Brzezinka VI

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


VI



      Trzy następne dni, przez które deszcz lał bez najmniejszego przestanku, były najszczęśliwszymi dniami w życiu Stasia. Harmonia świata, która mu się odkryła tego wieczora-przyprawiała go o uczucie niezwykłej pełni, ponad którą unosił się szept ciepłego i nieustannego deszczu. Wszystko było piękne i jak gdyby skomponowane w obraz czy w utwór muzyczny.
Lipa, opierająca się mokrymi liśćmi o dach i prawie o okno jego pokoju, miała kształt doskonale zrobionej powieści, dzielącej się przemyślnie na konary i uwieńczonej zielenią. Gdy poczynał się budzić z rana, do uśpionej jeszcze świadomości przedzierały się dźwięki kropel, miarowo kapiących z dachu, i turkot wody, ściekającej rynną do podstawionej beczki.
Mieszając się ze snem, muzyka ta przypominała dźwięki orkiestry, jakie czasem przygrywają nam w nocy. Wyobrażał sobie, że jest w olbrzymiej sali, gdzie jest mnóstwo ludzi, i że wszyscy oni słuchają szemrania instrumentów. Potem powoli, nie otwierając powiek, spostrzegał zieloną jasność, idącą od okien, potem przenikał go dreszcz z głębokiej rozkoszy istnienia. I tak zaczynał się dzień, zmierzający do końca zupełnie bez zdarzeń, ale przepełniony wewnętrznym światłem. W blasku tego światła nawet ponury Bolesław wydawał się istotą pełną radości. Ku wieczorowi było najlepiej;
Staś czuł podniecenie gorączki, osłabienie mijało i tętno żywiej uderzało w skroniach.
Owijał nogi pledem i wyciągał się na werandzie, gdzie wiała wilgoć deszczu i gdzie tylko trzeba było rękę wyciągnąć, aby mieć pełną dłoń mokrych lipowych liści, szerokich i bardzo przyjemnych w dotknięciu. Odsuwały się wtedy wszystkie, jak to sobie nazywał Staś, ,,europejskie" obrazy i było tak, jak gdyby nigdy nie wyjeżdżał z Polski i od dzieciństwa siedział tutaj, patrząc na sosny, na lipy, na brzozy.
Wieczór po chmurnym niebie przechodził gwałtownie. Noc zagęszczała się razem z deszczem. Nic już nie widząc, tym bardziej mógł odczuwać szelesty. Drżały one różnorodnymi tembrami wciąż wokoło niego, przysuwając się bliżej, aż brały całkowicie go w swoje posiadanie: zasypiał. Do kolacji przychodził zziębnięty i wypijał kieliszek wódki.
Bolesław siedział przy lampie naftowej sztywny, smutny, milczący i niedostępny. Nie zwracał uwagi na jego stan, Staś, który milczał dzień cały, rozpoczynał opowiadać o wszystkim: o Davos, o kawiarniach, o sanatoriach, o pannach, których tam było tak bardzo dużo, o muzyce, o szmerach orkiestr symfonicznych, które podobne były do szeptu deszczu tu na leśniczówce.
      W ciągu tych trzech dni Malinę widział tylko dwa razy: przychodziła do Katarzyny w jakichś sprawach
i przebiegała przed werandą, wysoko zadzierając spódnicę i pokazując bardzo białe gołe łydki. Krzykliwym głosem pozdrawiała Stasia i, nie oglądając się, ginęła za rogiem domu. Minuty te były czymś niby iskra elektryczna, która przebiegała po wychudzonym jego ciele. Nie oglądał się za nią ani nawet nie spojrzał dłużej, ale czul tę obecność chwilową wszystkimi nerwami. Drżał bardziej.
Ponad wszystkim jednak-ponad deszczem chłodu i szmerem kropel, górowało jedno uczucie, uczucie odnalezienia.
       Wszystkie podróże i wszystkie spotkania wydawały mu się tylko przygotowa niem do tych dżdżystych nocy, kiedy spał z uczuciem w sercu, że ma tam schowaną największą tajemnicę. Wszystko razem stanowiło radość tak wielką, aż nawet za ciężką do udźwignięcia - przeto trudno mu było podnieść się, wstać, chodzić z takim uczuciem w sercu.
