Baza wiedzy

Brzezina VII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


VII



      Dnie dżdżyste, później rozpogodzone, były tymi dniami, kiedy Bolesław kręcił się po lesie (nie przerywając zajęć) i po leśniczówce jak zwierz po klatce; nie było mu specjalnie smutno, tylko ciężko.
Fizycznie, jak kamień na plecach, odczuwał swoje wstawanie, chodzenie, jedzenie. Wszystkie te czynności i funkcje nie miały żadnego zabarwienia tym trudniejsze się wydawały. Pustka, którą odczuwał, pogłębiła się tak, że nawet nie chodził na grób żony.
      Podczas kilku ostatnich wieczorów, kiedy tam był jak zwykle, w myśli jego wmieszały się takie pierwiastki, że wolał na razie - po raz pierwszy od tej śmierci - przerwać swoje odwiedziny mogiły. Drętwiał na myśl, że może przybyć jeszcze jedna. Chwilami wydawało mu się, że życie, które wiodą, jest tylko imaginacją, czymś wyobrażonym sobie i odwołalnym. Myślał, że Staś mu mówił o swojej chorobie na próżno, żartując czy strasząc. Ze mu nic nie grozi.
      Ale dnie, kiedy padał deszcz i odrętwiały brat leżał u siebie na werandzie i nie mówił ani słowa, napełniały go strachem, że to już. Tak że tego wieczora, kiedy się wypogodziło i Staś w dobrym humorze poszedł z Olą na spacer, ucieszył się bardzo, uśmiechnął się nawet na swoje strachy. Poszedł pomału za nimi zdziwiony trochę kierunkiem, który obrał Staś, śledził, dokąd doszli, zatrzymał się razem z nimi, patrząc na oświetlone okienka mieszkania nad stajnią, został sam w cieniu mokrej nocy, gdy weszli do środka.
Muzyka harmonii męczyła go, stał i patrzał w oświetlone okno. Widział, jak światło lampy uciekło w głąb izby, po ścianach i po szybach zaczęły latać odblaski płomieni. Muzyka Michała uderzyła na niego dzika i jeszcze bardziej przejmująca niż poprzednio.
      Teraz nie ulegało wątpliwości, iż Staś ,,zakochał się" w siostrze strzelca.
Tego tylko brakowało. I co on zobaczył w tej prostej dziewczynie? Taka sama dziewka, jakich po lasach tutejszych jest tysiącami, ale nie, musiał. Mało mu było tych wszystkich europejskich panienek, których fotografie rozstawił w swoim pokoju, na prostym drewnianym stole. Malina jest, właściwie mówiąc, brzydka, ma tylko ładne oczy i śliczną oprawę, brwi równe, powieki, rzęsy.
Przymknął oczy, choć prawie zupełnie było ciemno, i starał się znowu wyobrazić sobie twarz dziewczyny. Ale z dachu kapały głośno krople, w rynnie stukało resztkami i dźwięki te bliskie przeszkadzały skupieniu jego myśli. Widział jakieś inne oczy, inne twarze, inne powieki. Zdawało mu się, że krótko tak stał, że nie zdołał jeszcze pomyśleć wszystkiego, że muzyka Michała, przytłumiona tutaj, a jednak wyraźna, nie wszystko mu jeszcze powiedziała.Las sosnowy dochodził prawie do samego budynku, cztery niestare sosny stały naprzeciwko kwadratowego okna izdebki, miał przez chwilę ochotę wdrapać się na jedną z nich, aby zobaczyć, co się tam dzieje. Ale najniższe gałęzie zaczynały się dosyć wysoko, a potem zawstydził się swojej myśli.-Do czego to dochodzi-powiedział prawie głośno i ostatecznie cofnął się pod samą ścianę, aby słyszeć wyraźniej.
      Muzyka się urwała, zabrzmiały kroki Stanisława i Oli, a potem zduszony szept dziewczynki: -Ja tak kocham Michała... i mama... I mama..
