Matka Joanna od Aniołów cz. VI

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


VI


Nazajutrz rano siostra Małgorzata, powierzywszy furtę nowicjuszce, bratanicy przełożonej, szybko pobiegła do swej przyjaciółki, pani Jankowej. Siostra Małgorzata była wzorową zakonnicą, ale na ten jeden grzech pozwalała sobie nieraz: wbrew klauzurze klasztornej, wbrew wyraźnym zakazom przełożonej, od czasu do czasu biegała do pani Józefy na małomiasteczkowe ploteczki. Bezgraniczna monotonia klasztornego życia przerywała się w ten sposób - i może właśnie dlatego siostra Małgorzata nie szukała innych odmian, nie miała wizyj, nie miała głośnych awantur, po których trzeba było odbywać publiczne spowiedzi, ona jedna ze wszystkich sióstr klasztornych ani na chwilę nie uległa opętaniu.
- Mnie się tam diabły nie imają-powiedziała ze śmiechem do Wołodkowicza, który natychmiast ją zaindagował w tej materii. -Taką mam widać twardą duszę i ciało nieponętne.
- O! O! - zawołał Wołodkowicz cały w lansadach. Oczy mu się świeciły jak kotu do szperki i zapomniał zupełnie w swej ciekawości zdarzeń klasztornych o rozmowie, jaką przed chwilą prowadził z nowo przybyłymi dworzanami królewicza Jakuba.
W karczmie siedziało ich rzeczywiście kilku: Odryn i Wincenty Wołodkowicz przyczepili się do tych wspaniałych panów od samego rana i zapijali w ich towarzystwie miód i gorzałkę na przemiany.
Kaziuk niechętnie poruszając się, jak gdyby jeszcze spał, usługiwał w dużej izbie. Pani Józia niezmiennie uśmiechnięta siedziała za szynkwąsem, obwieszona koralami i paciorkami niby wschodnie bóstwo.
- Siostro Akruczy, siostro Akruczy - powiedziała otwierając furteczkę - proszę tutaj do mnie.
Siostra Małgorzata szybko wśliznęła się za szynkwas, jak gdyby umykała od Wołodkowicza.
- Lepiej mi tutaj - powiedziała z wesołym uśmiechem - przyzwyczajona jestem do siedzenia za kratą.
Wołodkowicz wycierał mokre wąsy czerwoną chustką, którą wyciągnął zza pazuchy, i patrzył z szaloną ciekawością na siostrę Małgorzatę. Jeden z panów dworzan zbliżył się także do szynkwasu i skłonił się siostrze.
- Ogromnie jestem rad widząc przedstawicielkę sławnego klasztoru - powiedział - siostra nam na pewno coś ciekawego opowie.
- O! Co ja mogę powiedzieć? - zaśmiała się siostra z zażenowaniem. - To panowie przyjeżdżają z wielkiego świata, z Warszawy.
- No, ale żeby nie siostrzyczki, nie ich klasztor - powiedział dworzanin, pan Chrząszczewski - tobyśmy tutaj me przyjechali.
Królewicz Jegomość tylko dla was tutaj zawitał i jutro będzie na nabożeństwie.
Siostra posmutniała.
- O, pewno - szepnęła z przejęciem - ale to takie nieszczęście.
I błagalnie spojrzała na pana Chrząszczewskiego. Nie chciała, aby zadawał pytania.
W pomoc jej przyszła pani Józefa. Aby odmienić trochę temat rozmowy, zapytała:
- A cóż nasz nowy księżulek?
Ale, niestety, w pobliżu klasztoru każda rozmowa wchodziła na ten sam temat, nie można się było wyzwolić od tego snu pełnego zmor.
Siostra Małgorzata ucieszyła się jak gdyby.
- Wczoraj odprowadzałam go do jego pokoju, po rozmowie z matką przełożoną był blady jak trup i ledwie szedł. O, ten za słaby jest na nasz klasztor... Co innego ksiądz Laktancjusz, ksiądz Ignacy... To jak lwy! - zaśmiała się z błyskiem oczu - ale ten! Pokazała mu swą zwykłą sztuczkę z okopconą klamką!
- Więc matka Joanna oszukuje? -zapytał Wołodkowicz.
- Nie, jakież to oszukaństwo? Czyż to nie diabeł jej każe co dzień woskową świeczką okopcić klamkę w reflektarzu? Przecież to oczywiste diabelstwo... O nie! to prawdziwi diabli w naszym klasztorze hulają! Co waść sobie myśli!
