Baza wiedzy

Szaleństwa Panny Ewy rozdz.4 (Kornel Makuszyński)

(wstecz)

Kornel Makuszyński - Szaleństwa Panny Ewy


Rozdział czwarty

W którym malarz goni dziewczynę, a dziewczyna bieży za psem.



Jerzy Zawidzki przyjechał z Zakopanego zaspanym pociągiem o godzinie szóstej rano, zarzucił na plecy tobołek, w którym tkwiło malarskie pudło z farbami, i zdążał piechotą z dworca do domu. Nie chciał ani swojego młodego wieku, ani też swojej malarskiej godności zhańbić użyciem mechanicznego pojazdu. Poranek był zresztą prześliczny i rzeźwy, na ulicach jeszcze był pusto, droga niedaleka, a tęcze ukryte w pudełku były lekkie. Ponieważ każdemu malarzowi jest zazwyczaj lekko i na duszy, przeto pan Jerzy kroczył raźno uśmiechając się do słońca, które - jako malarz - haniebnie okradał z blasków. Uśmiechał się tez i do spotykanych ludzi, mało który jednak odpowiadał mu uśmiechem, podejrzewając słusznie, że indywiduum, które o szóstej rano okazuje przyjaźń całemu światu, musi być albo oszustem, albo też pozbawione jest zdrowych zmysłów.
Malarz wszedł w cichą boczną uliczkę, na której - nie licząc siedemnastu wróbli - nie było widać żywego ducha. Uliczka była tak senna i cicha, że wesoły pan Jerzy przestał pogwizdywać. Gdyby był tego nie uczynił z troski o spokój śpiących Polaków, byłby musiał to uczynić z innego dziwnego powodu. Przystanął i patrzył z nagłym zajęciem na tajemnicze sprawy, rozgrywające się w szarym, liszajowatym, sennym domu. Jedno z okien na parterze otwarto ostrożnie i bez szmeru. Ukazała się w nim głowa dziewczęca, nakryta uczniowską czapeczką. Malarz zdołał dojrzeć bystrym wzrokiem, że rozczulającą ozdobą tej głowy był zadarty nosek.
Znane są wypadki w dziejach ludzkości, że czasem ktoś o godzinie szóstej rano otwiera okno, dlatego też w nikim nie budzi to już zdumienia. Zazwyczaj jednak ukazuje się w oknie postać ludzka niezupełnie odziana, ziewająca i rozgoryczona, że ją zmuszono do wczesnego powstania. Musiało to przeto zdumieć roztropny umysł malarza, że osoba, która przed chwilą otworzyła okno, jest odziana, a - sądząc z ożywienia na obliczu - wcale nie jest senna. Ponieważ jednak ludzie miewają nieoczekiwane pomysły, byłby malarz po krótkiej chwili machnął ręką i poszedłby swoją drogą, gdyby osoba w uczniowskiej czapce nie poczęła wyprawiać zdumiewających awantur. Przez okno spuściła na chodnik najpierw zawiniątko, a potem - o dziwo! - śmiesznego psa. Położyła ostrożnie palce na ustach, dając znak kundlowi, aby pary nie puścił z gęby, potem rzuciła się w objęcia jakiejś drugiej żeńskiej istoty, co w białym obleczeniu wyglądała jak widmo nagłe zjawione.
- Co to wszystko znaczy? - zagadał malarz sam do siebie.
Ukrył się we wnęce bramy i patrzył ciekawie.
Obie żeńskie istoty ściskały się rozpaczliwie przez dłuższą chwilę, po czym "zadarty nos" wyjrzał na ulicę i pilnie patrzył, czy kto nie nadchodzi, wreszcie siadł okrakiem na oknie i zaczął przełazić ostrożnie.
"To jakaś nieczysta sprawa!" - pomyślał malarz.
Dziewczyna aż przysiadła skoczywszy na chodnik, raz jeszcze skinęła ręką w stronę białego widma, porwała szybko zawiniątko, gwizdnęła cicho na psa i poczęła oddalać się szybkim spłoszonym krokiem.
Nagle stanął na jej drodze Zawadzki, który spojrzał posępnie i również posępnie zapytał:
- Przepraszam bardzo, ale chciałbym wiedzieć, co to wszystko znaczy?
Panna Ewa Tyszowska wydała okrzyk bardzo cichy i tak okrągły, że w druku można go wyrazić okrągłą literą "o", która wykrzyknięta w odpowiedniej tonacji oznacza: zdumienie, nieoczekiwaną trwogę lub też oburzenie pomieszane z jedną trzecią pogardy. Mniej więcej to samo usiłowało wyrazić jej spojrzenie. Młodzieniec jednakże wcale go się nie uląkł, z czego można było wyprowadzić nieomylny wniosek, że jest to młodzieniec zuchwały.
