Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. IV

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


IV


Nazajutrz o świcie zbudził ich ksiądz Suryn. W swojej połatanej, wyświechtanej sutannie, chudy - stał w progu i wołał. Juraj skoczył na równe nogi.
- No, chłopcze, zbieraj się do drogi. Ksiądz prowincjał kazał, abyś zaraz wracał. Drogę masz daleką i przez dalekie lasy. Ja teraz idę do kościoła, chciałem cię wyprawić w drogę. Do widzenia, do widzenia.
Juraj pocałował ojca w rękę.
- Oddaj ukłon księdzu prowincjałowi i wszystkim braciom, pozdrów panią Syruciową... do widzenia, chłopcze. Zmów pacierz za mnie. Do widzenia.
Ksiądz Suryn szybkimi ruchami pobłogosławił Juraj a i ruszył w stronę miasteczka. Nagle zatrzymał się i zawrócił. Kaziuk stał w progu stajni.
- Chłopcze - powiedział do niego ksiądz Suryn - tak dawno nie byłem tu u was w Ludyniu... nic już nie pamiętam. Chciałem pójść do fary. Przeprowadź mnie choć kawałek.
Kaziuk ruszył bez słowa. Wyszli na ulicę. Naprzeciwko stał wysoki, nowy kościół urszulanek, który w dzień stracił wiele ze swojej tajemniczości. Jeszcze był zamknięty i ksiądz Suryn z niepokojem spojrzał na jego zawarte, niby zacięte usta, odrzwia. Za nim stał klasztor niewysoki i ponury, a dalej wznosił się mur otaczający klasztorne podwórce i ogrody. Mur ten ciągnął się daleko w dół - ku
smoleńskiej drodze. Oni poszli w przeciwną stronę, brnąc po kostki w błocie. Przeszli przez duży drewniany szlaban, rodzaj kołowrotu kręcącego się ze skrzypieniem na dużej dębowej osi. Za kołowrotem długa, błotnista ulica prowadziła do rynku i fary.
- Tutaj już ksiądz trafi - prosto przed siebie! - powiedział Kaziuk - a ja zawrócę, bo chcę się pożegnać z Jurajem.
- Dziękuję - powiedział ksiądz Suryn kreśląc lekki krzyżyk w powietrzu nad głową Kaziuka - dobry jesteś chłopiec.
I wysoko podnosząc sutannę, prędko poszedł czarną ulicą w stronę kościoła parafialnego. Wilgotne drewniane domy wznosiły się z obu stron ulicy mroczne i zaspane, otwierano dopiero drzwi i okiennice, rozczochrane baby wyłaziły z wiadrami po wodę, sygnaturka rozdzwoniła się jednak. Ksiądz Suryn miał list od prowincjała do księdza Bryma, nowego proboszcza. I w ogóle prowincjał kazał mu się zobaczyć przede wszystkim z księdzem Brymem, zanim nawet wstąpi w progi klasztorne. Rynek był jedną czarną kałużą. Pod ścianami domów, wątłą ścieżką, po kamieniach od czasu do czasu rzuconych do błota, pomiędzy kozami i świniami, które tutaj obrały sobie legowisko, ksiądz Suryn dostał się do kościoła. Po czterech kamiennych schodkach wszedł na kościelne podwórze i znalazł się od razu w znajomej atmosferze dużego, zimnego gmachu, pełnego woni woskowych świec. Poszedł do zakrystii, rozmówił się z zaspanym, zgrzybiałym dziadem, jaki tam rezydował, i odprawił cichą mszę świętą. Po mszy usiadł w stanach, wysłuchał jeszcze nabożeństwa odprawianego przez proboszcza. Kiedy proboszcz, chudy, różowy staruszek skończył mszę i wyszedł z zakrystii, ksiądz Suryn przeżegnał się pobożnie, westchnął do Pana Boga, aby pobłogosławił ich pierwszej
rozmowie, takiej ważnej, i pomału powstawszy z twardego siedzenia, udał się na plebanię.
