Matka Joanna od Aniołów cz. II

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


II


Dopiero późną nocą dojeżdżają do Ludynią. Nic nie widać i konie instynktem odnajdują drogę. Noc nad nimi czarna, ciepła i choć gwiazd pełno na niebie, dziwnie nieprzejrzysta. We wrześniu na północy zazwyczaj takie noce bywają.
Długo certowali się z kożuchastym stróżem koło drewnianego kołowrotu. Psy szczekały w opłotkach, gdy zajechali przed klasztor.
Do klasztoru o tej porze nie można było się dostać, wysokie mury gładko wznosiły się w ciemności - ksiądz Suryn nie chciał zajeżdżać do proboszcza, choć go znał ze Smoleńska, ale nie pragnął go po nocy inkomodować. Za poradą zatem Wołodkowicza zatrzymano się w dużym domu zajezdnym, który stał przez drogę, opodal klasztoru.
Zajazd był pusty i zimny, w nieodpustową porę nikogo tu nie było, tylko właściciele zajazdu, poważny pan Janko i okazała jego połowica, siedzieli w głównej sali przy niziutkich świecznikach. Późno było, ksiądz Suryn chciał od razu na spoczynek, ale Wołodkowicz go zatrzymał.
- Jak to, księże dobrodzieju? Spać? A po takiej długiej drodze pożywić się trzeba, chociażby parobka księdza dobrodzieja pożywić, żeby nie padł jak dychawiczna szkapa. Hej tam -wrzasnął w stronę pana Janka, który nawet nie drgnął w swej drzemce - dawać, co jest.
Pani gospodyni wylazła zza szynkwasu, zaspana, ale uśmiechnięta, wielkiej tuszy niewiasta.
- Co panowie każą - zaraz będzie... kiełbasa jest.
- Dawaj pani kiełbasę - powiedział Wołodkowicz i zwalił się na ławę.
Ksiądz Suryn usiadł również prawie z rozpaczą i trzymając się oburącz za głowę, zamknął oczy. Serce mu mocno uderzało w piersi, zmęczone długą podróżą i myślami o tym, co go czeka w Ludyniu.
Myślał, że cały ten przyjazd tutaj taki zwyczajny, pospolity. Tylko te wysokie mury klasztornego ogrodu i czarne, ciemne ściany samego klasztoru tkwiące za murami, ciemniejsze od nocy, wysokie jak skała i takie niedostępne.
- Horbatu polubisz - zabrzmiał mu w uszach głos Cyganki. Otworzył oczy, ale nikogo przy nim nie było; Wołodkowicz poszedł za szynkwas próbować, jakie są najlepsze gorzałki z baryłek; przed księdzem otwierał się wielki, pusty stół dębowy, czarny i poryty nożami, wymyty jednak czysto. Ksiądz znowu przymknął oczy.
Podróż poruszyła go; niby zastałą beczkę, wstrząśniętą ruchem, przepełniły go prądy z dna i wspomnienia, nie wspomnienia, sny jakoby, gdzie mieszały się minione zdarzenia i rzeczy, które nigdy nie istniały, i rzeczy, które chciał, aby odbyły się - i wszystko to splatało się w jedną ponadrzeczywistą rzeczywistość, prześladując go natrętnymi zapachami i dźwiękami, jak to przypomnienie słów Cyganki.
Znowu przychodziły mu do głowy wspomnienia domu i razów ojcowskiej dyscypliny, i ta słodka pobożność matczyna, i pieśni do Najświętszej Panienki, i wysoki wzrost matki, drzewa przed domem i ubóstwo małej gospodarki - i to wzbierające w sercu uczucie, które wstawało co wiosna i zjawiało się co jesień budzącą się tęsknotą nie wiadomo do czego, do śmierci może czy też do niepodobnych do
prawdy urzeczywistnień.
- Była to może prosta tęsknota do Jezusa? - powiedział sobie ksiądz Suryn z zamkniętymi oczyma.
Wysoka jego pobożność urzeczywistniała potem niektóre z tych nieokreślonych tęsknot; zrealizowały się one w chwilach najwyższego szczęścia, po których następowały momenty upadku i przerażenia, kiedy otchłań otwierała się przed jego oczyma, otchłań gotowa go pożreć, posiąść, zasypać na zawsze - a co gorsza, chwilami zdawało mu się, że może ta otchłań nie zamknie się nigdy i nigdy nie okaże swego dna, i że zawsze będzie spadał do niej, i że spadanie - zapierając dech w piersiach - będzie trwało przez całą wieczność.
