Baza wiedzy

Matka Joanna od Aniołów cz. I

Jarosław Iwaszkiewicz - Matka Joanna od Aniołów


I II III IV V VI VII VIII IX X XI XII XIII XIV


I


Ksiądz Suryn, trzęsąc się po okropnej drodze w niewygodnej najtyczance, rozmyślał o klasztorze, do którego posłał go rozkaz ojca prowincjała. Klasztor panien urszulanek w Ludyniu ufundowany został przez królową Konstancję w roku 1611 i do tego czasu rósł w łaskach u Boga i u ludzi. Pobożna królowa pewnego razu sama odwiedziła klasztor na dalekich kresach Rzeczypospolitej położony, ale trudy podróży w tak okropnych warunkach odbytej podkopały jej zdrowie i przyprawiły o długotrwałą chorobę. Zresztą, królowa pono niedobrą sobie obrała porę do podróży po błotnistych bezdrożach Smoleńszczyzny. Gdyby pielgrzymowała w taką porę, jaka teraz właśnie księdzu Surynowi towarzyszyła, zapewne inaczej zniosłaby daleką drogę.
Były to pierwsze dni września. Ksiądz Suryn długie miesiące spędził w kolegium połockim na rozmyślaniach, postach i utrapieniach i nawet nie zauważył, jak przemknęło krótkie i dżdżyste lato tego roku. Kiedy nastąpił pogodny i słoneczny wrzesień, ksiądz również nie zauważył tej przemiany, słońce nie dochodziło do jego celi w klasztorze. Ale teraz, gdy wyjechał na szerokie pola, które raz po raz przedzielały gęsty, czarny las, wciągał głęboko w wątłe piersi zapach wrześniowy; a składały się na ten zapach - woń przegniłych liści, aromat zaoranej ziemi - prawie wiosenny - i gęsty, wilgotny ciąg, jaki ulatywał z lasów. Grzyby pachniały i drzewa pachniały, i nad błotem unosiła się woń dzikiej zwierzyny, jakiej teraz ubijano całe kupy.
Niezmiernie rzadko przejeżdżali obok chałup smolarzy czy bartników, stojących wśród lasu, a wioski żadnej nie było widać, tak iż ksiądz Suryn dziwił się, kto tu uprawia pola. A uprawione one były dość starannie i miejscami w słońcu błyszczała młoda ruń oziminy, jasna i czysta jak zapowiedź przyszłej wiosny.
Ksiądz Suryn ze szczególną przyjemnością patrzył na zielone pola. Co prawda, zamiast innych ptaków polatywały nad nimi brzydkie wrony, żałobnym krakaniem odpowiadając na pohukiwania księżego parobka, który poganiał ustające konie - ale mimo to ksiądz czuł w tych polach jak gdyby obraz przyszłej radości, co było dobrą wróżbą w jego przedsięwzięciu.
W miejscu gdzie się krzyżowały drogi: Smoleńska i Połocka, stała karczma. Zmęczone koniki dowlokły się do niej zaraz po południu i ksiądz Suryn, zatrzymawszy parobka, żwawo zeskoczył z bryczki.
Podróż ta i odmiana, jaką mu ona przyniosła po monotonnym klasztornym życiu, napełniały go jakąś specjalną radością. Ksiądz Suryn miał tę właściwość, wzmożoną samotniczym życiem w klasztorze, że chętnie obserwował stany swego ducha. Zauważył też już od dawna, że stany te zmieniają się u niego dość raptownie i że po czarnej melancholii, która go ogarniała podczas rozmyślań nad
grzechami, bardzo często następowało radosne podniecenie, jak gdyby w oczekiwaniu wesołego zdarzenia, podniecenie i wesołość, które ksiądz Suryn przypisywał specjalnym własnościom łaski uświęcającej, jakiej zstąpienia doznawał wielokrotnie na skutek pobożnego odprawienia mszy świętej.
W tym radosnym podnieceniu wszedł do karczmy, której olbrzymia kurna izba była w tej chwili prawie pusta. Stara karczmarka - podobno Cyganka, którą ksiądz Suryn znał już z poprzednich swoich podróży - stała w kącie, podparta w boki, a przy końcu dębowego stołu siedział mały, chudy szlachcic szaraczkowy i z wielkim apetytem wyjadał kapustę z miedzianego kociołka. Ojciec Suryn drgnął na
widok tego szlachetczyny i wesołość go opuściła; nie dlatego, żeby się przestraszył, alboli wiedział, kto to jest. Nie, spotkał go po raz pierwszy w życiu - ale poczuł od razu do szlachcica niczym nie wytłumaczoną awersję. Wiedział, że dozna od niego jakowejś przykrości.
