Potop t.III rozdz. 6 (Henryk Sienkiewicz)

Rozdział 5

Henryk Sienkiewicz - Potop

tom III

Rozdział VI


Czarniecki istotnie nie śmiał nawet myśleć o tym, by pan marszałek koronny poddał się pod jego komendę. Chciał tylko, by działali razem, a obawiał się, że i to z powodu wielkiej ambicji marszałka nie przyjdzie do skutku, dumny pan bowiem odzywał się już nieraz poprzednio do swych oficerów, że woli na własną rękę Szwedów podchodzić, bo i tak coś wskórać może, a gdyby razem z Czarnieckim odnieśli zwycięstwo, tedyby cała sława spłynęła na Czarnieckiego.
Jakożby tak i było. Czarniecki rozumiał marszałkowe powody i martwił się. Wysławszy z Przeworska list, odczytywał teraz po raz dziesiąty jego kopię chcąc się przekonać, czyli nie napisał czegoś takiego, co by tak drażliwego człeka ubość mogło.
I żałował niektórych wyrażeń, wreszcie począł w ogóle żałować, że list wysłał. Siedział zatem posępny w swej kwaterze, a coraz to do okna podchodził i spoglądał na drogę, czyli posłowie nie wracają. Widzieli go przez okna oficerowie i odgadywali, co się z nim dzieje, bo troska widoczna była na jego czole.
- Patrz no waść - rzekł Polanowski do Wołodyjowskiego. - Nic dobrego nie będzie, bo u kasztelana oblicze stało się pstre, a to zły znak.
Jakoż twarz Czarnieckiego nosiła liczne ślady ospy i w chwilach wielkiego wzruszenia albo niepokoju pokrywała się białawymi i ciemnymi cętkami. Że zaś rysy miał ostre, bardzo wysokie czoło, na nim chmurne jowiszowe brwi, nos zagięty i wzrok po prostu przeszywający, więc gdy jeszcze przyszły. nań owe piętna, stawał się straszny. Kozacy przezwali go swego czasu rabym psem, ale wedle słuszności więcej był do rabego orła podobny, a gdy bywało, prowadził lud do ataku z rozwianą na kształt olbrzymich skrzydeł burką, wtedy to podobieństwo uderzało swoich i nieprzyjaciół.
Wzbudzał też strach w jednych i drugich. Za czasów kozackich wojen dowódcy potężnych watah tracili głowy, gdy przyszło im przeciw Czarnieckiemu działać. Sam Chmielnicki bał się go, a zwłaszcza jego rad, których królowi udzielał. One to sprowadziły na kozactwo straszliwą klęskę pod Beresteczkiem. Lecz sława jego wyrosła głównie po beresteckiej, gdy na współkę z Tatary przebiegał na kształt płomienia stepy, wygniatał do cna zbuntowane roje, brał szturmem miasta, okopy, rzucając się z szvbkością wichru z jednego końca Ukrainy w drugi.
Z tą samą zaciekłą wytrwałością szarpał teraz Szwedów. "Czarniecki nie wybije, ale wykradnie mi wojsko" - mówił Karol Gustaw. Lecz właśnie Czarnieckiemu uprzykrzyło się już wykradać; mniemał, że przyszedł czas bić, zaś brakło mu zupełnie armat, piechoty, bez których stanowczo nie można było nic ważniejszego wskórać; dlatego tak pragnął połączyć się z Lubomirskim, który wprawdzie także małą miał ilość armat, ale wiódł ze sobą piechoty, złożone z górali. Te, jakkolwiek niezbyt jeszcze wyćwiczone, były już przecie nieraz w ogniu i mogły od biedy być użyte przeciw niezrównanym pieszym zastępom Karola Gustawa.
Więc pan Czarniecki był jakby w gorączce. Nie mogąc wreszcie wytrzymać w kwaterze wyszedł przed sień i spostrzegłszy Wołodyjowskiego z Polanowskim, spytał:
- A nie widać posłów?
- Znać, że im radzi - odrzekł Wołodyjowski.
- Im radzi, ale mnie nieradzi, bo inaczej byłby pan marszałek swoich z odpowiedzią przysłał.
- Panie kasztelanie - rzekł Polanowski, który cieszył się wielkim zaufaniem wodza - po co się troskać; przyjdzie pan marszałek, dobrze! nie, to będziem po staremu podchodzić. Ciecze i tak krew ze szwedzkiego garnka, a to wiadomo, że gdy raz garnek zacznie ciec to i wszystko z niego ucieknie.
Na to Czarniecki:
- I z Rzeczypospolitej ciecze. Jeśli teraz ujdą, wzmocnią się, przyjdą im posiłki z Prus - sposobność minie!
To rzekłszy uderzył się ręką po pole na znak niecierpliwości; wtem dały się słyszeć stąpania końskie i basowy głos Zagłoby śpiewający:
Poszła Kaśka do piekarni,
A Stach do niej: Puść, przygarnij,
Kochana!


Bo śnieg pada i wiatr wieje,
Gdzież ja się, biedny, podzieję
Do rana!...
- Dobry znak! Wesoło wracają! - zawołał Polanowski.
Tymczasem tamci ujrzawszy kasztelana zeskoczyli z kulbak, oddali konie pacholikowi i szli żywo do ganku; nagle Zagłoba rzucił czapkę w górę i udając głos marszałka tak wybornie, że kto by go nie widział, mógłby się omylić, zakrzyknął:
- Vivat pan Czarniecki, nasz wódz!
Kasztelan zmarszczył się i rzekł prędko:
- Jest pismo dla mnie?
- Nie ma - odrzekł Zagłoba - jest coś lepszego. Marszałek z całym wojskiem przechodzi dobrowolnie pod komendę waszej dostojności!
Czarniecki przewiercił go wzrokiem, za czym zwrócił się do Skrzetuskiego, jakby mu chciał rzec: "Gadaj ty, bo tamten podpił!"
Pan Zagłoba rzeczywiście był nieco podpiły; lecz Skrzetuski potwierdził jego słowa, więc zdumienie odbiło się na obliczu kasztelana.
- Bywajcie za mną! - rzekł do przybyłych. - Mości Polanowski, mości Wołodyjowski, proszę także!
I wszyscy weszli do izby. Nie siedli jeszcze, gdy Czarniecki spytał:-- Co rzekł na mój list?
- Nic nie rzekł - odpowiedział Zagłoba - a dlaczego, to się w końcu mojej relacji okaże, teraz zaś incipiam...
Tu zaczął wszystko opowiadać, jak się odbyło, jako marszałka do decyzji tak pomyślnej doprowadził. Czarniecki patrzył na niego z coraz większym zdziwieniem. Polanowski za głowę się chwytał, pan Miehał wąsikami ruszał.
- Tożem ja waści nie znał dotąd, jak mnie Bóg miły! - zawołał wreszcie kasztelan. - Uszom własnym nie wierzę!
- Ulissesem z dawna mnie nazywano! - odrzekł skromnie Zagłoba.
- Gdzie mój list?
- Ot, jest!
- Już ci muszę darować, żeś go nie oddał. To ćwik kuty na cztery nogi! Podkanclerzemu uczyć się u niego, jak układy prowadzić! Na Boga, gdybym był królem, do Carogrodu bym waści wysłał...
- Już by tu sto tysięcy Turka stało! - zakrzyknął pan Michał.
A Zagłoba na to:
- Dwieście, nie sto, żebym tak zdrów był!
- W niczymże się pan marszałek nie spostrzegł? - pytał znów Czarniecki.
- On?
Dodaj do swoich materiałów