Matka Joanna od Aniołów cz. XI

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


XI


Szklaneczka miodu rzeczywiście uspokoiła nieco biednego księdza kapelana. Potem pośpieszył do klasztoru. Egzorcyzmy właśnie skończyły się i zmęczone mniszki udały się do swoich cel. Jedna różowa, wysoka i spokojna siostra Akruczy uwijała się po klasztorze, pracując za wszystkich. Prosiła księdza Suryna, aby spożył obiad w refektarzu, gdyż ona jest bardzo zajęta i nie może roznosić obiadów do księżych pokojów. Zakonnice dawno już zjadły.
- Powiedz, siostro, matce przełożonej - odrzekł na to ksiądz Józef - że zaraz po obiedzie przyjdę do parlatorium na strychu.
- Na strychu? - spytała, niezadowolona z takiego naruszania prawideł zakonnych, siostra Małgorzata.
- Tak, na strychu - niech wypocznie należycie matka. Nie będę prowadził egzorcyzmów, tylko chcę z nią porozmawiać - pośpiesznie wymruczał ojciec Suryn.
W refektarzu siedzieli już ojciec Laktancjusz, ojciec Salomon, ksiądz Imber i ksiądz Miga, spowiednik, racząc się obfitym jadłem klasztornym. Ojciec Ignacy wyjechał był do Wilna. Ksiądz Suryn usiadł nieco na uboczu.
- Zjedz co, ojcze Józefie - powiedział do niego Laktancjusz podsuwając misy - bo nam coś marnie wyglądasz.
Ojciec Suryn spojrzał na niego obojętnie, rozmyślając widocznie o czymś innym. Przysunął sobie misę fasoli i jadł dość szybko, nie patrząc na inne potrawy. Ksiądz Salomon uśmiechnął się.
- No, mistrzu, dlaczego tak skromnie? - powiedział. - Tu są kacze podróbka. Cała miska smakowita...
- Dziękuję - odparł ksiądz Suryn - ja dzisiaj poszczę.
- Czy i od miodu się ojciec dzisiaj wstrzymuje? - zapytał swym słodkim głosem ksiądz Imber.
- O, nie - z pewnością siebie powiedział ksiądz Suryn, aż wszyscy inni się zaśmiali i szturchnęli łokciami.
- Taki to, widać, post jezuicki - powiedział Laktancjusz.
- A właśnie! - burknął ksiądz Suryn nie zważając na to, o czym tamci mówią.
Znowu zaśmieli się i zamrugali do siebie.
- Miód i tutaj jest - powiedział ojciec Salomon i nachyliwszy się wyciągnął spod stołu spory gąsiorek. Tryumfalnym gestem postawił go przed ojcem Surynem.
- Nie, nie - powiedział tamten - ja tutaj nie piję.
To powiedzenie zwiększyło jeszcze wesołość księżowską.
- Takiś, księże dobrodzieju, że tylko w gospodzie - zawołał ojciec Salomon odymając wargi i mrugając oczami - ach, jakiż skromny naród ci jezuici!
Ksiądz Suryn uśmiechnął się dobrotliwie.
- To nie wszyscy jezuici - powiedział - to ja tylko, sługa niegodny, jestem taki dziwak. To już od maleńkości...
- Ten miód? - spytał basem ksiądz Miga.
- Nie, nie miód, tylko to dziwactwo. Boję się innych księży.
- Diabła się ksiądz nie boisz, a księdza się boisz - zawołał Laktancjusz.
- Na diabła mam znak krzyża - powiedział Suryn - a księżom krzyż nie straszny.
Wstał, otarł usta, skłonił się kompanii i wyszedł na klasztor. Za nim rozległ się w refektarzu huczny, chóralny śmiech.
Pomału wchodząc na górę, przygotowywał się do rozmowy z matką Joanną. Po paru dniach przerwy gotował się na nowe spotkanie z biciem serca. - Nie, nie - powtarzał sobie w duchu - Józefie, nie przerywaj twojej ofiary. Mów do niej, niech cię ona słucha.
Gdy wszedł na swój "stryszek", matki Joanny jeszcze tam nie było.