Chrząszczewski spojrzał na Wołodkowicza, jakby szukając aprobaty w oczach małego słuchacza, ale ten nie zwracał uwagi na wspaniałego dworzanina, wpatrzony w siostrę Małgorzatę swoimi zapitymi oczętami, postukiwał czarnym palcem o szynkwas i powtarzał bezmyślnie:
- Niech nie oszukuje, niech nie oszukuje, to wszystko musi być prawdziwe. Inaczej ja się nie zgadzam.
Chrząszczewski także był pijany, pociągnął zatem Wołodkowicza za wylot kontusza i odeszli z powrotem do swojej kompanii. Szklaneczki miodu stały na pół wypite i porozlewane przed nimi, z czupryn waszmościów dworzan kurzyło się porządnie. Przysiedli się do miodu i znowu pociągnęli długim haustem. Chrząszczewski gniewliwie zapytał:
- Po co my tu przyjechali? Lepiej było do Sochaczewa na odpust, linoskoczki oglądać i cygańskie wróżby! Prawda, panie Piątkowski?-zwrócił się do drugiego dworzanina-a tutaj te tańczące mniszki z góry mi się bardzo nie podobają!
- Jeszcze żeby im te diabły sukienek ujęły - wstawił pan Piątkowski, który nieruchomym wzrokiem wpatrywał się to w jednego, to w drugiego kompana.
- Czasem to one zrzucają szaty i biegają po ogrodzie - zwierzał się panu Piątkowskiemu poufnie Wołodkowicz. - Powiedział mi tutejszy kalefaktor, że dopóki Garnca nie spalili, to gołe biegały po ogrodzie i wołały wielkim głosem: "Garniec! Garniec!"
- Zgorszenie i koniec - zakonkludował pan Chrząszczewski.
- Czy to ten sam Garniec ? - spytał pan Piątkowski patrząc uważnie na pana Chrząszczewskiego.
- Tak - przeciągnął w odpowiedzi dworzanin, który wolał Sochaczew od Ludynia - królowej się ten pies nie podobał, bo za bardzo szczekał.
Wołodkowicz nastawił uszu.
- A cóż tu ma do roboty królowa jejmość? - zapytał.
- Nadtoś waść ciekawy.
- Prędko się zestarzejesz - dorzucił poważnie kalefaktor.
- A waść właściwie kto jesteś? - zwrócił się do Wołodkowicza Chrząszczewski zupełnie przytomniejąc - i co się tu pan kręcisz?
Wołodkowicz spokorniał i zwinął się jak mały piesek.
- Panie dobrodzieju - zaskamlał - panie dobrodzieju, jaz przecież szlachcic tutejszej ziemi, mająteczek mam pod Smoleńskiem, nieduży i nieurodzajny. Mówią, że ziemia przeklęta, rodzić nie chce...
- To dlaczego waść gospodarstwa nie pilnujesz? - powiedział pan Piątkowski. - U nas też w Sochaczewskiem same piachy, ale jak się pochodzi, to pszenica - oho! Pańskie oko konia tuczy, pszenicę hoduje.
Wołodkowicz męczył się.
- Cóż j a mogę zrobić? Braciszka mam. Toteż on bardzo gospodarkę kocha. Pracuje, panie, pracuje. Od świtu do wieczora. Od świtu do wieczora. A ja już mam taką inklinację, że po odpustach chodzę. Inny szlachcic lubi sejmiki, inny sądy, tam, sam jeździ-a ja, to gdzie odpust, tam i ja. Ot co ! - i zaśmiał się głupkowato, wytrzeszczając małe oczka. Mokre od miodu wąsy zwisały mu po obu stronach płaskich nozdrzy jak jakieś nieludzkie, zwierzęce raczej ozdoby.
Pan Chrząszczewski uśmiechnął się z miną człowieka, który wiele rzeczy na świecie widział i którego prostactwo maluczkich nie niepokoi.
- Toteż, panie Wołodkowicz - powiedział - po odpustach sobie pan spaceruj, owszem, ale o sprawach królewskich ni, ni! - i położył sobie palec na ustach.
W tej chwili wszedł na izbę nieduży, jasny blondyn o krótkim nosie i zimnych, bardzo ładnych oczach. Szybko podszedł do stołu i przechylając się przez deskę, nie pozdrawiając nikogo, zaczął mówić do Odryna:
- Panie kalefaktor, panie kalefaktor, nie rób mi pan świń stwa - wszystkie litery wymawiał wyraźnie i dobitnie ładnym krakowskim akcentem - przyjdź mi pan jutro kalikować. Baba Urbanka już na nic niezdatna, znowu w samym środku mszy ustanie, a organy mi pieją jak koguty. Jutro takie persony w kościele, muzyka musi być jak muzyka. Cały dzień dzisiaj ćwiczyłem, a ona ledwie tym miechem
porusza. Tu trzeba kowalskiej siły, mój panie Odryn!