Ksiądz Suryn wstrząsnął się boleśnie i otworzył oczy. Po przeciwnej stronie stołu siedział ktoś. Wysoki, barczysty, silny człowiek z dużym nosem.
- Niech będzie pochwalony-powiedział chrapliwie, unosząc się nieco na ławie.
- Na wieki - machinalnie odparł ksiądz Suryn.
- A święte panienki czekają na księdza, nie mogą się doczekać - powiedział znowu jegomość o chrapliwym głosie.
- Na mnie? - powiedział z obojętnością ksiądz Suryn.
- No, a toż na księdza.
- Przecież nikt nie wiedział, że mam tu przyjechać.
- Już one tam wiedzą. Mają takich, co im wszystko naprzód powiedzą.
- Ach, tak - domyślił się ksiądz Suryn i mimo woli otrząsnął się jeszcze raz.
- Hę, hę - zaśmiał się jegomość - tyle tylko, że czasami skłamią.
Ksiądz Suryn przeżegnał się.
- Kłamstwo jest ich dziedzictwem - szepnął.
- A jużci - no, ale czasami to i prawdę powiedzą. No, na przykład, o księdzu...
Siostra furtianka to nawet niezupełnie furtę na noc dzisiejszą zawarła... Powiada: będziemy dzisiaj wpuszczać naszego księdza wybawiciela...
- A skąd pan to wiesz wszystko? - niecierpliwie powiedział ksiądz Suryn.
- Skąd? A przecie ja jestem klasztorny kalefaktor.
- Taki słuszny człowiek i kalefaktor?
- Od maleńkości byłem - i tak już zostałem. Teraz dbam o drzewo dla panienek... Rąbię, pali kto inny.
- To mężczyźni dopuszczani są za mury?
- No, tak. Kilku. Przecież drew sobie panny nie urabia. Jeszcze tam, jak już są polana, szczapek naszczepić, no to jeszcze - ale z dużego pnia baba nie urżnie, proszę jegomościa.
- Chyba - powiedział ksiądz.
- Byka też nie ubije ani barana nie zarżnie.
- Ale chyba siostry mięsa nie jedzą?
- Jedzą, jedzą. Powiadają, że je diabeł kusi - kalefaktor zaśmiał się gorąco - no, a teraz na przykład odpust się zbliża, powiadają, że królewicz Jakub przyjedzie - trzeba zapasów przygotować.
Wołodkowicz przyskoczył do stołu, prowadząc księżego parobka i niosąc flaszkę wódki, talerz kiełbasy, chleb, ogórki - tłusta gospodyni szła za nim ze szklankami i postawiwszy je rzędem na stole, przysiadła obok księdza na ławie.
Wołodkowicz nalał kieliszki.
- Za powodzenie księdza kanonika - zawołał.
- Nie jestem kanonikiem - bronił się słabo Suryn.
- To będzie nim ksiądz! - krzyczał Wołodkowicz i podniósł w górę szklankę wódki w czarniawych swoich łapach.
Ksiądz Suryn, nie zastanawiając się, machinalnie wychylił szklankę siwuchy i wypiwszy wzdrygnął się całym ciałem. Kalefaktor zaśmiał się i trząsł się drobno naprzeciwko niego. Gosposia podniosła również szklankę do góry i zanuciła fałszywym głosem:
Pije Kuba do Jakuba,
Jakub do Michała...

Ksiądz zagryzł ogórkiem i chlebem i zaraz potem powstał.
- Chciałbym do komory, gdzie będę spał - powiedział.
- Zaraz, zaraz - zatroszczyła się gruba gospodyni. - Kaziuk, księdza zaprowadź. Kaziuk! Kaziuk! - zawołała.
Z bocznej izby wylazło jakieś wielkie, potargane chłopisko, wzięło z szynkwasu łojówkę i ruszyło w głąb jaskini jakimiś przejściami; ksiądz szedł za nim.
Chłopiec był ładny, choć taki duży; światło łojówki padało na jasną, skupioną jego twarz. Ksiądz poczuł sympatię do tego chłopca. Po schodach, podobnych raczej do drabiny, zaprowadził go do małego pokoiku. Przez szczupłe okienko widać było niebo z wielkimi gwiazdami. Na podłodze leżał worek z sianem. Chłopiec stanął w progu i patrzył uważnie na księdza:
- Niech się ksiądz dobrodziej nic nie bojom - powiedział niskim, dźwięcznym głosem - tu złe przystępu nie ma.
