Matka Joanna od Aniołów cz. XII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


XII


Niestety, nie dało się ukryć tego smutnego faktu, iż diabły matki przełożonej opętały jej egzorcystę. Księdza Suryna pozbawionego przytomności przewieziono na probostwo do fary i tam zamknięto w małym pokoiku, gdzie przez całą dobę rzucał się i krzyczał bardzo.
Potem się uspokoił, dopuścił do siebie Alunia i przyjął nieco pokarmu. O tym nieszczęściu dano znać ojcu prowincjałowi, który obiecał przybyć natychmiast. Tymczasem całe miasteczko, klasztor i oberża nie mówiły o niczym innym jak o opętaniu ojca Suryna.
Oczywiście najbardziej gadano o tym w gospodzie, gdzie zupełnie niespodziewanie zjawił się pan Chrząszczewski. Pani Józia bardzo gruntownie zastanawiała się nad tym, co znaczy to opętanie, i męczyła pytaniami swego męża, który był nieco spokojniejszy i nie czul pociągu do rozważań teologicznych. Zresztą z zasady niechętnie rozmawiał o diabłach.
W przybyciu ponownym królewskiego dworzanina oboje karczmarze widzieli jakieś niedobre sprawki i gadali o tym na osobności.
- Taki pan - mówiła pani Józia - dworzanin królewicza, z nim podróżuje. I raptem wszystko porzuca i wraca tutaj do naszego zabłoconego miasteczka - to przecie nie jest bez kozery!
- Podobno królewicz od tutejszych Żydów pieniędzy pożycza - obojętnie zauważył pan Janko.
- Takie rzeczy to nie pan Chrząszczewski załatwia - odpowiedziała z pewnością siebie oberżystka.
- Bardzo ty tam wiesz, kto takie rzeczy załatwia - mruknął pan Janko niezadowolony z tego, że żona miesza się do spraw wysokiej polityki. Zajęty był przy tym ogryzaniem olbrzymiej rury z barszczu, pełnej doskonałego szpiku. I on, i jego żona bez przerwy zajadali rozmaite dobre rzeczy.
- Pewnie, że wiem. Kiedy chodziło o sprawę księdza Garnca...
- Tsss - powiedział na to małżonek kładąc palec na ustach i spoglądając w stronę, gdzie siedzieli Chrząszczewski z Wołodkowiczem. Sprawa ta poruszyła go do tego stopnia, że zapomniał o sztuce mięsa.
Wołodkowicz zaś bez przerwy opowiadał o scenie, jaką podpatrzył przez okno na strychu.
- Musiałem wleźć na dach - powiedział - bo chciałem pomóc palaczowi, który kominy oglądał. Mówiła siostra Salomea, że u niej w piecu dymi. Powiadam do Odryna: "Nie właź, bracie, bo spadniesz, albo ja ci pomogę" - no i wchodzimy do komina, a w kominie rzeczywiście, panie bracie, kawcze gniazdo się zawaliło...
Pan Chrząszczewski zmarszczył się nieco na wyrazie "panie bracie", ale nic nie powiedział i w ogóle bardzo czule odnosił się do Wołodkowicza. Dolewał mu raz po raz to miodu, to siwuchy, nawet tokaju kazał dać, ale twarde gardło Wołodkowicza, jak smołą opalone, nie odróżniało lepszych smaków, wrócono więc do prostych trunków.
- Kiedy wracamy od tych kominów, zaglądam w jedno okienko, a tam klęczy mój księżulek, com go tutaj sam przywiózł, i przez kratę matuchnę za rączkę ściska. Boże! Myślę sobie, takie to są egzorcyzmy, żeby on jej jakiego diabła nie wpędził do środka, zamiast co miałby wypędzić... I mówię tak do Odryna, a on się zaczął śmiać... No i spłoszyliśmy gołąbki!
Wołodkowicz chwycił za kielich, śmiał się gorączkowo i serdecznie i znowu zaczynał całe opowiadanie od początku. Pan Chrząszczewski, trochę zniecierpliwiony, chciał widocznie naprowadzić Wołodkowicza na inne tematy w rozmowie, ale mu się to stanowczo nie udawało.
Gdy tylko Chrząszczewski powracał do sprawy, która zdawała się być jego głównym interesem, Wołodkowicz podnosił dłoń do góry, mrugał swoimi malutkimi oczkami, powiadał: "to się wi!", i od razu zaczynał z powrotem o szczegółach sprawy ojca Suryna, jak klęczał na stryszku i trzymał za rączki matkę Joannę, i jak to zabawnie wyglądało.
