Baza wiedzy

Potop t.II rozdz. 2 (Henryk Sienkiewicz)

Rozdział 1

Henryk Sienkiewicz - Potop


tom II


Rozdział II


Nastała cisza, ale wkrótce w przyległych chaszczach zaczęło coś łopotać, jakoby dziki szły, jednakże łopot ów im był bliższy, tym stawał się wolniejszy. Potem znów nastała cisza.
- Ilu ich tam jest? - spytał Kmicic.
- Będzie ze sześciu, a może i ośmiu, bom ich też nie mógł dobrze zliczyć - odparł Soroka.
- To dobra nasza! Nie zdzierżą nam!
- Nie zdzierżą, panie pułkowniku, ale trzeba nam żywcem którego wziąść i przypiec, by drogę pokazał.
- Będzie na to czas. Pilnuj!
Zaledwie Kmicic wymówił "pilnuj!" - gdy smuga białego dymu wykwitła z zarośli i rzekłbyś: ptactwo zaszumiało po pobliskiej trawie, o jakie trzydzieści kroków od chaty.
- Hufnalami z garłacza strzelono! - rzekł Kmicic - jeśli muszkietów nie mają, to nic nam nie uczynią, bo z garłaczy od zarośli nie doniesie.
Soroka, trzymając jedną dłonią muszkiet oparty o kulbakę stojącego przednim konia, drugą dłoń zwinął w kształcie trąbki koło ust i począł krzyczeć:
- A pokaż no się który z chaszczów, wnet się nogami nakryjesz!
Nastała chwila ciszy, po czym w zaroślach rozległ się groźny głos:
- Coście za jedni?
- Lepsi od tych, co po traktach grasują.
- Jakim prawem naszliście naszą siedzibę?
- Zbój o prawo pyta! Nauczy was kat prawa, idźcie do kata!
- Wykurzymy was stąd jak jaźwców!
- A chodź! Patrz jeno, byś się tym dymem sam nie zadławił!
Głos w zaroślach zamilkł, widocznie napastnicy poczęli się naradzać, tymczasem Soroka szepnął do Kmicica:
- Trzeba tu będzie którego zwabić i związać; będziem mieć i zakładnika, i przewodnika.
- Ba ! - rzekł Kmicic - jeżeli który przyjdzie, to na parol.
- Ze zbójami godzi się i na parol nie zważać.
- Lepiej nie dać! - rzekł Kmicic.
Wtem pytania nowe zabrzmiały od strony zarośli:
- Czego tu chcecie?
Tu sam Kmicic zabrał głos:
- Jakeśmy przyjechali, tak byśmy i pojechali, gdybyś politykę, kpie, znał i od garłacza nie zaczynał.
- Nie osiedzisz się tu, wieczorem przyjdzie nas sto koni!
- Przed wieczorem przyjdzie dwieście dragonów, a bagna cię nie obronią; bo są tam tacy, którzy przejadą, jako i myśmy przejechali.
- Toście wy żołnierze?
- Juści, nie zbóje.
- A spod jakiej chorągwi?
- A cóżeś to, hetman? Nie tobie się będziem sprawiali
- Po staremu wilcy tu was ogryzą.
- A was kruki zdziobią.
- Gadajcie, czego chcecie, do stu diabłów! Po coście do naszej chaty wleźli?
- A chodź no sam! Nie będziesz z chaszczów gardła darł. Bliżej! Bliżej!
- Na parol?
- Parol dla rycerstwa, nie dla zbójów. Chcesz - wierz, nie chcesz - nie wierz!
We dwóch możnali?
- Można!
Po chwili z zarośli, odległych na sto kroków, wynurzyło się dwóch ludzi wysokich i pleczystych. Jeden, nieco pochylony, musiał być człekiem wiekowym, drugi szedł prosto, jeno szyję wyciągał ciekawie ku chacie; obaj mieli na sobie półkożuszki oszyte szarym suknem, jakie nosiła pomniejsza szlachta, wysokie jałowicze buty i kapuzy futrzane, naciśnięte na oczy.
- Kiej diabeł! - mruknął Kmicic przypatrując się pilnie dwom mężom.
- Panie pułkowniku - zawołał Soroka - cud chyba, ale to nasi ludzie!
Tamci tymczasem zbliżyli się o kilka kroków, ale nie mogli rozpoznać stojących przy chacie, bo ich zakrywały konie.
Nagle Kmicic wysunął się naprzód.
Wszelako nadchodzący nie poznali go, bo twarz miał obwiązaną, wstrzyma-li się jednak i poczęli mierzyć go ciekawie i niespokojnie oczyma.
- A gdzie drugi syn, panie Kiemlicz? - spytał pan Andrzej - czy aby nie poległ?
- Kto to? jak to? co? kto mówi? co? - rzekł stary dziwnym, jakby przestraszonym głosem.
I stanął nieruchomie, otworzywszy szeroko usta i oczy: wtem syn, który jako młodszy, miał wzrok bystrzejszy, zerwał nagle czapkę z głowy.
- O dla Boga! Jezu!... Ociec, to pan pułkownik! - zakrzyknął.
- Jezu ! o słodki Jezu ! - zawtórował stary - to pan Kmicic!!
I obaj stanęli w nieruchomej postawie, w jakiej podkomendni witają swych naczelników, a na twarzach ich malowały się równocześnie przestrach i zdumienie.
- Ha! tacy synowie! - rzekł uśmiechając się pan Andrzej -to z garłacza mnie witacie?
Tu stary zerwał się i począł krzyczeć:
- A bywajcie tu wszyscy! Bywajcie!
Z zarośli ukazało się jeszcze kilku ludzi, między którymi drugi syn starego i smolarz; wszyscy biegli na złamanie karku z gotowymi broniami, nie wiedzieli bowiem, co zaszło, lecz stary znów zakrzyknął:
- Do kolan, szelmy! do kolan! to pan Kmicic! Który tam kiep strzelił? Dawaj go sam!
- Sameś ociec strzelił - rzekł młody Kiemlicz.
-
Dodaj do swoich materiałów