Baza wiedzy

Ogniem i mieczem t.II rozdz.4 (Henryk Sienkiewicz)

Rozdział 3

Henryk Sienkiewicz - Ogniem i mieczem


tom II


Rozdział IV


- Cud jawny już Pan Bóg raz nad nią okazał - mówił pan Zagłoba do Wołodyjowskiego i Podbipięty siedząc w kwaterze Skrzetuskiego. - Cud jawny, mówię, że mi ją pozwolił z tych rąk sobaczych wyrwać i przez całą drogę ustrzec; ufajmy, że się jeszcze nad nią i nad nami zmiłuje. Byle tylko żywa była. A tak mi coś szepce, że on ją znowu porwał. Bo, uważcie waszmościowie: przecie, jako nam języki powiadały, on po Pułjanie przy Krzywonosie drugim sprawcą został - żeby go diabli sprawili! - a więc przy wzięciu Baru musiał być.
- Mógł jej nie odnaleźć w owym tłumie nieszczęsnych; przecie tam dwadzieścia tysięcy ludu wycięto - rzecze pan Wołodyjowski.
- To jego waść nie znasz. A ja bym przysiągł, iż on wiedział, że ona jest w Barze. Owóż nie może być inaczej, tylko on ją z rzezi salwował i gdzieś wywiózł.
- Niewielką nam waść pociechę powiadasz, bo na miejscu pana Skrzetuskiego wolałbym, żeby zginęła, niż żeby miała w jego plugawych rękach zostawać.
- I to nie pociecha, bo jeśli zginęła, to pohańbiona...
- Desperacja! - rzecze Wołodyjowski.
- Och, desperacja! - powtórzył pan Longinus.
Zagłoba począł szarpać wąs i brodę, na koniec wybuchnął:
- A żeby ich parchy zjadły, cały ten ród arcypieski! żeby z ich bebechów poganie cięciwy pokręcili!... Bóg stworzył wszystkie nacje, ale ich diabeł takich synów, sodomitów! Bodaj im wszystkie ich maciory zjałowiały!
- Nie znałem ja tej słodkiej panny - mówił smutnie pan Wołodyjowski - ale wolałbym, żeby mnie samego nieszczęście pościgło.
- Raz ja ją w życiu widziałem, ale gdy ją wspomnę, z żalu żyć hadko! - rzekł pan Longinus.
- To wam! - wołał pan Zagłoba - a cóż mnie, którym ją ojcowskim afektem umiłował i z toni takiej wyprowadził?... - Cóż mnie?
- A cóż panu Skrzetuskiemu? - pytał Wołodyjowski.
I tak desperowali rycerze, a następnie pogrążyli się w milczeniu.
Pierwszy ocknął się pan Zagłoba.
- Zali już nie ma rady? - spytał.
- Jeśli rady nie ma, to obowiązek jest pomścić - odpowiedział Wołodyjowski.
- Oby Bóg dał prędzej walną bitwę! - westchnął pan Longinus. - Mówią o Tatarach, że już się przeprawili i w polach koszem zapadli.
Na to pan Zagłoba:
- Nie może być, abyśmy ją, niebogę, tak zostawili, niczego dla jej ratunku nie przedsiębiorąc. Dość ja już się po świecie starych kości natłukłem, lepiej by mi teraz gdzie w spokoju w jakiej piekarni dla ciepła legiwać, ale dla tej niebogi pójdę jeszcze choćby do Stambułu, choćbym na nowo chłopską siermięgę miał włożyć i teorban wziąć, na któren bez abominacji spojrzeć nie mogę.
- Waćpan tak w fortele obfity, wymyślże co - rzekł pan Podbipięta.
- Siła mnie już sposobów przez głowę przechodziło. Żeby choć połowę takich miał książę Dominik, to by już Chmielnicki, wypatroszony, za zadnie nogi na szubienicy wisiał. Mówiłem już o tym i ze Skrzetuskim, ale z nim się teraz nie można niczego dogadać. Boleść się w nim zapiekła i nurtuje go gorzej choroby. Wy jego pilnujcie, żeby mu się rozum nie pomieszał. Często się trafia, że od wielkich smutków mens poczyna robić jak wino, aż w końcu skiśnie.
- Bywa to, bywa! - rzekł pan Longinus.
Pan Wołodyjowski poruszył się niecierpliwie i spytał:
- Jakież tedy są waści sposoby?
- Moje sposoby? Owóż naprzód musimy się dowiedzieć, czy ona, nieboga najmilsza - niech ją anieli strzegą od wszystkiego złego! - żywa jeszcze, a dowiedzieć się możem dwojakim sposobem: albo znajdziemy między książęcymi Kozakami ludzi wiernych i pewnych, którzy się podejmą niby to do Kozaków uciec, pomieszać się między Bohunowymi ludźmi i od nich czegoś się dowiedzieć...
- Ja mam dragonów Rusinów! - przerwał Wołodyjowski. - Ja takich ludzi znajdę.
