Baza wiedzy

Brzezina XI

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


XI



      Pytanie Bolesława o Basie wyprowadziło Stasia wewnętrznie z równowagi, chociaż nie chciał i nawet nie mógł tego po sobie pokazać. Leżał nieruchomo, zapadłszy w stan osłabienia świadomości, cichy i spokojny. W uszach mu tylko brzęczało mocno, jak gdyby rój pszczół założył sobie plastry w głowach łóżka. Okna przysłonięte mu chustkami, bo ani okiennic, ani firanek nie było, i leżał tak w cieniu bez światła, zdając sobie sprawę tylko ze swojego cierpienia. Cały dopływ wewnętrznego życia zahamował się nagle, zatrzymało się wszystko zewnętrzne i pozostawiony nagle sam sobfe Staś spostrzegł, że jest zgnębionym strzępem, niezdatnym nawet do śmierci. Wszystko, co czynił dotychczas, było niepotrzebnym hałasem, a chodziło właśnie o jedno: o ukrycie cierpienia, o zapomnienie. Wszystko było jak ten fortepian, na którym wygrywał tak głośno. A na czwarty dzień jego choroby i fortepian właśnie zabrano, właścicielka jego umarła, spadkobiercy chcieli jak najprędzej zrealizować jej majątek, i nie zawiadamiając ani uprzedzając, zajechali platformą przed leśniczówkę w ciepły poranek. Bolesław na próżno tłumaczył i przedstawiał chorobę brata-ani chcieli słuchać. Musiał się zgodzić na wydanie instrumentu. Wraz z tragarzami wpadło światło do pokoju chorego: podniesiono chustki na oknach i Staś ze zdziwieniem zobaczył, że na dworze jest tak bardzo pogodnie i pięknie. Potem przyszedł jeszcze Janek, wszyscy razem obstąpili fortepian, natężyli siły i zgodnym wysiłkiem unieśli go w powietrze. Powoli posunęli się ku drzwiom, przechylili czarne pudło i zabrali je sprzed oczu Stasia, j ak wielką czarną trumnę...,, Mój a nie będzie taka duża" - pomyślał.
      I pożałował fortepianu, miał właśnie ochotę dzisiaj lub jutro zwlec się na chwilę z łóżka, aby zagrać raz jeszcze piosenkę hawajską, przy której mógłby znów poczuć wstrząsający ogrom tego wszystkiego, czego nigdy już nie zobaczy. Przy muzyce łatwiej było wywołać w sobie to morze rzeczy, spojrzeć w słodką otchłań spraw nieznanych. Trochę go to upajało, uderzało do głowy. Ale teraz patrząc w otwarte drzwi, za którymi fortepian zniknął, poczuł zalew innych spraw. Zakończenie definitywne wszystkiego, co nie było strachem i cierpieniem. Dotychczas nie doznawał specjalnie uciążliwych dolegliwości fizycznych, teraz zaczęła się prawdziwa męka. Ciało wychudłe bolało od leżenia, a ruszać się nie mógł, gdyż każde poruszenie kosztowało go mnóstwo wysiłku i kończyło się bólem, rozchodzącym się od krzyża ku kończynom.
      Nie mógł nic jeść. Katarzyna przynosiła mu albo rosół, albo mleko, co drugi dzień kręciła mu lody i już od samego rana nękał go dźwięk maszynki czochrającej się w lodzie z wielkim chrzęstem. Dźwięk ten, dochodzący z sąsiedniej sieni, był także źródłem radości, mimo że go męczył. Chrzęszczenie puszki lodowej było jedynym odgłosem, który dochodził do niego, świadcząc o obszernym, wielkim życiu, które teraz już odbywało się poza nim. Leżał jak pień wyrzucony nurtem rzeki na- brzeg. Był jedną z uschniętych gałązek, które zawsze obserwował na świerkach i sosnach. Czekał teraz na ostateczne ułamanie. Raz jeszcze wstał na parę dni i z wielkim wysiłkiem wprawdzie, ale ruszał się normalnie. Zszedł z ganku i, przeszedłszy drogę, poszedł kawałek w las na spacer. Nazajutrz gwizdał i nucił przy goleniu się, jak w pierwszy dzień po przyjeździe do leśniczówki, i Bolesław uśmiechnął się nawet, słuchając tego gwizdania. "No, a może znowu mu będzie lepiej? "-pomyślał. Ale Staś, kiedy tak wstał na parę dni, miał to głupie wrażenie, że coś zgubił.