Zastał proboszcza w dużym, pustym, sklepionym pokoju plebanii siedzącego przy stole nad sporym dzbankiem polewki winnej. Porwał się ksiądz Brym od stołu, objął księdza Suryna i pocałował w ramię.
Proboszcz usadził potem gościa przy stole, klasnął w ręce: od komina, na którym rozdmuchiwał ogień, porwał się obdarty chłopak z pierzem we włosach i zapytał gapiowato:
- A co?
Proboszcz roześmiał się szeroko.
- Aluniu! Całą pierzynę zabrałeś na włosy! Wygarnij sobie pierze choć palcami...
Malec zaczął grzebać rozcapierzoną dłonią w pomierzwionych włosach i zapytał raz jeszcze:
- A co?
- Skocz do kuchni - powiedział proboszcz - i przynieś jeszcze jeden dzbanek polewki dla księdza kapelana. No, migiem.
Alunio skierował się do kuchni, nie bardzo zresztą pośpiesznie. Kiedy otwierał drzwi, wdarła się przez nie dziewczynka może czteroletnia, ale bardzo drobna, skierowała się pewnym krokiem przed ojca Suryna, stanęła przed nim, przypatrzyła mu się badawczo, po czym dygnęła nagle i powiedziała poważnie:
- Ja jestem gospodyni księdza proboszcza!
Ksiądz Brym znowu parsknął śmiechem, chwycił na ręce dziewczynkę i podniósł ją w górę:
- Hola, Krysiu, nie wolno ci tu wchodzić, kiedy ja mam gości.
- Kiedy ksiądz to nie gość - rezolutnie powiedziała Krysia.
Obaj księża uśmiechnęli się. Alunio wrócił z dzbankiem wina i dużą miską placków. Postawił to wszystko przed księdzem Surynem. Proboszcz oddał Krysię Aluniowi.
- No, teraz marsz oboje do kuchni. Czy na kominie się pali?
- Pali się - mruknął Alunio i założywszy sobie dziewczynkę na barana, zniknął za drzwiami.
Ojciec Suryn obejrzał się po izbie. Spostrzegł ogień huczący na kominie.
- Zimna i wilgotna ta izba - powiedział ksiądz Brym wstrząsając się - palić trzeba od września, żeby choć trochę się ogrzać. Kości mnie bolą, starość nie radość.
Ksiądz Suryn nie pijał nigdy gorącego wina, ale miał zasadę ewangeliczną, aby pić i jeść wszystko, co przed nim postawią, chlipnął więc nieco polewki ze dzbanka i złamawszy placek podpłomykowy, ostrożnie podniósł do drżących ust kawałek. Był mimo wszystko zmęczony i przestraszony pierwszymi godzinami pobytu w Ludyniu. Czuł się obco i nieszczęśliwie. Ksiądz Brym rzucił na niego krótkie, uważne spojrzenie. Ksiądz Suryn nie odzywał się ani słowem.
- Czekają tu ojca wielkie trudy - nagle innym, poważniejszym tonem powiedział ksiądz Brym i westchnął głęboko.
- Wzbraniałem się - boleśnie szepnął ksiądz Suryn i spojrzał na ojca Bryma żałośnie i bezradnie jak obity szczeniak. Jednocześnie wyjął z zanadrza pismo prowincjała i posunął je po stole, patrząc niepewnie na proboszcza. Ten wyjął druciane okulary, przetarł je chustką i z wolna przeczytał list. Potem znowu poważnie spojrzał na gościa.
- Cieszę się - powiedział - cieszę się. Prowincjał pisze o księdzu takie rzeczy... Ale czy diabły będą słuchały twojej świętości, ojcze drogi, to jeszcze nie wiadomo-tu ksiądz Brym, nie biorąc do rąk dzbana, siorbnął raz i drugi gorącej polewki.
- Wola boża - rozłożył ręce ksiądz Suryn.
