Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. III

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


III


Tymczasem Kaziuk zszedł ze schodów kilkoma hałaśliwymi krokami, zgasiwszy łojówkę, po omacku, znanym sobie jak najdokładniej przejściem wrócił do głównej izby. Obejrzał się po wszystkich obecnych i uśmiechając się niejasno i niemrawo, usiadł przy tym samym stole, gdzie siedzieli wszyscy inni biesiadnicy. Pani Józefa odpowiedziała mu takim samym uśmiechem i zapytała:
- Cóż, Kaziuk, odprowadziłeś biednieńkiego?
Kaziuk kiwnął głową:
- Poszedł spać.
- A wódki się jednak napił - powiedział Wołodkowicz stukając czarnym krogulczym palcem w deskę stołu - nie taki on, widać, wstrzemięźliwy.
Kalefaktor zaśmiał się.
Wołodkowicz, dobrze podochocony, szturchnął w bok księżego parobka, który ćmakał przeżuwając olbrzymie kawały kiełbasy.
- No, powiedz ty - zawołał - ty ich tam wciąż widzisz w tym klasztorze, wstrzemięźliwi oni czy nie?
- Wstrzemięźliwi, wstrzemięźliwi - krztusząc się jedzeniem, powiedział furman - ale grosza nie mają.
- Ubodzy?
- Ni, ni. Tam taka pani jest, wdowa, Syruciowa, to ona im czasem pieniędzy da, czasem świniaka...
- I cóż? żrą słoninę? żrą?
- A co mają robić? Innego jedzenia nie mają...
Wołodkowicz zaśmiał się gwałtownie, objął panią Józię, aż ta porwała się ze strachu, ale widząc, że pijany szlachcic nic jej złego nie czyni, pozostała na miejscu i jeszcze nawet nalała po kieliszku.
- No, a nasze panienki ludyńskie - zapytał - czy też świńskie mięso jadają?
- Po co im świńskie mięso - powiedziała pani Józia - one mają inne życie...
I zaśmiała się obleśnie.
Pan Janko, który siedział tuż obok, uderzył żonę po plecach.
- Co mi takie rzeczy gadasz, i to jeszcze przed nocą.
- Wszyscy wiedzą - odpowiedziała gruba pani.
- Co mi tam, że wszyscy wiedzą, nie gadaj i tyle. Jeszcze - czego złego - w niedobry czas wypowiesz...
Tu wstawił basem kalefaktor:
- Ja z pani dobrodziki zaraz czarta wypędzę. Klin klinem trzeba wyganiać.
Pani Józia zaśmiała się, potem spoważniała.
- Panie Odryn, tak nie można gadać. Tu straszne rzeczy się dzieją.
Wołodkowicz przysunął się do pani Józi i wytrzeszczając oczy powiedział:
- Jakem Wincenty, powiedz nam, waćpani, powiedz nam prawdę, jak to tam jest w tym klasztorze? Jak tam diabły buszują? Oj, takim ciekaw, że chyba do jutra nie wytrzymam... - i zatarł obie ręce, aż się iskry z nich posypały.
- Jutro nie ma egzorcyzmu - z powagą powiedziała pani Józia.
- O! Szkoda! A pojutrze?
- I pojutrze też nie - mniszki nasze do spowiedzi chodzą.
- Do spowiedzi? To one diabła mają za skórą, a do spowiedzi chodzą?
- Diabeł diabłem, a Pambóg Panembogiem - sentencjonalnie powiedział Odryn, aż Kaziuk podniósł zamyśloną głowę i spojrzał na niego uważnie, Odryn nieco się zmieszał pod tym spojrzeniem.
- Nie gadajcie takich rzeczy po próżnicy - dodał pan Janko.
