Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. V

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


V


- Czekamy, czekamy - powiedziała siostra Akruczy i pocałowała księdza Suryna w rękę. - Matka przełożona od wczoraj wieczora jeszcze czekała. Wiedziała już o przyjeździe ojca kapelana - dodała ze smutnym westchnieniem. - A dziś kazała zaprowadzić zaraz ojca kapelana do małego refektarza.
- Dziękuję, już śniadałem - odparł ojciec Suryn żegnając siostrę i wchodząc za furtę.
- Nie, nie - powiedziała siostra - to taki mały refektarzyk za parlatorium. Tam matka przełożona rozmawia z ważniejszymi osobami - że to niby nikt nie przeszkadza. Proszę, ja pójdę przodem.
Siostra ruszyła naprzód łagodnym, drobnym ruchem, sunąc małymi kroczkami w fałdzistej swojej i sztywnej spódnicy. Księdza Suryna oblało białe światło klasztoru. Bielone ściany, czyste i pachnące podłogi tworzyły przejrzyste i wonne powietrze, w którym unosiły się mnisze zapachy. Czuć było trochę kadzidłem, trochę jak gdyby jakimś balsamem kojącym. Na jasnych oknach stały gdzieniegdzie doniczki kwiatów. Korytarzem przeszli do parlatorium, siostra Małgorzata otworzyła drzwiczki w kracie rozdzielającej parlatorium na dwie części i wprowadziła ojca Suryna do niedużego refektarzyka, położonego dalej.
- Dam zaraz znać matce przełożonej - powiedziała ze swoim pachnącym uśmiechem i znikła za drzwiami.
Pokój był biały i jasny, na ścianie wisiał czarny krzyż, pośrodku stał nieduży stół. Ojciec Suryn ogarnął to wszystko wzrokiem jak wspomnienie, jak stan miniony, i westchnął ciężko. Na rozmyślanie nie miał czasu. Drzwi się otwarły i weszła matka Joanna od Aniołów.
Szła powoli, jak gdyby nie miała pewnego celu przed sobą, a tylko była na przechadzce, starannie zamknęła drzwi za sobą i niepewnie posuwała się w stronę ojca Suryna, który się zatrzymał w pobliżu przeciwnego progu. Była to osoba drobna i szczupła. Obfity czarny habit, obfita chustka na głowie, spadająca do połowy pleców, duży biały kołnierz - szerzej wykładany, niż zazwyczaj nosiły to urszulanki - wszystko to miało - ojciec Suryn zauważył - fałdami swymi maskować ułomność zakonnicy. I rzeczywiście, z ułomności tej była widoczna od razu tylko nierówność ramion, które schylały się ukośnie. Długie ręce i długie palce rąk, właściwe także osobom ułomnym, spadały jak kaskady. Matka Joanna zatrzymała się
pośrodku pokoju, tutaj złożyła ojcu głęboki, dworski dyg i uniósłszy się z niego, spojrzała na księdza Suryna.
Miała jasne, bardzo duże oczy w nierównej, skrofulicznej twarzy. Nos nieregularny, usta małe i wypukłe, bardzo blada cera pozwalały ją raczej uważać za nieładną, ale w oczach było tyle siły, blasku, pewności siebie - a jednocześnie tyle uniesienia - że tylko oczy widziało się w tej twarzy. Chorobliwie długie palce bawiły się różańcem - milczała przez chwilę. Na widok tej znikomej, drobnej postaci, która zdawała się ginąć w czarnych fałdach habitu, ojca Suryna nie wiadomo dlaczego ogarnęło zdumienie. Wreszcie matka Joanna odezwała się pierwsza niskim, ale przyjemnym głosem:
- Witam ojca dobrodzieja. Cieszę się, że go widzę. Mam do ojca zupełne zaufanie, zwłaszcza że go przysyła ksiądz prowincjał połocki. Czekaliśmy na ojca od dawna jak na wybawiciela.
Ksiądz Suryn przerwał jej:
- Córko moja - powiedział starając się głosowi swojemu nadać jak najwięcej równowagi - córko moja, nasze wspólne modlitwy pomogą nam.
W matce Joannie obudziła się wielka dama. Gestem uprzejmym, choć nieco przesadnym, wskazała Surynowi krzesło przy stole.
- Proszę, może ojciec usiądzie.