Pijany Odryn patrzył na młodzieńca, uśmiechając się głupio, a potem powiedział:
- Cóż to, panie Aniołek? Taka zacna kompania tu siedzi, a pan nawet nikogo nie pozdrowisz? Czy to takich rzeczy was w Sandomierzu uczyli? Siadaj waść.
Aniołek zmieszał się. Zdjął kwadratową czapkę z głowy i skłonił się dokoła, połyskując jasną czupryną. Odryn piał:
- Przedstawiam waszmościom: pan Aniołek organista panien urszulanek. Gra jak cały anioł, siadaj waść.
Aniołek się sumitował.
- Nie, nie, nie mam czasu. Jeszcze muszę dwa chóry prześpiewać.
- Siadaj pan i napij się z nami - zawołał Wołodkowicz rad, że przybycie nowego gościa przerwało przykrą dla niego rozmowę.
Kaziuk, który chodził od szynkwasu do stołu ze stągiewkami i szklankami, nachylił się nad organistą.
- Siadaj - powiedział - szklanka miodu ci nie zaszkodzi.
Aniołek siadł i natychmiast zwracając się do swego sąsiada, którym okazał się pan Piątkowski, począł mu szybko i obszernie opowiadać o kłopotach, jakie ma z powodu nieumiejętnego kalikowania przez babę Urbankę. Pan Piątkowski uprzejmie słuchał wykładu, lecz nowa fala chmielu ogarnęła go tak mocno, iż nic z przemowy pana organisty nie rozumiał, ale to panu Aniołkowi wcale nie zawadzało.
- Więc to pan przygrywa naszym panienkom do tańca? - zawołał Wołodkowicz klepiąc go po ramieniu. - Tęgi z pana grajek. Twoje zdrowie - dodał podnosząc szklankę z miodem do góry.
- A, co mi tam ich tańce - zawołał niechętnie organista, wzruszył ramionami, ale miodu się napił - grunt w tym - ciągnął dalej - że się część organów popsowała i nie dają mi pieniędzy na strój. Wszystkie jasne regestry dziurawe, piszczą jak te mniszki, nie przymawiając, a matka Joanna powiada, że pieniędzy nie ma, że klasztor ubogi.
- Pewnie, że ubogi - powiedział basem Odryn - cóż kto takiemu klasztorowi da? Żeby diabłom dogodzić?
- E, czasem trzeba i diabłu świecę postawić - zawołał Wołodkowicz, który nie przestawał zerkać w stronę szynkwasu.
- Jeszcze by na moje organy starczyło! - westchnął pan Aniołek i wypił drugi kielich miodu.
Kaziuk pochylił się nad nim:
- Na jeden cię namawiałem - powiedział - na dwa patrzę, ale trzy to już będzie dosyć. Znowu się otniesz.
- A co mam robić? -melancholijnie zapytał organista. - U nas w Sandomierzu to przynajmniej kobiety jak kobiety. Wyszło się na rynek - widziało się niewiasty. Ale tutaj albo mniszka, albo taka jak ta za szynkwasem...
Kaziuk uśmiechnął się.
- I ta za szynkwasem przyda się czasem.
Jednak Wołodkowicz nie mógł wytrzymać.
- Słuchaj waść - chwycił Chrząszczewskiego za rękę - pójdziemy mniszkę uczyć gorzałkę pić! - porwał się od stołu, pociągając za sobą innych, i skoczył za szynkwas. Tam siostra Małgorzata od Krzyża bardzo smacznie plotkowała z panią gospodynią, zupełnie zapomniawszy o swoich wrotach. Kobiety się przestraszyły, gdy panowie tak na nie ruszyli.
- Dlaboga! - wrzasnęła Józefa - panowie jak Tatarzy.
- Siostro, jakem Wincenty Wołodkowicz - wołał pijany szlachciura - proszę o wypicie z nami szklaneczki miodu.
- Niech się siostra napije, niech się siostra napije - przynaglała ją
pani Józefa-jeden grzech, trzeba już wykorzystać.
Siostra zapłoniła się, dołeczki jej zagrały w twarzy, uniosła w górę obie piękne dłonie i słabo się broniła:
- Ależ panowie, na Boga, to raptus!
Ale panowie nie ustąpili, hurmem zabrali siostrę Małgorzatę i podali jej sporą szklankę miodu.
- Za zdrowie klasztoru! - wołali.
- I matki przełożonej !-dodał pan Aniołek dobrze już podchmielony.
Siostra Małgorzata nie dawała się prosić, odważnie wypiła kieliszek miodu i pragnąc się dostosować do ogólnego nastroju, zanuciła słabiutkim głosikiem piosenkę, którą podchwycili wszyscy obecni:

