Quo Vadis rozdz.28 (Henryk Sienkiewicz)

Rozdział 27

Henryk Sienkiewicz - Quo Vadis


Rozdział XXVIII


Petroniusz do Winicjusza:
"Zmiłuj się, carissime, nie naśladuj w listach swych ani Lacedemończyków, ani Juliusza Cezara. Gdybyś przynajmniej tak jak on mógł napisać: veni, vidi, vici! - rozumiałbym jeszcze lakonizm. Ale twój list znaczy ostatecznie: veni, vidi, fugi; że zaś takie zakończenie sprawy jest wprost przeciwne twej naturze, że byłeś ranny i że na koniec działy się z tobą rzeczy nadzwyczajne, więc list twój potrzebuje objaśnień. Oczom nie wierzyłem, gdym wyczytał, że ów Lig zadusił tak łatwo Krotona, jak pies kaledoński dusi wilka w wąwozach Hibernii. Ten człowiek wart tyle złota, ile sam waży, i od niego tylko zależałoby zostać ulubieńcem cezara. Gdy wrócę do miasta, muszę z nim zabrać bliższą znajomość i każę go sobie odlać z brązu. Miedzianobrody pęknie z ciekawości, gdy mu powiem, że to z natury. Prawdziwie atletyczne ciała coraz są rzadsze i w Italii, i w Grecji; o Wschodzie nie ma co mówić, Germanowie zaś, jakkolwiek rośli, mają muskuły pokryte tłuszczem i więcej ogromu niż siły. Dowiedz się od Liga, czy stanowi wyjątek, czy też w jego kraju znajduje się więcej ludzi do niego podobnych. Nuż tobie lub mnie wypadnie kiedy z urzędu wyprawiać igrzyska, dobrze by było wiedzieć, gdzie szukać ciał najlepszych.
Ale chwała bogom wschodnim i zachodnim, żeś wyszedł z duszą z rąk podobnych. Ocalałeś zapewne dlatego, żeś patrycjuszem i synem konsularnego męża, ale wszystko, co cię spotkało, zdumiewa mnie w najwyższym stopniu: i ten cmentarz, na którym znalazłeś się wśród chrześcijany i oni sami, i ich postępowanie z tobą, i następnie ucieczka Ligii, i wreszcie ten jakiś smutek i niepokój, który wieje z twego krótkiego listu. Objaśnij mnie, albowiem wielu rzeczy nie rozumiem, a jeśli chcesz prawdy, powiem otwarcie, że nie rozumiem: ani chrześcijan, ani ciebie, ani Ligii. I nie dziw się, że ja, którego poza moją własną osobą mało rzeczy obchodzi na świecie, dopytuję się p to wszystko tak skwapliwie. Jam przyczynił się do tego wszystkiego, co zaszło, więc jest to poniekąd moja sprawa. Pisz śpiesznie, albowiem nie umiem dokładnie przewidzieć, kiedy się zobaczymy. W głowie Miedzianobrodego zamiary zmieniają się jak wiatry wiosenne. Obecnie, siedząc w Benewencie, ma chęć jechać wprost do Grecji i nie wracać do Rzymu. Tygellinus jednak radzi mu, by wrócił choć na czas pewien, albowiem lud, zbyt stęskniony do jego osoby (czytaj: do igrzysk i chleba), może się wzburzyć. Otóż nie wiem, jak będzie. Jeśli Achaja przeważy, to może zechce nam się Egiptu. Nalegałbym najmocniej, byś tu przyjechał, gdyż uważam, że w tym stanie duszy podróż i nasze rozrywki byłyby lekarstwem, ale mógłbyś nas nie zastać. Pomyśl jednak, czy w takim razie nie wolałbyś wypocząć w twoich ziemiach w Sycylii niż siedzieć w Rzymie. Pisz mi obszernie o sobie - i żegnaj. Życzeń żadnych, prócz zdrowia, tym razem nie załączam, bo, na Polluksa! nie wiem, czego ci życzyć."
Winicjusz odebrawszy ów list nie czuł początkowo żadnej chęci do odpowiadania. Miał jakieś poczucie, że odpowiadać nie warto, że to na nic nikomu nie posłuży, nic nie wyjaśni i niczego nie rozwiąże. Ogarnęło go zniechęcenie i poczucie marności życia. Zdawało mu się przy tym, że Petroniusz w żadnym razie go nie zrozumie i że zaszło coś takiego, co ich wzajem od siebie oddaliło. Nie mógł przyjść do ładu nawet i sam ze sobą. Wróciwszy z Zatybrza do swej rozkosznej insuli na Karynach, był jeszcze osłabiony, wyczerpany i przez pierwsze dni doznawał pewnego zadowolenia z wypoczynku, wygód i dostatku, jaki go otaczał. Lecz zadowolenie to trwało krótko. Wkrótce uczuł, że żyje w próżni, że to wszystko, co stanowiło dla niego dotychczas interes życia, albo zupełnie dla niego nie