- Czekaj waść... albo złapać języka z tych hultajów, którzy Bar brali, czy czego nie wiedzą. Wszyscy oni patrzą w Bohuna jak w tęczę, że to im się jego diabelska fantazja podoba: pieśni o nim śpiewają - żeby im gardziele poropiały! - i jeden drugiemu bają o tym, co zrobił, i o tym, czego nie zrobił. Jeśli on naszą niebogę porwał, to się przed nimi nie ukryło.
- To można i ludzi posłać swoją drogą, i o języka się starać swoją drogą - zauważył pan Podbipięta.
- Trafiłeś waść w sedno. Jeśli się dowiemy, że żyje - to jest najgłówniejsza rzecz. Wtedy, skoro waszmościowie szczerym sercem Skrzetuskiemu pomagać chcecie, to oddacie się pod moją komendę, bo mam najwięcej eksperiencji. Poprzebieramy się za chłopów i postaramy się dowiedzieć, gdzie on ją ukrył - a jak raz będziemy wiedzieć; to już głowa moja w tym, że jej dostaniemy. Najwięcej ważę ja i Skrzetuski, bo Bohun nas zna, a jakby poznał - no, to by nas matki rodzone potem nie poznały, ale waszmościów obydwóch nie widział.
- Mnie widział - rzekł pan Podbipięta - ale mniejsza z tym.
- Może też jego Pan Bóg poda w nasze ręce? - zawołał pan Wołodyjowski.
- Już ja go tam nie chcę widzieć - mówił dalej Zagłoba. - Niech tam kat na niego patrzy. Trzeba ostrożnie poczynać, by całej imprezy nie popsować. Nie może to być, aby on jeden o jej ukryciu wiedział, a już to ręczę waszmościom, że bezpieczniej kogo innego się pytać.
- Może też ludzie nasi wysłani się dowiedzą. Jeśli tylko książę pozwoli, wybiorę pewnych i wyślę choćby jutro.
- Książę pozwoli, ale czy się dowiedzą, wątpię. Posłuchajcie, waszmościowie: przychodzi mnie do głowy i drugi sposób, oto, abyśmy zamiast ludzi wysyłać albo języków łapać, sami poprzebierali się po chłopsku i ruszyli nie mieszkając.
- O, nie może to być! - zakrzyknął pan Wołodyjowski.
- Czemu nie może być?
- To chyba waść służby wojennej nie znasz. Gdy chorągwie nemine excepto stawają, to jest święta rzecz. Choćby ojciec i matka konali, to towarzysz ci nie pójdzie wtedy permisji odjazdu prosić, bo przed bitwą to jest największy dyshonor, jakiego się żołnierz dopuścić może. Po bitwie walnej, gdy nieprzyjaciel rozproszon, można, ale nie przedtem. I uważ waść: Skrzetuskiemu pierwszemu chciało się zrywać i lecieć, i ratować, a ani pary nie puścił. Reputację on już ma, książę go kocha, a ani się odezwał, bo swój obowiązek zna. To jest, widzisz waszmość, służba publiczna, a tamto prywatna. Nie wiem, jak tam gdzie indziej, choć mniemam, że wszędzie tak samo, ale u księcia naszego wojewody niebywała rzecz: permisja przed bitwą, jeszcze u oficerów! Choćby się też i dusza podarła Skrzetuskiemu, nie poszedłby z taką propozycją do księcia.
- Rzymianin on jest i rygorysta, wiem - mówił pan Zagłoba - ale żeby tak kto księciu podszepnął, może by jemu i waszmościom z własnej woli dał permisję.
- Ani to jemu w umyśle nie postoi! Książę całą Rzeczpospolitą ma na głowie. Cóż waćpan myślisz, teraz tu najważniejsze sprawy się ważą, całego narodu tyczące, żeby on się czyjąś prywatą zajmował? A choćby też, co jest niepodobne, nie proszony permisję dał, tedy, jak Bóg na niebie, nikt by z nas teraz z obozu nie wyruszył; bo i my też pierwsze służby ojczyźnie nieszczęsnej, nie sobie powinni.
- Wiem ci ja o tym, wiem, i służbę z dawnych czasów znam, dlatego też powiedziałem waszmości, że ten sposób przeszedł mi jeno przez głowę, ale nie powiedziałem, że w niej siedzi. Zresztą, prawdę rzekłszy, póki potęga hultajska stoi nienaruszona, niewiele byśmy mogli wskórać, ale gdy będą pobici, ścigani, gdy własne gardła będą tylko ratować, wtedy i zapuścić się śmiało między nich możemy, i łatwiej wieści z nich wydobyć. Oby tylko jak najprędzej reszta wojska nadciągnęła, bo inaczej na śmierć się chyba pod tym Czołhańskim Kamieniem zamartwimy. Żeby tak przy naszym księciu była komenda, już byśmy ruszali, ale książę Dominik często gęsto widać popasa, kiedy go dotąd nie ma.
- We trzech dniach już się go spodziewają.
- Dajże go, Boże, jak najprędzej! Wszakże pan podczaszy koronny dziś nadciąga?
- Tak jest.
