Brzezina V

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


V


      Nazajutrz pomiędzy Bolesławem a Stasiem zaszła nieprzyjemna scena, zupełnie zresztą bez powodu. Pokłócili się o byle co przy śniadaniu, masło Stasiowi nie smakowało, Bolesław nazwał go "fircykiem", wypomniał mu podróż i nawet, ile to wszystko kosztowało.
Staś zdziwił się brutalności brata i wyszedł czym prędzej z pokoju. Wczesne, chmurne rano. Niebo było białe, sosny były czarne. Staś poszedł jakimiś okólnymi drogami, zrywając po drodze rzadkie i nędzne stokrotki. Zaszedł na podwórze od strony sterczących zarośli i pokrzyw, które zazwyczaj otaczają śmietniki osiedla ludzkiego.
      Zaraz za ceglanym domem-stajnią, na ubitej ziemi, która czerniała jak czekolada, stała balia na stołku i Malina prała bieliznę. Była zwrócona profilem do Stasia i mógł się jej przypatrzyć. Miała bardzo piękną linię czoła i nosa, śliczne powieki, którymi pokrywała oczy jak płatkami kwiatu, ładne, bardzo klasyczne brwi. Natomiast dół twarzy miała prostacki, usta za duże, a zęby zbyt białe; w uśmiechu, dość zresztą rzadkim, miała dzikość, która nie zniechęcała jednak do niej Stasia.
      Błąkając się między drzewami, mimo woli myślał o niej i cieszył się, że jest to sposób na zapomnienie o przykrej scenie Bolesława. Myślał zapewne, że te pieniądze wydane na marne, bo i tak umrę - powiedział sobie, ale myśl ta przykryła mu tylko przez chwilę, jak ciemna sosna światłe tło nieba, inne weselsze myśli: myśli o istnieniu Maliny.
      Wczoraj wieczorem, spacerując z nią po lesie, dowiedział się, iż właściwie w metryce ma Malwina, ale że się tak lepiej wymawiało jej rodzicom. Staś zapewnił ją, że tak o wiele jest ładniej i że na pewno wygląda na Malinę, nie na Malwinę. Śmiała się z tego bardzo.Uważnie śledził jej ruchy przy praniu, muskuły rąk, rąk, które były bardzo białe; piersi miała zaciśnięte w ciasnym malutkim kaftaniczku, wypłowiałym, ongi fiołkowym i zapiętym na małe guziczki.
Dłonie jej poruszały się sprawnie i żwawo, z wielką techniczną dokładnością. Prawdopodobnie prała koszule własne i Janka. A może Michała?
      Staś nie podszedł do niej i nie zapytał o robotę ani o zdrowie, ani o pogodę, zawrócił bezszelestnie po paru minutach postoju i poszedł do tak cudownej w tej chwili brzeziny. Brzozy, pochylone to w tę, to w ową stronę, miejscami tworzyły jakby kościelną nawę i bielone słupce pni miały dziś nastrój skupiony. Zwykle jak tak w te dnie ciepłe i bezsłoneczne, przepowiadające deszcz, ale jeszcze gorące, pochylone nad światem i zbliżone jakby do ziemi niskim białym niebem. Nie myślał o niczym, tylko czuł, że jeszcze żyje.
Nawet nie myślał, że już wkrótce to wszystko przestanie dla niego istnieć.
Nie przywiązywał wagi do tego, co go otaczało. Ważny dla niego był ,,świat", "Europa" -jak nazywał lśniące korytarze sanatoriów i składziki pod schodami, gdzie tkwiły na czasowym przechowaniu skórzane kufry chorych ludzi. Lubił tamto powietrze, przesycone zapachem eteru i nutami hawajskich piosenek. Z leciutką pogardą patrzył na białe pochylone brzozy, niepodobne do "melezów" napełniających wysokie alpejskie doliny. Nawet nie wiedział, że nazywają się po polsku "modrzewie".
      Bolesław ani na chwilę nie pomyślał o tym, że Staś dlatego był w tak dobrym humorze, że już wszystko najgorsze przebył. Pożegnał się z tamtym światem, jakby to był naprawdę świat. Miss Simons wiotka i muślin jedwabny jej sukni, i tafla jeziora, i obłoki nad lodowcami, i płyty z Paryża, i kufry z Londynu... tamto było życie. A tutaj brzozy i mogiły, kwiaty ubogie i dziecko opuszczone - to nie było prawdziwe istnienie. Przyjechał już tutaj złamany pożegnaniem ze światem; ostatnim jego łącznikiem z życiem był fortepian wynajęty w miasteczku od jego "siostry w chorobie". Tego właśnie Bolesław nie mógłani odczuć, ani zrozumieć. Dotykał brata brutalnymi słowami-a brat już, właściwie mówiąc, nie żył.