      Nie opuszczało go ono ani na chwilę. Czuł się jak ktoś, kto nosi od wielu lat pierścionek na palcu i zostawi go na umywalni; poczucie braku czegoś bardzo codziennego i zwyczajnego prześladowało go i nie mógł o niczym innym myśleć. Nie był to brak fortepianu, bo kontrolował siebie. Był to jakiś ważniejszy brak, brak tego, co mu wiązało dotychczas wszystko, co widział i co czuł, w jakąś organiczną całość. A teraz to, co go otaczało, rozsypało się jakoś, niby paciorki różańca, niby szklane perły, które miała kiedyś na szyi miss Simons.
      Spostrzegł jeszcze z rana zielone światło na oknach swego pokoju, ale jednak to światło nie zapalało się od wnętrza, nie wychodziło z niego-i, budząc się, odpychał je niechętnie; nic mu ono nie objaśniało, nie stanowiło istoty tego, o czym myślał dawniej z taką ogromną radością, jak o czymś nowo znalezionym. Sosny i lipy, deszcz i pogoda rozpadły się, były osobno - tkwiły oddzielnie, wetknięte trochę bez sensu w pasmo jego odczuwań i jego myśli. Przyprawiało go to o dotkliwe cierpienie. Ani słabość, ani brak sił, ani niemożność spożycia jakiegokolwiek bądź pokarmu nie przyprawiały go o taki ból, jak to pogubienie całego świata, który mu się w oczach przetwarzał w bezwład i chaos. Gwizdał i nucił jak za pierwszych dni po przyjeździe, ale wtedy to gwizdanie także było jakimś mąceniem rzeczywistości, z której miał się wynurzyć nowy kształt świata. Teraz jednak, gdy wszystko wirowało w takt nuconej piosenki, wiedział, że się już nic nie wynurzy, że wszystko zawaliło się, że jest koniec - i piekło go to bólem gorszym niż chore płuca i kiszki.
      Kiedy przestawał nucić, przychodziła cisza, która pełna była strachu. Nagle, gdy milkł, kulisy domu, lasu, werandy napełniały się wymownym milczeniem. Szelest igieł sosnowych był jedynym tłem dla tych cierpień i strachu. Kładł się do łóżka i wszystko, co uderzało go w serce, każda myśl o samotności, o końcu, o strachu, przychodziła osobno, dźgała go bezładnie, gdzie trafiła, w głowę, w serce i odchodziła bez konsekwencji, ustępując miejsca innej. To było okropne i natężał wszystkie siły, aby jeszcze ruszać się, nucić, siedzieć ze wszystkimi na werandzie. Gdy raz poszedł do kuchni, zapach rozgotowanych kartofli zemdlił go gwałtownie, szmer płomieni nie zatrzymał go. Cofnął się do siebie, ale opanowywał te strachy i słabości.
      Bolesław widział raz po raz uśmiech na jego ustach (to rzeczywiście był uśmiech, nie grymas), ale nagle uśmiech uciekał, a wyraz, jaki pozostawał na twarzy Stasia po jego zniknięciu, przypominał potworne pobojowisko. Bolesław z niepokojem śledził te przemiany. Przy obiedzie Staś siedział razem z nimi, ale Bolesław widział po jego twarzy, że mu już nie będzie lepiej. Przerażała go martwota zapadniętych oczu, które nie ożywiały się nawet, kiedy się śmiały. Obiad jedli na ganku. Staś siedział plecami do światła i Bolesław krótkimi, badawczymi spojrzeniami obrzucał jego twarz osłoniętą cieniem. Odchodziła ona w cień nieoKi-esiony, przestawała reprezentować człowieka, brat umierał. Czuli to wszyscy widać, bo i mała Ola siedziała cichutka, rozszerzonymi białymi oczami spoglądając na stryja. Ale Staś nie zauważał tych spojrzeń, oglądał się na las przez ramię i wtedy w jego niebieskich oczach zapalały się blaski, jak w dymnym odbiciu zakurzonych luster. Śmiał się i znowu opowiadał-nie wiadomo dlaczego-o miss Simons. Miał dziś list od niej, znowu była w Davos i opisywała wszystko, co się dzieje w sanatorium. Przypomniał sobie, jaką suknię kiedyś miała miss Simons, i szczegó łowo opisywał ją Oli, która słuchała wpatrzona w stryja, z trudnością przełykając czerstwy chleb; Staś nic nie jadł, pił tylko mleko. Suknia była zielona, obszywana zielonym futrem.
