Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. X

wstecz

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


X


Znaleźli się w obszernej, ciemnej sieni. Po omacku wleźli na szerokie schody i poczęli na nie wstępować.
Ojciec Suryn stawiał kroki idąc jak na skazanie, ale nie chciał się cofnąć. W miarę jak wchodził po tej drabinie Jakubowej - jak we śnie - w krótkiej chwili przemyślał i ujrzał bardzo dużo, jak gdyby się już żegnał z dotychczasowym życiem. Całe nieskomplikowane jego istnienie przeszło przed jego oczami, a zwłaszcza uprzytomniła mu się chwila pamiętna, przeżyta w katedrze wileńskiej, kiedy miał lat trzynaście. Poszedł wtedy na wczesną mszę. Było to w jakiś czas po wstąpienie matki - wdowy do klasztoru karmelitanek. Modlił się dość opieszale, myśląc o matce, która go opuściła, i mając poniekąd żal do jej pobożności. I nagle - nie oczami już duszy, ale oczami ciała - ujrzał schodzącą ku niemu skądiś z góry osobę Matki Najświętszej w towarzystwie dwóch aniołów. Jak w sennym widziadle, nie rozumiał żadnych szczegółów, nie widział, jaka była i jak ubrana, nie wiedział, na czym stała i jak schodziła, dość że ją ujrzał uśmiechniętą bosko i radość niewymowna przepełniła jego serce. Pani wyciągnęła rękę ku niemu i powiedziała, a może w sercu mu się tylko głos jej rozległ:
"Masz teraz we mnie matkę, pracuj i służ dla mnie! Bacz tylko, abyś duszy swojej nie dal na zatracenie!" I słodycz, która go napełniła stała się, tak mocna, tak okrutna, że przepełniła cała jego istotę i powaliła go na kamienną posadzkę. Powtarzał: "Będę Ci służył. Twój jestem aż do skończenia świata, bnm mnie, Matko Najświętsza, od szatana i wszelkiego oręża jego, abym nie był potępion na wieki!" I napełnił go wielki strach potępienia wiecznego, i wtedy także zobaczył po raz pierwszy czarnego pająka, jak czyhał na duszę jego.
Zawołał wielokrotnie do Panny Marii: ..Broń mię! broń mię, pani Najświętsza!"
Widzenie to tak mu się plastycznie przypomniało na tych żydowskich schodach, że przeżył je prawie po raz drugi. Wspomnienie owej słodyczy, która go przepełniała, owego szczęścia bez granic samo stało się taka prawie słodyczą i takim szczęściem, i serce poczęto mu bić mocno, jak gdyby miało pęknąć. "Będę Ci służył! Będę Ci służył powtarzał - tylko mię broń od szatana!" kiedy mu to
rozmyślanie przerwał nagle glos Wołodkowicza.
Mały szlachcic potknął się o nierówny stopień i zaklął brzydko: A cóż to za haniebne schody! Toć one chyba do piekieł prowadzą! Omalżem nie upadł, jak wtedy w tej karczmie, cos mnie ojciec powstrzymał...
Ojciec Suryn otrząsł się ledwie marzenia. Stanęli już przed drzwiami. Słabe światło przenikało tutaj skądiś i widać było miedziany młoteczek na dębowej tani. Wotodkowicz ujął młotek i zastukał mocno. Drzwi zaraz się otworzyły i stanął w nich długi młodziutki Żyd w wysokim kołpaku. Stanął przed przybyłymi i
położył palce na ustach, patrząc na nich . miodowym uśmiechem w swoich olbrzymich, aksamitnych oczach. Był tak miody, ze na brodzie i koło uszu zwisały mu tylko rzadkie, pojedyncze włosy, a cerę mat żółtą i pozbawioną rumieńca, jak cera ludzi, którzy rzadko wychodzą na świeże powietrze.
Tu do cadyka powiedział Wolodkowicz dość głośno.