- Jakie po próżnicy, kochany panie gospodarzu, jakie po próżnicy? - trząsł się Wołodkowicz - przecież to dla mojego zbudowania musi mi pani opowiedzieć wszystko, jakie to są te panienki i jak to się wszystko stało? Czy to prawda, że ksiądz Garniec był czarodziej? I jak to tam było z tym księżulą? No, cóż milczycie wszyscy?
Rzeczywiście w tym momencie pani Józia odeszła od szynkwasu, jak gdyby czymś tam była zajęta, a obecni zwiesili głowy nad stołem i nie patrzyli wcale na Wołodkowicza. Ten obiegł towarzystwo bystrym spojrzeniem swoich małych i okrągłych oczu i zachichotał nagle, aż drgnęli.
- Ach, Boże, wy naprawdę żałujecie nieboszczyka proboszcza!
- Żałować nie żałujemy - powiedział głębokim basem Kaziuk - ale zawsze człowieka szkoda, chociażby i najgorszego.
- A jaki on był? - zawołał Wołodkowicz.
- Święty nie był - powiedział poważnie Janko.
- A skwierczał jak wieprz - ze wstrętem powiedział Odryn.
- Jak to można tak człowieka palić? - powiedział nagle nieoczekiwanie dla wszystkich księży parobek.
- Jedz, jedz - powiedział mu na to Wołodkowicz.
- Jedz, jedz - łagodnie powtórzył Kaziuk.
Parobek spojrzał życzliwie na Kaziuka i zamilkł. Nawet wkrótce i jeść przestał.
- I jak go spalili? - pytał nie uspokojony Wołodkowicz - wzięli wywlekli go i spalili? A obleczenie ściągnęli z niego?
- Obleczenie samo się najpierw od ognia spali, a człowiek zostaje nagi - rzeczowo objaśnił Odryn.
- Sąd przecie był... biskupi... -powiedział oberżysta.
- E! Cię! - dziwił się Wołodkowicz. - Biskupy przyjeżdżały? co? I osądziły go? No, to widać, że był czarnoksiężnik, skoro go takim biskupi osądzili. Naprawdę. Ja tam wierzę w Kościół nasz święty katolicki... - i tutaj nagle zaśmiał się bezmyślnie. Siwucha nań działała zupełnie widocznie.
Pani Józia przeżegnała się szeroko, na pół po prawosławnemu.
- Chroń nas, Panie - szepnęła - chroń od złego słowa!
Oberżysta na serio przysunął się do Wołodkowicza i cichcem począł mu wyłuszczać swoje przekonania:
- Powiadam waszmości, zamilcz! - Tutaj nie ma teraz żartów!
Jeden nowy ksiądz proboszcz, co się tylko modli i na nic innego nie zwraca uwagi, a reszta to prawdziwy sądny dzień. Każdy tylko jeden drugiego szpieguje i potem księżom do klasztoru donosi...
- A dużo ich tam jest?
- Teraz czterech, a piąty przyjechał. Ale na sądy nad nieboszczykiem Garncem to dwunastu się zebrało. A ci, co są, to uważają, czy kto czego złego nie powie, i zaraz ciągną na spytki, a gdzie, a co, a jak?
Czy cię Pan Bóg natchnął, czy czart? A bies go wie, kto mnie natchnął - żeby ceny za nocleg podwyższyć? Może i jaki święty podróżny! Tego biednego proboszcza to całkiem bez żadnej przyczyny spalili - sami to teraz wiedzą...
- A panienki tańczyć nie przestały?
- Boga tam! jeszcze lepsze sztuki pokazują! Wcale nic nie poskutkowało, że Garniec spalony!
- To znaczy, że czarodziejem nie był! - zakonkludował Wołodkowicz, rad i wesół, jak gdyby go kto na sto koni posadził, obejrzał się wokół stołu i zarżał radośnie. Kaziuk popatrzył na niego ponuro.
- Darmo duszę stracił - zauważył Odryn.
- A darmo, serce, darmo! Co za galimatias! - wciąż cieszył się Wołodkowicz. Pani Józia tymczasem znowu przetarła kieliszki ręcznikiem i uśmiechając się słodko, nalała z kwaterki siwuchy.