istnieje, albo zmniejszyło się do zaledwie dostrzegalnych rozmiarów. Miał takie uczucie, jako by podcięto w jego duszy te struny, które dotychczas łączyły go z życiem, a nie nawiązano żadnych nowych. Na myśl, ze mógłby pojechać do Benewentu, a następnie do Achai, i zanurzyć się w życiu rozkoszy i szalonych wybryków, doznał uczucia czczości. "Po co? Co mi z tego przyjdzie?" Oto były pierwsze pytania, które przesunęły mu się przez głowę. Również po raz pierwszy w życiu pomyślał, że gdyby pojechał, to rozmowa Petroniusza, jego dowcip, błyskotliwość, jego wykwintne określanie myśli i dobieranie trafnych słów dla każdej idei mogłyby go obecnie nużyć.
Z drugiej strony jednak poczęła go nużyć także i samotność. Wszyscy jego znajomi bawili z cezarem w Benewencie, musiał więc siedzieć w domu sam, z głową pełną myśli i sercem pełnym poczuć, z których nie umiał sobie zdać sprawy. Miewał jednak chwile, w których sądził, że gdyby mógł z kim porozmawiać o tym wszystkim, co się w nim dzieje, to może sam zdołałby to wszystko jakoś uchwycić, uporządkować i rozpoznać lepiej. Pod wpływem tej nadziei po kilku dniach wahania postanowił jednak odpowiedzieć Petroniuszowi i lubo nie był pewien, czy mu ową odpowiedź wyśle, skreślił ją jednak w następnych słowach:
"Chcesz, bym pisał obszerniej, więc zgoda; czy potrafię jaśniej, nie wiem, albowiem i sam nie umiem wielu węzłów rozwiązać. Doniosłem ci o moim pobycie wśród chrześcijan, o ich postępkach z nieprzyjaciółmi, do których mieli prawo liczyć i mnie, i Chilona, i wreszcie o dobroci, z jaką byłem pielęgnowany, i o zniknięciu Ligii. Nie, drogi: nie dlatego mnie oszczędzono, że jestem synem konsularnego męża. Takie względy dla nich nie istnieją, bo przecie przebaczyli i Chilonowi, choć sam zachęcałem ich, by go zakopali w ogrodzie. To są ludzie, jakich dotąd świat nie widział, i nauka, o jakiej dotąd świat nie słyszał. Nic ci innego powiedzieć nie mogę i ktokolwiek ich zechce mierzyć naszą miarą - chybi. Powiem ci natomiast, że gdybym leżał ze złamaną ręką we własnym domu i gdyby mnie doglądali ludzie moi lub nawet moja rodzina, miałbym zapewne większe wygody, ale nie doznałbym ani w połowie takiej troskliwości, jakiej doznałem między nimi. Wiedz też o tym, że i Ligia jest taką jak inni. Gdyby była moją siostry lub moją małżonką, nie mogłaby mnie pielęgnować tkliwiej. Nieraz radość zalewała mi serce, sądziłem bowiem, że tylko miłość może podobną tkliwością natchnąć. Nieraz czytałem ją w jej twarzy i spojrzeniu, a wówczas, czy uwierzysz, że wśród tych prostaków, w ubogiej izbie, która zastępowała im zarazem kuchnię i triclinium, czułem się szczęśliwszy niż kiedykolwiek? Nie! nie byłem jej obojętny i dziś jeszcze wydaje mi się niepodobieństwem myśleć inaczej. A jednak taż sama Ligia opuściła potajemnie przede mną mieszkanie Miriam. Przesiaduję teraz oto całymi dniami z głową opartą na rękach i rozmyślam, czemu ona to uczyniła? Czym ci pisał, że sam ofiarowałem się jej wrócić ją Aulusom? Wprawdzie odrzekła mi, że to jest już niemożliwe i ze względu na to, że Aulusowie wyjechali do Sycylii, i ze względu na wieści, jakie przechodząc przez niewolników z domu do domu, dostają się na Palatyn. Cezar mógłby ją znów odebrać Aulusom. Prawda! Ona jednak wiedziała, że dłużej już nastawać na nią nie będę, że porzucam drogę przemocy, a nie mogąc ni przestać jej kochać, ni żyć bez niej, wprowadzę ją do domu mego przez uwieńczone drzwi i posadzę na uświęconej skórze przy ognisku... A jednak uciekła! Dlaczego? Nic jej już nie groziło. Jeśli mnie nie kochała, mogła mnie odrzucić. Na dzień przedtem poznałem dziwnego człowieka, niejakiego Pawła z Tarsu, który rozmawiał ze mną o Chrystusie i Jego nauce i rozmawiał tak potężnie, że mi się wydało, iż każde jego słowo mimo jego woli obraca w perzynę