Nie można go widzieć...
Wolodkowicz postąpił krok do przedpokoju i odsłonił księdza Suryna. Miody Żyd zmieszał się i przestraszył.
Proszę, proszę powiedział ja zaraz....
Wciągnął prawie przybyłych do pokoju i zamknął drzwi za nimi. Ja zaraz, zaraz cichymi krokami znikł w głębi przedpokoju. Goście stanęli na progu. Sień była zupełnie pusta. Za chwilę otworzyły się duże drzwi przed nimi i młodzieniec wrócił.
- Rebe prosi - powiedział.
Wołodkowicz pozostał z tyłu i ksiądz Suryn zobaczył, że sam musi wejść do cadyka. Przekroczył próg, skłonił się i stanął zrobiwszy parę kroków.
Wielki, niski pokój miał zasłonięte okna i oświetlony był woskowymi świecami. Choć świec tych było dość dużo, światło jednak gubiło się w półmroku. Ściany i podłogi zakryte były całkowicie wielką ilością dywanów. Leżały one jedne na drugich, zachodziły na siebie na ścianie, tworząc gęstą, nieprzenikliwą i tłumiącą wszelki odgłos zasłonę. Słowa wypowiedziane w tym pokoju brzmiały matowo i gasły jak iskry na wietrze.
Za długim, dębowym stołem, na którym leżała jedna tylko książka i stało mnóstwo świec, siedział niestary jeszcze człowiek o żółtej cerze.
Długa broda spadała mu na piersi dwiema falami. Ksiądz Suryn mimo woli pomyślał, że jest on podobny do nieboszczyka króla Zygmunta Augusta.
Przybyły skłonił się raz jeszcze i milczał. Młody Żyd stanął przez drzwiach w postawie pełnej uszanowania i widocznie miał zamiar asystować przy rozmowie. Reb Isze podniósł oczy od książki i patrzył na księdza bez zdziwienia, ale bardzo przenikliwie, wreszcie powstał i nie wychodząc spoza stołu, powiedział:
- Salve!
W pozdrowieniu tym ojciec Suryn dostrzegł zachętę do mówienia po łacinie, ale nie miał odwagi w takim momencie swojej myśli powierzać obcej, klasycznej mowie. Bal się, że to, co będzie chciał powiedzieć, zabrzmi cudacznie w klasycznej składni i że zdradzi swoją myśl, idąc za utartymi formułkami. Powiedział przeto po polsku.
- Przepraszam, że przerywam... ale...
Tu zatrzymał się i popatrzył na rabina pytająco, ale ten stal nieporuszony i bez żadnego wyrazu. Nie ułatwiał mu też skończenia tego zdania.
- Pewnie się dziwisz? - powiedział ojciec Suryn i postąpił krok ku wąskiemu stołowi.
- Nie - odpowiedział cadyk dźwięcznym głosem - nie! Już dawno myślałem, że jeden z was do mnie przyjdzie.
Ksiądz Suryn zawahał się.
- Ty wiesz? - zapytał.
- Wiem - spokojnie powiedział rabin.
- Co to jest? - zapytał znowu ksiądz.
- Ja nie wiem. Ja musiałbym zobaczyć.
- Och!- westchnął ksiądz.
- Czy to są prawdziwe demony...
- Właśnie - z zapałem podjął Suryn - czy to są prawdziwe demony? I co to są w ogóle demony?
Reb Isze stracił nagle swoją obojętność, po twarzy przebiegł mu dziwny wyraz i w oczach zadrgały jakieś iskierki. Zaśmiał się ironicznie.
- I to ksiądz dobrodziej przychodzi do biednego rebe, aby się spytać, co to są demony? Ksiądz nie wie? Nie nauczono księdza na świętej teologii? Nie wie ksiądz? Waha się ksiądz? To nie są może demony, to może tylko brak aniołów? - zaśmiał się znowu. - Anioł odleciał od matki Joanny i oto została sama z sobą. Może to tylko własna natura człowieka?
