Baza wiedzy

Brzezina IV

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


IV


      Lato rozpoczęło się szczególnie piękne. Dnie nie nadto upalne kończyły się gorącymi wieczorami i noc przychodziła spokojna, cicha i pieszczotliwa. Bolesław w dalszym ciągu bardzo mało sypiał. Wyznanie brata nie zbudowało pomiędzy nimi mostu porozumienia.
Przeciwnie, czuli się jeszcze bardziej skrępowani, kiedy zasiadali do wspólnego jedzenia. Bolesław z niepokojem spoglądał na Stasia, ale na twarzy brata nie spostrzegał żadnych oznak posuwającej się choroby. Począł już nawet myśleć, że to, co mu Staś powiedział, wylęgło się w jego chorobliwej imaginacji. Staś dużo grał, pisywał listy - a po południu zwykle Bolesław spostrzegał go z Olą, przechadzającego się pomiędzy białymi drzewami brzeziny.
      Gdy wieczorami Staś wracał do domu, Bolesław z kolei bezsenny i zwątpiały błąkał się pomiędzy grobem żony a sczerniałymi budynkami leśniczówki i podwórza". Przechodził czasami koło mieszkania służby i zawsze dolatywały go stamtąd śmiechy i wesołe głosy. Chociaż do najbliższej wsi było bardzo daleko, jednak do Maliny przychodził zawsze któryś ze znajomych chłopców.
       Czasem, zwłaszcza w sobotę lub niedzielę, było ich kilku i Bolesław, uciekając od fortepianu Stasia, wpadał w orbitę harmonijki ręcznej, na której wygrywał jeden z tych wielbicieli. Po pewnym czasie Bolesław zaczął przystawać gdzieś w okolicach tego mieszkania i słuchać tych śmiechów i tego grania. O ile drażniły go piosenki hawajskie, które tak cichutko wygrywał Staś, o tyle głośne i monotonne dźwięki harmonii zaczęły mu sprawiać przyjemność. Sama prymitywność tych piosenek przenikała mu do serca. Nie mógł powiedzieć, aby granie to przekształcało się w jakiś beznadziejny smutek.
Przeciwnie, myślał sobie: jak by to było dobrze, gdyby żyła Basia i gdyby tak z nią chodzili tutaj po lesie i po podwórzu, trzymając się za ręce.
      Basia na pewno cieszyłaby się z takiego ładnego lata i z tego także, że do Malinki przychodzą chłopcy z odległych wsi.
Basia miała zawsze specjalną sympatię do ludzi kochanych i zakochanych i zawsze się cieszyła ze wszystkich romansów, o jakich słyszała. I gdy ktoś opowiadał jej o namiętnych tragediach, odbywających się na wsiach polskich, cieszyła się bardzo, aczkolwiek było tam dużo mowy o wypadkach morderstw, zabójstw,okaleczeń. Miłość dla niej była wszystkim. Tak sobie przynajmniej myślał Bolesław i pewnego razu postanowił zobaczyć, którzy to chłopcy przychodzą do leśniczówki. Zbliżył się do progu, na którym siedzieli wszyscy mieszkańcy nadstajenni. Za jego zbliżeniem rozmowy ucichły, śmiechy odleciały. Zebrani przywitali go serdecznie, ale oficjalnie. Spostrzegł, że z obcych jest tylko Michał z sąsiedniej kolonii.
      Był to dzielny chłopiec i Bolesław bardzo go lubił.
Nie wiedział, że to on chodził do Maliny. Nawet nie pytał zresztą, mogło się zdarzyć, że Michał był tutaj przypadkiem. Przychodząc do miasteczka mógł zajść, aby dowiedzieć się, co słychać w tej samotni.
      Porozmawiali przez chwilkę o pogodzie, o przewidywaniach na siano; Bolesław zapytał Michała, co słychać u nich na kolonii, ale rozmowa się nie kleiła. Bolesław rozumiał, że ich krępuje, ale nie miał dość siły, aby się od nich oderwać. Chciało mu się kontaktu z ludźmi i tym przyjemniej mu było, że byli to ludzie prości. Ale wreszcie musiał odejść.
Myślał sobie, że chyba zaczyna się w nim coś starzeć czy zmieniać, iż odczuł tak gwałtownie potrzebę obcowania i rozmawiania. Minął brzezinę i poszedł w kierunku ulubionego swojego miejsca, gdzie można było myśleć, że las się kończy. Rzeczywiście był tam rów, a za rowem ciągnęły się malutkie poletka, za poletkami w gąszczu wiśniowych drzew stała zapadnięta chatka starej Maryjki, z której nie widać było nawet komina sponad drzewek. Za domem Maryjki znowu były pola, zasiane owsem, a potem dopiero rozpoczynał się las. Pola te należały do leśniczówki i rok po roku, niestety, były obsiewane owsem, który stawał się coraz nędzniejszy i nie w bardzo dobrej formie utrzymywał leśne konie Bolesława.
      Nigdy nie przychodzili tu z Basią. I może dlatego lubił to miejsce i, włócząc się teraz co wieczora (pomimo zmęczenia całodzienną pracą), często przychodził i stawał na skraju lasu; patrzył i myślał, że można sobie wyobrazić, iż pola te ciągną się bez końca, że nic już ich nie przerywa, że się brzezina nie zacznie po tamtej stronie. Ale potem wracała myśl, iż to tylko polana, na której chata Maryjki jest wysepką.