Nie wiedział, czy Ola nie dokończyła zdania, czy też rozwiało się ono w powiewie nocy. Tamci odeszli cicho z początku, potem coraz głośniej szeleszcząc w krzakach, a on zatrzymał się przygwożdżony, nie rozumiejąc ani słów, które dopiero co usłyszał, ani swoich uczuć.
Poszedł równym i spokojnym krokiem bardzo daleko w las i późno powrócił do domu. Potem znowuż chodził po pokoju i zatrzymywał się co chwila przed łóżkiem głęboko uśpionej dziewczynki. Nawet nie myślał, aby w słowach Oli znajdował się jakiś tajemniczy sens; nie mogła znać tak mała dziewczynka jakiejś okropnej, ordynarnej tajemnicy; przecież to już półtora roku, jak Basia umarła.
Michał wcale wtedy tu nie bywał, nie chodził jeszcze do Maliny; ani o tym nie myślał. Tylko chciał wiedzieć, co mała mówiła - a nie mógł jej wprost o to zapytać. Sens musiał pozostać utajony, tajemnica rośnej nocy nie poruszona nigdy.
      Cisza nad wszystkim, jak cisza w brzezinie, nad grobem. Najbardziej go jednak irytowało to, że przerażenie wobec podsłuchanych słów prawie równoważyło się z wściekłością z powodu tego, iż Staś chodził do mieszkania Malwiny. Wprawdzie był tam krótko i zależało mu tylko na posłuchaniu muzyki, w mieszkaniu znajdowało się parę osób, a Stasiowi towarzyszyła Ola, jednak to było nieprzyzwoite. Chciał zaraz nazajutrz pomówić ze Stasiem i zwrócić mu uwagę na to niestosowne postępowanie.
Ale kiedy wstał, musiał zaraz jechać do odległego rewiru, gdzie od samego rana przystępowano do znaczenia drzew na przerąb, a on musiał tego pilnować.
      Pogoda była nie ustalona i pełno chmur na niebie, chłodnawo. Siedział w lesie do wieczora, pilnując roboty, znacząc drzewa cyframi i starając się nie myśleć o wczorajszym wieczorze. I rzeczywiście, wydał mu się sennym przywidzeniem. I owszem, myślał dużo o Basi i bardzo tęsknił do niej. Pamięta, jak kupowała jagody od baby, jak zsypywała z dzbana górę poziomek na półmisek, pamięta, jak z Olą szła przez las w białej sukni, pamięta, jak odbierała zająca z rąk Michała, który go jej przyniósł w prezencie.
Tak, więc Michał i wtedy już przychodził, ale to przecie był strzelec, chłop, ktoś, na kogo się zupełnie nie zwraca uwagi, tak jak on sam na przykład wcale nie zwraca uwagi na narzeczoną Michała. Nie był histerykiem i zbyt wielki szacunek miał dla Basi, aby móc pomyśleć o niej coś złego, ale samo połączenie myśli o umarłej z myślą o cielesnym podobaniu się, w ogóle o ciele, sprawiało mu dojmującą przykrość.
Po raz pierwszy przyszło mu do głowy, że Basi mógł się ktoś poza nim podobać. Że na przykład doskonała budowa Michała mogła uczynić na niej pewne wrażenie, mogła wywołać myśli, o jakie nigdy nie posądzał żony podczas ich krótkiego małżeństwa. Ze miała sfery życia zmysłowego, które nigdy do niego nie należały. Nie pojechał do domu na obiad i przerwę obiadową spędził na brzegu polany, patrząc, jak wiatr rozpędza chmury. Robiło się coraz cieplej i coraz pogodniej i ziemia schła w oczach.