wszystkie podstawy naszego świata. Ten sam człowiek odwiedzał mnie po jej ucieczce i rzekł mi: "Gdy Bóg otworzy oczy twoje na światło i zdejmie z nich bielmo, jak zdjął z moich, wówczas odczujesz, że postąpiła słusznie, i wówczas może ją odnajdziesz." I oto łamię głowę nad tymi słowy, jak bym je usłyszał z ust Pytii w Delfach. Chwilami zdaje mi się, że już coś rozumiem. Oni kochając ludzi są nieprzyjaciółmi naszego życia, naszych bogów i naszych zbrodni, więc ona uciekła ode mnie, jako od człowieka, który do tego świata należy i z którym musiałaby podzielić życie uważane przez chrześcijan za występne. Powiesz, że skoro mogła mnie odrzucić, więc nie potrzebowała się oddalać. A jeśli ona mnie kocha? W takim razie chciała uciec przed miłością. Na samą myśl o tym chce mi się wysłać niewolników we wszystkie zaułki Rzymu i nakazać im, aby krzyczeli po domach: "Wróć, Ligio!" Ale przestaję rozumieć, dlaczego ona to uczyniła. Ja bym jej przecie nie bronił wierzyć w jej Chrystusa i sarn wzniósłbym mu ołtarz w atrium. Co jeden nowy Bóg więcej mógłby mi szkodzić i dlaczego nie miałbym w Niego uwierzyć, ja, który nie bardzo wierzę w starych? Wiem z wszelką pewnością, że chrześcijanie nigdy nie kłamią, a mówią, że zmartwychwstał. Człowiek przecie tego zrobić nie mógł. Ów Paweł z Tarsu, który jest obywatelem rzymskim, ale który, jako Żyd, zna stare księgi hebrajskie, mówił mi, iż przyjście Chrystusa było zapowiadane od całych tysięcy lat przez proroków. Wszystko to są rzeczy nadzwyczajne, ale czyż nadzwyczajność nie otacza nas ze wszystkich stron? Nie przestano jeszcze przecie mówić i o Apoloniuszu z Tiany. To, co twierdził Paweł, że nie masz całej gromady bogów, ale jest jeden, wydaje mi się rozsądnym. Podobno i Seneka jest tego zdania, a przed nim było wielu innych. Chrystus był, dał się ukrzyżować dla zbawienia świata i zmartwychwstał. Wszystko to jest zupełnie pewne, nie widzę zatem powodu, dlaczego bym miał się upierać w zdaniu przeciwnym lub dlaczego nie miałbym Mu wznieść ołtarza, skoro gotów byłbym wznieść go, na przykład, Serapisowi. Nietrudno by mi nawet przyszło wyrzec się innych bogów, bo wszakże żaden rozumniejszy umysł i tak w nich nie wierzy. Ale zdaje się, że to wszystko chrześcijanom jeszcze nie wystarcza. Nie dość uczcić Chrystusa, trzeba jeszcze żyć wedle nauki; i tu dopiero stajesz jakby nad brzegiem morza, które ci każą przebrnąć piechotą. Gdybym to im obiecał, sami czuliby, że to jest pusty dźwięk słów w moich ustach. Paweł powiedział mi to otwarcie. Ty wiesz, jak kocham Ligię, wiesz, że nie ma nic takiego, czego bym dla niej nie uczynił. Ale nie mógłbym przecie nawet na jej żądanie podnieść na ramionach Sorakte lub Wezuwiusza ani pomieścić w dłoni Trazymeńskiego Jeziora, ani zmienić oczu moich z czarnych na niebieskie, jakie mają Ligowie. Gdyby żądała, chciałbym, ale to nie leży w mojej mocy. Jam nie filozof, ale też nie jestem i taki głupi, jak ci się może nieraz wydawałem. Otóż powiem ci tak: nie wiem, jak chrześcijanie radzą sobie, by żyć, wiem natomiast, że gdzie się zaczyna ich nauka, tam się kończy władztwo rzymskie, kończy się Rzym, kończy się życie, różnica między zwyciężonym i zwycięzcą, możnym i biednym, panem i niewolnikiem, kończy się urząd, kończy się cezar, prawo, i cały porządek świata, a zamiast lego wszystkiego przychodzi Chrystus i jakieś miłosierdzie, którego dotąd nie bywało, i jakaś dobrotliwość, przeciwna ludziom i naszym rzymskim instynktom. Mnie wprawdzie Ligia obchodzi więcej niż cały Rzym i jego panowanie i niechby się lepiej świat zapadł, bylem ją mógł mieć w swoim domu. Ale to inna rzecz. Dla nich, dla chrześcijan, nie dość się zgodzić w słowach, trzeba jeszcze czuć, że tak jest dobrze, i nie mieć w duszy niczego innego. A ja, i bogowie mi świadkami! - nie mogę.