Ukląkł przy kracie, prostej, drewnianej sztachecie z nie heblowanych desek, przycisnął do niej głowę i zamknął oczy. Modlił się. Błagał Boga o uzdrowienie tej kobiety. -Więcej, za mało mu było uzdrowienie, chciał ją uświęcić. Największym szczęściem byłoby dla niego wskazanie matce Joannie drogi do mistycznej modlitwy, wtajemniczenie jej w to, co dla niego było najcenniejsze. Zdawał sobie sprawę doskonale z tego, iż naprawdę nauczyć miłości Bożej, nauczyć modlitwy niepodobna, że są to skutki łaski, której Bóg udziela indywidualnie, ale myślał, że można słowami zachęcić, podprowadzić jak gdyby grzeszną duszę do stopni ołtarza. Tak jak nieraz prowadził matkę Joannę, miotaną atakiem szaleństwa, ku głównemu ołtarzowi kościoła, gdzie spoczywało Sanctissimum, tak - myślał - można przy pomocy słów doprowadzić ją do najświętszego miejsca, gdzie się odbywa największa tajemnica ludzka, i pozostawić ją samą, postawiwszy twarzą w twarz z Panem Bogiem.
Zresztą uważał opętanie matki Joanny już za jakiś znak, za coś, co wyróżniało jej duszę spomiędzy innych dusz i predysponowało ją do jakichś wielkich przeznaczeń. Ta wątła, szczupła postać, nieco ułomna (stwierdził, gdy się biczowała, że ułomność jej polegała tylko na wypukłości lewej łopatki - kość pacierzową miała prostą), wydawała się stworzoną do wielkich objawień. Jakże słodko byłoby razem iść tą drogą przeznaczeń najwyższych i spotkać się u jednego tylko wejścia szczęśliwości.
Ojciec Suryn otworzył oczy. Matka Joanna klęczała po drugiej stronie kraty i spoglądała nań rozszerzonymi oczyma. Nie słyszał, kiedy weszła.
Ujrzawszy te oczy ojciec Suryn doznał uczucia niezmiernej radości, jak gdyby odnajdował utraconą ojczyznę spokoju. Powieki matki Joanny były otwarte szeroko, tak że połyskiwały białka nad niebieskimi źrenicami. W otwarciu tym malowało się szaleństwo i oczekiwanie. Spokoju w nich nie było, ale ksiądz Józef odnajdował spokój przy tej drewnianej kracie z surowych desek. Trzymając sit; oburącz szorstkiego drewna, wydźwigał się jak gdyby z przepaści jakiejś ku
tej osobie, która klęczała po przeciwnej stronie naprzeciwko niego.
Nie wiadomo skąd, z jakiejś głębi przykrytej codziennością wypłynęły na jego wargi słowa Izajasza:
- "Wziąłem cię za rękę, abym cię przeprowadził od krańca ziemi, i wzywałem ciebie z miejsc najbardziej oddalonych. Wybrałem cię, a nie odrzuciłem. Nie lękaj się, albowiem jestem z tobą..."
Matka Joanna potrząsnęła powoli głową na prawo i na lewo. Nic spuszczając oczu z twarzy księdza Suryna. Gest ten przejął głębokim bólem ojca, zacisnął więc mocniej ręce na kracie i jeszcze wyżej pragnął się wydźwignąć, jak gdyby chciał wyjść z siebie, ze swojego ciała, unieść się duchem i porwać za sobą ducha Joanny.
- Dlaczego mnie wzywałeś? - spytała szeptem matka Joanna.
- Pragnę twojego zbawienia - szepnął ojciec Suryn.
- Gdzież jest zbawienie? - spytała głośniej matka najtrudniej jest mi mówić szczerze-dodała po chwili, jak gdyby bez związku.
- Mów, mów - zawołał ojciec Suryn wyciągając ręce przez kratę - powiadaj, córko, wszystko, co cię męczy, wszystko, co szarpie twoje wnętrzności. Ja wszystko wezmę do siebie, ja wszystko wezmę na siebie, pochłonę twoje grzechy i twoje nieprawości, zostaniesz czysta i umiejętnie żyjąca. Mów wszystko.
Matka Joanna jak gdyby zastanowiła się. Powieki jej przymknęły się nieco i spod powiek spojrzała na ojca Suryna spojrzeniem szatańskim, powłóczystym i pełnym pogardy. Nigdy bardziej nie odczuł ojciec Suryn, kto jest panem w duszy matki Joanny, i nigdy bardziej nie pragnął go z tej duszy wygnać, chociażby miał go
wciągnąć w siebie. Jednocześnie poczuł, że matka Joanna wcale go nie pojmuje, może nawet nie słucha jego słów. i że za żadne skarby modlitwy ani wiedzy nie może sobie kupić wejścia do jej duszy. Klęczała przed nim wątła i obca. inna niż wszyscy ludzie i tak samo tajemnicza i niedostępna, jak tajemnicza i niedostępna była mistyczna nauka Jezusa. Rozpacz obcości poczęła zalewać jego serce.
- O demony samotności! Demony oschłości! O szatanie! Ty jesteś mocniejszą kratą niż to drewniane przepierzenie! Ty jesteś, który oddzielasz dusze jedną od drugiej, aby się nie rozumiały.