- Bo to widzisz, ojcze kochany - ciągnął dalej ksiądz Brym, jak gdyby zabierając się do długiego wykładu - nie każda świętość jest jednakowa. Przeciwnie, świątobliwe osoby w naiwności swojej mogą być bardziej łatwowierne niż takie, co się znajdują w świecie i znają wszystkie jego zasadzki. - Jak ty prowadzisz egzorcyzmy, ojcze kochany? - zapytał nagle inaczej.
Ksiądz Józef spojrzał na niego z bezradnym zdziwieniem i pokiwał głową.
- Jakże jak? - zapytał - Podług rituale Romanum.
- No, właśnie. Nie o to chodzi. Zresztą masz pojutrze odpust na Podwyższenie Świętego Krzyża. Zobaczysz to wielkie dziwowisko i poznasz tamtych czterech księży. Ja tam do klasztoru nigdy nie zaglądam - a i z daleka nie jestem bezpieczny. Ksiądz Garniec nie zaglądał także, a jednak baby... chciałem powiedzieć mniszki go zgubiły. Pamiętny jestem na jego los. Choć gdyby nie był grzeszny człowiek, toby się może one jego tak nie uczepiły. Co prawda, ksiądz
Garniec, ksiądz Urban, był młody, piękny, oczy miał czarne jak Wołoszyn, jednym słowem, gładki... A ja co, stary dziad. Ja już się we śnie nie ukażę matce Joannie od Aniołów.
- A ksiądz Garniec ukazywał się?
- A co, ksiądz nie wie? Ukazywał się i za rączki brał, i do różnych złych rzeczy namawiał. Przenikał podobno przez mury klasztorne na skwoż!
Ksiądz Brym odsunął się od stołu i od siorbanej polewki i popatrzył uważnie na ojca Suryna jasnymi, niewielkimi, niebieskimi oczami.
Mrugał czas jakiś czerwonawymi powiekami, a potem roześmiał się wesoło; ojciec Suryn nie odpowiedział na to uśmiechem, tylko opuścił oczy.
- Podobno zaczęło się od tego, że przerzucił im przez mur bukiet kwiatów, jakich nikt nigdy nie widział w naszym zapadłym kącie.
Róże takie pachnące, że kiedy je zaniesiono do przełożonej, to całą drogę wonność zalała, a w celi... E, co tam dużo gadać! Czego baby nie wymyślą!
Ksiądz Suryn podniósł powieki.
- Proboszcz myślisz, że to babskie gadanie? Że Garniec nie był czarownikiem? Ze nie przychodził do klasztoru?
Ksiądz Brym spoważniał nagle.
- Myślę - ale to tylko tobie mówię, bo wszystko musisz wiedzieć - powiedział schylając się potulnie nad stołem - myślę, że tym panienkom bardzo się chciało, żeby Garniec do nich przychodził i że to tylko te ich chęci tak im do głowy uderzyły. Matka Joanna po całych dniach sterczała w parlatorium i gadała. Mniszki z całego Ludynia, szlachcianki z całej okolicy, spod Smoleńska, ba, spod samego Wilna zjeżdżały tutaj i gadały jej do ucha... powiadała, że członek miał olbrzymi, czarny i zimny jak lód.
Ksiądz Suryn pochylił się z boleścią nad stołem i przeżegnał się. Zakrył oczy rękami i tak twarz trzymając w dłoniach jęknął cicho.
Ksiądz Brym patrzył na niego z lekkim zdziwieniem:
- Musisz się ksiądz oswoić z niejednym - powiedział wreszcie - nasze panienki czy też tam te diabły, co w nich siedzą, opowiadają takie rzeczy, że niejeden stary rajtar by się zawstydził. I to wołają głośno, na cały kościół, przy setkach ludzi... A gdzie diabły u nich siedzą? A za co trzymają? A jak podgrzewają? Siostra Wiktoria od Męki Bożej...
Ksiądz Suryn przerwał z jękiem proboszczowi:
- Co za zgorszenie! Księże proboszczu, czy to tak można?
- Spróbuj to ojciec powiedzieć ojcu Laktancjuszowi! On twierdzi, że skoro lud widzi diabła - to lepiej wierzy w Pana Boga i w Kościół katolicki. Toteż pokazuje ludowi, co tylko może - jak sztuki na jarmarku.
