Matka Joanna od Aniołów cz. XIV

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


XIV


Trochę po północy ksiądz Suryn obudził się gwałtownie, jak od szarpnięcia, i zaraz poczuł, że czarny rozpiera się w nim zupełnie, że obudzone szatany nabrały namacalnej konkretności i że nalany jest substancją złą, które jakoby przelewało się przez niego. I zaraz przypomniał sobie o siekierze, o którą potknął się Wołodkowicz, kiedy pierwszy raz byli w tej karczmie. Poczuł tak gwałtownie przemożne istnienie tych dwóch przedmiotów, że przeciągnął się mocno, jakby odpychał od siebie pokrycie nocy, i powiedział:
- A co, jesteś już?
- Jestem - odpowiedział szatan.
- Zabierzesz mnie zupełnie?
- Zupełnie - odparł zły.
I tutaj znowu wydało się księdzu Surynowi, że tonie. Czarna woda zapełniała nie tylko całą przestrzeń naokoło niego, ale nawet była w nim i bulgotała w piersi, w płucach i wylewała się z gardła potokiem krwi i nocy. Oddech miał krótki i stłumiony, świszczący wiatr z trudnością wydobywał się z jego ust. Chwycił się za piersi i począł szarpać na sobie koszulę.
- Odejdź - powiedział, z trudem łapiąc powietrze - odejdź, nie męcz mnie.
Szatan popuścił go trochę.
- Odejdź zupełnie - powiedział ojciec Suryn i zebrawszy wszystkie siły, skupiając rozproszone myśli, próbował się modlić.
- Boże, ku wspomożeniu mojemu pokwap się - westchnął z całego serca.
Diabeł popuścił go jeszcze bardziej. Oddalił się, jakby wyodrębnił się z nocy i zawisł nad nim w kształcie nietoperza. Ksiądz Suryn chciał się przeżegnać, ale rękę miał ciężką jak kamień.
- Odejdź - powiedział raz jeszcze.
Diabeł zachichotał. Chichot był lekki, cienki, i wydawało się nawet księdzu Surynowi, że to on sam śmieje się tak serdecznie, ale ten cichy dźwięk zapełniał sobą całą przestrzeń, wypełniał ją bez reszty. Nie było już miejsca na świecie na nic innego, tylko na ten chichot. Ach!
- Odejdę - szepnął nietoperz ciemności - odejdę! Ale jeżeli ciebie porzucę, będę musiał wrócić do matki Joanny. I wtedy już nie opuszczę jej na wieki.
Ojca Suryna przeszedł dreszcz. Przypomniał sobie oczy matki Joanny wpatrzone w niego, jak gdyby chciała mu duszy swej udzielić, i ogarnął go straszny, niewyrażalny żal; szloch zdławił go i znowu ciężko oddychając pomyślał o ukochanej kobiecie. Więc szatan ma posiąść na powrót to łagodne ciało? Wstrząsnął się i miłość jego wyrosła nagle ponad noc, ponad żal i ponad szatana.
- Odejdę - powiedział szatan - chętnie cię odejdę. Bardziej lubuję sobie w ciele niewieścim.
Ksiądz Suryn poczuł noże boleści w sercu, w nogach, w żołądku.
- Nie odchodź - szepnął.
- Jak to, nie odchodź? I owszem, porzucam cię już zaraz, będziesz wolny, swobodny, jasny, zbawiony - jak wy to mówicie. A matka Joanna będzie moją aż do skończenia wieków. Zawsze.
- Zostań, zabierz mnie.
- Niecały jeszcze jesteś w mocy mojej. Modlisz się! Z łatwością jeszcze mogę cię porzucić.
- Zabierz mnie całego.
- Oddaj mi się na zawsze.
- Oddaje ci się - szepnął ojciec Suryn czując, że włosy zjeżyły mu się na głowie, a czoło, plecy i policzki zrasza zimny pot.