      Stawał w oknach swojego pokoju i patrzył na pokrywę szarych nitek, za jaką skrył się świat, patrzał na monotonne szeregi sosen, jak gdyby po raz pierwszy ujrzał je przed sobą, i nagle przychodziła mu myśl o tej dziewczynie: - To jest więc życie - powtarzał sobie przez zęby.
      I zdanie to, które w gruncie rzeczy nie wyrażało żadnej myśli, w którym tylko wyładowywały się zebrane w sercu jego uczucia, stało się motywem przewodnim tych dni niezapomnianych. - To jest więc życie - mówił przy każdej sposobności.
Wydawało mu się, że w chwili, kiedy część życia pożegnał, kiedy odszedł od tego wszystkiego, co w jego wyobrażeniu było ,,wielkim życiem"...prawdziwym życiem", kiedy zatrzasnął drzwi, aby umrzećtutaj spokojnie, ono dopiero ukazało swoją prawdziwą twarz.
Nie zastanawiał się nawet, dlaczego uważał to życie za zdobyte czy odsłonięte w tym właśnie momencie,tylko cieszył się, że zanim odszedł stąd, zaznał tych wszystkich zgromadzonych w jedno uczuć.
      W południe deszcz stawał się gęstszy, cięższy, bardziej przenikliwy i nie można było nawet podejrzewać, że za tymi obłokami, które tak nisko opadły nad sosny, jest słońce letnie i niebo niebieskie. Ale Staś nie szukał oczami niebieskiego nieba. Mogło się ono już mu nie ukazać nigdy, deszcz cieszył go i radował chłód, który przenikał go, gdy tak stał przy oknie i patrzał na szare welony mgły, wieszające się na czarnych gałęziach, omytych z kurzu sosen. Więc jednak znalazłem - powtarzał sobie na zmianę.
      I nie trzeba mu było zadawać pytania, co znalazł. Była to jakaś treść ukryta i niewyrażalna, jakaś odwrotna strona, podszewka wszystkiego, co widział, drzew, domów, budynków, ludzi. Coś, co było tłem i istotą zarazem tego, a co napełniało go równą, niezmienną radością. Bał się, iż wszystko się zmieni przy pierwszym promieniu słońca, i z niepokojem śledził, czy się nie wyjaśnia. Ale deszcz równy, czasem tylko zmieniając swój rytm, uderzał o gonty dachu i strumyk, spływaj4cy z rynny do beczki, szemrał jednakowo głośno i gwałtownie. Chodził w tym szmerze jak w atmosferze szczęścia.
      Słuchał swojego oddechu, śledził życie swojego ciała, pulsowanie w skroniach, tętno w przegubach rąk i czesał co chwila włosy, spadające na oczy, patrzył na siebie w lustro, jakby szukając potwierdzenia swojego istnienia. Potem szedł do kuchni i stawał przy ogniu, i patrzył, jak się gotuje woda. Bąble wydobywające się na powierzchnię, para podnosząca pokrywę cieszyły go, jak gdyby był dzieckiem.
      Patrzył na płomienie, wydobywające się z suchych, krótkich drewienek, które Katarzyna podkładała pod płytę. Zapach kartofli rozparzanych dla wieprza cieszył jego nozdrza. Po tym cieple i trzaskaniu pokój jego, wilgotny, cichy, szary, szmerliwy był jeszcze milszym przytułkiem dla nieuspokojonego szczęścia.
Trzeciego dnia przed wieczorem ukazały się na zachodzie niebieskie i zielone płaty nieba i deszcz przestał padać. Staś zwrócił uwagę na małą Olę, która przez cały ten czas nie zmieniała trybu życia i wracała do domu wprost z deszczu ze zmokniętą głową i ze zlepionymi włosami. Ale mała straciła swoją ufność do stryja i bardzo chłodno przyjęła jego zainteresowanie małą lalką, zrobioną z galganków, i w ogóle stanem spraw w kąciku za łóżkiem, gdzie spędzała cały czas wolny od spacerów.
      Z jakiego powodu wynikała niechęć do Stasia, nie można było stwierdzić. Ale niechęć ta minęła prędko, zanim płaty nieba z zielonych i niebieskich stały się głęboko szafirowe, zanim szafir ów chłodem pokrył cały strop nieba, zanim nastał pogodny i zimny wieczór.