      Do tego był krótki żakiecik z zielonego aksamitu, cały naszywany w złote prążki. Niby jezioro w lesie. Staś powiedział: niby jezioro w lesie - i spojrzał nagle na Bolesława, ale ten odwrócił głowę. To proste porównanie przypomniało im przykre sceny, a jednocześnie pokazało, iż sceny te stały się zupełnie beztreściwe wobec odmiany konstelacji. Gdy Ola odeszła od stołu, Staś poprosił Bolesława, aby go pochowano w brzezinie, obok Basi. Wprawdzie to może nie tak zaraz nastąpi, dziś czuje się doskonale. Nie chce już o tym mówić z bratem, bo to ma coś z pozy i z celebrowania, bardzo nieprzyjemne; zgrywanie
się po prostu. Ale nie chce mu się potem tłuc dwadzieścia parę kilometrów, po co? Lepiej, że go tu zaraz zakopią.
- Czy nie będzie ci bardzo przykro mieć mnie w najbliższym sąsiedztwie?
Bolesław milczał przez cały czas, ale po ostatnim pytaniu poczuł, że rzeczywiście będzie mu bardzo przykro. Nowa mogiła obok mogiły Basi będzie wielkim ciężarem dla niego. Wolałby Stasia zawieźć gdzieś daleko, a potem nie myśleć o tym, nie mieć ciągle przed oczami tych mogił. Ale przyszło mu do głowy, że potem łatwo mu będzie przenieść się na inną posadę, gdzieś pod Suchedniów, na przykład, albo do Szydłowa.
      Wtedy zostawi te mogiły tutaj, i trudno mu będzie już do nich powrócić, będzie przyjeżdżać raz na rok, raz na dwa lata. Tak, może Stasia pochować w brzezinie. A tymczasem Staś siedział naprzeciwko niego przy stole i palił papierosa, dymek szary i wątły wylatywał niby oddech i roztapiał się w rozgrzanym powietrzu, na tle drzew stojących za drogą. Milczeli chwilkę, potem Staś się uśmiechnął:
- No, i po mojej śmierci nie wzbraniaj sobie Maliny - powiedział. Na to Bolesław stuknął pięścią w stół, pohamował się jednak, namarszczył groźnie, odwrócił się i począł pakować ręką brodę w usta, ale była krótka, świeżo przez Janka przystrzyżona, i nie mógł jej ugryźć. To rozśmieszyło Stasia na dobre, ale nic już nie powiedział. Czuł, jak go południowe słońce grzeje w plecy i uczucie ciepła napełnia go rozkoszą. Tego dnia jeszcze widział się z Maliną i następnego. W parę dni potem położył się na dobre. Malwina nie przychodziła nigdy do pokoju, w którym leżał, nie wypadało. Z chwilą, w której położył się do łóżka, wszelka łączność pomiędzy nimi ustała. Nie było to zbyt wielkim cierpieniem dla Stasia. Obecność realna Malwiny była mu niepotrzebna.