Chrząszczewski zniecierpliwił się wreszcie i chciał odjechać do pana Ożarowskiego.
- Gdybyś pan tak jaką białogłowe za rękę trzymał - powiedział z gniewem - ciekawym, czy to także nie wyglądałoby śmiesznie.
- Śmiesznie, śmiesznie, ojcze kochany! - zawołał pokornie pan Wołodkowicz i tak ułapił za kontusz pana Chrząszczewskiego, i tak go począł błagać i zaklinać, że ten nie tylko został, ale jeszcze kazał podać nowy gąsior miodu.
Pani Jankowa sama przyniosła butelczynę i pałając pragnieniem, aby się czegoś dowiedzieć, pragnąc zresztą gorąco wygadać się na temat opętania ojca Suryna, przysiadła się na chwilę do stołu panów.
Pan Chrząszczewski miał minę człowieka, który dla wyższych celów musi znosić męczarnie złego towarzystwa. Uśmiechał się pobłażliwie i pociągał miód z wielkiej, zielonej szklanicy.
Pani Józia za to zaczęła opowiadać.
- Ach, proszę pana szambelana, jakie okropne zdarzenie, ksiądz Suryn, taki zacny ksiądz, jezuita... i już trzy dni siedzi zamknięty u księdza proboszcza, krzyczy i rzuca się. Podobno wszystkie diabły z całego klasztoru na niego się rzuciły. Dwa razy szaty na sobie zrywał.
- A co w klasztorze? - spytał pan Chrząszczewski. - Siostra Małgorzata nie przychodziła?
- Nie, nie była już u mnie ze dwa dni - powiedziała pani Jankowa jak gdyby z boleścią-i nie wiem, co się dzieje w klasztorze.
I właśnie w tej chwili drzwi się otworzyły i siostra Małgorzata wpadła jak wicher. Za nią szedł Odryn, który starannie zamknął drzwi za sobą, i uśmiechając się zbliżył się do stołu.
- No, jest nareszcie - zawołał pan Chrząszczewski i twarz mu się rozjaśniła-właśnieśmy o siostrze mówili!
- Ja tylko na chwileczkę, kochasiu - powiedziała siostra Małgorzata od Krzyża, przelotnie całując panią Józefę - nie byłam u ciebie tak dawno, ale bo co się u nas dzieje! Na chwileczkę wyjrzeć za furtę nie można - mój Boże, co za zmiany!
- I cóż, i cóż w klasztorze? - pytała gospodyni ocierając usta po miodzie. - Jakie znów zmiany? My tutaj siedzimy o dwa kroki od bramy, a nic a nic nie wiemy. Siostra nie przychodzi!
- Słyszeliście o księdzu Józefie. Prawda? No, i wyobraźcie sobie, matce Joannie jakby kto ręką odjął! Zdrowiusieńka. Chodzi po klasztorze, we wszystko nosa wtrąci, a w nocy śpi jak zabita, choć na włosiennicy.
- Widzieliście coś podobnego! - zawołała pani Józia.
- Wszystkie diabły w ojca poszły! - zaśmiał się z wielkim głupkowatym zadowoleniem Wołodkowicz i narechotawszy się do woli, wychylił jednym haustem nie wiadomo już którą szklankę napoju.
- Wszystkie, nie wszystkie - powiedziała siostra Akruczy przysiadając na brzegu ławki i przechylając się przez stół z tajemniczą miną - bo tam po siostrach to jeszcze pozostały. Dzisiaj krzyczały jak szalone od samego ranka. Ale matka zdrowa! Ale z tamtych to teraz prędko powypędzają. Siostry to mają takie tam małe diabełki, największe to matkę obrabiały!
Wołodkowicz śmiał się w dalszym ciągu i z lubością patrzył na siostrę Małgorzatę. Duża, rumiana zakonnica wyglądała rzeczywiście ponętnie. Niebieskie jej oczy śmiały się spod czarnego czepka. Pan Chrząszczewski ujął ją za rękę, którą położyła na stole.
- Siostra to tak się z tego cieszy jak prawdziwa chrześcijanka!
- Pewnie, że się cieszę - zawołała siostra Małgorzata - przez te diabły to nikt już nie chciał ani kulawego barana ofiarować dla klasztoru. Z głodu byśmy pomarły!
- No, ale duszyczki wasze poszłyby prosto do nieba - śmiał się Odryn, który w szybkim czasie zdążył wychylić parę szklanek i siedział wsparty o Wołodkowicza. Obaj ci przyjaciele, rozwaleni na ławie, rechotali cichutko i zbielałymi od wódki oczyma patrzyli jak dwa koty na siostrę Akruczy. Pan Chrząszczewski uśmiechał się pod wąsem i zdawał się być bardzo zadowolony.