Ksiądz Suryn stracił cierpliwość. Szybko podszedł do stołu i stanął naprzeciw rabina, wyciągając ku niemu rękę. Młodzieniec przy drzwiach poruszył się przestępując z nogi na nogę. Reb Isze cofnął lekko głowę, tak że oczy jego znalazły się w cieniu, a świece oświetlały jego czarny atłasowy kaftan i cienkie arabeski wątłych włosów brody.
- Nie sądź, nie szydź, Żydzie! - zawołał ksiądz gwałtownie - ja wiem, że ty masz więcej od mnie wiadomości. Ale ty siedzisz sobie w tym pokoju bez okien, nad książkami, nad świecami... i nic... Ciebie nic nie obchodzi, że ludzie się męczą, że kobiety...
Ksiądz Suryn umilkł, ukryte bowiem w cieniu oczy cadyka zabłysły taką pogardą i naigrawaniem, że oburzenie odjęło księdzu mowę.
Opuścił ręce widząc, że tutaj nic nie wskóra ostrymi argumentami.
- Kobiety się męczą - powtórzył reb Isze. - Niech się męczą. Tak jest los kobiet, a losu nie ujdzie człowiek.
Tu spojrzał znowu wymownie na ojca Suryna. Przez chwilę milczeli.
- Powiedz mi-szepnął nagle błagalnie ksiądz Suryn - co wiesz o demonach?
Żyd zaśmiał się.
- Siadaj, księże - powiedział i sam usiadł.
Oczy jego znowu wróciły w orbitę świateł świecznika. Ksiądz Suryn siadł na stołku. Dzielił ich teraz wąski, dębowy stół i otwarta książka.
Ksiądz Suryn ze zdziwieniem zauważył, że książka zawierała tekst łaciński. Ksiądz nachylił się przez stół ku cadykowi i wpatrzył się w jego wąskie usta, domknięte pomiędzy rzadkimi pasmami wąsów i brody, jak gdyby doznawały smaku goryczy.
- My mamy naszą naukę dla siebie - niskim głosem powiedział po pewnej chwili reb Isze.
- I nie chcecie walczyć ze złym duchem? -spytał ksiądz.
- Naprzód nazwij, księże, co to jest zły duch - z ironicznym uśmiechem mówił reb Isze - i gdzie on mieszka? I jaki on jest? I skąd on pochodzi? Kto go stworzył? -nagle krzyknął głośniej: - Czy Pan go stworzył? Adonai?
Ksiądz Suryn cofnął się.
- Bóg! - zawołał. - A któż inny mógłby go stworzyć?
- A kto świat stworzył? -spytał kusząco rabin.
- Przestań - szepnął znowu ksiądz Suryn.
- A jeżeli szatan stworzył świat?
- Manichejczyk jesteś?
- A jeżeli Pan stworzył świat, to dlaczego jest na nim tyle złego? I śmierć, i choroby, i wojny? Dlaczego nas. Żydów, prześladuje? - jęknął raptownie, zawodząco jak w synagodze. - Dlaczego zabijają synów naszych, gwałcą córki nasze? Dlaczego do papieża trzeba posyłać? Żydki posła do papieża posyłają, żeby odrzucić wszelkie okropności, co o nich opowiadają. Skąd to wszystko, księże dobrodzieju?
Ojciec Suryn nie czuł się dobrze w tej komnacie. Gorąco tu panowało i duszność. Pot kroplisty spływał mu po czole. Małe srebrne naczyńka, które stały pomiędzy świecami, wydzielały dość ciężką woń pachnidła, która niemiła była ojcu Surynowi. Myśli, które wypowiadał cadyk, nie były nowe; nie raz i nie sto razy przychodziły mu do głowy te pytania, ale, sformułowane tak jasno i dobitnie,
przyprawiały go o rozpacz. Nie umiał przecie na nie odpowiedzieć ani sobie, ani Żydowi.