Sama odsunęła krzesło trochę w kąt pod piec i usiadła na nim skromnie. Białe jesienne światło padało prosto na nią, prześwietlając jasną cerę tak, że się wydawała jak gdyby przezroczysta. Gdy opuściła powieki - jak teraz - twarz jej gasła, stawała się pospolita i chorowita. Na początku rozmowy nie patrzyła na ojca Suryna.
- Już od kilku miesięcy doświadczamy tutaj nieszczęścia - powiedziała - trapią nas wielkie biedy i ci księża, którzy tutaj już od dawna są, nie mogą sobie z nimi dać rady. Cała nadzieja moja i innych sióstr w ojcu. Mąż tak świątobliwy...
Ksiądz Suryn przerwał z lekką niecierpliwością.
- Mam polecenie zajęcia się wyłącznie twoją osobą, córko moja - powiedział.-Inne zakonnice mają być pod opieką tamtych księży.
- Tak? To dobrze - powiedziała matka Joanna nie podnosząc oczu. - Zresztą, jeżeli mnie duchy opuszczą, to nie będą się trzymały innych sióstr. Ode mnie się wszystko zaczęło - dodała z niejaką chełpliwością.
- Postaram się wygnać owego demona...
Matka Joanna szybko zareagowała na to powiedzenie.
- Ja mam w sobie dziewięć demonów: Behemot, Balaam, Isaakaron, Grezyl, Aman, Asmodeusz, Begerit, Lewiatan i Zapaliczka - wyrecytowała jednym tchem i zamilkła nagle, jak gdyby przestraszona.
Ojciec Suryn spojrzał na nią z pewnym zdziwieniem.
- Nie wierz im, córko moja. Zresztą, jeden demon może nazywać siebie wieloma imionami. Zło może mieć wiele kształtów i postaci. Myślę, że aby godnie przygotować się do pracy, jaka nas czeka, należy przystąpić do spowiedzi i do komunii, córko moja.
Matka Joanna dość obojętnie powiedziała:
- Prosiłam już ojców wielebnych o odprawienie mszy na intencję naszej spowiedzi dziś i jutro i oby modły ich trzymały czarty z dala od nas w ciągu dni przeznaczonych na przystąpienie do Sakramentów Najświętszych. Obiecali mi to. Myślę, że i ojciec przyłączy się do tych modłów.
- Oczywiście, córko moja. Dawno nie byłyście u spowiedzi?
- Od chwili pierwszego opętania, od pół roku.
- To bardzo długo. I dlaczego tak odkładałyście pokutę?
- To nie my. To demony. Nie pozwalały nam na przystąpienie do sakramentów.
- O! - powiedział poważnie ojciec Suryn - demony nie pozwalały?
A czy to czasem nie wasze własne lenistwo duchowe wcieliło się w te demony?
Matka Joanna po raz pierwszy otworzyła oczy i spojrzała na księdza z wyraźną niechęcią. W oczach tych zabłysły dalekie ognie, nabrały też one niezrozumiałego, ale niepokojącego wyrazu.
- A więc ojciec nie wierzy w moje opętanie?
- Moje dziecko - łagodnie powiedział ksiądz Suryn - niestety, muszę wierzyć, choćbym i nie chciał. Ale rozmaite są drogi, którymi dostaje się szatan do naszej duszy.
- Tym razem była to droga czarów - szepnęła nagle z przenikliwą złością matka Joanna - ten okropny czarodziej wpuszczał swój jad poprzez mury, króre bronią przystępu do tego klasztoru.
- Och, przystęp tutaj był bardzo łatwy - niechętnie skonstatował ksiądz Suryn.
- I któż ja jestem! - wybuchnęła raptownie z boleścią matka Joanna - ja, uboga służka pańska, ja, która chwaliłam Boga w zapadłym klasztorze? Kto mnie tu mógł odszukać? Ja, zakonnica - mój ojciec jest księciem, ale ze zubożałego rodu - siedzi w błotach smoleńskich i nikt o nim nie wie. Któż ja jestem, skromna siostra, żeby na mnie spadło aż dziewięć potężnych demonów?...- tu przerwała sobie biadanie i dodała tonem informacji - bo trzeba ojcu wiedzieć, że to są najpotężniejsze demony, prawdziwi książęta piekieł.
