Baza wiedzy

Brzezina III

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


III



      Była to cala wyprawa argonautów. Naprzód Staś pojechał do miasteczka w towarzystwie owego strzelca, co przeciął sobie rękę.
Droga była daleka i monotonna w pełnym znaczeniu tego wyrazu. Nie można było ciągle zachwycać się lasem i drzewami, i akurat Staś poczuł się od paru dni gorzej, miał zdaje się gorączkę porządną, ale postanowił sobie od wyjazdu z sanatorium nie patrzeć nawet na termometr. Niebo było szaroniebieskie jak sprany perkalik i sosny, i brzozy zmieniały się przy drodze usypiającym rytmem. Poza tym rozmowa ze strzelcem nie kleiła się, pomimo iż był to przyjemny chłopak. Staś chciał go pytać o siostrę, ale to mu się wydawało nazbyt śmiałe i intymne. Sam nie wiedział dlaczego, ale w drodze tej, może z powodu sąsiedztwa jej brata, ciągle mu przychodziła na myśl ta kobieta, ordynarna i gwałtowna, tupot jej nóg po deskach werandy, kiedy ją zobaczył po raz pierwszy. Teraz dopiero sobie przypomniał, że miała w ciemnej twarzy takie same szare i przejrzyste oczy jak jej brat. Patrzyła na niego uważnie, gdy przewiązywał rękę strzelca tym samym zdaje się bandażem, który teraz jako szary strzęp owijałjeszcze dłoń jego sąsiada na dwumiejscowym wózku. Piach żółty i sypki, prawie mazowiecki, zsypywał się z kół z leciutkim szmerem, było dość gorąco i pot spływał po ciele i karku Stanisława. Pozwalało mu to odczuwać bardziej realnie ciało, stawało się ono czymś łechcące dotykalnym, niezmiernie przyjemnym i uciążliwym zarazem; patrzył bezmyślnie przed siebie i czuł jak gdyby szmerek piasku w swoim ciele.
      Strzelec nazywał się po prostu Janek, jego siostra Malina. Jedyne to pytanie, jakie zdecydował się zadać podczas całej podróży. Ale był przygotowany na dłuższą jazdę. Oto nie spostrzegł się, jak zaczęły się role, a potem na płaskim już zupełnie polu ukazały się pierwsze zgrzebne domy miasteczka. Stanęli na rynku, trzeba się było obejrzeć za całym fortepianem; Staś rozpoczął od pertraktacyj z najbliższym Żydem, ten odwołał się do innego i po chwili już kilkunastu ich otoczyło bryczkę. Ruszali żwawo językami, machali rękami,ale sprawa się nie posuwała, gdyż naprzód trzeba było omówić znaczenie i możliwości odnalezienia żądanego przedmiotu. Staś przysłuchiwał się spokojnie temu świegotaniu.
      Ostatecznie odnaleziono jakiś zaułek,w którym znajdowało się mieszkanie, gdzie był do odstąpienia fortepian. Było to mieszkanie jakiegoś zredukowanego urzędnika kolejowego czy bankowego, który chciał odnająć fortepian. Żona jego, jeszcze młoda kobieta, leżała chora w tym samym pokoju, gdzie stał instrument, i Staś, próbując klawiszów, zaczął z nią rozmawiać.Fortepian był jej własnością, nie chciała go w żaden sposób sprzedać, ale odnajmie go na parę miesięcy z przyjemnością, potrzebują pieniędzy, bieda straszna i dziecko im umarło. Za parę miesięcy, jak już będzie zdrowa, znowu fortepian będzie jej potrzebny: od jesieni będzie dawała lekcje muzyki. Staś popatrzał na nią uważnie, ale odwróciła wzrok. Zbyt się oswoił w sanatorium z widokiem chorych ludzi, aby twarz tej kobiety zrobiła na nim wielkie wrażenie, ale nie wątpił ani chwili, iż na jesieni fortepian nie będzie jej potrzebny. Ani jej, ani jemu, pomyślał. Najwięcej trudności było z transportem. Wynajęta platforma wlokła się noga za nogą, raz po raz grzęznąc w piasku. Trzy konie,
wprzęgnięte do jednego dyszla, szły nierówno i koła wcinały się w piasek, wychodząc z kolein. Fortepian był krótki i nie bardzo ciężki. Staś obiecał chorej kobiecie, że się będzie opiekował tym instrumentem jak dzieckiem, i teraz nie chciał wyprzedzić furmanki, i noga za nogą kazał jechać Jankowi za nią. Kobieta, siedząc w łóżku, płakała cicho, kiedy wynoszono fortepian, i to zirytowało Stasia.
- Ma czego baba ryczeć - powiedział do siebie, gdy pilnował załadowania, stojąc na wąskiej uliczce. Teraz, gdy jechał za tym fortepianem jak za trumną, wciąż widział łzy przejrzyste i duże, całkiem wyraźne, spływające po policzkach chudej pani. Wieczór prędko nadchodził, ani się spostrzegł. Majowy wieczór i