- Grzech pierworodny... - szepnął z cicha.
- Grzech pierworodny! Upadek pierwszych rodziców! A ileż razy ludzie upadali i podnosili się? zawołał reb Isze. Ileż razy cierpliwy Abel bywał zabity przez Kaina? Jakież grzechy nie gromadziły się nad przeklętą głową człowieka? Ale wszystko zło, które popełnia człowiek, nie wykłada zła, które człowieka dręczy. Upadek pierwszego człowieka! Upadek pierwszego anioła! Dlaczego anioły schodziły z nieba i płodziły z ziemskimi kobietami olbrzymów?... No, mów ojcze duchowny!
Ksiądz Suryn zwiesił głowę.
- Anioły - powiedział półgłosem - to są niepojęte stworzenia.
- Twoja matka nazywa się Joanna od Aniołów - z pogardą powiedzial reb Isze - a co ona wie o aniołach? O tych potężnych duchach, których wszędzie jest pełno, które opiekują się ludźmi, idą za nimi w bój, jadą z nimi na jarmarki; anioły, które opiekują się muzyką, światłem, gwiazdami. Co to są anioły, księże? Co to jest Metatron, wódz aniołów?
- Nie wiem - powiedział ojciec Józef, któremu od tych szybkich, chrapliwych, cichych pytań mąciło się w głowie.
- Ojciec nasz, Jakub - mówił dalej rebe - widział aniołów wstępujących i zstępujących po drabinie. Dokąd oni wstępowali? Do nieba.
A dokąd oni zstępowali? Na ziemię. A po co on i zstępował i na ziemię? Aby mieszkać na ziemi. Anioły także mieszkają na ziemi, anioły także opętać mogą duszę ludzką.
- Bóg je posyła - zauważył ksiądz Suryn.
- A diabla nie? Bez woli Pana nie posiada szatan duszy ludzkiej...
- A kiedy szatan może posiąść duszę ludzką?
- Kiedy? Kiedy go człowiek ukocha!
- Jakaż miłość do szatana?
- Miłość jest na dnie wszystkiego, co się w świecie dzieje. Szatan posiada duszę z miłości. A kiedy ją chce posiąść całkowicie, kładzie na niej pieczęć swoją... U nas w Ludyniu jeden młody puryc to tak kochał, tak kochał jedną żydowską dziewczynę...
Młody człowiek, stojący u drzwi na czatach, westchnął głęboko, ksiądz Suryn obejrzał się na niego z ciekawością. Ale reb Isze nie przerywał sobie.
- ... że potem, kiedy umarł, to on wszedł w nią! i oni mi ją przyprowadzili, i ona tu stała, gdzie ty stoisz, i ja wołałem do tego ducha, żeby on wyszedł...
- I co? I co? - zapytał ksiądz podniecony.
- I duch nie chciał wyjść.
- A widzisz! - szepnął Suryn z pewnego rodzaju satysfakcją.
- Ale on mi powiedział, co on tak kocha tę dziewczynę, że on z niej nie wyjdzie. I że oni razem wyjdą: jego dusza i jej dusza. Tak mi powiedział ~ reb urwał nagle i w oczach jego po raz pierwszy błysnęło coś bardziej ludzkiego, boleść jakaś czy współczucie. Zawahał się w tym momencie czy jak gdyby zachłysnął.
- I co się stało? - zapytał ksiądz Suryn.
- Aj waj! - westchnął młodzieniec przy drzwiach.
- I ona umarła - powiedział reb Isze i nagle, nieoczekiwanie zakrył oczy dłonią. - Aj waj! - powtórzył za swoim uczniem - i on zabrał jej duszę, i ona umarła. "Mocna jest miłość jako śmierć" - dodał po chwili.
Głos rabina uspokoił się, zatonął jak gdyby w matowym powietrzu, gdzie wszystkie dźwięki ginęły.