Matka Joanna znowu potrząsnęła głową i zimno popatrzyła na spowiednika. Oczy miała na nowo szeroko otwarte.
- Najstraszniejszą jest rzeczą - powiedziała swoim szorstkim, chorowitym głosem - najstraszniejszą rzeczą jest, że mam upodobanie w szatanie. Sprawia mi radość to opętanie, dumna jestem, że mnie właśnie ten los spotkał, i znajduję pewne zadowolenie, że mnie bardziej demony męczą niż kogo innego. Zostało ich we mnie cztery - inne wypędziłeś, ojcze - dodała jak gdyby z żalem. - Cóż się
stanie ze mną, gdy nie pozostanie we mnie ani jeden szatan? Stanę się z powrotem znudzoną, złą mniszką, która nie wie, czy dostąpi wiecznej szczęśliwości!
Myśl wypowiedziana przez matkę Joannę napełniła ojca Suryna zgrozą. "Jak to? więc mu wymawia pracę, jakiej nad nią dokonał? To chyba pozostałe w niej szatany mówią jej ustami, to nie ona sama!"
- Córko - powiedział - zawsze grzeszysz pychą. I myślę, że to nie Lewiatan wzbudza w tobie ten grzech, ale że sama stałaś się w duszy swojej Lewiatanem. Myślisz tylko o swoim wywyższeniu. Przywołujesz z powrotem diałby, które cię opuściły, ponieważ wolisz ich mieścić w sobie ośmiu niż czterech! Módl się, módl o cnotę pokory.
- Szatany we mnie poczynają szaleć - powiedziała znowu spokojnie matka Joanna - gdy tylko zacznę modlić się o pokorę. Nie ma dlamnie ratunku, ojcze święty.
Ksiądz Suryn żachnął się i odsunął nieco od kraty.
- Po tylu dniach naszych modlitw, po tylu aktach pokory, po tylu krokach naprzód ciernistą ścieżką prawdy, znowu powracasz do swoich strasznych, do swoich beznadziejnych słów. Ja sam przed chwilą o sobie to samo mówiłem, ale teraz w to nie wierzę. Jestem silny, jestem mocny. Matko Joanno - zawołał nagle ogromnym głosem - podnieś się, powstań, idź za mną!
Matka Joanna, jak gdyby przestraszona jego wołaniem, skuliła się, przykucnęła ku ziemi jak zwierz, którego łaje jego pan. W tym przygarnieniu się i odsunięciu, w tym wciągnięciu szyi i wtuleniu głowy w ramiona było coś pokornego i drażniącego. Gdyby ojciec Suryn miał w tej chwili kij w ręce, kto wie, czyby nie zdzielił zakonnicy tym kijem. Kiedy ściągnęła z niego wzrok swój, zniecierpliwił się i oburzył. Podniósł ze zgrozą obie ręce w górę.
- Niewiasto - zawołał nie chcesz iść ze mną na drogę, którą ci pokazuję, krnąbrnie i opornie się cofasz!
Matka Joanna nagle jak kot rozprężyła się i nie tylko wyprostowała się, ale nawet stanęła na nogi. Była tak niedużego wzrostu, że stojąc niewiele górowała nad klęczącym ojcem Surynem. Zbliżyła się prawie do kraty i przykładając twarz do drewnianych balasek poczęta szybko i zrazu dość cicho mówić:
- Bo i jakaż to droga, którą ojciec mi pokazujesz? Dokąd mnie ta droga prowadzi? Dokąd wiedziesz, stary klecho? Chcesz tylko, abym się uspokoiła, opanowała, zszarzała, zmniejszyła się, była dokładnie taka sama jak wszystkie inne mniszki. A więc dobrze, powiem ci: ja sama, ja sama niejednokrotnie otwieram duszę mą, aby w nią wchodziły demony. Nie umiem dokładnie opisać ci tego, ale zawsze muszę jak gdyby uchylić furtki w mojej duszy, aby wpadły ku mnie. O gdybyś ty mnie uczynił świętą! To jest jedyna tęsknota! Ale ty mnie
chcesz upodobnić do tysięcy, tysięcy ludzi, jacy błądzą bez celu po świecie! Chcesz mnie uczynić taką samą zakonnicą-jak ojciec mój chciał mnie uczynić córką, matką, żoną - chcesz mnie widzieć modlącą się z rana, w południe i wieczorem, chcesz, abym jadła fasolę w oleju, codziennie. I co mi za to obiecujesz? Zbawienie? Ja nie chcę takiego zbawienia. Jeżeli nie można być świętą, to lepiej już być potępioną. Czy ty rozumiesz, ty, księże, który się ponademnie wynosisz, czy ty rozumiesz, co to za straszliwe nieszczęście nie móc
być świętą? Pomyśl - być świętą! Zrozumieć wszystko, być u Boga na łonie, w mądrości bożej najwierniejszą, stopić się ze światłością wiekuistą - a jednocześnie pozostać na ziemi, stać na ołtarzach otoczona różami, kadzidłem, świecami, powracać w modlitwie na wszystkie usta, żyć we wszystkich pobożnych książkach! Och, to jest życie, to jest życie wieczne! A tak? To lepiej już z diabłami...