Staś, pokaszlując, wziął Olę za rękę i weszli w mokre liście i trawy. Ciemno było na razie zupełnie, dopiero gdy się oko porządnie oswoiło z zamknięciem nocy nad drzewami, dawała się spostrzegać biaława przestrzeń nieba. Staś wiedział jedno tylko, że nad stajnią jest okienko, które powinno być teraz oświetlone, okienko małe, prawie kwadratowe, z czterema dużymi szybami.
      Przez krzaki i liście, które strząsały krople na ich włosy, poszli tam; okno było oświetlone małą lampką; widać było nikłe i migotliwe cienie, jakie padały na ściany. Nie widać było nikogo, ale z izdebki dolatywały
dźwięki harmonijki, Ola ścisnęła mocniej Stasia za rękę:
- Wujaszku -powiedziała -słyszy wujaszek? Tam grają.
      Staś słyszał od dawna te dźwięki nosowe, te harmonie ciągle zawadzające o sekundy, wszystko to odciskało się w jego umarłym sercu jak pieczęcie w wosku. Dobrze słyszał melodię popularnej piosenki, którą kiedyś nucił w Szwajcarii, a która teraz dopiero, przerobiona na krajowy sposób, dobrnęła do tej zapadłej leśniczówki.
      Brzmiała ona tak zupełnie odmiennie, jak odmienne stało się jego życie pomiędzy brzozami i sosnami, życie teraz odnalezione. Życie odnalezione w chwili zgubienia. Toteż zatrzymał się jeszcze z małą Olą i, patrząc na oświetlone cztery kwadraciki na czarnym o tej porze murze, zasłuchał się w nosowe septymy i sekundy, wywoływane z mokrej, czarnej nicości przez Michała.
Odtąd już do końca-tak myślał - towarzyszyć mu będzie ta melodia, właśnie w ten sam sposób przerobiona, z slow-foxa zmieniona na krakowiaka jakiegoś czy szybkiego marsza, bardziej odpowiadającego polskiej naturze wykonawcy. Inna to melodia od tamtej, nuconej parę lat temu przez wszystkich uliczników w
Zurychu, gdzie mu robiono pierwszą operację.
      O ile są w Zurychu ulicznicy, pomyślał potem, i zaczął Oli opowiadać dość szybko i bezładnie o regatach na pięknym i zamieszkanym jeziorze.
Ale ani on nie zważał na swoje słowa, ani Ola ich nie słuchała. Pociągnęła wuja znowu za rękę:
- Chodźmy tam- powiedziała- posłuchajmy Michała.
Staś przez chwilę się zawahał, tak bardzo propozycja Oli była urzeczywistnieniem jego pragnień; ale bał się, że to będzie zanadto krępujące dla zebranych nad stajnią. Ostatecznie zdecydował się jednak i zaraz po wejściu do bielonej na niebiesko izby pożałował swojego kroku. Wszyscy się bardzo zmieszali, i stara matka, i Janek, i Michał. Butelka wódki stała na stole. Tylko Malina była nie zmieszana.
Otarła furtuchem stołek z kurzu i podsunęła go Stasiowi; ten nie spojrzał na nią ani razu, wziął Olę na kolana i rozpoczął uprzejmą rozmowę z Michałem o trudnościach grania na harmonii.
Janek siedział na przypiecku przed półokrągłą czeluścią ruskiego pieca, gdzie paliły się szczapy drzewne; na deskach, przykryte workowym płótnem, stały wyrobione bochny chleba, ogień trzaskał.
      Staś, nie patrząc na dziewczynę, widział każdy jej ruch, każde spojrzenie. Ona tylko istniała dla niego w tym towarzystwie: nalała mu kieliszek wódki, odniosła lampkę w głąb pokoju, bo musiała obejrzeć, czy chleb już dostatecznie wyrósł, i zostali na chwilę w milczeniu, w cieniu, po ścianie pełgały blaski ognia, czerwone i złote, i Michał nagle oparł się plecami o ścianę, zapatrzył się w ogień i zagrał tak przeciągle i tęsknie, aż Ola przycisnęła się mocniej do Stasia, nie odrywając oczu od prostackiej, ale wyrazistej twarzy grającego.