      Poprzez pnie zobaczył, iż ktoś się do niego zbliża.
Był to Janek, brat Maliny Czuł do niego bardzo wiele sympatii, podobny był nawet do Maliny. Bolesław mu kiedyś opowiadał, iż Janek był podejrzany o zamordowanie kogoś tam w lesie; że zastrzelił podobno jakąś babę zbierającą grzyby czy jagody. Oczywiście nikt tego nie wiedział na pewno, ale to nie są rzeczy nieprawdopodobne. Janek nie wyglądał wcale na zbrodniarza, twarz miał okrągłą i różową, ciemne i kudłate włosy.
      Zbliżył się do Stasia i przywitał się. Siadł potem na ziemi naprzeciwko niego, odrzucając na bok fuzję. Uśmiechnął się do Stanisława i, przeginając się w tył, zapytał:
- A to pan wczoraj z Maliną spacerował?
- Spacerowałem - powiedział Staś.
- Bo Michał to jej cały wieczór szukał i taki był zły. Bo Michał teraz do niej chodzi.
- A ty do kogo chodzisz, Janku?
- Michał jest bardzo zły. Zęby on panu czego nie zrobił. Stanisław się roześmiał. Co mu może zrobić? Zresztą Michał może być spokojny, już więcej z Maliną nie będzie chodził.
- Nie podoba się panu? -powiedział Janek.
- Nie obawiaj się. Przeciwnie. Za bardzo mi się podoba i nie chciałbym przeszkadzać Michałowi.
- Może pan chodzić - powiedział Janek konfidencjonalnie-tylko żeby Michał nie wiedział. Pan się Malinie podoba, ale ona boi się Michała.
- A co ją Michał obchodzi? -powiedział Staś z oburzeniem.
- Jak to co? Michał się będzie żenić.
      Potem Janek poszedł, bo musi obejść swój rewir. Staś znowu został sam na polanie, znowu patrzył na brzozy, tylko coś się zmieniło w tym pejzażu. Nie był już tak obojętny, smutniejszy stał się i zarazem weselszy. Staś się uśmiechał do własnych złudzeń. Ale cieszył się - niespodziewanie ogarnęło go to uczucie - cieszył się, że jeszcze parę dni zostało mu do życia.
Dnie te urosły mu teraz w obszar nieskończony, godziny, które mu zostały do wieczora, wydłużyły się fantastycznie i każdą chwilę odczuwał jak podarowany mu kosztowny przedmiot.
      Tego dnia po raz pierwszy od dawna zmierzył temperaturę. Wynosiła 37 i 9, nie tak jeszcze bardzo dużo. Poranne osłabienie przeszło ku wieczorowi i ponosiła go ochota do życia. Poprosił Bolesława o konie, chciałby się przejechać na spacer. Zabrał Olę i pojechali. Janek powoził. Piasek znowu przesypywał się w szprychach kół, ale malodia nie brzmiała tak smutno.
Ku wieczorowi niebo odsłoniło się na chwilę, blade i wysokie, jasnoniebieskie nad ich głowami i nad głowami sosen.
Spacer był bardzo przyjemny i pozostał w pamięci Oli na długo jako pewna epoka w jej życiu. To był pierwszy ze spacerów, jakie urządził stryj Staś, i ten pierwszy był bez Maliny.
      Pojechali do jeziora, które płaskie, czarne, otoczone niskimi brzegami, podobne raczej było do wielkiej kałuży, im się jednak bardzo podobało; przy brzegu stało rozwalone czółno, ale Staś nie chciał ryzykować spaceru pomimo serdecznej namowy Janka. Gdy wracali, niebo się znowu okryło chmurami i zaczął kropić deszcz, nie bardzo zresztą gwałtowny, ciepły i zapowiadający długą niepogodę.
      Staś otulił w swą pelerynę małą bratanicę i patrzył na mroczny pejzaż, drzewa zielone i rozgrzane za niebieską siatką deszczu. Konie mokre lśniły i wieczór robił się dymny i niebieski, gdy zajechali do leśniczówki. Igły sosnowe pachniały i krople, spadając z gałęzi i liści na zbutwiały dach werandy, stukały cicho, jak gdyby rozmawiały.Stukanie było coraz gęstsze i zmieniało się od czasu do czasu w jednolity szmer, który potem znowu ustawał i znowu wracał, jak pasaż jakiś w beznamiętnym utworze muzycznym.