Ksiądz Suryn złożył ręce jak do modlitwy.
- Pana Boga przez diabła w duszę ludzką wprowadzić? - zapytał cicho.
Ksiądz Brym wstał i począł chodzić wielkimi krokami od stołu do komina, aż szeroka sutanna na nim latała.
- A kto wie, ojcze Józefie - powiedział - a może to nie jest zły sposób? Diabeł zajmuje wszystkie najtajniejsze zakamarki naszej duszy, wciska się wszędy swoją ohydną istotą, pozwala, że dusza nasza wypełnia się złem po same brzegi. A potem diabła wypędzamy.
Gwałtownym ruchem woli twojej, wzywając Ducha Świętego, wzywając imienia Najświętszego-jednym skinieniem usuwasz diabła. I o to dusza ludzka staje pustkami jak pusty kielich, jak pusta figura... I zanim w tę pustkę naleje się świat i wszystkie jego drobnostki, marności i prochy, wlać się w nią może najczystszy duch bożej miłości. Może tak można robić świętych? Dopuścić diabła, wezwać go, oddać mu ciało i duszę, a potem, wygnawszy, podstawić pustkę duchową pod rosę niebieską, jak pustą beczkę pod rynnę deszczową, aż naleje się do niej sama istota boża po brzegi?...
- Tak - przerwał na to swoją zadumę ojciec Suryn - tak, ale dusza ludzka nie ma kształtu szklanki. Podobna jest raczej do włoskiego orzecha, tyle tam kawałków, części, zakamarków, zagłębień. I jeżeli diabeł, uchodząc z duszy ludzkiej, zostawi w głębinie samej, w oddalonej jakiejś cząstce duszy choć kroplę swojego diabelstwa, to kropla ta zepsowa wlewającą się miłość bożą, jak kropla inkaustu
psuje cały kielich wina. Nie, ojcze Brym, taka metoda płodzenia świętych wydaje mi się zbyt gwałtowna, zbyt nowa. Miłość boża jest jak kwiat, który się rodzi w pączku, rozwija i rozkwita, z wolna odwracając się do słońca. Tak powstaje świętość.
- No, bo zważ, ojcze kapelanie - powiedział proboszcz przysiadając się tuż koło księdza Suryna-jakże to? Pan Bóg pozwala diabłu opętać duszę chrześcijańską? Wejść w chrzczone ciało i przez nie pokazywać takie okropności? To musi przecie mieć jakieś znaczenie, nic Pan Bóg nie czyni, w czym by nie było jego świętych zamiarów. A tak na zatracenie duszy ludzkiej nie daje, tylko w niej coś operuje... przy pomocy diabła może, może przy pomocy spraw innych. O jedno mi chodzi, że takie Boże zezwolenie na tryumf zła - musi mieś jakieś znaczenie. Chyba, chyba że...
Tu proboszcz z bliska popatrzył na ojca Suryna i podniósł jedną brew. Ale ojciec Suryn nie podniósł wzroku - łamał nerwowymi palcami kawałek placka nad kielichem polewki, z którego przestał już popijać. Wzrok jego nieco nierówny błądził po blacie stołu. Ksiądz Brym popatrzył przez chwilę na boleśnie zmarszczone czoło, j akby się zastanawiał, czy ma tu powiedzieć to, co myśli. Wreszcie zdecydował się.
- Chyba że tam diabłów wcale nie ma!
Ksiądz Suryn oderwał wzrok od kielicha i podniósł go na rozmówcę. Ale prześliznął się tylko pobieżnie po jego twarzy i znowu opuścił oczy na swoje ruchliwe palce.
- Jak to ksiądz uważasz? -powiedział cichutko.
- Zęby tak diabeł męża jakiego opętał - no, to jeszcze!... ale że to zawsze z babami... Czy to czasem bez żadnego opętania taka rzecz się nie odbywa? Niewiasta sama zawsze źródłem zła bywa.