Ojciec Suryn odsunął się od przegrody, w miarę jak spadał na niego ów potop suchych, szybkich, namiętnych słów. Na kolanach odpełzał od tego przepierzenia, jak gdyby lękał się, że matka Joanna zarazi go czy zrani swoją nieposkromioną mową, wił się prawie na podłodze, ze zgrozą patrząc na wątłe oblicze przyciśnięte do drewnianej kraty i na długopalce dłonie, które przedostały się przez nie heblowane pręty i gestykulowały, i wyciągały się w jego stronę, jak gdyby go chciały dosięgnąć i wczepić mu się w sutannę. Włosy powstały mu na głowie ze zgrozy.
- W imię Ojca i Syna - przeżegnał się i przeżegnał matkę Joannę - córko moja, uspokój się - wyjęczał i znowu podpełzł na kolanach w jej stronę. - Pomyśl, co powiadasz!
Matka Joanna zatrzymała się, zamknęła powieki, opuściła ręce i dyszała ciężko.
- Kobieto - odezwał się ojciec Suryn - uprzątnij duszę swoją na przybycie Pana. Spojrzyj, jak okropnie pomieszane są w niej brudy i kwiaty. A cóż ja ci pokazuję? Drogę do świętości. A cóż jest ta modlitwa, której ciebie uczę; a cóż jest ta pokora, której od ciebie żądam? A cóż jest owo milczenie, które na ciebie nakładam? Drogą do świętości! Czyż możesz wątpić o tym, że to są ścieżki, które prowadzą tam ponad nas, na najwyższe szczyty, które podobnie jak
szczyty gór są pokryte wiecznym śniegiem. O nie, matko Joanno, dosyć tych żalów i gniewów, nie tak się dochodzi do tej szczęśliwości, której ty tak pragniesz!
Podpełzł do krat i wyciągając przez nie ręce, chwycił za dłonie matkę Joannę.
- O! - zawołał wstrząsając nimi - obudź się, duszo moja! Posiadłem cię przecie na wieki!
W tej chwili za małym, dość wysoko umieszczonym okienkiem stryszku rozległ się głośny śmiech. Oboje ze strachem spojrzeli ku oknu, które ściemniło się nagle. Dwie twarze, przywarte do szyby okna, dały im się widzieć. Śmiech i głosy od tych ludzi pochodziły.
Ksiądz poznał twarze Wołodkowicza i Odryna, brzydko zniekształcone.
- Patrz, patrz-wołał Wołodkowicz-to tutaj księżulek panienki egzorcyzmuje!
- Trzymaj się, bo zlecisz - krzyczał Odryn - aleć to i przedstawienie! Za ręce ją trzymał!
- Ha, ha, ha! -rechotał Wołodkowicz.
Ksiądz Suryn podszedł do okna, machając chustką jak na muchy, dach zatrzeszczał pod stopami natrętów i twarze ich znikły. Ojciec spojrzał przez okno: uciekali dachem, skacząc jak małpy i potykając się na starych gontach, które wyfruwały im spod butów. Wołodkowicz obejrzał się na ojca Suryna z rozdziawioną gębą. Ojciec Suryn pogroził mu kułakiem. Śmiech jeszcze długo echem dolatywał do
poddasza.
Ksiądz Suryn obrócił się ku celi. Matka Joanna stała nieporuszona jak przedtem. Oczy zamknęła i trzymała się rękami kraty; zdawało się, że chroni się przed upadnięciem. Ojciec Suryn powrócił do niej i ukląkł przed kratą. Znowu wziął jej dłonie w swoje ręce.
- Córko - powiedział - zrozum, że wszystko odkupienie jest w miłości. Ze trzeba tylko trochę otworzyć duszę swoją, a miłość napełni ją jak zapach jaśminu. Wszystko przez miłość i wszystko dla miłości.
Matka Joanna wstrząsnęła się i chciała wyrwać swe dłonie z rąk ojca Józefa, ale on je przytrzymał. Przeciągnął je przez kraty i ucałował pobożnie. Wówczas matka Joanna opadła na kratę, przypadła do niej i razem z łkaniem, które ją rozdarło, poczęła nią wstrząsać.

Dodaj do swoich materiałów