I podnosząc łojówkę w górę, oświetlił na drzwiach kredowy napis K+M+B z krzyżem nad literami.
- Dziękuję - poważnie powiedział ksiądz.
- Dobranoc - schylił głowę Kaziuk i zabierając łojówkę zniknął za drzwiami.
Ksiądz Suryn pozostał sam w ciemności. Gwiazdy z głębi przesuwały się tuż pod okno i ojciec podniósł niepewne oczy ku ich mglistemu cieniowi. Jak zwykle w ciepły i bezchmurny wieczór jesienny gwiazdy większe się zdawały niż w inne wieczory i jak gdyby pochylały się nad ziemią. Ksiądz Suryn z dawna je uważał za
najlepsze pośredniczki pomiędzy ziemią a Stworzycielem. Coś jak gdyby za anioły. Spojrzenie samo rzucone w górę na bladawe konstelacje tonące w szarym niebie odmładzało jego serce i odnawiało bezpośrednio uczucie obcowania z Panem Bogiem. W takich momentach modlitwa spadała gwałtownie jak drapieżny ptak na
duszę ojca: i w tej chwili tak samo, ledwie spostrzegł owe gwiazdy leżące tak blisko za oknem, ledwie uczynił parę kroków oddzielających go od okiennej framugi, ledwie padł na kolana, wspierając się o parapet i wznosząc twarz ku niepewnym połyskom nocy - a już jego dusza napełniła się wszechobejmującą jasnością, umysł doznał wstrząsu potwierdzenia wszystkich wiar i wszystkich rozkoszy wiary - i obserwator w duszy ojca Suryna zmalał do karłowatych rozmiarów, znikł prawie zupełnie - podczas kiedy całą jego świadomość zalewały fale boskiej obecności.
Ale, rzecz dziwna, w takich momentach, modlitwy - które zresztą nie zawsze tak gwałtownie porywały w szpony jego duszę - mimo uciszenia się wszystkich żalów i wątpliwości w oceanie wewnętrznego światła - ksiądz Suryn obok tego światła spostrzegał mimo wszystko małą, ciemną przestrzeń garnącą się do dna jego istoty, małą czarną komórkę - na wskroś różną od tego światła, od tej jasności bożej - małe, ale osobne miejsce, gdzie skurczone i schowane, prawdziwie jednak obecne, przebywało zło. I w miarę jak modlitwa się przedłużała, z owego małego jądra ciemności poczynały się rozwijać macki czarne i giętkie, rozplątywały się z węzłów i gruzów i coraz bardziej odsuwały światło Jezusowe. Cały czarny
kompleks powiększał się coraz bardziej - i nagle ksiądz Suryn spostrzegał oczami ciała prawie, oczami wyobraźni całą okazałość i całą potęgę zła. I świat cały rozdwajał się przed nim na światło i mrok, na jasność i ciemność - i ze wzdrygnieniem spostrzegał ksiądz siłę ciemności, i rzucając się na twarz przed tą wizją okropną, poczynał wołać w przerażeniu:
- Panie, Panie mój, dlaczegoś mnie opuścił?
Ale tym razem wizja czarta nabrała przed nim tak plastycznych kształtów, że widział po prostu przed sobą, pomiędzy oknem a gwiazdami rozciągnione olbrzymie, czarne ciało, potężne i okropne.
Ale ksiądz Suryn nie uląkł się i wpatrzony w noc, pomieszaną z diabłem i gwiazdami, powtarzał:
- Widzę cię, widzę! Widzę, jako się sierdzisz dlatego, żem przyszedł walczyć z tobą. Tu jest królestwo twoje, ale ja jestem posłany przez innych ludzi w imię boże. Jestem z innego królestwa, jestem ze światła, jak ty jesteś z ciemności, jestem z dobra, jak ty jesteś ze zła...
W ferworze modlitwy nie zauważył ojciec Suryn, jak myśl jego, wielokrotnie zahaczając o wyobrażenia dnia i nocy, ślizgać się poczęła po przedmiotach tego świata i odpadała z wolna od wyżyn, na których obserwował walki nieba i ziemi. Czy to zmęczenie daleką drogą było tego przyczyną, czy to, że znalazł się w miejscu zupełnie mu nie znanym i przyzwyczajać się dopiero musiał do nowego otoczenia, dosyć, że opadł przy oknie i w pozycji prawie siedzącej, spoglądając
wprawdzie ku niebu i jego światłości, myśleć rozpoczął o swoim wyjeździe ze Smoleńska i o ostatniej swojej rozmowie z księdzem prowincjałem.