      Inne wieczory także były ciepłe. Nie mógł wysiedzieć w domu, gdzie Staś tak często grał na starym i rozstrojonym fortepianie. Instumentowi nie służył pobyt w domu otoczonym gęstym lasem. Chrypiał coraz bardziej i nawet niektóre klawisze przestały odpowiadać.
Walce i tanga brzmiały na nim okropnie, ale Staś nie przstawał grać.
Były takie dnie, iż stawało się to jego całodziennym zajęciem i że od fortepianu wstawał tylko do stołu lub do łóżka. Pokładał się teraz od czasu do czasu, a zwłaszcza popołudnie lubił spędzać leżąc owinięty w piękny szal, kraciastą pamiątkę z Davos.
Bolesław uciekał daleko w ciemne sosny, ale schrypnięty głos fortepianu gonił go długo, zanim ogromnym kołem zatoczonym w lesie nie wyszedł poza granice j ego zasięgu. Usiadł pod sosną i milczał.
O niczym nie myślał; wiatr był nieduży i tylko w samej górze drzew przechodził niespokojny szelest. Czarne gałęzie sosen łomotały głucho, zapowiadając na jutro przemianę pogody. Siedział dość długo. Gdy wiatr się ściszał, słyszał odgłosy kroków stąpających po igliwiu: ktoś się przechadzał niedaleko, tam i z powrotem pomiędzy sosnami. Zwrócił się w tamtą stronę i słyszał przytłumiony głos, nie mógł jednak rozeznać, kto tam rozmawia. Irytowało to go trochę: nawet tu nie ma spokoju, powiedział przez zęby, potem splunął.
Wstał i wrócił do domu.
      Staś nie grał, nie było go ani w stołowym pokoju, ani w sypialni.Bolesław przeniósł lampę od siebie do jadalni i powoli pił wystygłą herbatę. Katarzyna spała już w kuchni, od strony podwórza nie dolatywały żadne dźwięki.
Widać dzisiaj Michał nie przyszedł z harmonią, a może to właśnie on spacerował po lesie.
      Nigdy jeszcze tak wyraźnie nie pomyślał Bolesław o małej wartości swojego istnienia. Nigdy mu do głowy nie przychodziło to, że naprawdę nic by się nie stało, gdyby umarł. I to nie to, oczywiście, że świat nie odczułby tego, ale i dla niego samego to przejście od bezmyślnego istnienia do bezmyślnego niebytu nie miałoby żadnego znaczenia. Krok po prostu zwyczajny,, ale nieznaczny.
Pomyślał o obrzędach związanych z jego ewentualną śmiercią, z pogrzebem; jak by go baby ubierały. Katarzyna oczywiście i Maryj ka, tak samo jak przy Basi. I czy Malinka przyszłaby do niego! Czyby ona też go myła, jak żonę? Chyba nie, to przecież młoda dziewczyna. Ile ona może mieć lat?
      I pierwszy raz zastanowiła go obecność Maliny na leśniczówce, to, co ona tu robi, jak wygląda. Nawet jej sobie dobrze wyobrazić nie mógł. Gdy zamknął oczy i chciał wywołać jej obraz w głowie, rysy jej uciekały mu.
Rozumiał tylko, że widzi owal jej głowy i warkocze skręcone, nie pokryte chustką. Nie pamiętał nawet, czy była ładna, czy brzydka.
- Muszę tam pójść jutro rano - powiedział sobie.
Stanisław bardzo długo nie przychodził. Bolek się dziwił i chodził po pokojach, zajrzał do Stasia, ale tam nikogo nie było. Fortepian stał z podniesionym deklem jak ptak. Bolesław podszedł do klawiatury i jednym palcem wystukał melodię piosenki, jaką śpiewał kiedyś w wojsku w młodości. Stali wtedy na południu Rosji w małym miasteczku i codziennie wymykał się cichaczem z koszar do ślicznej dziewczyny, która wychodziła na jego spotkanie, mieszkała niedaleko. Szli razem na strych i spali tam na sianie.
      Przestraszył się trochę tej melodii, która pod jego niezdarnym palcem zabrzmiała niezbyt głośno, i zdziwił się swojemu stanowi ducha. Niestety, stało się - pomyślał - przyjazd Stasia zupełnie mnie odmienił.
Teraz może dopiero zrozumiał treść tego, co mu Staś przed kilkoma dniami wyznał. To znaczy, że będzie znowu śmierć w jego domu, trup leżący na łóżku, mogiła w brzezinie czy miasteczku, że odejdzie Staś, który zawsze był dla niego taki obcy z tym swoim ,,europejskim" uśmiechem. I znowu baby przyjdą myć trupa Stanisława, jak myły trupa jego żony. Tylko Malina nie może. To przecie nie jest rzecz młodych dziewcząt, to robią zawsze stare baby. Sama nawet nie będzie chciała, to jest zupełnie niemożliwe. Któż by śpieszył do mycia nędznego ciała suchotnika? Umrze, to może nawet lepiej, bo nawet sobie nie może wyobrazić, co z niego mogłoby być. Suchotnik - to jedyna dla niego profesja.
      Ale Staś wrócił z takim uśmiechem, z takim rumieńcem, taki podobny do człowieka szczęśliwego, że ponure myśli ulotniły się z głowy Bolesława.

dalej
Dodaj do swoich materiałów