- Zawsze, nie zawsze - skromnie wstawił ksiądz Suryn.
- Tak, ale przeważnie. Słowo szlacheckie księdzu daję - ksiądz Brym był z mieszczan wileńskich i dlatego zawsze powoływał się na szlacheckie słowo - słowo szlacheckie daję, że Adam nie jadłby jabłka, gdyby nie Ewa! Po co mu to było? Mogło sobie to jabłko wisieć choć i przez sto lat, a on by go nie dotknął. Wszystko zrobiła Ewa. W kobiecie jest ta skłonność naturalna do upadku...
- Ale i do świętości...
- Tak. Najświętsza Panienka jest tego najoczywistszym dowodem - ale gdy się tak człowiek rozejrzy po tym białym świecie...
- Nie umiem nic na to powiedzieć - odezwał się śmielej ksiądz Suryn. - Matka moja jest karmelitanką w Wilnie, bardzo pobożna niewiasta. Dwie siostry miałem zakonnice, obie umarły już i wierzę, że dostąpiły zbawienia wiecznego.
- Pobożna rodzina - wstawił uwagę proboszcz.
- A ja nie znam świata. Mając lat trzynaście, postanowiłem wstąpić do klasztoru. Miałem wtedy widzenie jedno takie... W katedrze wileńskiej. I potem, mając lat szesnaście, wstąpiłem do jezuitów w Wilnie. Ja nie znam nic ze świata. Kobiety, które mnie otaczały, były prawie święte...
Przy tym podniósł oczy na księdza Bryma z łagodną słodyczą, ale i z nieśmiałością, jak gdyby prosił go, aby mu nic nie mówił o tych wszystkich sprawach, o których nic nie wiedział - i nie chciał nic wiedzieć.
- Dobrze, dobrze, ojcze kochany - jak gdyby w odpowiedzi na jego proszący wzrok powiedział proboszcz - to bardzo dobrze, że jesteś pobożny i daleki od złych myśli - tu zrobił pauzę - i nie wiesz, co to jest niewiasta - urwał - ale jak ty się weźmiesz do tych panien? Prowincjał przysłał tutaj ciebie, abyś wygnał nieczystego ducha z matki Joanny? Oprócz egzorcyzmów musisz ją przecie pouczyć i prowadzić, nauczyć się modlić... jakże to będziesz czynił?
- Bóg mi pomoże - szepnął znowu nieśmiało Suryn.
- Niech będzie Jego wola - powiedział z lekkim zniecierpliwieniem proboszcz. - Zobaczymy. Ale myślę, że przeżyjesz niejedną ciężką chwilę.
Proboszcz znowu wstał. Wstał i ksiądz Suryn.
- Zapewne - powiedział - niejedną ciężką chwilę. Ale, ojcze wielebny, życie moje nie będzie cięższe niż jest. Bardzo mi trudno - dodał dysząc głęboko - bardzo mi trudno. Bóg spuszcza na mnie ciężkie doświadczenia. Módl się za mnie, ojcze.
Tu chwycił za rękę proboszcza. Ksiądz Brym zażenował się jak gdyby czy też zawstydził. Poklepał Suryna po ramieniu.
- Cóż ja grzeszny mogę? - powiedział. - Moja modlitwa nisko lata. Ale modlić się będę, będę. A co ojcu jest? - dodał.
Ksiądz Suryn powściągnął się jak gdyby i westchnął raz jeszcze z trudnością.
- Ja go czuję bez przerwy.
- Kogo? Co? - spytał Brym zaniepokojony.
- Złego. Czuję bez przerwy jego straszną robotę.
- O! - przeciągnął proboszcz.
- Zawsze, ciągle! O, to okropne! - szlochnął ojciec Suryn.
- Trzeba się modlić - nieszczerze i z zażenowaniem powiedział ksiądz Brym.
- Modlitwa to moja jedyna ucieczka.
- Módl się, księże kapelanie, módl!
Proboszcz powiedział to już pewniej i raźniej. Potrząsnął jednak głową jakby w zdziwieniu czy niepewności. Przez drzwi zwalił się nagle Alunio, wciąż dźwigając Krysię na barana.