- Och, ja od ciebie niczego się nie dowiem-jęknął ksiądz Suryn wspierając podbródek na dłoni.
Cadyk żachnął się i rozłożył ręce.
- Ty to wszystko od razu chcesz wiedzieć - powiedział znowu namiętnie, potem ściszając głos prędko dodał: - To, co uczył dziad mojego dziada i jego dziad, i pradziad, i prapradziad, to, co spisywano na pergaminach, to, co spisane w Zohar i w Temureh, to ty chcesz wiedzieć i żebym ja ci to powiedział w trzech słowach? Jak jaki interes, rewers jaki i pokwitowanie? Sza, sza, szaijuż! O wszystkich demonach - i o tych, co stworzył Przedwieczny - Adonai - i o tych, co
porodzili się z synów anielskich i ziemskich kobiet? I o tych, co powstają i mnożą się z dusz ludzkich przeklętych? I które przychodzą z cmentarzy, aby wcielać się w ukochane kobiety? I o tych, co rodzą się w duszach ludzkich, rodzą się i rosną pomału, rosną z wolna jak ślimaki, jak węże i poczynają wypełniać te dusze w całości? I o tych chcesz wiedzieć, co w tobie powstają i mącą twój umysł, i zaciemniają twą królewskość, i patrzą, jak by ci wyrwać mądrość twoją i przyłożyć na ciebie pieczęć ich? I o tych, co w czterech żywiołach dotychczas przebywały - a teraz są w twoim sercu, sercu, sercu, sercu! - tu począł krzyczeć gwałtownie i znowu powstawszy pokazywał swym palcem na pierś Suryna, który bał się poruszyć ze swego zydelka.
Reb Isze uspokoił się równie szybko, jak szybko się zapalił, i znowu siedział przed księdzem nieruchomy i beznamiętny, ze swoją żółtą jak wosk twarzą. Po chwili ciągnął spokojnie:
- I o tych demonach chcesz wiedzieć, co cię ogarniają coraz bardziej, coraz mocniej...
Ksiądz Suryn przerwał:
- Moje demony to moja sprawa - moja dusza jest moją duszą.
Rabin spojrzał na niego przenikliwie i syknął:
- Ja jestem ty - ty jesteś ja!
Ksiądz Suryn zerwał się z krzesła i stanął opierając się dłońmi o stół.
- Boże! - zawołał - co mówisz?
Reb Isze uśmiechnął się zagadkowo, tak jakby wszystko, co wiedział i o czym myślał, było na zawsze niedostępne dla pojmowania ojca Suryna. Z pogardą zacisnął swoje wąskie usta. Poczekał trochę - ale ksiądz Suryn nie zmienił pozy, która wyrażała beznadziejną rozpacz i oczekiwanie. Nie mówił więcej ani słowa. Dopiero po długiej chwili rebe odezwał się:
- I jeszcze nie wiesz, co to jest, kiedy demon, który przedtem mieszkał w ciele niewiasty, wejdzie w ciebie i będzie cię nakłaniał do tych wszystkich rzeczy, które niedawno miałeś za najwyższą okropność... a które teraz przepełnią serce twoje nieopisaną słodycze.
Ksiądz Suryn opadł przy stole na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Wstrząsały nim uczucia, których zupełnie nie mógł określić. Spadały one na niego jak wicher. Na próżno przypominał wszystkie egzercycje świętego Ignacego, na próżno chciał ogarnąć się, zrozumieć samego siebie, aby potem pojąć rabina i jak w kabalistyce wyzwolić się spod jego mocy, po imieniu nazywając wszystkie jego sztuczki; w głowie miał czerwoną mgłę i strach tak ogromny w sercu, że trząsł się jak brzozowy listek w listopadzie.
- Matko Najświętsza - powtarzał w myśli - pomóż mi!