      Wyobrażał ją sobie tak dokładnie i całe dnie spędzał na myśleniu o niej. Nawet nie było to myślenie, tylko porównywanie wszystkiego, co pamiętał, i wszystkiego, czego doznał od tej dziewczyny.mocnej, cichej i oddanej. Wiedział, że kłamała, że Michał był naprawdę jej człowiekiem, że za niego wyjdzie za mąż i będzie żyła do późnej starości cicha i krzepka. Myślał o starości Malwiny, ordynarnej i zwyczajnej, nic już nie mającej pięknego. I mówił sobie o jej życiu: to jest dopiero życie. Codziennie teraz leżał, słabszy, a coraz słabszy, w szmerze ula wyobrażonego, w świetle odsłoniętych okien, i widział, że była pogoda, piękna lipcowa pogoda. Opuszczono go teraz troszkę, Bolesław cały dzień był poza domem, Katarzyna zaglądała z rzadka, a Ola wolała bawić się na dworze, nudził ją uśmiech chorego wuja. Pewnego dnia pod koniec lipca - bardzo już był słaby i ku zachodowi dopiero chciał spojrzeć przez okna - uniósł się trochę, podłożył wyżej poduszki, przy czym wiele się musiał natrudzić, i usiadłszy patrzał na złote ramy. Liście najbliższych drzew zwisały nad oknami, a dalej był zawsze ten sam widok; pnie, szarość, las. Nikogo nie było w całym domu ani na podwórzu, wszyscy się gdzieś porozchodzili i było cichutko. Ale Stasiowi nie ciążyła ta cisza letnia, pełna ciepła i błogosławieństwa. Zamyślony był, ale sam nie wiedział o czym, kości go nie bolały i stąd płynęła błogość, jednoczył się w uśpionej ciszy z letnim popołudniem. Potem posłyszał czyjeś kroki, ktoś przeszedł przez drogę i podszedł pod ganek. Kroki zbliżyły się i oddaliły, poznał te stąpania, których oczekiwał tyle razy w ciągu tego lata: była to Malina. Serce mu zabiło młotem, w skroniach zahuczało i pot zimny okrył czoło, plecy, krzyż. Ale ona nie weszła do domu, cofnęła się i słyszał, jak kroki oddaliły się w pobok domu, odeszła w las. Wówczas z lasu odezwał się wysoki głos. Malwina śpiewała. Po raz pierwszy słyszał ją śpiewającą, ale poznał zaraz, że to ona. Ciągnęła nuty wysokie, monotonne, z fioriturami.
      Śpiewała lepiej i piękniej, niż u nas na wsi śpiewają, ale nic nie straciła z prymitywności śpiewu. Wysokie pięć nut schodziło z góry na dół, wznosiło się potem znowu pięciu tonami i urwało w górze na wysokim tonie, powtarzanym z uporem, forsowanym pełną piersią. Echo się rozległo po lesie zaraz po pierwszej frazie, wmieszało się w ten śpiew i jakby towarzyszyło mu ukrytymi, zbiorowymi tonami, które przetwarzały się w akord. Prymitywna namiętność tej pieśni dreszczem przejęła chorego. Przybyło mu sił w tym natężeniu, z jakim musiał słuchać. Wiedział, że Malwina śpiewa dla niego i że to śpiewanie zastępuje wszystkie słowa, które mu miała powiedzieć. To było naprawdę to, co mu chciała powiedzieć, nie tamte monotonne odpowiedzi na bezsensowne pytania.
- A pierwsze zamknienie
To moje spojrzenie,
Ze ja ciebie nie chcę znać Te słowa rozeznał w gąszczu wysokich i ciągnionych nut. Usta mu się otworzyły, słuchał i widział jednocześnie tyle rzeczy. Dzieciństwo mu się przypomniało i matka, widział szeroką srebrną
rzekę, po której płynęli. A potem wszystko zrobiło się jak sen. Całował matkę, choć wiedział, że dawno umarła, i z pieszczotą w swojej ręce wyczuwał jej palce. Grubawe i łagodne. Srebro rzeki zmieszało się ze światłem, które szło z dwóch okien naprzeciwko jego łóżka stojących, zmieszało się ze śpiewem niewidzialnej kochanki. Malwina powtórzyła pierwszą strofkę dwa razy, urwała gwałtownie i potem długo milczała. Staś myślał, że już nie będzie śpiewać. Pochylił się na poduszkach nieco na bok i widział cały świat, jak mu odpływał bokiem, mimo jego oczu, ukośnie, splątany z szarzyzny, chłodu i zieleni. Na próżno szukał oczu matki, wszędzie widział jak wtedy, kiedy pierwszy raz szedł do szkoły-oczy pod powiekami podobnymi do liści, oczy przysłonięte do połowy.
      Nie, matka nie miała takich oczu, to były źrenice osowiałe - Malwiny. Ale nagle pasmo przywidzeń rozdarło się, znowu zaczynała się prostacka pieśń; Malwina podeszła gdzieś bliżej, była zupełnie niedaleko, i nuty, i słowa jej pieśni były prawie dotykalne, cieleśnie wchodziły do pokoju Stasia, tylko nie miał sił, aby je ująć w ręce.