Czy

rozumiesz,

co

to

znaczy?

Jest

coś

w

mojej

naturze,

co

się

wzdryga

na

naukę,

i

choćby

usta

moje

sławiły,

choćbym

się

do

jej

przepisów

stosował,

rozum

i

dusza

mówiłyby

mi,

że

to

czynię

dla

miłości,

dla

Ligii

i

że

gdyby

nie

ona,

to

nic

w

świecie

nie

byłoby

dla

mnie

przeciwniejszego.

I

rzecz

dziwna,

że

taki

Paweł

z

Tarsu

to

rozumie

i

że

rozumie,

mimo

całej

swej

prostoty

i

niskiego

pochodzenia,

ów

stary

teurgus,

największy

między

nimi,

Piotr,

który

był

uczniem

Chrystusa.

I

czy

wiesz,

co

czynią?

Oto

modlą

się

za

mnie

i

proszą

dla

mnie

o

coś,

co

nazywają

łaską,

a

na

mnie

zstępuje

tylko

niepokój

i

coraz

większa

tęsknota

za

Ligią. Wszakżem ci pisał, że ona odeszła tajemnie, ale odchodząc zostawiła mi krzyż, który sama powiązała z gałązek bukszpanu. Zbudziwszy się, znalazłem go przy łóżku. Mam go teraz w lararium i sam nie umiem zdać sobie sprawy, dlaczego zbliżam się jednak do niego tak, jak by w nim było coś boskiego, to jest ze czcią i obawą. Kocham go, bo jej ręce go wiązały, a nienawidzę, bo on nas dzieli. Czasem mi się zdaje, że są w tym wszystkim jakieś czary i że teurgus Piotr, choć się powiada być prostym rybakiem, jest większy i od Apoloniusza, i od wszystkich, jacy przed nim byli, i że on to opętał ich tam wszystkich, Ligię, Pomponię i mnie samego.

Ty

piszesz,

że

w

liście

mym

poprzednim

znać

niepokój

i

smutek.

Smutek

musi

być,

bom

znowu

utracił,

a

niepokój

jest

dlatego,

że

coś

się

jednak

zmieniło

we

mnie.

Szczerze

ci

mówię,

że

nic

przeciwniejszego

mej

naturze,

jak

ta

nauka,

a

jednak

od

czasu,

jakem

się

z

nią

zetknął,

nie

mogę

się

poznać.

Czary

czy

miłość?...

Kirke

zmieniała

dotknięciem

ciała

ludzkie,

a

mnie

zmieniono

duszę.