pomiędzy drzewami widać już było fioletową mgiełkę; niebo też w połowie było liliowe i rzucało niebieskie refleksy między bruzdy na piasku. Szmer kół skwierczał już prawie, a Żyd siedzący nad fortepianem w fantastycznym koszu pokrzykiwał monotonnie. Nawet Stasia opuścił dobry humor. Dopiero późnym wieczorem dojechali do leśniczówki. Przy pomocy Janka, Żyda ze Sławska, Edzia i Olka, wreszcie Maliny Staś wyładował fortepian i postawił go w swoim pokoju. Żyd odprowadził konie na podwórze i uciszyło się kompletnie. Staś siadł przy fortepianie i, położywszy ręce na błyszczącym w cieniu deklu, patrzył przez otwarte okno na noc i na pnie sosen, i na pnie brzóz, bo tam się już zaczynała brzezina-i zaczęło mu się serce ściskać. Nigdy nie myślał o tym, a teraz stało się bardzo ciężko.
      Zaczął grać bardzo cicho, żeby nie zbudzić małej Oli. Zaczął grać rzeczy przebrzmiałe bezpowrotnie i nie mające tutaj żadnego sensu. Wszystkie tanga i slow-foxy, jakie tańczył w sanatorium, a które na tle surowego pejzażu nabierały barwy niemodnych sukien. Szczególniej ta piosenka hawajska, jaką tańczył z miss Simons. Była bardzo ładna, taka jak jego tancerka, ale równie jak ona nie miała sensu. Bolesław przez cały czas wyładowywania fortepianu nie pokazywał się.
      Zamknął się widać w swoim pokoju i nie chciał nawet patrzeć na gorszący instrument. Noc była bardzo ciepła i Staś nie myślał o bracie. Grając piosenki bardzo pospolite odczuwał ból tej czarnej nocy i jej strach. Nie chciał na razie nic wiedzieć o humorze Bolesława. Tymczasem Bolesław po pewnym czasie wszedł z dużym hałasem, narobił naprawdę wrzawy, przeszedłszy się tam i z powrotem po pokoju Stasia, wreszcie usiadł na łóżku i Staś widział, że targa brodę.Po chwili dopiero powiedział:
- Wiesz, ten twój fortepian i całe twoje granie robi mi przykrość.
Ty się zupełnie nie orientujesz, że jesteś w domu żałoby.
- Rok już minął - powiedział Staś nie przerywając gry i słowa te jego brzmiały jak początek ballady, deklamacyjnie i barwnie.
Bolesław wstrząsnął się:
- Ta muzyka przeraźliwie mnie denerwuje.
- Mnie także - powiedział Staś i przerwał granie. - Wywołuje przede mną świat, do którego nigdy nie wrócę i którego naprawdę' nigdy nie zaznałem. Patrzyłem na to wszystko z okna pokoju, przez szybki widziałem jakieś rzeczy, które byłyby piękne, gdybym mógł ich dotknąć. Ale nie dotknąłem i nie dotknę. To jest niby szkło, niby coś z kruchego lodu... Słuchaj, Bólu - powiedział nagle poważnie-ja widzę, że się ty nie orientujesz w jednej rzeczy. Nie wiesz, dlaczego ja tu przyjechałem.
- Jak to dlaczego?
- Ja wiem, że moja wesołość i moja muzyka drażnią ciebie, ale pozwól mi na to jeszcze. Widzisz, ja przyjechałem tutaj nie na bardzo długo... W mojej chorobie przed ostatnim stadium następuje zazwyczaj polepszenie. Trwa ono parę tygodni. Ten czas lekarze wyzyskują na to, aby wysłać takiego pacjenta gdziekolwiek bądź, do domu lub na wieś, prywatnie, aby nie umarł w sanatorium. Moja poprawa zaczyna już mijać.
Ja cię bardzo przepraszam, mój drogi,ale ja na to nic nie mogę poradzić. Chciałbym - uśmiechnął się - ale nie mogę... I dlatego nie bardzo mi się sprzeciwiaj. Ja przyjechałem do ciebie umrzeć. Bolesław tkwił nieruchomo w ciemności, ale Staś nie patrzył na niego: wciąż go fascynowała ciemna noc za otwartymi oknami i myślał o miss Simons, i żałował, że nie zakochał się w niej, i nucił hawajską piosenkę.
- Dlaczego nie ma u was słowików? -zapytał po chwili.
- Były... ale widać już przestały śpiewać.
      Bolesław wstał z łóżka i przeszedł się po pokoju. Ale teraz krok jego był spokojniejszy i cichszy, jak gdyby starał się stąpać ostrożnie. Zbliżał się parę razy w stronę Stasia i patrzał uważnie na jego twarz bielejącą w mroku, skupioną, niby oderwaną od ziemi. Ale brat nie zwracał na niego uwagi, jakaś wewnętrzna pieśń drgała w jego chorych płucach. Potem dopiero powiedział:
- Wiesz, to wtedy bywa, kiedy przechodzi z płuc na kiszki...Bolesław bez słowa wyszedł z pokoju i zniknął na werandzie.

dalej
Dodaj do swoich materiałów