Baza wiedzy

Brzezina XII

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


XII



      Po śmierci Stasia Bolesław spostrzegł, że to dopiero rozwiązało mu życie. Razem z nieobecnością brata zjawił się pogodny spokój, pogodzenie się ze wszystkim, co go spotykało, którego przedtem nie miał. Wszystkie zaczęcia i zamknienia przerwały się i było mu przede wszystkim bardzo lekko, łatwo pracował, z niedużą trudnością napisał list do zarządu z prośbą o przeniesienie do innego lasu; wiedział zresztą, że był ceniony i że nie przeniosą go na gorsze. Jesienne dnie były pogodne, słońce świeciło uparcie, liście były
żółte i od samego tego koloru robiło się ciepło i spokojnie. Jeziorko, czarne w lecie, teraz zmieniło koloryt i stało się przyjemne, pełniejsze wdzięku, odkąd poczęło odbijać jasne drzewa, które umierały, ale miały się odrodzić. Teraz Bolesław spotykał się z Malwiną nad jeziorkiem i spotkania te nie miały w sobie nic namiętnego, z każdym dniem jednak przywiązywały Bolesława bardziej dożycia. Nie znaczy to, aby wysłuchał z rozpaczą wiadomości, którą mu zakomunikowała właśnie na jeziorkiem, że Michał chce się z nią żenić w październiku.
Powiedział: - To dobrze-i zagryzł brodę, która mu znowu urosła.
Powiedział:
- To dobrze, ja i tak wyjeżdżam na nową posadę, mam ją mieć od pierwszego listopada albo od Bożego Narodzenia, a wy się przedtem tutaj pobierzecie, zostawię cię już mężatką. Czy pójdziesz do Michała, czy tu będziecie mieszkać?
      Ale nie wiedziała, gdzie będzie mieszkać, w każdym razie w lesie, to pewne. Ale czy tu, czy tam, to jej wszystko jedno. A potem jeszcze dorzuciła: - Szkoda, że pan pojedzie, smutno będzie bez pana, bez Oli. Pan Stanisław tylko tu zostanie. Staś rzeczywiście był pochowany w brzezinie, tak jak prosił, choć niemało było z tym trudności. Tym razem pretekstu roztopów nie było wcale, umarł w letni, pogodny dzień, po deszczu, kiedy droga do miasteczka była wygodniejsza niż kiedykolwiek bądź. Ale Bolesław z uporem postawił na swoim. Na pogrzebie zresztą nikogo z obcych prócz księdza nie było i wszystko odbyło się z niezwykłą szybkością i prostotą. Janek i Michał wzięli trumnę, przenieśli ją na noszach parę kroków, ksiądz pokropił, poświęcił ziemię przy mogile Basi, zakopali to, żwawo zasypali i nazajutrz rankiem z chłopakami, Olkiem i Edkiem, zrobili brzozowe sztachetki i krzyż brzozowy, gruby i niewysoki. Nikt nie zapłakał na tym pogrzebie, nawet Ola, i zaraz wszyscy wrócili do swoich zajęć, bo lato było w pełni i trzeba było doglądać roboty. Ksiądz miał żniwa na swoim kawałku, Bolesław przystępował do jesiennych wyrębów. Malina prała dla matki, dla Janka i dla Michała. Tylko Ola nie miała nic do roboty i siedziała sama jedna w pustym pokoju, z którego wyniesiono wuja i którego jeszcze nie sprzątnięto. Pokoik wydawał się teraz nawet duży, gdy w nim nie było ani fortepianu, ani wujowego ciała, i Oli zrobiło się trochę nieprzyjemnie.
      Dla dodania sobie odwagi zaczęła rozmawiać ze swoją lalką. Tak zastał ją Bolesław po powrocie do domu: uparła się przy tym, że będzie mieszkała sama w pokoju wujaszka, i rzeczywiście, nazajutrz Bolesław kazał wymyć podłogę ługiem, wybielić na nowo ściany pokoju i na miejscu gdzie stał fortepian postawić
łóżko córeczki. Nowe, dość intensywne, choć ciche życie poczęło rozwijać się w pokoju umarłego. Bolesław znad jeziora nie poszedł do domu po tym, co mu powiedziała Malina, że już w październiku ma być-wesele z Michałem. Chciał skorzystać z pięknego wieczora, przejść się po lesie, zajrzeć tu i ówdzie, a właściwie chciał posłuchać, jak myśli i obrazy przesuwają się przez jego wnętrze, zostawiając lekki zapach odurzenia.
      Rzeczywiście, był jak gdyby odurzony. Miłość przyszła niespodziewanie i na krótko odmieniła jego życie wewnętrzne, stał się spokojnie wesołym. A przecież początek wszystkiego był okropny. Staś umarł po południu, zakrzątnięto się zaraz koło ubrania i umycia trupa, przyszły stare baby, matka Janka, Katarzyna, Maryjka. Choć na dworze było jasno, zapalono świece, zakryto potem okna chustkami. Staś ubrany był w dwie ciasnawe piżamy, niebieską i zieloną, włożone jedna na drugą, trudno go było rozebrać. Jednak baby zwlokły to z trupa i położyły go nagiego na kołdrze. Bolesław był cały czas w pokoju, stał w kącie i patrzał ponuro na te przygotowania. Przeżuwał w sobie słowa, które chciał powiedzieć komuś, ale nie było komu; zresztą nie wiedział nawet, co ma powiedzieć, co chce powiedzieć; na rzeczy, o których myślał, chyba nie było słów.