Kaziuk wszedł do izby i powiedział pani gospodyni, że przyjechał Juraj od jezuitów z Połocka i chce wstawić konie na gospodę. Nie ma już obroku i prosi o nakarmienie koni. Przywiózł księdza prowincjała.
- Prowincjał przyjechał z Połocka! - ze zgrozą powtórzyła pani Jankowa i spojrzała po wszystkich obecnych. Ale nikt się prócz niej nie przejął tą wiadomością. Wołodkowicz i Odryn, wsparci o siebie, szeptali sobie do ucha, poglądając na siostrę Małgorzatę i chichocząc raz po raz, zwyczajnie jak pijani, pan Chrząszczewski porywał wciąż siostrę za rękę, a ona mu jej wciąż umykała i kryła w fałdach habitu.
Nachylał się ku niej i bardzo dwornie powiadał jej słowa, które były tylko dla niej samej przeznaczone.
Pani Józefa wstała i poszła wydać Kaziukowi obrok dla Juraja.
Rzeczywiście prowincjał przyjechał i siedzieli teraz wszyscy trzej - ksiądz Brym, prowincjał i ksiądz Suryn - przy wielkiem stole proboszcza. Suryn schudł i sczerniał przez kilka ostatnich dni, siedział nie tykając szklanki z grzanym winem i od czasu do czasu chwytał skronie wychudłej głowy w obie dłonie, jak gdyby chciał tam przytrzymać rojące się myśli. Czasami znów płacz okropny go zmagał i wtedy pochylał głowę na stół i kładł ją obok szklanek i jadła, aż
wyglądała jak odcięta. Ksiądz Brym spoglądał na niego spode łba, od czasu do czasu pochrząkując. Krysia wrzeszczała stojąc pośrodku pokoju.
- Aleksy - wołał z rozpaczą ksiądz Brym - Aleksy!
Alunio zjawił się drapiąc się w głowę.
- Aleksy, czego to dziecię krzyczy? - pytał nieszczęśliwym głosem ksiądz Brym.
- A bo zeszczała się, proszę księdza - obojętnie skonstatował Alunio i zabrał wrzeszczące dziecko do kuchni, wrócił ze ścierką i wytarł zabrudzoną podłogę.
Przez ten czas ksiądz Suryn płakał gorzko, choć cicho, łzy spływały mu po policzkach i wilżyły stół.
Z przerażeniem spoglądał w swoje wnętrze. Rozumiał teraz, że samo pójście do rabina było już początkiem opętania, i że wpuściło mu pierwszą kroplę jadu do duszy. I właściwie, kiedy teraz rozmyślał o zdarzeniach pierwszych dni, nie wracał do najważniejszych spraw ani do najważniejszych słów, tylko miał przed oczami czarną brodę cadyka Isze z Zabłudowa i w uszach mu brzmiały jego słowa, jak nieustanny szmer wody dobywającej się z ziemi. Nie pamiętał, co się z nim działo przez te kilka dni, miał tylko niejasne wspomnienie czegoś strasznego, a zarazem pełnego okropnej nudy. I teraz, kiedy oprzytomniał, zawezwany został przed oblicze ojca prowincjała, spoglądał na całe swe życie wewnętrzne jak na olbrzymie ruiny, jak na równinę pustą i nagą, gdzie nie kwitnął ani jeden kwiatek. Ze wszyskiego, czym był dawniej, zostały tylko ślady, jak owe nogi posągów w niszach na domu, gdzie mieszkał cadyk. Ślady cnót, ślady modlitw,
rękę, a ona mu jej wciąż umykała i kryła w fałdach habitu, czarne przepaście na miejscu zamyśleń i powywracane świeczniki na miejscu świateł. Pozostało tylko wielkie pomyślenie o matce Joannie, która bez przerwy przytomna była jego wspomnieniom.
Pamiętał, że naprzód szatany dręczyły go cieleśnie, tłukąc głową o ściany celi i całym ciałem o podłogę; fizyczne męczarnie przyprawiły go w tej chwili o osłabienie. Potem poszarpały w nim jego cnoty, i to w dziwny sposób: i wiara jego, i miłość istniały w nim jak przedtem, ale przemieniły się jakoby pod względem substancji, jakby mole jakieś przegryzły je, iż stały się wiotkie. Największym strachem jego było, aby nie poruszać tych cnót, bo mogły się rozsypać; przeto patrzył na nie tylko, wiedział, że istniały, ale nie doznawał ich. Męką była sama myśl o nich i możliwość utracenia ich w każdej chwili. Małe zaś cnoty, jak pogoda, cierpliwość, łagodność, umartwienie - wywoływały w
nim śmiech pusty, tak zdawały się niepotrzebne i przed niczym nie chroniące. Katastrofa miłości pogrążyła je, zdawało się, na wieki.