- Skąd to wiesz, córko?
- O, oni mi to zawsze mówią. Gdyby to były mniejsze czarty, dawno by już ustąpiły przed egzorcyzmami księdza Laktancjusza i księdza Ignacego. O, to są mocarze! - zawołała z pewnego rodzaju pysznym zadowoleniem.
Ojciec Suryn zmarszczył brwi.
- Niewiele wiemy o naturze demonów - powiedziała to, co one nam same przez usta opętanych powiadają, nie zasługuje na bezwzględną wiarę. Czy nie myślałać o tym nigdy, że to są synowie kłamstwa?
- Cóż jest kłamstwo, ojcze wielebny, co prawda?
Ojciec Suryn cofnął głowę na to pytanie. Matka Joanna od Aniołów siedziała jak trusia, znowu z zamkniętymi oczyma, i tylko na jej drobnych wargach igrało coś jak gdyby uśmiech. Wargi te były bardzo czerwone i jaskrawo odbijały od białej cery pokrytej dużymi kępami żółtych piegów. Wyglądało tak, jak gdyby matka Joanna kpiła z ojca duchownego.
- Jeżeli nie potrafisz rozróżnić kłamstwa i prawdy, córko moja - powiedział - to słuchaj w tym swoich przewodników i przełożonych. Ale każdy chrześcijanin winien jest mieć w sobie sumienie, czułe sumienie, które mu wskaże granice pomiędzy czarnym a białym.
- A czy to, że z mojej winy zginął ksiądz Garniec, jest złem? - spytała i zacisnęła twardo wargi, które stały się w tej chwili wąskie jak wargi węża.
- Niech ci na to sumienie własne odpowie - po krótkiej chwili milczenia powiedział ksiądz Józef. - Kiedy przystąpisz pojutrze do spowiedzi, powiesz mi, co o tym myślisz. Co o tym naprawdę myślisz.
Jeżeli ksiądz Garniec był niewinny, a tak zdaje się naprawdę być...
- Winny, winny, wierz mi, ojcze, winny - nagle ostro zawołała matka, i porwawszy się z krzesła, podeszła do stołu, przy którym siedział ksiądz Suryn. - Winny, winny. O, gdybym ci, ojcze, opowiedziała wszystkie okropności, o jakie przyprawił mnie ten człowiek, te wszystkie wstrętne rzeczy... opowiem ci, muszę ci opowiedzieć kiedyś, innym razem; przecież ty, ojcze, musisz poznać całe moje wnętrze, całe moje cierpienie, wszystko, co przeżywałam i przeżywam. Przecież ty mnie masz wyrwać z otchłani tej samotności... W jaką mnie wtrącił Pan Bóg...
Ojciec odsunął ją lekkim ruchem ręki.
- Usiądź, córko - powiedział - usiądź i uspokój się. Każdy z nas ma swój krzyż na ramionach i dźwigać go musi po grób. Będę może mógł natchnąć cię lepszą myślą. Nikt z nas, chociaż może czuje czasem inaczej - tu westchnął - nie jest sam na świecie. Ma najlepszego towarzysza zawsze przy sobie i może Go wezwać każdej chwili i otworzyć przed nim całe swoje jestestwo. Nikt nie jest samotny
na świecie, siostro, nikt! - podnosząc nagle głos zawołał ksiądz Suryn.-Opiekun nasz i towarzysz, Pan nasz i Ojciec jest zawsze z nami! A przy tym iluż On nam zsyła pocieszycieli? Patroni twoi najświętsi, których sobie obrałaś, najświętsi aniołowie, czyż to nie są najlepsi opiekunowie modłów naszych? A pośród nich ten, co nam jest przydany, aby stał przy nas od kolebki aż do grobu, Anioł
Stróż...