      Staś siedział sam w swoim pokoju i myślał, że dzisiaj już nie zobaczy Maliny. Nastawiony przed jego oknem samowar nisko dymił na deszczu. Michał zapewne grał na swej harmonii we wnętrzu izby, bo tylko kiedy ścichała rozmowa kropel, ucho łowiło słabe dźwięki, dochodzące od podwórza.
Znowu przypomniał sobie wszystkie stracone okazje miłości, przed chorobą w Warszawie i potem w Davos, i zrobiło mu się tak żal, że nigdy nikogo nie mógł pokochać. Kiedy wyjechała miss Simons, nie było jeszcze śniegu, stała w dzień wyjazdu po południu w czarnej atłasowej sukni, której rękawy haftowane były w srebrne gwiazdy. Przechylona przez poręcz dębowej drabiny patrzyła na niego zakochanym i niebieskim wzrokiem, ale naprawdę nie mógł jej nic odpowiedzieć swoimi oczami. Toteż czuł w niej tyle smutku i rozczarowania, że aż litość w nim wzbierała. Tak bardzo było mu przykro. Nawet chciał jej coś takiego powiedzieć, ale nie umiał tego sformułować.
      Na dworze wspaniałe fioletowe chmury zbierały się poniżej Schiahornu i Seehornu, niebo było zimne i fiołkowe; oczy miss Simons smutne. Nic zaprawdę nie wiedział i nie mógł wiedzieć, dlaczego uczucia, jakie wznosiły jej piersi, nie miały w nim odpowiednika nigdy dotychczas ani potem.
Myślał, że jest jakimś bezpłciowym, niemądrym stworzeniem, które nie może się zdobyć nawet na szczupłe uczucia. Wtedy może nawet tak nie rozumował. Myśli te implikował sobie ex post, kiedy siedział tu w ciemnym pokoju i słuchał szelestu deszczu.
Narzucał je sobie i teraz, kiedy wydawało mu się, że musi robić jakieś dodawania, sumować i wyciskać treść z dni, które wcale żadnej treści nie miały. Suma oczywiście wypadała błaha, nie mógł tego jednak naprawić ani przeinaczyć. Ryczałtem przypisał tę pustkę tylko temu, że nigdy nie kochał. Ale i nad tym długo się nie zastanawiał, myśl jego poleciała obrazem przez las i przez brzezinę do tego miejsca za leśniczówką, za zaroślami tarniny, gdzie było coś w rodzaju śmietnika i stąd widać było żółte drzwi w ceglanym budynku i wrota do stajni, i gdzie widział przed chwilą młodą dziewczynę, piorącą bieliznę swego brata i swego kochanka.
       Kochanka? Próbował przez chwilę wyjaśnić sobie wyrażenie ludowe, że Michał "chodzi" do Malwinki, ale zupełnie nie mógł zakreślić granic temu słowu. Miało ono i mogło mieć tyle znaczeń, a w żadnym razie nie znaczyło, że Michał jest kochankiem Maliny. Mógł może przelotnie...
Dżdżyste gamy na dachu powracały częściej i częściej. Deszcz rozpadał się wreszcie na dobre; Staś ubrany leżał na łóżku i patrzył na nieruchome cienie drzew w oknie. Przez chwilę zdawało mu się, że cień ten zgrubiał i ktoś poruszył liście i wiotkie gałęzie lipy, która rosła pod samym oknem. Ale nie, to tylko zapewne liście zgięły się pod ciężarem uzbieranej wody, potem pozbywszy się jej, podnosiły się gwałtownie. Z pokoju Bolesława padło światło na zadżdżony las-w jego promieniu widać było cieniutkie nitki przelatujących kropelek, ale świat dalszy pozostał ciemny, granatowy, niedostępny i tajemniczo szemrzący.
Wydało się Stasiowi, że życie w tym szmerze deszczu i szeleście mokrych liści jest rozkoszne. W skroniach pulsowało mu cicho, jąkną dworze, i serce biło mocniej. Samotność w leśniczówce, zamknięcie za sobą drzwi wiodących do wszystkiego innego było czymś jedynym na świecie i myślał że skomponował sobie niezwykle ten finał.
      Zresztą to nie był finał, to była uwertura. Naprawdę życie zaczynało się dopiero.Było piękne i pełne harmonii.

dalej
Dodaj do swoich materiałów