Ponieważ panienka nie chciała odpowiedzieć na pytanie, więc je powtórzył, już groźniej. Wtedy dopiero odpowiedziała:
- A co to pana obchodzi?
Tyle było słuszności w tych słowach, że młodzian stropił się, ale nie na długo.
- Osobiście wcale mnie to nie obchodzi - rzekł po namyśle. - Nawet gdyby pani zlazła po rynnie z dachu, jednak skoro obywatel widzi tajemnicze historie, może słusznie przypuszczać....
- Proszę mi zejść z drogi! - rzekła Ewcia cicho, ale dobitnie.
Z niewielkim trudem, przy odrobinie mizernego czarodziejstwa można było każde jej słowo zmienić w niewielki kamień. Równocześnie kundel pilnie przysłuchując się rozmowie dał warczeniem znak, że czuwa i że rozdarcie spodni zuchwałego zawalidrogi nie będzie dla niego zbytnim wysiłkiem. Zawalidroga jednak był uparty.
- Uciekamy z domu? - zapytał "przez pół drwiąco, przez pół serio".
- To nie jest pańska sprawa! Proszę mnie nie zatrzymywać...
- Rozumiałbym, gdyby to robił chłopak, który chce uciec na okręt do Gdyni, ale panienka... Czy pani nie myśli, że to będzie z korzyścią dla pani, jeśli i panią, i tobołek, i tego kundla zawiodę z powrotem "na ojczyzny łono"?
Ewcia spojrzała na niego z mieszaniną rozpaczy i gniewu. Na oczach miała siedem błysków, tyle właśnie, ile wedle przepisów mody powinien ich mieć świetnie wyprasowany cylinder, słynne nakrycie głowy dyplomatów i kominiarzy w Poznańskiem. Bezczelny młodzieniec uśmiechał się jednakże i nie zląkł się spojrzenia, przed którym byłby zadrżał człowiek nieco mniejszego ducha. Z właściwą mężczyznom chytrą przewrotnością zmienił drwiący ton na ton niby przyjazny i dobrotliwy:
- Niech pani nie robi głupstw - mówił cicho. - Niech pani wraca... Siostra czy też przyjaciółka otworzy okno, a ja pani pomogę wejść z powrotem. Niech pani pomyśli, co się będzie działo w domu, skoro spostrzegą pani ucieczkę! Po co mamusię przyprawiać o rozpacz i łzy? Tego psa niech pani wyprawi na koniec świata, a pani niech wraca... Proszę mi dać ten tobołek!
Ewcia nie słuchała tej świetnej i fałszywej przemowy, lecz bystrze badała sytuację. Nagle, zbadawszy wszystkie możliwości, gwizdnęła na kundla i uczyniła skok antylopy na brzeg chodnika, po czym zaczęła biec niezrównanym krokiem długodystansowca podczas "biegu narodowego na przełaj". Kundel, we wszelkich sztukach zaprawny, przemyślnie uskoczył w drugą stronę, aby zmylić napastnika, który jednakże okazał całkowitą obojętność wobec jego kosmatej osoby.
- Ach, więc to jednak nieczysta sprawa! zakrzyknął malarz i wprawił w ruch swoje długie nogi.
Panienka zdołała znacznie go wyprzedzić i biegła jak sarna. Sarny jednakże mało kiedy dźwigają ciężkie zawiniątko, dlatego już po niedługiej chwili świetnie to porównanie zaczęło tracić wartości. Dobiegła jednak do najbliższego skrzyżowania ulic i zginęła za węgłem domu. Rolmops dreptał z gwałtownym i zdyszanym pośpiechem w jej ślady.
Malarz uczynił kilkanaście ogromnych kroków ponad miarę wyrośniętego dryblasa, lecz nagle zatrzymał się na moment, nieco oszołomiony, że się przez niemądre wścibstwo stał przyczyną jakiejś smutnej awantury. Ujrzał scenę niespodzianą: uciekająca z tobołkiem Ewcia wpadła w gościnnie rozwarte ramiona policjanta, który dlatego może być z odrobiną słuszności przyrównany do kwitnącej jabłoni, że jak ona zawsze wyrasta spod ziemi. Należy przy tym zauważyć, że policjant odznacza się niezdrową ciekawością, która o wczesnych godzinach rannych jest szczególnie zaostrzona. Wprawdzie panienka z zadartym noskiem nawet o tej dziwnej porze mało przypominała potężnego włamywacza wracającego z wyprawy na bank i nie było dość poważnych powodów do mniemania, że wybiera się wraz ze śmiesznym kundlem na urządzenie społecznego przewrotu, jednakże wybujała ciekawość stróża porządku publicznego pragnęła za wszelką cenę zaspokojenia. Policjant miał wprawdzie łagodne spojrzenie na świat i minę raczej rozbawioną wesołym spotkaniem, lecz bystry obserwator byłby łacno zauważył, że pod Ewcią ugięły się nogi i chwila jeszcze, a padnie " jak kwiat kosą podcięty". Tak zawsze padały wszystkie uciśnione dziewice w dawnych romansach i autor musiał sobie zadać wiele trudu, aby je za pomocą soli trzeźwiących lub rozsądnych perswazji znowu przywrócić do życia.