      Leżał w rowie, mrużył powieki i odczuwał rozleniwienie, które nie miało do niego dostępu podczas epoki tępego zajęcia się bieżącymi sprawami. Rozleniwienie to było mu tak dalece obce, że odczuwał je jakby jakiś żywioł odmienny od jego istoty, wlewający mu się do żył. Zastrzyk dziwnego mleka, który odmieniał same składniki jego bytu. Południe już było gorące, świerszcze ćwierkały i pachniały czerwcowe smółki. Kwitły w rowie różowo. Grzebał palcami bezwiednie w trawie i w kwiatach, czul, jak miał wilgotnawej ziemi zachodzi mu za paznokcie, i przyszedł mu do głowy werset:
proch jesteś i w proch się obrócisz. Basia obróciła się już w proch. Ciężko mu było myśleć o tym wszystkim, nieszczęście było silniejsze od niego. A przy tym jak nieszczęście odczuwał swoje siły, swoje zdrowie, tęgość swoich ramion, krok swój, który był bardzo pewny siebie i sprężysty nawet wtedy, kiedy łaził z kąta w kąt, nie wiedząc, co robić z sobą, ze swoim życiem i swoją biedą. W końcu, leżąc tak w cieple i zapachu, zasnął niezdrowym snem, jakim śpią na ziemi i w trawie ludzie, całe życie sypiający w łóżku. Gdy zbudził się, robotnicy przystąpili do pracy bez niego. Posuwali się szeregiem wzdłuż młodego lasu, oskrobując korę niektórych drzew, młodszy leśniczy z sąsiedniego rewiru szedł i znaczył cyfry czerwonym ołówkiem i pędzlem umoczonym w smole. Ptaki śpiewały jak szalone. Liście były pełne i zielone.
      Poczucie uspokojenia się w przyrodzie było dla niego pewnego rodzaju ulgą. Przez chwilę jeszcze siedział w rowie i nie zastanawiał się nad tym, czy robota idzie, jak należy. Nie myślał nawet o swoich niepokojach. Tylko jedno mu przyszło do głowy, że gdyby był żonaty, toby nie przespał tak w rowie godzin obiadowych. I że lepiej jest, bo mógł tu pozostać i dopilnować wszystkiego, jak należy.
Mimo że dnie były długie, już się prawie ściemniało, kiedy wrócił do domu. Odprawił robotników, potem jeszcze gadał z młodszym leśniczym, bardzo miłym człowiekiem, potem przyszedł strzelec i opowiadał o szkodach, jakie wyrządzili niedawno ludzie z sąsiedniej wsi, odległej o dwadzieścia pięć kilometrów: jak podpiłowali wspaniały stary modrzew i już nie zdążyli go wywrócić - drzewo stało jeden dzień, strzelec je widział, ale nim przyszedł nazajutrz z ludźmi, wiatr je obalił, niszcząc mnóstwo młodzieży.
Młodszy leśniczy, Krępski, zirytował się. Bolesław odwiózł go do jego leśniczówki, bo to było dość daleko, a jemu się nie śpieszyło.
      Gdy wrócił, zastał tylko Katarzynę.Powiedziała mu, że Staś poszedł na spacer, a Ola gdzieś pobiegła. W milczeniu zjadł przygrzany obiad i wyszedł na ganek. Jak dawniej irytowało go granie Stasia na fortepianie, tak teraz wściekało go milczenie. Chciałby czuć, jak głupie, schrypnięte melodie szarpią mu nerwy na kawałki. Przypomniała mu się harmonia Michała i poszedł na podwórze. Janek dawał koniom obrok, na górze paliło się światło. Zawahał się przez chwilę, potem poszedł po schodach i nie pukając, otworzył drzwi. Stanął w progu nie zauważony. Jego córka siedziała w cieniu na łóżku, oparta o wysokie poduszki Malwiny. Obok łóżka siedział Michał i opowiadał jej skomplikowaną bajkę o głupich ludziach. Oprócz nich nie było w izbie nikogo. Ola zobaczyła ojca, skoczyła na równe nogi i przybiegła do niego.
- Tatusiu, tatusiu, jakie bajki opowiada mi Michał.