Moja pani matko,
Juści mi mniszką być!
Nie chcę bo ja za męża
Lada jakiego iść!


- Juści mi mniszką być, juści mi mniszką być - ryczeli wszyscy panowie podnosząc w górę kielichy.
Wszyscy stali, tylko pan Aniołek, siedział rozwalony, z nogami rozcapierzonymi, i postukiwał w deskę palcami, jak gdyby grał na organach. Siostra Małgorzata, podniecona sukcesem, z błyszczącymi oczyma ciągnęła dalej. Wołodkowicz nalał jej znowu miodu do kieliszka, który trzymała w ręce:

Miałby mnie zawsze mąż
Buzdyganem gonić,
Pobije mnie, niebogę,
Wolę ja mniszką być!


- Wolę ja mniszką być, wolę ja mniszką być!-ryczał chór. Pan Chrząszczewski objął obfite kształty pani gospodyni i mówił do niej coś, co ginęło w ogólnym gwarze. Pan Aniołek rozczerwienił się cały na swojej jasnej twarzy, zatupał nogami, jakby basy brał, i rękami wymachiwał, niby to zmieniając regestry.
Siostra Małgorzata zaczerpnęła oddechu i roześmiawszy się wesoło, znowu upiła z kieliszka, po czym, postawiwszy go na stole, klasnęła w dłonie i w dalszym ciągu śpiewała-mocniejszym już głosem - na nutę wesołego tańca:
Wieręć wolę w klasztorze
Z mniszkami na chórze,
Niżby nabywać od męża
Słów krwawych po skórze.

- Nie każdy mąż jest taki - powiedział pan Chrząszczewski przyciskając mocno kształt pani Józefy, który przelewał mu się przez ręce. Śpiew doszedł do kulminacyjnego punktu:
Śpiewać ja wolę
Jutrznię i maturę...

- Ho-ho-ho-ho-ho-ho-ho! - nagle w tym miejscu wysokim falsetem zawrzasnął pan Aniołek frazes gregoriański z nieszporów, uderzając dłońmi po udach i po stole, jak gdyby kozaka tańcował.
Godzin byleż najwięcej,
A mieć całą skórę...