- A czemu to tak prędko? - zapytał ciekawy posterunkowy.
Zanim Ewcia miała czas na odpowiedź, że bieży do najbliższej trzystumetrowej przepaści, aby się w nią rzucić głową na dół, zadudniły szybkie kroki pierwszego jej prześladowcy, który - widać - osłupiał jedynie na krótką chwilę. Zwróciła się przeto szybko ku niemu i rzekła mu mało czułym spojrzeniem: "Widzisz teraz, cos narobił, idioto!" - Ostatnie to słowo, którego nie używa się nigdy jako wyrazu gorącej pochwały i oznacza w greckim oryginale "człowieka nie piastującego żadnego urzędu", Zawidzki zobaczył, bo go nie mógł usłyszeć, co zresztą na jedno wyszło, było bowiem skierowane niechybnie pod osobistym jego adresem.
Zadyszany zwrócił się do posterunkowego z uprzejmym zapytaniem:
- Czemu pan zatrzymuje moją siostrzenicę? Biegniemy na dworzec kolejowy...
Rzecz była oczywista, że dwoje młodych ludzi, objuczonych tobołkami, spieszy do pociągu. Posterunkowy spojrzał na wszelki wypadek w oczy malarza, a spotkawszy wesoły uśmiech, doszedł w zacnej duszy do przekonania, że chociaż czasem słynni opryszkowie przybierają chytrze postać niefrasobliwą i ujmującą, jednakże w tym młodym człowieku mało jest ze zbrodniarza. Chyba że się z czasem wyrobi. Szósty zmysł granatowego policyjnego koloru powiedział mu, że śmieszną tę parę, i psa na dodatek, może puścić spokojnie, toteż pożegnał ich życzliwym uśmiechem.
- Do widzenia! - zawołał malarz. - Irka, bierz nogi za pas, bo późno!
Ewcia mimo niezgłębionych starań uśmiechnęła się z uznaniem i zaczęła biec truchcikiem, a wesoły dryblas podążał za nią.
- Nie tak prędko - rzekł półgłosem - bo następny policjant zakuje panią w kajdany.
- Ale teraz może się pan już odczepi! - odpowiedziała Ewcia nie odwracając głowy.
- Nie mogę. Nie ulega wątpliwości, że posterunkowy patrzy za nami i bardzo by się zdziwił, gdyby wuj opuścił siostrzenicę. Ja wprawdzie sprawiłem na nim wrażenie miłe i dodatnie, lecz na moim osobistym kredycie nie można polegać. Niech pani skręci w tę ulice na prawo... Pani chce w tę na lewo? Doskonale! Możemy pójść na lewo... Tam łatwiej o policjanta.... A!... Więc przecie na prawo! Widzę, że moje rady są roztropne...
Ewcia szła szybko, nie odpowiadając. Zajęta była rozmyślaniem, w jaki sposób pozbyć się tego jegomościa. Jegomość nie był wprawdzie opryszkiem i sądząc po wesołej gębie, był może nawet człowiekiem przyjemnym, lecz gmatwał wszystkie jej plany głębokie i śmiałe. I wciąż gadał.
- Niech pani posłuch jeszcze jednej uczciwej rady i niech pani wróci tam, skąd pani wyszła. Brama jest już otwarta, więc nie trzeba będzie włazić przez okno. Radzę to pani z całego serca... Panienki nie są stworzone do awanturniczych przygód. Wprawdzie mają swój urok, a pogoda jest brylantowa, ale wreszcie wakacje się skończą i zacznie padać deszcz... Czy pani słucha, o czym ja mówię?
Ewcia nie odpowiadała.
- Bardzo mi smutno, że pani jest uparta. Widzi pani, moje dziecko...
- Nie jestem dzieckiem! - zawołała Ewcia z różowym gniewem.
- A jednak pani słucha... Oczywiście, nie jest pani dzieckiem, ale nie jest pani kobietą dorosłą. W tym wieku - niech się pani nie gniewa! - miewa się jeszcze tak zwane "kiełbie we łbie"...
Dodaj do swoich materiałów