Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. XIII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


XIII


Mimo wszystko jednakże ojciec Suryn opuszczał Ludyń nazajutrz o świcie. Ksiądz prowincjał, jak powiedział, pozostał w miasteczku, a Juraj zajechał sam wózkiem przed plebanię; proboszcz wyprowadził księdza Suryna, który, obudzony z głębokiego snu, poruszał się jak lunatyk. Na wózku oprócz Juraja siedział Kaziuk.
- Ja odwiozę księdza kapelana - powiedział do proboszcza - pani gospodyni mi pozwoliła, a wrócę tymi końmi, co będą szły po prowincjała. Za parę dni. Juraj zajęty końmi... a przecież nie można opuszczać tak samego. Może mu się co stać.
Uśmiech jak spoza zasłony wykwitł na twarzy księdzy Suryna.
Jnrai i Kazink podsadzili ero na wózek, wrzucili tobołek przywieziony
- Zatrzymajcie się, na Boga - zawołał już z daleka - jestem tu w drodze z niewiastą, która zasłabła. Zlitujcie się, podwieźcie nas, my sobie usiądziemy na koźle.
Ksiądz Suryn nic nie odpowiedział. Pogrążonemu w malacholijnym rozmyślaniu i pochylonemu z nasłuchującym uchem nad tym, co brzmiało w jego wnętrzu, było zupełnie wszystko jedno, co działo się naokoło niego. Kaziuk, choć chciał, nie mógł protestować. Jakoż pan Wincenty wyprowadził z krzaków wysoką babę owiniętą w kolorowe chusty; biała, cienka namitka spadała jej na czoło, przykrywając nieco twarz. Kobieta ta wstydziła się i odwracała głowę. Wszyscy zdziwili się poznając w niej siostrę Małgorzatę.
Tymczasem Wołodkowicz z pewną siebie miną podsadził niewiastę na siedzenie obok Juraja, sam się wgramolił na środek, siadając na wypchanym grochowinami kilimku twarzą do ojca Suryna, a plecami do Juraja, i kazał jechać.
- Proszę księdza kochanego - powiedział klepiąc jezuitę po kolanie - my tylko do rozstajnej karczmy. A tam już damy sobie radę. - A gdy nikt nic nie odpowiadał, dodał:-Tam już nas będą czekały konie - no, i jakie konie w dodatku!
Obejrzał się z tryumfem po przygodnie spotkanych towarzyszach, ale oni nie słuchali jego słów i nie patrzyli na niego. Każdy spoglądał w inną stronę uparcie i obojętnie. Pan Wołodkowicz chrząknął, zaśmiał się lekko i wzruszył ramionami. Pojechali.
Znowu więc powoli zaczęli posuwać się naprzód, ślizgając się i prawie wywracając na wybojach. Czwórka mocnych, wykarmionych koni klasztornych ciągnęła ich nie ustając. Juraj pokrzykiwał na zaprzęg, klaskał z bicza, mgła stała nad lasami i powoli opadając poczęła ich ogarniać, kruki krakały w tumanie. Dzień jesienny skończył się, zanim przyjechali do rozstajnych dróg i do karczmy ze starą Cyganką. Musieli tutaj zanocować.
Ksiądz Suryn, usiadłszy w karczmie przy stole, ukrył twarz w dłoniach. Tak niedawno siedział tutaj - zdawało mu się - i pełen był dobrych nadziei. Nawet wspomnienie odlatujących żurawi było smutne, ale słodkie. Pomieszało się w nim ze wspomnieniami, których się już nie miał pozbyć; dzieciństwo, siano, matka karmelitka - a potem klasztor, matka Joanna, reb Isze - i wszystko zawaliło
się jak gruzy opuszczonego domu, teraz nie ma już nic, czeka go cela w Połocku i walka z szatanem do końca może żywota.
Ktoś dotknął jego ramienia. Podniósł oczy. Przy nim stała karczmarka. Jej ciemne, przenikliwe oczy przejrzały go na wskroś. Awdotia pokiwała głową.
- A mówiłam - szepnęła.
Ojciec odwrócił od niej głowę.
- Chcecie spać? - zapytała.
- Dobrze - chwycił się ksiądz Suryn tej myśli.
- No, to chodźcie.
Zaprowadziła go do bocznego alkierzyka, wetknęła łuczywo w ścianę i wyszła. Ksiądz Suryn usiadł na tapczanie i pogrążył się w takie samo rozmyślanie jak przy stole. Nie było to, właściwie mówiąc, rozmyślanie, ale stan na pół smutny, na pól błogi, jaki czasami w młodości przeżywamy budząc się ze snu i przeciągając w łóżku. Było mu właściwie dobrze z tym strasznym smutkiem w duszy i nie chciał się nawet poruszyć, aby nie spłoszyć tej mgiełki, jaka go spowijała
fałszywym spokojem. Zasypiał prawie i w tej drzemce świat cały, wszystko, co go otaczało, nawet wszyscy ludzie, jakich spotkał w swoim nieskomplikowanym życiu, zlewali się w jedno, stawali się tym samym, czym był on -jedną cierpiącą duszą. - Ja jestem ty, ty jesteś ja! -powtarzał w kółko słowa, które go tak uderzyły.
Dodaj do swoich materiałów