- Wolę ja mniszką być, wolę ja mniszką być! - wesoło wrzeszczała cała kompania, a Wołodkowicz próbował nawet przyskoczyć do siostry Akruczy, ale mu się usunęła ruchem prawdziwie tanecznym.
Wszyscy klaskali w dłonie, powtarzając:
- Wolę już mniszką być, wolę już mniszką być!
Pan Aniołek chrobotał kułakiem po stole, aż szklanki podskakiwały. Pani Józia niby to w ogólnym ferworze, ale jednak uważała na kieliszki i przytrzymywała je, żeby się nie potłukły.
W tym momencie wszedł ojciec Suryn. Był tak pogrążony w swoich myślach, że nawet nie spostrzegł tego, co się dzieje, i nie zwróciła bynajmniej jego uwagi śmiertelna cisza, jaka nastała po głośnych hałasach w chwili, kiedy się zjawił. Grzecznie powiedział: "Niech będzie pochwalony", i zbliżył się do szynkwasu. Siostra Małgorzata schowała się za rosłe plecy pana Chrząszczewskiego i zbladła jak trup. Korzystając z tego zamieszania, Wołodkowicz trzymał ją za rękę. Pani Józefa szybko podskoczyła do kapelana.
- Czym mogę służyć? - spytała uprzejmie.
- Daj mi waśćka kieliszek gorzałki - powiedział ksiądz Suryn i zmarszczył się przykro-w głowie mam taki mat! - westchnął - sam nie wiem, co to znaczy!
Pani Józia nalała mu siwej gorzałki do niebieskiego kielicha i podała kawałek chleba i ogórek na talerzu. Ksiądz Suryn wypił od razu ten chamski trunek, wziął w ręce ogórek, ogryzł go szybko i zakąsił chlebem.
- A teraz taka uroczystość - powiedziała z namaszczeniem gospodyni - tacy goście w klasztorze!
- Ach, tak - powiedział ksiądz żując chleb. - Ale to wszystko marności! Bóg tego nie lubi! ...-dodał ustawiając oczy, jak gdyby widział coś w dalekości.
- Nie wszyscy Boga słuchają - z przekonaniem powiedziała pani Józia i odebrała z rąk ojca talerzyk z ogryzkiem ogórka.
- Tak, tak, i ja tak sądzę - powiedział bezmyślnie ojciec Suryn i znowu się zapatrzył gdzieś. Wycierał ręce zabrudzone ogórkiem o sutannę. - A gdzie szukać takich ludzi, którzy by znali drogę do Boga?
Uderzyło go nagle milczenie, jakie panowało wokół niego. Obejrzał się teraz i spostrzegł siostrę Małgorzatę. Zatrzymał przez chwilę oko na niej, ale potem popatrzył na innych. Wołodkowicz skłonił się układnie. Widząc, że to jego osoba tak wszystkich zasmuciła, ksiądz sam się zafrasował.
- Mój Boże, ale ja tu psuję humory - powiedział - trzeba już iść stąd! - coś jakby żal, jakby smutek zabrzmiał w tych wyrazach. - No, to do widzenia! Pokój temu domowi!
Wszyscy odpowiedzieli chórem. Ksiądz, pochylając głowę przeszedł przez próg. Kaziuk otworzył drzwi przed nim i wyszedł do sieni,ksiądz zatrzymał się chwilę przed karczmą i spojrzał na Kaziuka,który stał w progu uśmiechając się.
- I tu diabeł gospodarzy - szepnął bezradnie do chłopca.
- Cóż robić?- powiedział Kaziuk - tak już jest na świecie.
- Bardzo ty znasz tej świat - wzruszył ramionami Suryn.
- A ksiądz?
- Co ja? Też nie znam... Co ja widziałem? Wilno, Smoleńsk, Połock. Od dwunastego roku życia w klasztorze. Ale to chyba nieciekawe to wszystko - ksiądz nieokreślonym ruchem wskazał okolicę - to wszystko...
Kaziuk znowu się uśmiechnął.
- Ciekawe, ciekawe - powiedział z pewnością.
- Moja matka miała cztery służące - powiedział nagle ksiądz bez pozornego związku - i nie mogła sobie rady dać. A potem była karmelitką i sama sobie musiała usłużyć. I była szczęśliwa...
- Spokojna była - potwierdził Kaziuk.
- A toż. A ja?
W tej chwili siostra Małgorzata a Cruce wyskoczyła z drzwi oberży, pewna, że już nie ma ojca Suryna w pobliżu i wpadła prosto na niego.
Ucałowała go w rękę.
- Córko, gdzież to cię widzę? - spytał ojciec Suryn.
- Miałam sprawę do tej niewiasty - szepnęła siostra stojąc z zamkniętymi oczami.
- Idź, córko, i nie grzesz więcej - nadspodziewanie poważnie rzekł ksiądz Suryn.
Skłoniła się głęboko i szybko przeszła przez błoto do klasztornej furty. Ojciec patrzył, jak znikła w bramie, i pokiwał głową. Kaziuk uśmiechał się w dalszym ciągu obojętnie.
- Tu diabeł i tam diabeł - powiedział nagle basem.

dalej
Dodaj do swoich materiałów