W tej chwili drzwi się otworzyły i wszedł Skrzetuski.
Rysy jego, rzekłbyś: boleść z kamienia wykowała, taki bił od nich chłód i spokój.
Dziwno było patrzeć na tę twarz młodą, a tak surową i poważną, jakby na niej uśmiech nigdy nie postał, i zgadłeś łatwo, że gdy ją śmierć zetnie, wiele w niej już nie zmieni. Broda wyrosła panu Janowi do pół piersi, w której to brodzie śród czarnego jak krucze pióra włosa wiły się tu i owdzie srebrne nitki.
Towarzysze i wierni przyjaciele odgadywali w nim raczej boleść, bo jej nie okazywał. Wreszcie był przytomny, na pozór spokojny, w służbie swej żołnierskiej jeszcze prawie niż zwykle pilniejszy i cały bliską wojną zajęty.
- Mówiliśmy tu o nieszczęściu waszmości, które zarazem jest i nasze - rzekł pan Zagłoba - gdyż Bóg świadkiem, niczym się pocieszyć nie możemy. Ale jałowy byłby to sentyment, gdybyśmy waćpanu łzy jeno wylewać pomagali, przeto postanowiliśmy i krew wylać, by oną niebogę, jeśli chodzi jeszcze po ziemi, z niewoli wyrwać.
- Bóg zapłać - rzecze pan Skrzetuski.
- Pójdziemy z tobą choćby do obozu Chmielnickiego - mówił pan Wołodyjowski poglądając niespokojnie na przyjaciela.
- Bóg zapłać - powtórzył pan Jan.
- Wiemy - mówił Zagłoba - żeś waćpan sobie poprzysiągł szukać jej żywej czy martwej, przeto gotowiśmy choćby dziś...
Skrzetuski siadłszy na ławie oczy wbił w ziemię i nie odrzekł nic - aż złość porwała pana Zagłobę. "Zaliby on miał zamiar jej zaniechać? - pomyślał.
- Jeśli tak, niechże mu Bóg sekunduje! Nie masz, widzę, ani wdzięczności, ani pamięci na świecie. Ale znajdą się tacy, którzy będą ją jeszcze ratowali, chybabym wprzód ostatnią parę wypuścił."
W izbie zapanowało milczenie przerywane tylko westchnieniami pana Longina. Tymczasem mały Wołodyjowski zbliżył się do Skrzetuskiego i trącił go w ramię.
- Skąd wracasz? - rzekł.
- Od księcia.
- I co?
- Wychodzę na noc podjazdem.
- Daleko?
- Aż pod Jarmolińce, jeśli będzie wolna droga.
Wołodyjowski spojrzał na Zagłobę i zrozumieli się od razu.
- To ku Barowi? - mruknął Zagłoba.
- Pójdziemy z tobą.
- Musisz iść po permisję i spytać, jeśli książę innej ci roboty nie przeznaczył.
- To chodźmy razem. Mam też i o coś innego spytać.
- I my z wami - rzekł Zagłoba.
Wstali i poszli. Kwatera książęca była dość daleko, na drugim końcu obozu. W przedniej izbie zastali też pełno oficerów spod różnych chorągwi, bo wojska zewsząd nadciągały do Czołhańskiego Kamienia, wszyscy zaś biegli służby swoje księciu polecić. Pan Wołodyjowski musiał dość długo czekać, nim wraz z panem Podbipiętą przed obliczem pańskim stanąć mogli, ale za to książę od razu pozwolił i samym jechać, i dragonów Rusinów kilku wysłać, którzy by, zmyśliwszy ucieczkę z obozu, poszli do Bohunowych Kozaków i tam się o kniaziównę wypytywali. Do Wołodyjowskiego zaś rzekł:
- Sam ja funkcje różne Skrzetuskiemu wynajduję, bo widzę, że się boleść w nim zamknęła i że go stoczy, a szkoda mi go niewypowiedziana. Nic-że on wam o niej nie mówił?
- Mało co. W pierwszej chwili zerwał się, żeby między Kozaków na oślep iść, ale przypomniał sobie, że to teraz chorągwie nemine excepto stoją i żeśmy na ojczyzny ordynansie, którą przed wszystkim ratować trzeba, i dlatego u waszej książęcej mości wcale nie był. Bóg jeden wie, co się w nim dzieje.
- I doświadcza go też ciężko. Czuwajże wasze nad nim, bo widzę, żeś mu wiernym przyjacielem.
Pan Wołodyjowski skłonił się nisko i wyszedł, bo w tej chwili wszedł do księcia wojewoda kijowski z panem starostą stobnickim, z panem Denhofem, starostą sokalskim, i z kilku innymi dygnitarzami wojskowymi.
- I cóż? - spytał go Skrzetuski.
- Jadę z tobą, jeno wpierw muszę pójść do swojej chorągwi, bo mam kilku ludzi gdzieś wysłać.
- Chodźmy razem.
Wyszli, a za nimi pan Podbipięta, Zagłoba i stary Zaćwilichowski, który szedł do swojej chorągwi. Niedaleko namiotów chorągwi dragońskiej Wołodyjowskiego spotkali pana
Dodaj do swoich materiałów