- Zdrowie nieboszczyka - zaśmiał się mały szlachcic.
- Ej, waćpan, idź pan spać-ze złością powiedział Kaziuk.
Pani Józia spojrzała na niego zdziwiona.
- Kaziuk, coś taki zły?
- Spać mi się chce.
- No, to idź. Weź tego chłopca z sobą!
Pani Józia pochodziła aż spod Warszawy i miała taką słodką wymowę; jej dobre oczka, zapłynięte tłuszczem, spoglądały na wszystkich łagodnie, zwłaszcza na Kaziuka, który był chłopcem dorodnym, chociaż nieokrzesanym.
- Chodź - powiedział klepiąc w ramię parobka.
Wstali od stołu i przeżegnali się.
- Dobranoc!
- Dobranoc!
Na dworze było ciemno i cicho, na wprost karczmy wznosił się kościół klasztorny, którego tylko cień widać było w nocy. Stromy był i ponury. W klasztornych oknach panowała ciemność, tylko w jednym z nich żarzyło się słabe światło łuczywa. Chłopcy przeszli przez zabłocone podwórze, nie było późno, choć czarno. I nagle z wieży zabrzmiał pojedynczy, urwany, samotny głos sygnaturki.
- Dzwonią! - powiedział parobek.
Weszli do stajni i usiedli na szerokim wyrku okrytym kożuchami. Konie prychały, stukały łańcuchami, wrota stały otwarte na ciepłą noc jesienną i gdy się oczy oswoiły z ciemnością, widać było te same gwiazdy, które sprowadzały modlitwę na ojca Suryna.
- Dzwonią - powtórzył - dlaczego dzwonią?
Kaziuk przeciągnął się leniwie i wlazł na wyrko.
- Taki tu zwyczaj - powiedział - za zabłąkanych podróżnych.
- Tak?
- Ano. Tak kazał biskup. Za zabłąkanych w lesie.
- W lesie to niebezpieczne - skonstatował tamten.
- No, właź i śpij - powiedział Kaziuk - jak ci na imię?
- Juraj.
- Właź, Juraj. Jutro wracasz.
- A trzeba. Księża kazali zaraz wracać.
- A daleko do Połocka?
- Daleko! Cały j dzień jechalim.
Juraj wlazł na wyrko i przykrył się swoim kożuchem. Ale wciąż patrzył na gwiazdy i nie zabierał się do spania. Kaziuk przeżeganł się głośno. Juraj jak gdyby był rozmarzony czy zamyślony. Zresztą i Kaziuk nie myślał o spaniu.
- Kaziuk - przeciągnął Juraj - a ty w diabla wierzysz?
- Wierzę.
- A widziałeś go?
- Widziałem.
- Z rogami?
Kaziuk zaśmiał się wesoło i szturchnął Juraj a w bok.
- Głupiś!
- Ano.
- Ze skrzydłami był. I miał twarz matki przełożonej.
W mglistym powietrzu pojedyncze, rzadko uderzane dźwięki sygnaturki rozlegały się żałośnie. Jeden ton szarpał powietrze i potem długo gasł, jak gdyby zaciekał, zamierał jak struna jakiegoś instrumentu - i nagle rozlegał się następny i znowu uciekał gdzieś w dalekość. Nad miasteczkiem nie było świateł ani innych dźwięków, tylko to wołanie dla zbłąkanych w lesie. Ale pewnie nikt go nie słyszał oprócz dwóch chłopców leżących na wyrku.
- A taki las to straszny - przeciągnął powoli Juraj - ojej! jedzie się i jedzie, czarny taki i nikogo nie widać. Jakeśmy o świcie wyjechali, to do samego Ludynia nikogo nie spotkali. Tylko tę Cygankę w karczmie na rozdrożu...
- W karczmie się najedli - powiedział Kaziuk - a tobie przez cały dzień nic nie dali...