- A drugie zamknienie To wysokie sienie, Po których muszę stąpać
- Każdą srofę powtarzała dwukrotnie bez zatrzymania, modulując lekko w wyższą tonację, ale ku końcowi powracała do upartej, wysokiej nuty. Słońce zachodzące przenikało w las, przemykając się pomiędzy pniami sosen i nawą boru, podbijając ją różowymi mgłami. Staś ujrzał się w lesie wysokim jak w bajce i wiedział, że go mają sądzić. Było tak trochę jak w powstaniu, do którego należał jego dziad, trochę jak we śnie.
      Różowe obłoki napełniały las i zamieniały się w ptaki, ptaki śpiewały głosem Maliny: "to wysokie sienie, to wysokie sienie"-! Staś widział, jak las przemienia się w niebotyczne drewniane konstrukcje, po których on skacze z lekkością wiewiórki, a Malina idzie, malutka, malutka, jak w górach, samym dołem drewnianej katedry i nie można ich połączyć.
      Nagle zza boru ukazała się srebrna rzeka, poczuł niezwykłą ulgę, lekko ślizgał się po stalowej przestrzeni, szklane tafle wody usuwały mu się spod rąk.
Malina umilkła. Uczuł znowu pokój, pusty kąt po fortepianie, który mu ciążył jak sieroctwo, i w ustach smak słony, słodki, zapach mdlący, uderzający o podniebienie. Pomyślał: znowu będzie krwotok. Usłyszał kroki tuż pode drzwiami, słyszał, jak ktoś się oparł o lipkę rosnącą pod oknem. Czuł, że nie zniesie tego śpiewu tak ostrego, tak konkretnego tuż pod swoim oknem. Oburącz przycisnął serce, które tłukło się, i zawołał:
- Malino, Malino...
      Ale to nie było wołanie, szept tylko żałosny i spieczony. Nie słyszała tego głosu Malwina i mogła myśleć, że pan Stanisław wcale jej śpiewania nie słyszy. Ale widać myślała, że jej słucha, bo głos swój pomiarkowała i nie śpiewała tak głośno. Śpiew jej jednak przez to stał się jeszcze bardziej przejmujący, niby żałosna kołysanka. Przy pierwszej nucie tego śpiewu Staś znowu wypłynął na rzekę, biegnącą zakrętem. Ale w miarę jak śpiewała, brzegi zwężały się, zachodziły jeden na drugi, chciały go udusić. Z trudnością chwytał powietrze:
- A trzecie zamknienie
      To siwe kamienie, Pod którymi muszę spać - Ale nim dośpiewała dwa razy to samo, coraz ciszej i głębiej piersiami robiąc, wszystkie przywidzenia odeszły. Najdłużej pozostawało poczucie obecności matki, ale i to przeszło. Obudził się oparty o poduszki ze smakiem krwi na wargach, z oczami utkwionymi w karminowe przestrzenie między pniami. Do głębi przeniknęły go słowa: "to siwe kamienie, pod którymi muszę spać". I pierwszy raz uczuł całym jestestwem śmierć w sobie. Było tak, jakby wszystko, czym był, zebrało się naokoło niego w postaci czerwonej mokrej mgły i odchodziło powoli, i zostawała straszna nicość:
- i siwe kamienie.
      Pod którymi muszę spać. Ostatkiem sił przywołał to odchodzące życie i wróciło tym razem. Ale wiedział, że to nie na długo, uspokoił się trochę, słyszał, jak kroki odeszły. I nie zobaczył Maliny.
A potem, powtarzając słowa o kamieniach, rozżalił się po dziecinnemu, wyobrażając sobie, jak gdyby musiał rzeczywiście przez długie, długie lata spać w ciemnej sieni, pod szarymi kamieniami. I zaczął płakać jak dziecko, poduszka była mokra od łez. A gdy Bolesław wrócił wieczorem, po raz pierwszy powiedział mu, że nie chce umierać tak młodo. Bolesław przestraszył się, ale potem się przyzwyczaił. Staś powtarzał te słowa do samego końca.

dalej
Dodaj do swoich materiałów