Chyba

Ligia

jedna

mogła

to

uczynić,

albo

raczej

Ligia

przez

dziwną

naukę,

którą

wyznaje.

Gdym

od

nich

wrócił

do

siebie,

nikt

się

mnie

nie

spodziewał.

Mniemano,

że

jestem

w

Benewencie

i

że

nieprędko

wrócę,

więc

w

domu

zastałem

nieład,

pijanych

niewolników

i

ucztę,

którą

sobie

wydawali

w

moim

triclinium.

Śmierci

raczej

spodziewali

się

niż

mnie

i

mniej

by

się

jej

przerazili.

Ty

wiesz,

jak

silną

ręką

trzymam

mój

dom,

wszystko

więc,

co

żyło,

rzuciło

się

na

kolana,

a

niektórzy

poomdlewali

ze

strachu.

A

ja,

wiesz,

jak

postąpiłem?

Oto

w

pierwszej

chwili

chciałem

wołać

o

rózgi

i

rozpalone

żelazo,

ale

zaraz

potem

chwycił

mnie

jakiś

wstyd

i

-

dasz

wiarę

-

jakiś

żal

tych

nędzników;

między

nimi

i

starzy

niewolnicy,

których

jeszcze

mój

dziad

M.

Winicjusz

przywiódł

za

czasów

Augusta

znad

Renu.

Zamknąłem

się

samotny

w

bibliotece

i

tam

przyszły

mi

jeszcze

dziwniejsze

myśli

do

głowy,

mianowicie,

że

po

tym,

co

słyszałem

i

widziałem

między

chrześcijanami,

nie

godzi

się

postępować

z

niewolnikami

tak,

jak

postępowałem

dotąd,

i

że

to

także

ludzie.

Oni

przez

kilka

dni

chodzili

w

trwodze

śmiertelnej,

sądząc,

że

zwłóczę

dlatego,

by

tym

okrutniejszą

karę

obmyślić,

a

ja

nie

karałem

i

nie

ukarałem,

bo

nie

mogłem!

Zwoławszy

ich

trzeciego

dnia,

rzekłem:

"Przebaczam

wam,

wy

zaś

pilną

służbą

starajcie

się

winy

naprawić!"

Na

to

padli

na

kolana,

zalewając

się

łzami,

wyciągając

z

jękiem

ręce

i

zowiąc

mnie

panem

i

ojcem,

ja

zaś

-

ze

wstydem

ci

to

mówię

-

byłem

również

wzruszony.

Wydało

mi

się,

że

w

tej

chwili

widzę

słodką

twarz

Ligii

i

jej

oczy

zalane

łzami,

dziękujące

mi

za

ten

postępek.

I

pro

pudor!

czułem,

że

i

mnie

zwilgotniały

źrenice...

Wiesz,

co

ci

wyznam:

oto,

że

nie

mogę

sobie

dać

rady

bez

niej,

że

mi

źle

jest

samemu,

żem

jest

po

prostu

nieszczęśliwy

i

że

mój

smutek

większy

jest

niż

przypuszczasz...

Lecz

co

do

moich

niewolników

zastanowiła

mnie

jedna

rzecz.

Przebaczenie,

jakie

otrzymali,

nie

tylko

nie

rozzuchwaliło

ich,

nie

tylko

nie

rozluźniło

karności,

ale

nigdy

strach

nie

pobudzał

ich

do

tak

skwapliwej

służby,

do

jakiej

pobudziła

wdzięczność.

Nie

tylko

służą,

ale

zdają

się

na

wyścigi

zgadywać

moje

myśli,

ja

zaś

wspominam

ci

o

tym

dlatego,

że

gdym

na

dzień

przed

opuszczeniem

chrześcijan

powiedział

Pawłowi,

że

świat

rozleciałby

się

na

skutek

jego

nauki

jak

beczka

bez

obręczy,

ów

odrzekł

mi:

"Silniejszą

obręczą

jest

miłość

niż

groza."

A

teraz

widzę,

że

w

pewnych

wypadkach

zdanie

to

może

być

słuszne.

Sprawdziłem

je

również

i

w

stosunku

do

klientów,

którzy

zwiedziawszy

się

o

moim

powrocie,

zbiegli

się,

by

mnie

przywitać.