- Wezmę cię - powiedział szatan i zniżył się nieco nad łożem ojca Suryna - wezmę cię, tylko mi trzeba pieczęci.
- I nie porzucisz mnie nigdy? - zapytał ksiądz Suryn ciemności, z nadzieją i rozpaczą.
- Nigdy - szepnął szatan, jak kochanka.
- I nie wrócisz do matki Joanny?
- Nigdy - jeszcze namiętniej odpowiedział czarny.
- I matka Joanna będzie na zawsze wolna od szatanów?
- Na zawsze - rozległo się w gęstej nocy.
- I będzie zbawiona?
Na to pytanie czarna chmura otoczyła niby miękki puch całe ciało ojca Suryna, odchylił głowę w tył jak pod uderzeniem słodyczy i posłyszał ze wszystkich stron głosy, które mu brzęczały w uszach, w głowic, w oczach. Głosy te chórem powtarzały:
- Będzie święta, święta...
Baldachim ciemności znowu się uniósł nad nim i szatan powiedział:
- Od ciebie to tylko zależy.
- Co mam czynić - spytał z boleścią ksiądz Suryn.
- Oddaj mi się na zawsze - powiedział szatan.
- Co mam czynić - znowu zapytał Suryn i doznał zawrotu głowy.
Zalały go nagle wspomnienia dzieciństwa, siano pachniało wokoło i czuł, że ten zapach siana dane mu jest czuć po raz ostatni na tym świecie i do woni lubej, przypominającej dawno miniony czas, poczyna się mieszać inny zapach, Boże, jakiż mdły, słodkawy i okropny.
- Nie wzywaj Boga - powiedział szatan.
- Co mam czynić? - spytał po raz ostani.
- Oddaj mi się na zawsze - powtórzył szatan i przysiadł na skraju łóżka. Ksiądz Suryn uczuł jednocześnie pod stopami chłód podłogi.
- Pamiętasz siekierę? - szepnął cichutko zły.
- Pamiętam! - gwałtownie odpowiedział ksiądz Suryn i nagle ujrzał w wyobraźni błyszczący przedmiot, oparty w sieni o pniak służący do rąbania drew. - Pamiętam - powtórzył i stanął na nogi.
Wyciągnął ręce w ciemności, zrobił parę chwiejnych kroków. Jak ślepy posuwał się przez chwilę, ale potem uczuł, że ktoś go wspiera mocnym ramieniem. Ruszył raźniej i znalazł po omacku drzwi.
Przekroczył próg alkierza.
- To tu - to tu - to tu - powtarzał cicho szatan, z wolna prowadząc jego kroki.
I ksiądz Suryn przeszedł w ciszy przez pustą oberżę i znalazł się w sieni, potem namacał siekierę; spoczywała w tym samym miejscu, gdzie ją postawił przed paru tygodniami. Potem cicho skrzypnęły drzwi wejściowe, potem wrota stajni ukazały się, czarniejsze od nocy, konie prychały od czasu do czasu w ciemnej ciszy. Siekiera zrastała się z ramieniem Suryna w pewne, niezawodne narzędzie. Czuł, jak krew, która krążyła w jego żyłach, przechodzi w drzewce siekiery i
krąży w jej ostrzu. Szatan wspierał coraz mocniej jego ciało i ściskał kurczowymi łapami za serce. Jak mucha dokuczliwa, ze wszystkich stron oblatująca, krążyły wokół głowy księdza szeptane słowa:
- Na zawsze, na zawsze, na zawsze...
Pan Chrząszczewski jeszcze przed świtaniem porwał się z łoża, na którym spał z siostrą Małgorzatą. Kobietę zdjął sen twardy, leżała z ramieniem zwieszonym z łóżka i nieruchoma. Chrząszczewski obudził pachołka i kazał mu cichcem, nikogo nie trwożąc, wyprowadzić ze stajni konie i szybko zaprząc do kolasy, aby nikt nie spostrzegł, że wyjeżdżają z karczmy. Wołodkowicz spał obok pachołka i nie
domyślając się podstępu, sapał i chrapał głośno; wiało od niego kwaśnym smrodem przetrawionej gorzałki. Pan Chrząszczewski spojrzał na śpiącego z pogardą:
- Osły - powiedział prawie głośno - cóż oni sobie myślą? Ze ja tę mniszkę będę ze sobą po świecie woził? Ta noc jej wystarczy - dodał, a przypomniawszy sobie niektóre szczegóły, uśmiechnął się.
