nie każ - powiedziała nagle swoim własnym głosem - on mię strasznie męczyć będzie!
- Oddaj cześć krucyfiksowi świętemu - twardo, acz łagodnie powiedział ksiądz Imber.
- Nie! Nie! - gwałtownie krzyknęła matka Joanna szatańskim głosem. - Nie!! Nie złożę hołdu! Nie opuszczę tego ciała, tu jestem i tu pozostanę. Żadne słowa ziemskie ani niebieskie stąd mnie nie wygonią. Nie! nie! Jestem i będę.
Tu matka Joanna wyprostowana uklękła na najwyższym stopniu ołtarza i dumnie wznosząc głowę rozglądała się na boki po wszystkich obecnych, jak gdyby naprawdę powtarzała: patrzcie, tu jestem i stąd się nie ruszę!
Wszyscy czterej księża zbliżyli się ku niej, każdy z krzyżem srebrnym w ręku, i pokazując jej symbol najwyższej ofiary, zawołali:
- Ukorz się!
Ale szatan nie chciał się ukorzyć, nagle począł rzucać ciałem matki Joanny tak okropnie, że stoczyła się ze schodów i padłszy na kamień posadzki, uderzała to głową, to nogami w podłogę tam mocno, iż głuche ciosy rozbrzmiewały po kościele, gdzie wszyscy zamarli w przerażeniu.
Ksiądz Ignacy skinął w stronę zakrystii: Odryn i pan Aniołek przynieśli prostą ławę dębową, zaopatrzoną w długie rzemienie.
Natychmiast podnieśli z ziemi drgające ciało, ułożyli je na ławie i szybko i mocno ściągnęli rzemykami. Stanęli opodal. Szatan przestał rzucać ciałem matki Joanny.
Wszyscy czterej księża zbliżyli się do ławy. Ksiądz Brym i ksiądz Suryn zrobili także krok naprzód.
- Ukorz się! - zawołali egzorcyści - ukorz się!
I zbliżyli cztery srebrne krzyże ku twarzy matki Joanny.
Matka Joanna krzyczała okropnie wysokim, przeraźliwym głosem.
Nagle zamilkła. Księża zatrzymali się nasłuchując, czekali, jakie słowa wyjdą z ust opętanej.
Po chwili wrzasnęła:
- Niechaj będzie przeklęty Bóg Ojciec i Syn, i Duch, i Matka Najświętsza, i cale królestwo niebieskie.
Lud w kościele zamruczał jak wzburzone morze. Księża wyciągnęli ręce, uspokajając go. Królewicz Jakub ziewnął nieco i kiwnął na Chrząszczewskiego, ten jednak nic nie widział, wpatrzony w matkę Joannę. Ona skurczyła się, skupiła jak gdyby w sobie i skręciwszy się jak żmija, wywinęła się spod związujących ją rzemieni. Spadła na podłogę. Siostry znowu rozbiegły się na wszystkie strony, krzycząc lub wołając: - Hosanna!
Matka Joanna zerwała się z ziemi, ale ksiądz Imber i ksiądz Ignacy schwycili ją pod ramiona i z wolna podprowadzili do ołtarza przed dwóch innych księży, którzy tam stali wciąż, teraz już mając po dwa srebrne krzyże w rękach. Ojciec Salomon tak się zapalił, że drżał cały i poczerwieniał na twarzy.
- Ukorz się, ukorz! - powtarzali egzorcyści.
Matka Joanna wiła się w ręku prowadzących ją i wyrzucała z siebie przekleństwa, pokazując księżom wielki, opuchnięty, zupełnie czarny język.
- Przeklęci, przeklęci - ryczała niskim głosem, pot spływał jej po twarzy i po czole, zalewając oczy.
Nagle wyrwała się z rąk prowadzących i padła na kolana na schodach ołtarza - lud znowu zakołysal się w nawie kościoła, królewicz znowu kiwnął na swych dworzan.
Egzorcyści, z krzyżami w ręku, kazali szatanowi odpowiadać.
Wówczas wyraz twarzy matki Joanny zmienił się i stał się straszny.
Głowa odchyliła się zupełnie w tył i dał się słyszeć mocny głos, wydobywający się jak gdyby z samej głębi piersi opętanej - imo a pectore:
- O Krzyżu święty! O Pani Najświętsza! Wybaczcie mi wszystkie moje bluźnierstwa.
Okrzyk radości wybuchł na chwilę w kościele i zaraz opadł. Matka Joanna od Aniołów pobladła, zerwała się na nogi, zatoczyła się i padła głęboko zemdlona pod stopy egzorcystów.


dalej
Dodaj do swoich materiałów