Wiesz,

że

nie

byłem

nigdy

dla

nich

zbyt

skąpy,

ale

jeszcze

ojciec

mój

postępował

z

zasady

z

nimi

wyniośle

i

mnie

do

podobnego

postępowania

przyuczył.

Otóż

teraz,

widząc

te

wytarte

płaszcze

i

wygłodniałe

twarze,

znów

doznałem

jakby

uczucia

litości,

Kazałem

im

dać

jeść,

a

nadto

mówiłem

z

nimi;

nazwałem

kilku

po

imieniu;

kilku

spytałem

o

ich

żony

i

dzieci,

i

znów

widziałem

łzy

w

oczach,

a

nadto

znów

wydało

mi

się,

że

Ligia

to

widzi,

że

cieszy

się

i

pochwala...

Czy

mój

umysł

poczyna

się

błąkać,

czy

miłość

miesza

mi

zmysły,

nie

wiem,

wiem

jednak,

mam

ciągle

uczucie,

że

ona

na

mnie

z

dala

patrzy,

i

boję

się

uczynić

coś

takiego,

co

by

mogło

zasmucić

i

obrazić.

Tak,

Kaju!

Zmieniono

mi

jednak

duszę

i

czasem

dobrze

mi

z

tym,

czasem

znów

dręczę

się

myślą,

albowiem

obawiam

się,

że

zabrano

mi

dawne

męstwo,

dawną

energię

i

że

może

niezdatny

już

jestem

nie

tylko

do

rady,

sądu,

uczt,

ale

nawet

i

do

wojny.

To

niechybnie

czary!

I

tak

dalece

mnie

zmieniono,

że

powiem

ci

i

to,

co

mi

przychodziło

do

głowy

jeszcze

wówczas,

gdym

leżał

chory:

że

gdyby

Ligia

była

podobną

do

Nigidii,

do

Poppei,

do

Kryspinilli

i

do

innych

naszych

rozwódek,

gdyby

była

równie

plugawą,

równie

niemiłosierną

i

równie

łatwą

jak

one,

to

bym

jej

nie

kochał

tak,

jak

kocham.

Ale

gdy

kocham

za

to,

co

nas

dzieli,

domyślisz

się,

jaki

chaos

rodzi

się

w

mej

duszy,

w

jakich

żyję

ciemnościach,

jak

nie

widzę

przed

sobą

dróg

pewnych

i

jak

dalece

nie

wiem,

co

mam

począć.

Jeśli

bycie

może

być

porównanym

do

źródła,

w

moim

źródle

zamiast

wody

płynie

niepokój.

Żyję

nadzieją,

że

może

ujrzę,

i

czasem

zdaje

mi

się,

że

to

musi

nastąpić...

Ale

co

będzie

ze

mną

za

rok

lub

dwa,

nie

wiem

i

nie

mogę

odgadnąć.

Z

Rzymu

nie

wyjadę.

Nie

mógłbym

znieść

towarzystwa

augustianów,

a

przy

tym

jedyną

ulgą

w

moim

smutku

i

niepokoju

jest,

mi

myśl,

że

jestem

blisko

Ligii,

że

przez

Glauka

lekarza,

który

obiecał

mnie

odwiedzić,

albo

przez

Pawła

z

Torsu

może

się

czasem

czegoś

o

niej

dowiem.

Nie!

nie

opuściłbym

Rzymu,

choćbyście

mi

ofiarowali

zarząd

Egiptu.

Wiedz

także,

że

kazałem

rzeźbiarzowi

obrobić

kamień

grobowy

dla

Gula,

którego

zabiłem

w

gniewie.

Za

późno

przyszło

mi

na

myśl,

że

on

jednak

na

ręku

mnie

nosił

i

pierwszy

uczył,

jak

strzałę

na

łuk

nakładać.

Nie

wiem,

dlaczego

zbudziła

się

teraz

we

mnie

pamięć

o

nim,

podobna

do

żalu

i

do

wyrzutu...

Jeśli

cię

dziwi

to,

co

piszę,

odpowiem

ci,

że

mnie

to

niemniej

dziwi,

ale

piszę

ci

szczerą

prawdę.

Żegnaj."
Rozdział 29

Dodaj do swoich materiałów