Pachołek poszedł do stajni. Wrota były otwarte; w największym pośpiechu i tajemnicy założył wędzidła nie rozkułbaczonym koniom, wyprowadził je ze stajni i założył do kolaski. W pewnym momencie zdziwiła pachołka cisza, jaka szła od tapczanu, na którym spali Kaziuk i Juraj. Nie chrapali, nie sapali. Poruszał się tak cicho, że nie było nic dziwnego w tym, że się nie rozbudzili.
Nie chrapali - no, bo zmęczeni jazdą, a potem wódką i tańcami, spali mocno. Tylko zdawało mu się, że od tamtej strony przenika jakaś nieprzyjemna słodkawa woń. Konie także żachały się i strzygły uszami w tamtą stronę. Woń ta zaniepokoiła chłopca.
- Co może tak śmierdzieć? - pomyślał sobie i wyprowadził konie pomimo ich oporu. Lekko drżąc od przedświtowego jesiennego chłodu, starał się jak najprędzej założyć postronki na orczyki. Ale sztywne rzemienie były śliskie i wilgotne i długo nie chciały się naciągnąć na hołoble. Wspaniałe rumaki przestępowały z nogi na nogę i strzygły uszami w stronę stajni.
Było zupełnie ciemno i bardzo zimno. Lekki mrozik skuł powierzchnię błota i pokrył kałuże tafelkami lodu, które trzeszczały pod kopytami koni. Stara Awdosia zbudziła się i nie mówiąc ani słowa asystowała przy samotnym odjeździe pana Chrząszczewskiego stojąc pod ścianą karczmy.
O nic nie pytała, kaszlała z lekka, przykrywając usta dłonią. Noc była prawdziwie jesienna.
Gdy Chrząszczewski ukazał się koło powozu, jego parobczak powiedział:
- Panie szambelanie, w stajnie krew pachnie...
Chrząszczewski przeżegnał się:
- Co ty pleciesz! Czy cię giez ugryzł?
- Konie także coś czują, panie szambelanie.
Chrząszczewski wyraźnie się przestraszył:
- Jedź, jedź jak najprędzej - powiedział i wgramolił się do środka karocy.
Kolasa cicho zaskrzypiała kołami po piasku, chlupnęła we wrotach błotem i gniotąc słabą grudę, odjechała, szybko znikając w ciemności.
Dopiero w biały dzień porwała się siostra Akruczy z łoża i spostrzegła, że pan Chrząszczewski uszedł porzucając ją w karczmie. Szybko narzuciła na siebie chustę i rozbudziła Wołodkowicza.
- Wstawaj, wstawaj waść, Chrząszczewski odjechał - wołała i szlochała na przemiany.
Wołodkowicz otrzeźwiał od razu, porwał się na nogi i naciągał buty, podskakując. Posłanie jego cuchnęło mocno.
- O, ja nieszczęśliwa - biadała siostra Małgorzata - co ja pocznę? Co jak zrobię? To waćpan winien wszystkiemu. Do grzechu mnie namawiałeś!
Wołodkowicz nie rzekł ani słowa, mocno strapiony; naciągnąwszy buty wyleciał, jak stał, w koszuli do stajni. Wrócił jakoś prędko, szary na twarzy i z czarnymi ze strachu oczami. Białe wargi drżały mu wyraźnie.
- Co się stało? - spytała przerażona siostra Małgorzata.
- Pobici - nie swoim głosem chrapnął Wołodkowicz - parobcy pobici, Kaziuk i ten drugi, pomordowani...