Matka Jonanna znowu się porwała z siedzenia i uklękła naprzeciwko ojca, a taka była malutka, że głowa jej ledwie sięgała ponad poziom dębowej deski. Wyciągnęła ku księdzu swoje długie, wrzecionowate palce i sypnęła nagle cichymi, utajonymi słowami, które brzęczały jak paciorki rozsypane po podłodze:
- Widziałam go, widziałam - mówiła - byłam wtedy chora, bardzo chora i miałam widzenie; wszyscy mnie opuścili, nikogo ja, nieboga, nie miałam przy sobie, leżałam w gorączce. W strasznej gorączce; majaki mnie męczyły okropne przez cztery tygodnie i wreszcie w piątym tygodniu ujrzałam... zobaczyłam, jak stali przy moim łóżku, pomiędzy łóżkiem a ścianą... Mój spowiednik, ksiądz Mucharski
wówczas, i Anioł Stróż mój-podobny był do Kaziuka, parobka z oberży - tylko miał takie długie włosy, które mu spadały aż na ramiona, aż na sutannę księdza Mucharskiego... i potem święty Józef... Święty Józef był taki piękny, wspaniały-i on to właśnie nachylił się nade mną, dotknął się mojej piersi i ból ustał, i zaraz mogłam wstać, prawie zaraz, i w tym miejscu, gdzie mnie dotknął palcami święty Józef, miałam na koszuli pięć kropli pachnącego balsamu.
Ksiądz Suryn odsunął się nieufnie. Matka Joanna od Aniołów, widząc jego obojętność, znowu powstała, wytarła dłońmi oczy, które się jej zwilżyły, i odeszła do swojego krzesła.
- Wybacz - powiedziała spokojnym, skupionym tonem - już nie będę się unosiła. Ale nie mam komu powiedzieć o tym wszystkim, co mnie tak boli. I co mnie przeraża! Wybucham niepotrzebnie, to wszystko ci trzeba powiedzieć, ojcze, po kolei.
- Tak, córko, po kolei. Trzeba, żebyś się uspokoiła. Nie trzeba, abyś wiązała z przyjazdem moim zbyt wielkie nadzieje. Człowiek wobec Boga jest zawsze samotny, ale wobec innych ludzi zawsze się może świadczyć Bogiem. Zawsze Go ma na podorędziu. Na ten raz dosyć naszego spotkania, po południu chciałbym zebrać was wszystkie w dużym refektarzu, aby przygotować się do pojutrzejszej spowiedzi.
- Siostra Małgorzata, siostra furtianka - powiedziała spokojnie przełożona siedząc na swoim miejscu - wskaże ojcu jego mieszkanie w świronku, tam gdzie wszyscy księża mieszkają. Obiad posyła się księżom w południe. Wieczerza o godzinie szóstej. O siódmej są ostatnie modły nie dla sióstr - ostatnie modły wieczorne w kościele.
Potem już są tylko modlitwy zakonne. Modlimy się... o ile możemy.
- Dobrze czynicie, siostry - powiedział ksiądz Suryn wstając z krzesła - dobrze czynicie. Oto więc zaczyna się, córko moja, w ten sposób nasze współżycie - nagle łagodnie, odmieniając ton i otwierając ramiona, zwrócił się do matki Joanny - trzeba myśleć, że będzie ono pomyślne i że przyczyni się do pomnożenia chwały Bożej na ziemi.
Módlcie się, módlcie się!
Matka Joanna od Aniołów nieporuszenie pozostała na swoim krześle, z zamkniętymi oczyma. Twarz jej wyrażała zachwyt, jak gdyby słuchała bardzo przyjemnego śpiewu, bardzo słodkiego grania na organach, i tylko jeden kącik jej wąskich warg drgał lekko. Ojciec Suryn ze wzniesionymi rękami - jak gdyby został w pustce, opuścił więc ręce.
Ale wtedy matka Joanna podniosła się lekko i podeszła ku niemu. Tych parę kroków zrobiła zdecydowanie i nadzwyczaj zwinnie, jak gdyby tańcząc, upadła na kolana przed ojcem Surynem i pocałowała kraj jego sutanny, a potem przypadła mu do rąk, których rozczulony ksiądz nie bronił.
- Broń mię, broń mię, ojcze duchowny - powtarzała.
Ksiądz Suryn podniósł ją niby dziecko. Przypomniała mu się Krysia, "księża gospodyni", i uśmiechnął się słabo.
- Człowiek jest zawsze jak dziecko - powiedział.
Matka Joanna także uśmiechnęła się przez łzy.
- Idźże teraz, córeczko, do swoich zajęć - powiedział z czułością ksiądz Suryn - pewnie masz dużo roboty z siostrzyczkami, a i klasztor jest spory. Ogród duży, gospodarstwo.. a idź. Zaraz po nieszporach przyjdźcie tutaj do dużego refektarza, będziemy sobie rozmyślali o naszych grzechach i małościach. A teraz do widzenia.