- Zwyczajna rzecz - powiedział Juraj i przewrócił się na drugi bok.
Dzwonek się urwał i wyraźniej teraz słychać było pogłosy stajni, ciężkie westchnienia koni, jak ludzi, którzy się modlą w nocy.
- No i jaki ten diabeł był? - spytał znowu Juraj.
- Nie bądź taki ciekawy - mruknął Kaziuk.
- Nie, no powiedz - ja nigdy diabła nie widział.
- I ja nie widziałem - powiedział Kaziuk.
- No, a mówisz?
- Samego nie widziałem. Ale widziałem, jak siostrami miotał.
Siostrą Teresą od Dzieciątka Jezus, siostrą Marią od Trójcy. Tylko siostra Małgorzata Akruczy co od tego wolna... Co niedziela oni tutaj, te diabły, takie brewerie wyprawiają. Siostry skaczą a tańczą po całym kościele, jak linoskoki na jarmarku. A najbardziej to nasza matka przełożona, matka Joanna od Aniołów...
- Tak się nazywa?
- Ano.
- Matka Joanna od Aniołów?
- Tak.
- Ta się od diabłów powinna nazywać, a nie od aniołów.
- One się tak przezywają wszystkie. Naprawdę to ona inaczej się nazywa... Jej ojciec mieszka pod Smoleńskiem, pałac taki ma jak wojewoda, nazywa się kniaź Bielski...
- Taki bogaty i córkę do klasztoru oddaje?
- E, on tych córek ma z tuzin, z tą to by się nikt nie ożenił, garbata!
- Garbata? Co ty gadasz? To przecie brzydka?
- Brzydka to ona nie jest... oczy ma jak krowa.
Dzwonek na nowo odezwał się wydzwaniając jękliwie długą serię ostrzeżeń i modłów. Kaziuk znowu się przeżegnał.
- W imię Ojca i Syna...
Spojrzał w stronę Juraja. W mroku ujrzał jego twarz odwróconą ku wrotom i rozszerzone oczy niby czarne jamy. Szturchnął go znowu:
- Przeżegnaj się i ty - powiedział - tyle nagadałeś niedobrych rzeczy.
Juraj się poruszył i przysunął do Kaziuka.
- Wisz, Kaziuk - powiedział - boję się.
- Przeżegnaj się.
Kaziuk podłożył Jurajowi pod głowę swoje długie ramię, podobne do ptasiego skrzydła. Juraj jeszcze bliżej przysunął się do Kaziuka.
- W imię Ojca i Syna - powiedział - i Ducha... - przeżegnał się zamaszyście. - Straszno człowiekowi samemu na świecie, wszystko jedno, co w lesie. Strach mnie zdjął, a nuż i mnie diabeł opęta?
Kaziuk uśmiechnął się.
- Skądże ciebie? Takich prostych łudzi jak my to diabły się nie imają.
- O, co ty mówisz! U nas w Połocku taki jeden był... A i ja czasem tak bafka nienawidzę, żebym go zabił... bo pijak. A jak człowiek ojca zabije, to diabeł jego przecie już nie popuści.
- To co innego! Spij, Juraj, dlaczego masz takie głupie myśli? Po co bafka zabijać, sam umrze.
- Umrze - to umrze. Ale teraz taki zły, zły. Matkę bije, mnie bije.
- Pomódl się za niego.
- A niech go tam!
- Pomódl się.
- A jak?
- Powiedz: Boże, miej w swojej opiece mojego ojca.
- Mogę powiedzieć: Boże, miej w swojej opiece mojego ojca.
- I śpij!
- W imię Otca i Syna.. już śpię.
- Dobranoc.
- Dobranoc.
I zasnęli spokojnie z dźwiękiem urywanym dzwonka sygnaturki nad głową, dzwonka, który wzywał do modlitwy za zabłąkanych.

dalej
Dodaj do swoich materiałów