- No, a Chrząszczewski? - z rozpaczą zawołała zakonnica.
- Nie ma ani Chrząszczewskiego, ani jego koni.
Na podwórku zaczęła zawodzić, przeklinać i wołać Awdosia, która widocznie teraz dopiero spostrzegła ciała zabitych chłopców.
- A bodaj cię szatani! - wołała - a bodaj cię wilcy! a bodaj cię złapano na męki piekielne! A bodajś ty świata bożego nie widział! Ach, ty diable w ludzkim ciele!
Siostra Małgorzata przeżegnała się.
- Czego wyje ta czarownica? Kto to zrobił?
- Chyba Chrząszczewski, skoro uszedł - powiedział Wołodkowicz wracając nieco do kontenansu.
- A ksiądz Suryn? Co się dzieje z księdzem?
- Zobaczymy.
Przebiegli przez dużą izbę i otwarli drzwi do alkierzyka. Stanęli na progu i strach skuł im twarzei W rogu izdebki, oświetlony niepewnym blaskiem jesiennego ranka, stał blady i wyprostowany ksiądz Suryn trzymając palec na ustach. Uśmiechał się, chociaż twarz jego, ręce i sutanna pokryte były promienistymi rozpryskami krwistych strumieni. W lewym ręku ściskał jakiś przedmiot, kryjąc go za sobą.
- Ojcze Józefie! - zawołała siostra Małgorzata - co się z tobą dzieje?
- Cicho, cicho - powiedział łagodnym, przepuszczonym przez uśmiech głosem ksiądz Suryn - oni są niewinni, oni i tak poszli do nieba.
To mówiąc wyciągnął zza pleców siekierę i nagle przytomniejąc odrzucił ją ze wstrętem na środek pokoju. Była cała pokryta czerwonymi, gęstymi plamami.
- A ty, ojcze? -zawołała siostra Małgorzata ze wzruszeniem, podchodząc do księdza Suryna i w porywie żalu i czułości schwyciła go za rękę. - A ty? Czy pomyślałeś o sobie?
Ksiądz Suryn odwrócił się do ściany, oparł się o nią czołem i raptem zapłakał dziecinnie i gorzko.
- O Boże, Boże mój - wołał przez łzy - to już na zawsze jestem w rękach szatana.
Siostra Małgorzata, powodowana wieloma splątanymi uczuciami, podniosła skrwawioną rękę do czoła.
- Ojcze - powiedziała namiętnym szeptem - Chrząszczewski mnie porzucił.
Powiedzenie to było tak nieoczekiwane, że Wołodkowicz, który stał nieruchomo na progu przypatrując się dziwactwom tej sceny, parsknął nagle krótkim śmiechem. Ksiądz Suryn zatrząsł się kurczowo.
- Wracaj - zawołał - wracajcie do Ludynia i przywieźcie mi ojca prowincjała!
W jakiś czas potem Wołodkowicz zaprzągł konie i zajechał przed karczmę; Suryn, pozornie spokojny, ale z nie otartymi plamami krwi na twarzy, wyprowadził siostrę Małgorzatę, która znowu przywdziała strój zakonny. Siostra płakała gorzko i zawodząco jak panna młoda na weselu i podpierając policzek kułakiem, opuszczała głowę do ziemi. Wołodkowicz trzymał lejce, Suryn posadził koło niego siostrę Małgorzatę i nagle, zatrzymując jej rękę w swojej, powiedział szybko
i jakby z przymusem:
- Powiedz, siostro, matce Joannie, że to wszystko dla niej. Rozumiesz, dla jej dobra, żeby ją ocalić... aby szatanów zatrzymać przy sobie... bo chcieli do niej wrócić... rozumiesz? Powiedz, powiedz... Nie zapomnij... powiedz, że to z miłości... Siostra oniemiała i patrzyła ze strachem na księdza Suryna.
Dodaj do swoich materiałów