- Ojej - zawołał - komin gaśnie.
- Dołóż, dziecko, dołóż drewek - łagodnie rozkazał ksiądz Brym.
- No, pobłogosław mi, ojcze-z nagłą decyzją powiedział ksiądz Suryn - idę do klasztoru.
Pochylił się do ręki starego, ten go pobłogosławił. Krysia, którą Alunio zdjął z pleców, wrzeszczała głośno przy kominie.
- Aleksy, czego to dziecię krzyczy?
Alunio, nie zwracając uwagi na pytanie proboszcza, grzebał bez końca w palenisku poczerniałym od sadz pogrzebaczem.
- A jutro królewicz Jakub przyjeżdża - powiedział nagle.
- Skąd wiesz? - spytał ksiądz Brym.
- Już pierwsze powózki przyszły. Będzie mieszkał u pana Ożarowskiego pod miasteczkiem. Ale i w karczmie u Janka pełno.
Ksiądz Brym pokiwał głową.
- To na was, księże, takie zbiegowisko.
Ksiądz Suryn nie słyszał czy nie zrozumiał. Stał między stołem a oknem jak słup, zamyślony, nasłuchując jakiegoś wewnętrznego głosu. Proboszcz spojrzał na niego zdziwiony. Trącił go ręką.
- To na odpust przyjeżdżają - powiedział.
Ksiądz Suryn w dalszym ciągu nie rozumiał.
- No, to ja już idę - powiedział, z trudem jak gdyby odrywając się od swoich myśli. Zgiął się wpół w pokłonie i wyszedł. Proboszcz wciąż kiwał sam do siebie głową.
Przed probostwem ksiądz Suryn ujrzał Kaziuka. Stał i widocznie czekał na niego.
- Juraj już pojechał - powiedział - a ja chciałem księdza odprowadzić.
- Dziękuję - odparł ksiądz Suryn - teraz już trafię.
- Ale tak godniej chodzić księdzu, nie samemu - rzekł Kaziuk.
Ksiądz się uśmiechnął.
- Mnie wszystko jedno.
- Ale nam nie wszystko jedno. Ja będę zawsze z księdzem wychodził. Dobrze?
- Dobrze, Kaziuk - śmiał się ksiądz - zresztą, jak ja zajdę do klasztoru, to nie będę często wychodził.
- Do nas ksiądz nie zajdzie? My dobrzy ludzie.
- Wszyscy?
- Och, może nie wszyscy. Ale przed wieczorem to nie wiadomo, jaki był dzień.
Przeszli przez kołowrót i stanęli przed furtą klasztorną tuż obok kościoła. Kaziuk pokazał księdzu dzwonek.
- To tu! - powiedział. - Otworzy księdzu taka miła siostra, siostra Akruczy. Ta jeszcze najlepsza siostra...
Ksiądz Suryn wstrzymał się na chwilę.
- No, proszę księdza - powiedział Kaziuk.
- Aha, prawda - zakrzątnął się ksiądz niezgrabnie sięgając do dzwonka.
Przeżegnał się i pociągnął za sznurek.
- Do widzenia - powiedział Kaziuk - gdyby ksiądz mnie potrzebował, to ja zawsze tu w oberży.
Ksiądz uśmiechnął się łagodnie i spojrzał na Kaziuka. Stał o parę kroków od niego, wysoki i smukły. Potargane kudły sterczały spod baraniej czapki i ogromne ramiona zwisały okrągło, zakończone długimi, pierzastymi dłońmi. Za nim widać było mgłę i miasteczko, wielu konnych jechało z tobołami przez kołowrót. Świat krzątał się koło swoich spraw.
- Do widzenia. Zostań z Bogiem - powiedział ksiądz do Kaziuka.
I właśnie powoli, z łagodnym skrzypem otworzyła się furta i stanęła w niej wysoka, różowa, uśmiechnięta siostra Małgorzata a Cruce.

dalej
Dodaj do swoich materiałów