Matka Joanna pochyliła się do ręki ojca Suryna. Przeżegnał ją i pobłogosławił, a potem podał medalik, wiszący na różańcu u pasa, do pocałowania. Zakonnica odeszła do swoich drzwi. Ojciec Suryn zbierał się już do wyjścia. Matka Joanna, trzymając rękę na klamce, złożyła ojcu raz jeszcze głęboki ukłon.
Już miała wyjść, kiedy nagle, nie puszczając klamki, przysiadła jakoś, skupiła się w sobie, stała się jeszcze mniejsza i wydała zgrzytliwy i przykry pogłos, niby rozzłoszczony kot. Ojciec Suryn zdziwiony spojrzał ku niej. Matka Joanna cichaczem, skradając się, szła pod ścianą, wokół pieca, za stołem, w kierunku ojca, który jak przygwożdżony stał w pobliżu drzwi. Twarz matki Joanny zmieniła
się nie do poznania, skurczyła się jak suszony owoc, oczy skosiły się, nos wyciągnął, a zza zaciśniętych warg dolatywał ów dźwięk dziki, to znowu zgrzytanie zębów. Matka Joanna podeszła tuż do księdza i popatrzyła na niego tak okropnie z dołu do góry swoimi przekrzywionymi oczami; oczy te z niebieskich stały się czarne, rozszerzone jak u rysia o zmierzchu, i przenikliwe, jak gdyby na wylot przezierające duszę. Ksiądz odchylił głowę, ale nie mógł się oderwać od tych okropnych oczu.
- O, kochaneczku - syknęła nagle matka Joanna - nie myśl, że ci to przyjdzie łatwo wypędzić mnie z tego lubego ciałeczka.
Ksiądz Suryn stracił zupełnie głowę.
- Matko Joanno, matko Joanno - powtarzał bezradnie.
- Nie jestem matką Joanną - syknęła straszna kobieta - nie poznajesz mnie? To ja, twój brat, Isaakaron! Balaam! Asmodeusz! O, nie myśl, stary dziadu, że my się zlękniemy twojej święconej wody, twojego łacińskiego gadania! My jesteśmy takie chwackie czarty, że jak już raz jaką duszyczkę weźmiemy pod swoją opiekę, to tak łatwo jej nie puścimy. A jeszcze na dokładkę i ciebie zabierzemy, stary,
wredny klecho!
Ojciec Suryn oprzytomniał. Przeżegnał się sam i przeżegnał skurczoną zakonnicę, która wyglądała, jak gdyby się czaiła i gotowała do skoku.
- Apage Satanas! - zawołał.
W odpowiedzi na to matka Joanna od Aniołów zatoczyła się, jakby popchnięta jakąś wewnętrzną siłą, i oparła się o ścianę ręką, której długie palce razcapierzyły się teraz jak łapa krogulca. Jednocześnie targnął nią straszliwy śmiech, gromki, doniosły i bezczelny. Ojciec Suryn, ośmielony, zrobił jeszcze krok naprzód i raz jeszcze przeżegnał nieszczęśliwą:
- Apage, apage Balaam, apage Isaakaron! - zawołał.
Matka Joanna śmiała się wciąż przeciągle i opierała się dłonią o biały mur. Jednocześnie ojciec Suryn zauważył, że pod habitem zakonnicy dzieje się jakiś ruch. Machinalnie czynił wielokrotny znak krzyża nad nią, a ona, jak gdyby z trudem wydobywając spod długiej spódnicy swoją nogę, nagle bystrym ruchem podniosła w górę stopę obutą w prosty trzewik zakonny i z całej siły kopnęła ojca Suryna w kolano.
Ksiądz zachwiał się pod niespodziewanym ciosem, a matka Joanna tymczasem prześliznęła się pod jego ramieniem, nie przestając się śmiać, i szybkim, jakimś mysim ruchem dobiegła do drzwi i znikła za nimi, zamykając je gwałtownie.
Ojciec Suryn spojrzał za nią, a potem odwrócił wzrok na ścianę. W tym miejscu, gdzie matka oparła się ręką o mur, widniał na białym tle, jak wypalony, pięciopalcowy ślad krogulczej dłoni.

dalej
Dodaj do swoich materiałów