Równie przerażająca była myśl, iż demony nie porzuciły go po dwóch dniach, nie odeszły, tylko zasnęły na dnie jego duszy; widział po prostu, jak spały w nim cztery czarne, potwornie skłębione ciała z poplątanymi między sobą czarniawymi członkami, i czuł, że każdej chwili mogą się obudzić. Poruszenie ich mogło go przyprawić o dziki ból we wszystkich stawach, ale także mogło rozsypać w proch
najdroższą sprawę, jaka w nim jeszcze istniała: myśl o matce Joannie od Aniołów. To było pociechą i żalem, który mu łzy wyciskał, że jeszcze czuł swój byt, różny od bytów szatana, własny, indywidualny, ale niepojęcie zubożały, wątły i ograniczający się do samego tylko cierpienia.
- Boże mój, pomóż mi! - powiedział.
I już samo to westchnienie sprawiło mu ulgę, sama możność powiedzenia "Boże mój" otworzyła mu jak gdyby małe okienko nadziei. Szatany poruszyły się we śnie, ale się nie ocknęły. I to już było szczęściem niezrozumiałym.
Ksiądz Suryn otworzył oczy i spojrzał przytomniej naokoło siebie.
Prowincjał, ogromny, spokojny mężczyzna, z pogodą rozlaną na swojej wielkiej, wygolonej twarzy, siedział naprzeciwko niego z załamanymi rękami. Tłuste jego policzki lśniły świeżym wygoleniem, lekko niebieskawe od odrastającej brody. Chwiały się one, gdy prowincjał kiwał żałośnie głową. Ale mimo tej smętnej gestykulacji małe oczka prowincjała jaśniały spokojem i łagodnością. Nawet
pewnego rodzaju zadowoleniem.
- Ojcze, ojcze Józefie - odezwał się wreszcie, a choć ciało miał ogromne, głos wychodził z niego cienki i niemocny - cóż mi to ojciec tutaj narobił? Takeś to diabłu drogę zachodził, rejteradę mu odcinał?
Teraz, kiedyśmy się już razem pomodlili, kiedy się już trochę uspokoiłeś, pomyśl, zastanów się! Zamykać się na strychu sam na sam z kobitą? A cóż na to ludzie powiedzą? Co w samym klasztorze gadać rozpoczną?
- Jestem niewinny - odparł ksiądz Suryn, a zmieniony głos jego brzmiał rozpaczą - nie wiem, co to było... Miałem już władzę nad szatanem, widocznie Bóg mnie opuścił.
- A teraz? - zapytał prowincjał.
- Teraz... - powtórzył ksiądz Suryn i nagle zaszlochał, i głową uderzył o stół.
Ksiądz prowincjał i ksiądz Brym spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Ksiądz Brym wydął po swojemu wargi, jakby powiadał: "wszystko przepadło!", ale ksiądz prowincjał uśmiechnął się lekko i wzruszył ramionami.
- Sam nie wiem, co robić - powiedział - jak myślisz, księże proboszczu? - zapytał przyjaciela.
Ksiądz proboszcz znowu popatrzył na niego uważnie.
- Sądzę, że ksiądz Suryn winien natychmiast wrócić do swojego klasztoru, do Potocka.
- I ja tak sądzę - powiedział przełożony.
Ksiądz Suryn pomyślał znowu o swojej bezsłonecznej celi i ujrzał przed oczami duży stos suchych teologicznych książek, zgromadzonych na maleńkiej półce pod oknem, sierocych książek, i pomyślał o tym, co przeżył tutaj w Ludyniu. I wydawało mu się, że jest już tutaj dawno, że zrósł się z tym mieszkaniem w świronku, że właściwie tutaj dopiero żył. Przypomniał sobie uśmiech siostry Małgorzaty a Cruce, księdza Laktancjusza i księdza Imbera, i złotawy blask jesiennego słońca w małym refektarzu, gdzie po raz pierwszy ujrzał matkę Joannę, i uśmiech Kaziuka, i jego poczciwe, zwisające ręce. Nie chciał tego wszystkiego porzucać - a jednocześnie czul w sobie diabelską pracę, jak nieustającą pracę pulsujących wrzodów. Okropność jego sytuacji ukazała mu się w całej odrażającej nagości i tak mu było straszno. Bał się przeraźliwie całej przestrzeni świata, jaka go otaczała, a która - szczęśliwa - wolna była od demonów. Przeciwnie, pełna była aniołów, o których powiadał reb Isze, napełniona była hufcami niezrozumiałych istot, którym przewodniczył potężny Metatron, a do których jego dusza pogardzona i potępiona, porwana grzesznymi żądzami, nie miała już dostępu.