Spostrzegł izdebkę w dworku pani Syruciowej, gdzie się ta rozmowa odbywała, i świętą osobę pobożnej wdowy, która, siedząc przy piecu i gryząc obarzanki, słuchała przemówienia prowincjała do księdza Suryna. Widział starego przewodnika, jak mu żołnierskimi ruchami objaśniał, jak ma zachodzić pole czartu i jak mu to na tę, to na ową stronę podchodząc dopiekać do żywego.
Pani Syruciowa z pewnym powątpiewaniem słuchała wywodów księdza prowincjała, kiwała głową, ale w tym kiwaniu nie wiadomo czego było więcej, aprobaty czy potępienia. Aż wreszcie krzyknął na nią prowincjał:
- No, mówże, waćpani - bo takie kiwanie głową to do niczego nie prowadzi. Uważasz waćpani za słuszne, co mówię, czy nie?
- Słuszne, słuszne - szepnęła cichutko staruszka - cóż mogłoby być kiedy niesłusznego w tym, co ksiądz prowincyjał powiadasz? Ale zdaje mi się, że największym orężem, jaki nam Pan Bóg przeciw czartowi udzielił, jest modlitwa.
- No, cóż, a czyja nie mówię, że modlitwa? - żachnął się z wielką niecierpliwością prowincjał. - Modlitwa, oczywiście, że modlitwa, tak i powiadam!
- Powiadasz to tak - rzekła staruszka - ale sam nie bardzo wiesz, co to modlitwa - zakończyła najspokojniej w świecie.
Prowincjała zatkało. Skoczył na równe nogi, ale potem się pomiarkował, upadł do nóg pani Syruciowej i całując ją w kolano, rozpłakał się rzewnie.
- O matko najdroższa! - zawołał. - Jezus przemawia twoimi ustami, prostoś mnie w serce ukłuła, najdroższa osobo. A dyć ja naprawdę nie wiem i nie potrafię powiedzieć, co to jest modlitwa. Modlę się - ot i wszystko!
- Modlę się, ot i wszystko - powtórzył ksiądz Suryn w oknie otwartym na jesienną noc i oprzytomniał. - Niedobre mam sny - powiedział sobie - Bóg mnie nęka... A czy ja wiem, co to jest modlitwa?
Posunął się na kolanach w głąb pokoju i stamtąd znowu patrzył na czarną noc, na gwiazdy i na czarta na niebie.
- Pani Syruciowa - powiedział - to święta kobieta, ale i ojciec prowincjał dobry! Jak to mi kazał brać szatana na spytki, niech wszystko wyśpiewa, powiada, niech wszystko powie. A cóż może powiedzieć ojciec kłamstwa, ojciec ciemności? Wszystko, co szatan wyrzecze, jest kłamstwem, kłamstwem. Wszystko zło gromadzi się przez kłamstwo - dodał ojciec Suryn siadając na piętach - jedno
kłamstwo rodzi drugie i przez to ten świat wydaje się polem obsiadłym przez kruki i gawrony. Nie ma prawdy na świecie.
I świat mu się wydał tak ponury, czarny, pełen śmierci. Gdy spojrzał teraz ku oknu, gwiazdy nawet znikły, a czarne ciało nocy stało się jak gdyby namacalne, jakby wymiona szatańskie zwisały przez okno aż do tego pokoju. Przeżegnał się.
Podczołgał się do worka z sianem, który pachniał jak pokosy. Miał na nim zasnąć - ale bał się, że ten zapach przyniesie mu za dużo wspomnień. Położył się na gołej ziemi. Skurczył się ukrywając twarz w dłoniach. Jeszcze nigdy bardziej nie odczuwał namacalnej obecności złego, potwornego, okrutnego. Jeszcze nigdy bardziej nie lękał się świata i tego, czego miał na tym świecie dokonać. Jeszcze nigdy bardziej nie odczuwał prawdy słów, które powiedział był w dzieciństwie matce, gdy go spytała, czy chce być księdzem:
- Chcę, ale się boję!
Powoli jednak zstąpił na niego spokój wraz z ciężkim chłodem nocy. Czarne postacie oddaliły się i sen spokojny, cichy, dał mu wypoczynek. I siano mimo wszystko pachniało w sienniku i przypominało mu dawne trudy i wrażenie kropel potu spływających po skórze pleców. I znowu wysoki i słodki obraz matki ukoił go we śnie przed wielkim przedsięwzięciem i wielkiem niebezpieczeństwem.

dalej
Dodaj do swoich materiałów