Słuchali muzyki w milczeniu.
      Stanisław czuł, jak mu wódka rozchodzi się ciepłem po żyłach, jak przestaje czuć wilgoć, pozostałą po spacerze na włosach, obuwiu i ubraniu. Pochylił głowę i słuchał potwornego, rzężącego grania, rzeczy naprawdę bardzo nieprzyjemnej i wywracającej na nice wszystkie jego nie domyślane uczucia, które dotychczas tak prędko przepędzał przez słabo oświetloną komorę świadomości. Wszystko, co przeżył dotychczas, zdawało mu się upadkiem, a miał już tak mało czasu do podniesienia.
       Zauważył, że ze spokojem mierzył ten czas, ani nie myślał o sobie i o swojej śmierci. To tylko świat miał umrzeć. Zauważył, że oczy Oli, rozszerzone bardzo, patrzyły na Michała z niemym podziwem. Serduszko dziewczynki bilo pod jego palcami, czuł je ręką i obawiał się, że jego bije tak samo. Odwrócił głowę i ujrzał, że Malina stoi w głębi izby, za cieniem pieca, w rogu, oparta o ścianę, i słucha grania Michała z głową odrzuconą w tył. Przepiękne powieki, doskonałe i skończone, opadały jej do połowy na oczy i na nich skupiał się blask nikłego światła; na powiekach i na włosach, na kosach, które kosmykami wymykały się spod chustki.
      Michał grał długo, aż wreszcie przestał, Staś podziękował mu, podał mu rękę i wyszedł, nie patrząc na nikogo. Ola chciała jeszcze zostać, więc się ociągała za ręką wuja. Ofuknął ją nagle i potem pożałował.
Stojąc już w nocy, w mokrym zapachu lasu, podniósł ją na ręce, leciutka była jak ptaszek, przycisnął do siebie i począł całować po czole i po włosach. Ola chudziutkie rączyny owinęła naokoło jego szyi
i przytuliła swój policzek do policzka stryja, mocno przyciskając go.
Staś poczuł, że mała płacze, łzy cichutko spływały jej z oczu.
- Co ci jest? - zapytał się. Zdławiony głos wpadł mu do ucha niby powiew tej ciemnej nocy:
- Ja tak kocham Michała... I mama... I mama...
      Staś poczuł, jak te słowa przeniknęły go zimnym dreszczem. Przycisnął jeszcze mocniej kruchą postać do siebie i dłonią zakrył jej usta. Bał się, że sam się rozpłacze, że pod ciężarem nie znanych i nie uświadomionych rzeczy umrze przed terminem. Ułożył Oleńkę w ramionach jak w kołysce i, wolnym krokiem idąc ku domowi, kołysał ją w tę i ową stronę. To nóżki, to główka dziewczynki potrącały o liście, o krzaki i krople ze szmerem spadały na poszycie.
Po chwili zaczął mówić wesołym i równym głosem:
- Głupstwa gadasz, Olu, głupstwa straszne... Za to ci urządzę
kąpiel z kropel deszczu, mocno cię wykąpię, mocno cię wykąpię - wyrzucę cię w powietrze...
A Ola już się śmiała: - Wujciu, wujciu, wujcio mi głowę o jaki pień rozbije.-Ale Staś powiedział poważnie: - Nie, ja jestem kot, widzę wszystko po ciemku. -1 w głośnym śmiechu stanęli przed werandą leśniczówki.
      Oddał Olę Katarzynie, ale Bolesława nie było w domu. Żal i strach u Stasia przeszły w dobry humor i na myśl o samotności brata ogarnęło go rozczulenie. Chciał go odnaleźć, chciał mu powiedzieć, że nie ma mu wcale za złe jego sceny, wszystkiego, co mu wtedy powiedział. Pomyślał, iż brat pewnie znowu poszedł w nocy i stoi pomiędzy białymi brzozami, nad mogiłką żony, że to stanie przeraźliwe jest i nic mu nie pomoże. I że mokro jest i wilgoć, i krople deszczu przesączają się przez piasek do trumny, w której leży Basia, i że to pewnie straszna myśl dla Bolesława.