- Chciałem najlepiej - zaczął słabym i lękliwym głosem, który wzmacniał się w nim stopniowo - chciałem wszystkiego najlepszego.
Błagałem Boga, przejęty wielką caritas dla matki Joanny, abym sam mógł doznać tych cierpień, których ona doznaje. Za jej duszę ofiarowałem swoją duszę i otworzyłem jak gdyby furtę mego serca tamtym demonom, jakie ją dzierżyły. Bóg wysłuchał prośby mojej...
- Chodziłeś ksiądz do cadyka - zupełnie od rzeczy powiedział niespodziewanie proboszcz i pokiwał głową boleśnie.
- Otom teraz na dnie. De profundis clamavi...
Prowincjał łagodnie rozłożył ręce.
- Dobrodzieju kochany! - powiedział - ty tylko Panu Bogu rozkazów nie dawaj. Drogi jego są niezbadane i m.ożs nieszczęście twoje jest ścieżką najwyższego szczęścia...
- Och, ojcze prowincjale - westchnął ksiąz Suryn z wciąż rosnącą rozpaczą - nie mów tutaj o największym szczęściu. Jestem od niego tak daleko - jak na jakim dalekim moście - i widzę po przeciwnej stronie matkę Joannę ocaloną przez mnie, w słońcu całą. A ja po tej stronie, zacieniony, pod nietoperzym skrzydłem, które na mnie rzuca noc czarną, I mostu tego przebyć niepodobna.
- Aleś ją ocalił - znowu niestosownie odezwał się proboszcz.
Prowincjał zmarszczył brew.
- Nie wiadomo, czyją ocalił, nie wiadomo - powiedział ostro. - Żywot się chwali po śmierci, jak dzień po zachodzie słońca, jak powiada Pismo Święte. Niech on sobie nie myśli za dużo...
- Cóż ja mogę myśleć za dużo? - jęknął ksiądz Suryn - nikt z większą rozpaczą nie myśli o sobie. Przepaść rozwarła się przede mną w momencie. I nic teraz nie widzę, tylko tę otchłań staszliwą. Chodzę ostrożnie, stawiam kroki powoli, jak gdybym szedł po bardzo wąskiej kładce. I o niczym innym myśleć nie mogę, tylko bez przerwy, bez przerwy o tej strasznej głębi, która mnie wzywa i wciąga! Och...
- Rozpacz jest grzechem przeciwko Duchowi Świętemu - wtrącił ksiądz Brym.
- Więc jeszcze jeden grzech - mocniej zawołał ksiądz Suryn i stuknął dłonią w stół -jeszcze jeden punkt na sądzie przeciwko mojej duszy. O Boże! Boże!
Prowincjał ujął dłoń księdza pozostawioną na desce stołu i przycisnął ją serdecznie. Głos mu się zmienił, gdy wymawiał następujące słowa:
- Bracie Józefie! Bierzcie moje konie i wracajcie do Połocka. Ja tu zostanę na parę dni u ojca Bryma, do klasztoru też razem z nim zajrzymy. A ty jedź, księże Józefie, jedź zaraz. Sama ta droga już cię uspokoi. Jesień teraz, czarno, błoto koniom po pas, choć dzisiaj już był przymrozek. Pójdziesz sobie do swojej celi, zostaniesz ze swoimi książkami, a może demony jeden po drugim porzucą ciebie, zostawiając nam i twoje ciało, i twoją duszę.
- Nie tak łatwo one opuszczają swoje ofiary - dodał ksiądz Brym ponuro.
Ksiądz Suryn z przestrachem spojrzał na prowincjała, drżał cały i podnosząc się z krzesła i cofając od rozmówców tak, aż znalazł się pod ścianą, zawołał:
- O, to jest najgorsze, ale muszę to powiedzieć, wam ojcom świętym. Ten szatan czy te szatany opanowały mnie całkiem, stały się moją duszą, mną samym - on jest ja, ja jestem on! -ale nie chcę, nie chcę wyganiać go precz! Przecież to jest szatan, który posiadał jej duszę i jej ciało!


dalej
Dodaj do swoich materiałów