Brzezina I

Jarosław Iwaszkiewicz - Brzezina


I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII


I



      Już w samym sposobie, jakim Staś wysiadł z bryczki przed gankiem, było coś, co rozdrażniło Bolesława. Wyleciał, raczej wyfrunął z żółtego ekwipażu. Przede wszystkim Bolesław zauważył szafirowy kolor skarpetek. Spod przykrótkich i luźnych spodni kolor ten wydobywał się dobitnym akcentem. Oblegał on niezmiernie chude kostki nóg Stasia. Chociaż poza tym Staś wyglądał zupełnie dobrze.
      Od owego szafirowego koloru Bolesław podniósł wzrok ku niebieskim oczom brata. Były niezmiernie wesołe. Stach uśmiechał się nimi, naokoło ust w uśmiechu tworzyło się wiele zmarszczek, które zbiegały się w jeden punkt. Ucałowali się, a pierwszą życzliwą myślą Bolesława było: ,,Chwała Bogu, zupełnie zdrów". Nie widzieli się bardzo dawno. Staś dwa lata siedział w swoim sanatorium, ale jeszcze przedtem nie widzieli się lat parę. Bolesław od dawna zakopał się w tej leśniczówce, a Staś nie zaglądał tutaj. Być może, że nie poznałby go teraz.
- Jak się masz?-zapytał po chwili milczącego ściskania się Bolesław.
- Doskonale!
- Dobrze, żeś sobie o mnie przypomniał.
- Cóż miałem robić? Doktorzy chcieli koniecznie, żeby jechać do lasu. No, więc gdzież, jak nie tu? Mówił to wszystko, przerywając co chwila krzątaniem się. Zbiegł cztery schodki do bryczki, wyciągnął z niej dość lekki kuferek, postawił go na werandzie, zrzucił elegancki gumowy płaszcz, rękawiczki, wreszcie podróżną czapkę, dokładnie taką samą, jaką Bolesław widywał na reklamowych rysunkach ilustrowanych pism. Zaraz siedli do śniadania, nakrytego na ganku.
- Szalenie jestem zmęczony - ciągnął Stanisław. - Dwa dni i dwie noce.
      Mała Ola przyszła z głębi domu. Miała niebieskie, nieco wystraszone oczy. Dźwigała w ręku lalkę, dość oskubaną. W milczeniu dygnęła przed stryjaszkiem.
- Boże! Jakaż ogromna! - zawołał Stanisław. Bolesław nic nie mówił. - Ale lalkę ma straszną! Widziałem takie śliczne lalki za granicą. Zapomniałem jej przywieźć. To doprawdy nieczuły ze mnie stryjcio! Ola zeszła z ganku i szła sobie spokojnie w las. Las zaczynał się bezpośrednio za drogą, która przedzielała go od leśniczówki. Dzień był brzydki, bo kapało ciągle. Bór pozbawiony był w tej stronie poszycia i Staś, opowiadając z ożywieniem o swojej podróży, widział, jak bledziutka sukienka Oli migała pomiędzy pniami. Zatrzymał się na chwilę.
- Tak ją puszczasz samopas?-zagadnął starszego brata. Ten wzruszył ramionami.
- Więc mówię ci, że jak tylko zjechałem w doliny...-ciągnął Stanisław - uczułem szalone zmęczenie. A cóż dopiero w tej naszej Polsce. Myślałem, że ta droga tutaj nigdy się nie skończy, lasy i lasy, nie wiadomo, skąd tego tyle tutaj.
- Tak, tylko że nie bardzo ładne. Bór.
- To nic nie szkodzi. Bardzo lubię sosnowy las. Doktorzy mi ciągle nim głowę zawracali, do sosnowego lasu, koniecznie do sosnowego lasu.
- Tu za domem jest bardzo ładna brzezina! - Bolesław wskazał ręką, nie oglądając się w tamtą stronę. Dzień był pochmurny i z lasu dolatywał lekki szelest ocierających się o siebie igieł.
- Wiesz, przez dwie godziny słuchać tego szelestu igieł i tego piasku pod kołami to strasznie jednostajne!-ciągnął wciąż Stanisław, nie tracąc dobrego humoru.
- Męczy mnie trochę monotonia tutejszej okolicy. Jak się czujesz? Bolesław ruszył znowu ramionami. Ustami wydał dźwięk nieokreślony.
- Ale do tej małej to powinieneś wziąć jakąś opiekunkę.
- Myślałem...
