Brzezina II

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


II



      Inne dni po przyjeździe Stasia były zupełnie podobne, z tą może różnicą,że Bolesław mniej przesiadywał w domu. Nie tylko musiał jeździć po lesie,doglądać to tej, to owej roboty, być na porębie i na tartaku, które leżały dość daleko od siebie, ale także jeździć nawet do miasteczka. Nie był tam od roku,droga teraz była trochę lepsza, przypomniał sobie mnóstwo nie załatwionych od tak dawna spraw, pojechał.Wolał unikać sam na sam z bratem. Jego stroje, sposób
mówienia i bycia rozdzierały mu zabliźnioną prawie ranę. Nie mógł znieść tej zamyślonej radości życia, jaka była wszędzie w Stasiu: w ruchu, słowie,śmiechu. Nie przyznawał się Bolesław, ale we własnym bracie widział tyle czaru, tyle ujmującego wdzięku, którego nie mógł za nic w świecie przyjąć do wiadomości.Nie rozumiał, w jakim znaczeniu, ale ten czar, ten wdzięk odrywały go od Basi.Wolał więc siedzieć na tartaku i słuchać, jak się kłócili Żydzi. Spóźniał się na obiad, ale Staś czekał cierpliwie, miał zwyczaj chodzenia na bardzo dalekie spacery z Olą i bardzo to go męczyło. Bolesław często zastawał go na ceratowej kanapce, wieczorem kładł się wcześnie do łóżka i nie chciał wychodzić po zachodzie słońca.
- Został mi jeszcze taki zwyczaj z sanatorium - powiedział do brata.Był bardzo miły, ale wciąż bardzo nietaktowny, śmiał się, żartował,śpiewał i gwizdał. Ola poweselała trochę przy stryjaszku i nauczyła się dwu piosenek niemieckich, jakie jej śpiewał Staś. Dotychczas nigdy prawie nie śpiewała,a teraz nuciła wieczorami lalkom, ułożonym w kołyskach z kory brzozowej. To jeszcze bardziej męczyło i drażniło Bolesława.
      Znowu padało i znowu się wypogodziło, i właśnie nadeszły księżycowe noce. Ola bardzo późno kładła się spać, tego wieczoru siedziała u stryja na kanapce i patrzyła, jak pomiędzy sosnami przedziera się czerwone światło wschodzącego satelity. Zamilkła ze zdziwienia, bo Staś opowiadał jej, jak wschodzi księżyc w jasnym powietrzu gór, o tym, jak widział zaćmienie pełni, wyłaniające się zza czerwonego grzbietu naprzeciwko ich sanatorium. Mroźno wtedy miało być i
powietrze lekkie od czystości z sykiem dostawało się do gardła. Mała była przerażona. Ale księżyc z czerwonego stał się biały i między sosnami powstawały bardzo jasne plamy. Potem poszli na spacer pomiędzy brzozy. Chodzili tam i z powrotem i Stasiowi wydawało się wszystko nierzeczywiste. Trzeba było dużej
siły woli, aby wciąż jeszcze śmiać się i żartować, trzymając małą bratanicę za rękę. Gdy zbliżyli się w stronę mogiłki, Ola stanęła i nie chciała iść dalej, ale powiedział do niej łagodnie, że nie powinna się bać, że tam nie manie strasznego. On by także chciał leżeć -jeżeli już przyjdzie pora-w tym piasku pośród tych marmurowych pni. Zbliżyli się do ogrodzenia, ale zobaczyli Bolesława. Stał tylko, ale w jego opuszczonej głowie i złamanej postaci tyle było wymowy, że Staś się cofnął.
- Tam stoi tatuś - powiedziała Ola.
      I wrócili już w milczeniu do swojego domu. Ola poszła spać, stara kucharka, Katarzyna, ułożyła ją do łóżeczka, a Stanisław znowu począł patrzeć na pnie sosnowe, niebieskie od księżycowego światła.
      Bolesław wszedł nagle do jego pokoju. Widział ich, jak odchodzili od niego i od mogiły, i nie mógł się powstrzymać od jakichś gorzkich słów, ale Stanisław nic z tego nie rozumiał. Potem poszli do jadalni i pili jeszcze herbatę w milczeniu, nareszcie Bolesław zaczął opowiadać o wszystkim od początku. Widać było, że robi mu to wielką ulgę, to gadanie, że nie tylko zrzuca ciężar z siebie, ale jednocześnie przełamuje te lody, które oddzielały go od brata. A więc od początku: jaka Basia była, cicha, dobra, zwyczajna, ale niezwykle miła; jak w ogóle była słabowitego zdrowia od samego urodzenia Oli; jaka to wtedy była
bardzo śnieżna zima, jak potem przyszły fatalne roztopy i ksiądz musiał konno przyjeżdżać. To wszystko, co Stasiowi streściła Ola w pierwszej ich rozmowie, ale o wiele bardziej szczegółowo, z powrotami do tematów już poruszonych, z refrenami; mówił bardzo niezdarnie, prymitywnie, ale Staś słuchał uważnie i nie spuszczał oczu z niego. Jeżeli wydawało mu się, że opowiadanie brata było
prostackie, to jednak czuł poprzez siłę cierpienia całą moc i trwałość organizmu, całą siłę charakteru dobywającą się z prostych słów.
      Myślał, że jednak on jest mocnym człowiekiem, który potrafi strasznie cierpieć i szalenie kochać. Słuchając gadania, które tak dokładnie odbijało charakter, porównywał siebie ze starszym bratem i uśmiechał się z politowaniem. Nic głębokiego, wszystko po naskórku, a ot i koniec. I nic z tego nie będzie.
Bolesław nie był zadowolony ze swego wygadania się, poszedł zaraz do siebie i długo nie spał. Zdawało mu się, że Staś przyjął to wszystko za bardzo obojętnie, nie przejął się, nie okazał należytego zainteresowania. Myślał, że to wyznanie, które pokaże Stasiowi, co się w nim dzieje, pozwoli im na większy kontakt. Tymczasem Staś nazajutrz był jeszcze bardziej obcy, jeszcze bardziej wesoły i niedostępny.
      Zaczęły do niego (poczta przychodziła dwa razy na tydzień) napływać listy z zagranicznymi markami, które starannie wycinał i darowywał Oli. Dnie zaczęły się teraz ładne i chodzili na spacery. Bolesław z werandy czy z lasu obserwował z daleka wysoką, szczupłą postać Stasia, w szarym ubraniu; zlewał się prawie z szarą poświatą, jaka powstaje w sosnowym lesie: był prawie niebieski, a białe włoski Oli wyglądały niby słoneczna plama, ciągnąca za nim.
Ostatecznie Stanisław nie wytrzymał i zdecydował się sprowadzić fortepian ze Sławska.

dalej
Dodaj do swoich materiałów