Bolesław pocałował córkę. Michał stal wyprostowany. Bolesław po raz pierwszy spojrzał na niego uważnie. Był to chłop dużego wzrostu, wspaniale zbudowany, rysy miał wulgarne, choć przyjemne. Miał bardzo białe włosy i jasne wąsiki, oczy małe, bardzo niebieskie. Bolesław uśmiechnął się do niego. Michał spoglądał na niego bardzo uprzejmie. Widać było, że jest to dobry człowiek.
- Nie przeszkadzajcie sobie - powiedział Bolesław dziwnie miękko-niech ci Michał dokończy bajki, a potem jazda do domu. Czas spać!
      Zawrócił i poszedł. Zszedł ze schodów ciężko i powlókł się jeszcze trochę w bok, chciał odejść w las, aby go nie widzieli, aby samemu nic nie widzieć. On nie umiał opowiadać bajek, nie umiał nawet porozmawiać z Olą, nie wiedział nigdy, co jej ma powiedzieć. A przecie to wszystko, co mu na tym świecie pozostało. Staś ma rację, mała jest bardzo zaniedbana. Ale cóż on na to poradzi? Jest taki zapracowany.
Dziś był dzień nowych elementów: spostrzegł w otoczeniu tak znanym w charakterze swoim tak pospolitym nowe rzeczy. Nie było mu to przykre, budziło się jak gdyby inne w nim życie, interesowało go to. Południowe rozleniwienie zabarwiło mu już całe popołudnie, cały wieczór na sposób nie znany. Czuł się, jak gdyby zwalczał niebezpieczny narkotyk. Po raz pierwszy widział dzisiaj Michała i zobaczył, że jest to chłopiec ładny i miły, który się może podobać.
      Po raz pierwszy poczuł w sercu ukłucie z powodu opuszczenia Oli, samotnej dziewczynki, chodzącej po bajki do izdebki stróża. Gdy wyszedł za stajnię, za sosny, jak gdyby po raz pierwszy także zobaczył brzezinę, gdzie leżała żona. W tle późnego wieczora tkwiły te pnie białe, oświetlone resztkami światła, jak perły wprawione w aksamit. Pnie te, białe, gładkie, toczone, przypominały mu tutaj ramiona kobiece, mnóstwo splątanych ramion, wznoszących się w górę gestami błagania, uniesienia, czasem odgiętych ku dołowi ruchem poddania i rezygnacji. Bukiety ramion w górze łączyły się dłońmi, plątały palcami, niektóre zaś stały pojedyncze i beznadziejne. Wilgotne, parne powietrze napełniało zgęszczeniem interwały pomiędzy brzozami i wszystko razem czyniło wrażenie jakiejś zmysłowej świątyni. Ramiona te tworzyły kolumnę połysków.
Nigdy mu się ten las nie wydawał taki, ten las trwożnych szeptów, zimnych powiewów, nocy zimowych, kiedy gwiazdy takie ogromne, dni jesiennych, kiedy płatki jak złoty deszcz spadały na mogiłę, kiedy wisiały w górze niby żółte, potargane strumienie. W ten wieczór czerwcowy nie było w brzezinie ani śmierci, ani trwogi, ale życie, którym dyszał las, stało się potężne i niepokojące do tego stopnia, iż spokojny oddech Bolesława zamącił się niespodzianie.
      Powietrze uwięzło mu w gardle i serce się ścisnęło. Stał i patrzał, a lasem przechodzi raz w raz pieszczotliwy dreszcz, ramiona pochylały się i zmieniały układ, potem wracały, a ciemne coś, w co wpijały się te białe ręce, słodko szemrało za każdym razem. Jak jeden złoty punkt wbity w te cienie zalśniła nagle pierwsza nuta spóźnionego słowika. Zachłysnęła ona stojącego wciąż nieruchomo, niby grudką lodu. Grudka ta topniała w gardle, robiła się słodka i słona, przepełniła czymś ciepłym oczy.

dalej
Dodaj do swoich materiałów