      W każdym razie wszystko, co przechodziło przez jego mózg, było złe, twarde, gorzkie i zbuntowane. Miał "tego" dosyć. Choć nie wiedział, co się pod słowem "to" kryje. Staś leżał na łóżku i jego niezwykłe wychudzenie wzbudzało litość: skóra biała i zbita w chropowate gruzełki obciągała dokładnie i mocno wąskie piersi, ręce leżały bezwładnie i wygodnie, dłonie ich były o tyle ciemniejsze od ciała. Na piersiach dwie brodawki stały się prawie zupełnie czarne, ściągnięte przez chłód wieczoru i chłód śmierci. Twarz miał pokrytą chustką, inna chustka, babska czerwona chustka, podwiązywała opadającą szczękę. Ale nie trzeba było wyrazu twarzy: ciało opuszczone, chude, bezwładne i suche, jak pęk trzasek, miało tego wyrazu aż za dużo.
      Baby przyniosły miskę ciepłej wody i powoli, obrzędowo zanurzały w niej gąbkę, mrucząc modlitwy, potem nacierały żałosne piersi umarłego. Wtedy weszła Malina. Bolesław natężył się i postąpił krok naprzód. Malina stanęła w stopach łóżka i chciała długo patrzeć na bezwstydną nagość rozciągniętego przed nią trupa. Ale baby jej nie dały.
- Przynieś jeszcze wody i octu - powiedziała jej matka. Malina nie chciała się ruszyć. Patrzyła chciwie na Stasia, potem podeszła i zdjęła chustkę z twarzy, krzyknęła cicho, zawyła raczej, ale bardzo cicho. Potem odstąpiła krok w tył i chciała gąbką myć razem z innymi. Bolesław zrobił drugi krok i powiedział wyraźnie:
- Co Malina tu robi?
      Malina obróciła się i spojrzała na niego. Oczy miała matowe i bez źrenic, białe prawie; spojrzała jak ślepa, na dużych, dokładnych jej rysach leżała prawie taka sama martwota, jak na skurczonej twarzy Stasia. Spojrzała i odwróciła się, piersi jej, opięte ciasnym stanikiem, zatrzęsły się lekko. Była tęga i mocna, bez wyrazu, obojętna.
- Niech Malina wyjdzie stąd. Nie odpowiedziała. Podniosła wiadro z wodą i postawiła je bliżej głowy Stasia. Zanurzyła w wiadrze długi, biały ręcznik.
- Niech Malina wyjdzie stąd zaraz - powtórzył Bolesław głosem ściszonym i jak gdyby z rozpaczą.
Ale ona w dalszym ciągu obojętna przeciągała ręcznik w ręce, jakby lała go przez palce, potem wyżęła płótno, rozprostowała i przykryła ręcznikiem piersi Stasia. Czarne brodawki ukryły się pod bielą.
- Won! - wrzasnął Bolesław nagle i, szarpnąwszy za ramię Malwinę, popchnął ją mocno w stronę drzwi. Dziewczyna stanęła, spojrzała raz jeszcze na niego. Potem otworzyła drzwi, wyszła, zamknęła. Przez cały ten czas zdawało się, że straszne słowo "won" drży i rozpiera się w pokoju. Bolesław opamiętał się zaraz i wyskoczył w ślad za Malwiną. Zdziwił się na dworze, że się już tak ściemniło. Nie wiedział, w którą stronę poszła, zawołał więc parę razy niegłośno: - Malwiną, Malwiną.
- Zbiegł z ganku, poszedł szybko w stronę podwórza i natknął się prawie na dziewczynę. Stała obojętna pod drzewem, wsparta o biały pień. Bolesław mówił szybko: - Przepraszam cię, ja nie wiem sam, co robię, widzisz, ja nie chciałem, Staś umarł; pan Stanisław umarł, to mój ostatni brat, pochowamy go koło mojej żony... Malwina stała duża, rosła, obojętna i nie mówiła ani słowa... Czuł, że nawet nie patrzyła na niego.
      Dotknął jej rękami: była ciepła, ciało miała gorące. Pomyślał o zimnym ciele Stasia, o chudej klatce piersiowej, leżącej bezwładnie na kołdrze. Ścisnął Malwinę za ramiona i nagle, ukrywszy twarz na jej wyniosłym, gorącym łonie, wybuchnął wielkim płaczem. Poczuł jej ręce na głowie, przycisnęła go do siebie. Ale jego płacz nie trwał długo, porwał się nagle Bolesław i prędko powrócił do domu, gdzie baby już skończyły myć Stasia i przebierały go w odświętne, ,, europejskie" ubranie. Teraz, gdy tak szedł brzegiem lasu, Bolesław nawet o tej scenie nie pamiętał, chociaż długo widział ją dokładnie i często wracała mu nieproszona, narzucając się, przed oczy; myślał tylko o nowej posadzie, o porębach jesiennych, o przenosinach, o tym, że Olą trzeba się jakoś zająć.
      Sosny nie zmieniły się jesiennie, więcej tylko latało cieniutkich płatków czerwonej kory, opadającej z góry pni. Spotkał Edka i Olka, krowy Maryjki zabłądziły w lesie i przyszły na podwórze do leśniczówki, trzeba je było odprowadzać. Rude krowy przekradały się przez żółte porosła leszczyny, chłopcy szli za nimi, pokrzykując raz po raz i klaskając krótko sznurkowym biczykiem. Szedł jakiś czas ich śladem, potem się zatrzymał na ulubionym miejscu.
      We mgle i żółciźnie tonęła chata Maryjki, nie widać było zupełnie, że to tylko polana. Czuł się tak, jak gdyby wyszedł na szerokie i wolne pola. patrzył, jak piaszczystą ścieżką szły duże krowy, potem chłopcy. Sylwety ich zacierały się, wczesny jesienny wieczór nadchodził. Spokój, spokój, prawie szczęście.
Dodaj do swoich materiałów