- Chcesz wiedzieć coś o demonie? -ciągnął beznamiętnie glos rabina nad jego głową-pozwól mu wejść w swoją duszę. Wtedy spostrzeżesz, jaki on jest, i poznasz wszystkie jego chytrości i przymioty. Jaki on jest i jaka jest słodycz jego, i jaka jest gorycz jego.
A pierwszy jest demon pychy, Lewiatan, a drugi jest demon nieczystości, Behemot, a trzeci jest demon zazdrości i złości wszelakiej, Asmodeusz... Zobaczysz, zobaczysz, czy nie zapuszczą pazurów swoich w sercu twoim. Ksiądz Suryn zerwał się na równe nogi i ze strachu patrząc na rabina, cofnął się szybko ku drzwiom.
- O! - zawołał - będę miotał przekleństwa na głowę twoją!
Rebe uśmiechał się w dalszym ciągu i gładził się po brodzie.
- Ty, księże, nie wiesz nic. Chodzisz w ciemności i jak czarny płaszcz nocy jest niewiedza twoja. Bóg mi świadkiem!
- I ja niczego już cię nie nauczę - mówił dalej cadyk - bo ty się już nie możesz nauczyć i moja nauka już nie jest twoją nauką.
- Ty jesteś ja szepnął ksiądz Suryn już od drzwi.
- O! - zaśmiał się rabin ale nauka mojego Pana nie jest twoją nauką.
Nagle zerwał się na równe nogi, zatrzasnął z wielkim hałasem księgę, którą miał przed sobą, i uderzył nią o deskę stołu z olbrzymim klaśnięciem.
- Precz! - wrzasnął strasznym głosem. Ksiądz Suryn znalazł się nagle za drzwiami i natknął się wprost na Wołodkowa. Któremu mocno błyszczały jego małe, ciekawe oczka.
- Chodźmy, chodźmy stąd! - rzekł szybko ksiądz ciągnąc za rękaw Wołodkowicza; potykając się i uderzając bokami o ściany, znalazł się na schodach i schodził ku sieni. Wołodkowicz ledwie za nim nadążył.
- Księże dobrodzieju - powiedział - księże dobrodzieju!
Ale ksiądz Suryn spieszył się bardzo i dopiero westchnął z ulgą, kiedy się znaleźli w podsieniach domu i na świeżym powietrzu. Zapach ciężkich pachnideł wiercił mu jeszcze w nosie. Wyciągnął chustkę z kieszeni i ocierał czoło.
- Boże, zmiłuj się nade mną! - powtarzał.
- Księże, chodź - powiedział Woiodkowicz - chodź prędko, musisz wypić kieliszek gorzałki, bo mdło jakoś wyglądasz.
Szybko szli uliczką w stronę kołowrotu. Naprzeciwko nagle zjawił się Kaziuk. Ujrzał, widać, bladą twarz ojca Suryna, gdyż bez słowa ujął go pod ramię i poprowadził prędkim krokiem.
Gdy stanęli przed wrotami karczmy, ksiądz Suryn chciał iść do siebie, ale Kaziuk go zatrzymał:
- Nie, ojcze - powiedział - chodźcie, napijcie się trochę miodu, to was postawi na nogi.
- Nic mi nie pomoże - jęknął ze straszliwą rozpaczą ojciec Suryn-jestem potępiony!
Nigdy jeszcze w życiu nie czul tak straszliwych szponów lęku wbitych w serce. Uczepił się ramienia Kaziuka jak pijany i patrzył mu w oczy. Kaziuk odwrócił wzrok.
- Nikt nie wie tego - powiedział Kaziuk - aż do ostatniej chwili!
A ponieważ Wołodkowicz znikł już w czeluściach oberży, aby przygotować poczęstunek, pochylił się nad uchem księdza i szepnął:
- Ja wiem, gdzie Wołodkowicz księdza zaprowadził. A ja mówiłem, żeby go o nic nie pytać!
Ksiądz Suryn nic nie odpowiedział. W milczeniu weszli do karczmy.

dalej
Dodaj do swoich materiałów