- Samo ,,myślałem" nie wystarcza...
Stach szeroko odsunął krzesło i wziął za ucho walizkę.
- Gdzie mam mieszkać?
- Z sieni na lewo.
      Bolesław posunął się nieco z krzesłem, tak że patrzył na drogę. Niebo pomiędzy dachem ganku a lasem pociemniało gwałtownie i deszcz się zagęścił. Słyszał, jak Stach gospodaruje w swoim pokoju. Otwarte okno mieściło się tuż obok werandy. Skubał ciemną brodę. Słyszał, jak brat rozgrzebywał się. Wyjmował rzeczy z kuferka, mył się po podróży. Wszystko to nucąc. Nie przestawał nucić ani na chwilę modnych piosenek europejskich, wiatr zawiał inny od tych melodyj.
      Bolesław zmarszczył brwi i zagryzł brodę pakując ją sobie do ust ręką.
Stach otworzył drzwi od swego pokoju do następnego. Bolesław słyszał, jak w miękkich pantoflach poczłapał dalej, jak otworzył drzwi do sionki, pewnie zajrzał do kuchni. Wracał potem drugą stroną leśniczówki przez pokój Oli i jego. Cztery pokoje, całe gospodarstwo.
- Obejrzałem cały dom - powiedział Stach stając w progu.
- Zapomniałem, że nie masz fortepianu. Zdawało mi się, że masz, i szukałem go wszędzie. Tu strasznie będzie nudno bez fortepianu. Czy w Sławsku nie można wynająć? Bolesław nic nie odpowiedział.
- My się tu z Olą zanudzimy na śmierć.
Nawet to ostatnie słowo nie obudziło Bolesława z odrętwienia. Myślał tylko:
"Boże, Boże, po co on tutaj przyjechał?"
Tymczasem Stach nalał do szklanki gorącej wody z czajnika, który stał na stole. Poszedł się golić. Po chwili wynurzył się z okna z twarzą całą w mydlinach:
- Czy ty konno nie jeździsz?
- Ja nie, ale mam siodło.
- A koń?
- Ten prawy - mruknął Bolesław.
- Chodzi?
- Hm, Janek mówi, że bardzo dobry.
- To doskonale. Będę jeździł konno-Stanisław cofnął się. Po chwili znowu doleciało do Bolesława pytanie:
- A do Slawska to jak daleko?
Przecie stamtąd jedziesz.
- Ale na mile?
- Ze dwie, dwie i pół może...
- Czy fortepian dałoby się przywieźć?
- Sam widziałeś, jaka droga...
- No rzeczywiście, ale jak wyschnie?
- To będzie piach.
- Ale dałbyś mi ewentualnie konie?
- A dajże mi już spokój z tym fortepianem!
      Bolesław zniecierpliwił się. Wstał i poszedł do kuchni. Staś nie przestał nucić, goląc się. Patrzył, jak przez drogę przekradała się zmoknięta Ola. Nie przyśpieszyła jednak kroku. Z wolna przechodziła przez koleiny, kryjąc lalkę pod chusteczką. Stanisławowi na ten widok serce się ścisnęło.
- Oho! - powiedział sam do siebie - będzie tu ciężko.
Stara służąca, Katarzyna, sprzątała po śniadaniu na werandzie. Ola usiadła w kąciku na małym stołeczku i coś gadała do lalki. Stach przypatrywał się drobiazgom, które mu przypominały pobyt za granicą. Rozstawił je na maleńkiej, zgrzybiałej i brzydkiej toaletce, która stała w rogu. Oglądał fotografie: on, miss Simons i Duparc na śniegu w Davos. Uśmiechnięte twarze. Inny zapach tamtych przedmiotów. Otaczała go woń sosnowych zwyczajnych mebli i podłóg świeżo wymytych. Gdy wyszedł na ganek, wyjaśniło się.
- Olu, chodź na spacer. Pokażesz, gdzie brzezina.
      Ola wstała bez słowa i wzięła go za rękę. Poczuł rączkę chudziutką i zimną. Pomału zeszli ze schodów. Z dachu kapały ciężkie krople.
- Jak deszcz pada od rana, to potem pogoda-powiedziała poważnie malutka.
Obeszli dom dookoła. I rzeczywiście z tamtej strony była prześliczna brzezina. Pnie ciągnęły się ku górze jak śnieżyste filary, chrupkie, zdawało się, że z cukru czy ze śniegu. Strugi wątłych liści spadały z góry, ale widać było tylko perspektywę białych filarów.
-
Dodaj do swoich materiałów