      Powoli poszedł w tamtą stronę; zastanawiał się nad tym, jak mało jest skupione ich życie, jak bardzo uciekają od czarniawego domku leśniczówki, jak ciągle wychodzą, włóczą się, jak nawet godziny posiłków stają się ruchome i nieokreślone i rzadko zbierają rodzinę, z trzech osób złożoną, wokół jednego stołu. Wilgotne powietrze ociepliło się nieco przed nocą i ziemia parowała. Szedł powoli, pociągając nogami, serce mu się uspokoiło i krótki oddech mógł stać się głębszym.
Stanął przy mogile i oparł się ręką o pochylony pień, którego gładkie i chropawe cząsteczki odczuwał palcami. Ale Bolesława nie było przy grobie żony. Staś stał przez chwilę samotnie i wczuwał się w myśli brata. Co mu przechodzi przez głowę, kiedy stoi nad miejscem, gdzie o parę metrów pod piaskiem leży zakopana kobieta, którą kochał? Staś nigdy nikogo nie kochał i dlatego nie mógł sobie dotychczas dość dobrze pomyśleć, co czuł Bolesław. Teraz się dopiero zastanowił, w tym miejscu rozkładu i nowego życia.
I nawet nie liczył, za ile tygodni jego tu zakopią, Bolesław był bardzo zdrów i mocny i na pewno długo by jeszcze musiał błąkać się od brzeziny do polanki, gdzie chata Maryjki...
      Muzyka Michała wywietrzała mu z głowy całkowicie, słuchał teraz cichego poszumu drzew, myślał także, że gdyby człowiek mógł słyszeć leżąc na trzy metry w ziemi, czy posłyszałby, gdyby mu zagrano na grobie. Chyba nie. Ziemia ciężka i mocna nie dopuszcza głosów i w głębi panuje cisza jak na pustyni. Usłyszał kroki, westchnienia tuż obok. Zdjął ręce z brzozy i dotknął tej osoby, która stała przy nim; uczuł te same szorstkości i gładkość, co na brzozowej korze, te same krople rosy, ten sam chłód. Tylko że pod materią, której dotknął, drzemało ukryte ciepło, dające o sobie znać westchnieniem.
      Nie powiedziawszy do siebie ani słowa, odeszli tylko parę kroków od mogiły. Na uboczu były tu jakieś krzaczki i mech na ziemi był pewnie suchszy niż gdzie indziej. Z wdzięcznością pomyślał Stach, że szła za nim aż tutaj. Usiedli. Objął ją bez słowa i chudym ramieniem wyczul jej szerokie plecy, otoczone wypukłymi mięśniami wzgórki kości pacierzowej. Pomyślał o tamtej kobiecie - leżącej w mogile, a potem z czułością, wdzięcznością, rozmarzeniem, o jakie siebie nie posądzał, wtulił swą głowę w jej piersi. Objęła go również milcząca, ciepła i zwilżona rosą, przechyliła go w tył i położyli się razem.
Tak leżeli bardzo długo, bez ruchu, zasłuchani w nocne życie lasu, w szmer drobnych brzozowych witek. Potem Staś spokojnym ruchem przesunął rękę na jej serce i poczuł, jak pod dłonią jego, pod wypukłością piersi, pod żebrami bije równo, miarowo i poważnie, jak gdyby nigdy nie miało przestać bić.
      Potem powstał sam. Ona jeszcze leżała zmęczona i spokojna. On stanął i poczuł, że całe ubranie ma wilgotne, wyjął chusteczkę i otrzepał kolana z ziemi, otarł włosy z wody, twarz osuszył z zapachu miłości. Potem przyklęknął, pochylił się, otarł z czułością twarz Maliny, przy czym poczuł znowu pod palcami doskonałość powiek, podobnych do listków wiosennych.
      Ona leżała bez ruchu i nie mówiła nic, jak nie powiedziała nic od samego początku. Wetknął jej w rękę swoją chustkę i szepnął nad uchem:
- Weź na pamiątkę.
      Potem znowu się położył, leżał na wznak, ona mu rękę położyła pod głowę. Spojrzał w górę, niebo było bladawe, wysoko, straszliwie wysoko błyszczała pomiędzy gałęziami gwiazda.

dalej
Dodaj do swoich materiałów