Karczmarka bardzo skwapliwie odpowiedziała na pozdrowienie ojca i zaproponowała mu okowity. Ksiądz Suryn obronił się od tej propozycji z lekkim uśmiechem. Mały szlachcic, podobny do chomika czy karpia, spojrzał na księdza sponad kociołka i oblizując łyżkę zaśmiał się. W uśmiechu tym obnażył rzadkie, niezupełne zęby i
fioletowe dziąsła.
- Ach, jakem Wołodkowicz - powiedział - Wincenty Wołodkowicz, nie myślałem, żeby się ojcowie jezuici przed wódką wzbraniali!
Ojciec Suryn z niepokojem popatrzył na szlachcica i usiadł przy stole na drugim końcu. Nie zważając na natrętnego gościa, zwrócił się do karczmarki i poprosił ją o trochę kapuśniaku. Z torby, którą miał przy sobie, wyjął bochenek klasztornego chleba, pokrajany na niewielkie kawałki, i ułamawszy kęs takiej kromki, zbliżył go do ust.
Wołodkowicz oblizawszy łyżkę stuknął nią o dno rondla i utkwił swoje krągłe oczy w chlebie jezuity.
- Mój Boże, ależ ojciec cienko sobie chleb kraje - westchnął - niby panna marcypan. Toż to nawet nie czuć, że chleb, jak się taką rzecz do ust weźmie...
- U nas tak zawsze chleb kraj - powiedział poważnie ksiądz Suryn - taki już klasztorny zwyczaj - i ugryzł kawałek.
Jednocześnie poczuł niezadowolenie z samego siebie, że wdał się z
szlachcicem w rozmowę.
- A dlaczego? - spytał natrętnie szlachciura nie spuszczając oczu z kromki.
- Dlaczego? - powtórzył ojciec przeżuwając chleb, który mu się w tej chwili wydawał zupełnie pozbawiony smaku - dlaczego? A po cóż pożerać ogromne kęsy? Toć to chciwość i żarłoctwo. Nam i taki chleb wystarczy.
- No, no, nie rób ksiądz z siebie takiego pobożnego - mruknął Wołodkowicz pod nosem i nagle mrugnął, przymrużając lewe Oko - łakomca to z księdza zapewne ekstraordynaryjny. No, ale w drodze to się człowiek byle czym pożywi, nie przymierzając, jak ja tą kapustą.
Karczmarka postawiła przed księdzem taki sam kociołek, jaki stał wypróżniony na przeciwnym końcu stołu, i położyła obok kociołka drewnianą łyżkę. Z pewną niechęcią zajrzał ksiądz Suryn do naczynia. Zawierało ono kapustę z kaszą jaglaną. Gęste skwarki świadczyły o tym, że strawa było suto omaszczona.
- A ojciec dobrodziej dokąd? - zapytał niespokojny szlachetka.
Ksiądz Suryn uczuł znudzenie napływające mu do serca i zabierające nawet ochotę do jadła.
- Do Ludynia - odpowiedział.
- O! Do Ludynia? - spytał przeciągle Wołodkowicz - no, to niedobrze.
- Dlaczego? -zdziwił się ksiądz.
- O, niedobrze - powtórzył tamten - do panienek ludyńskich może?
- No, właśnie - niechętnie odpowiedział ksiądz Suryn odwracając oczy na jadło i kręcąc łyżką w rondlu.
- Ksiądz wie dobrze - powiedział Wołodkowicz i twarz mu nagle spoważniała - ksiądz wie dobrze. Nie chce tylko ksiądz mówić. Ale ksiądz jest o wszystkim poinformowany.
- Nie trzeba gadać po próżnicy - szepnął ksiądz łykając gorącą kapustę.
Ku jego największemu zdziwieniu szlachcic momentalnie prześliznął się po ławce, jak kula w kręgielni, i znalazł się tuż obok księdza, pod jego prawym łokciem, przeszkadzając mu jeść, i dotykając ręką księżego rękawa począł mówić:
- Ksiądz wie, jakie to tam sprawki się odbywają. Panie Boże, odpuść...
Ksiądz wreszcie stracił cierpliwość.
- Nie gadaj waść o takich rzeczach. Nie masz o tym żadnego wyobrażenia. To my, teologowie, coś o tym wiemy. Ale wy winniście modlić się i milczeć.
I w tym momencie ksiądz podniósł się, stanął w groźnej postawie i uczynił na sobie znak krzyża świętego. Wołodkiewicz odskoczył na dawne miejsce nieco skonfundowany i milczał przez chwilę. Ksiądz, jak gdyby nigdy nic, usiadł z powrotem i począł w dalszym ciągu zajadać jagły z kapustą, dmuchając ostrożnie na każdą łyżkę. Mały szlachcic zawołał karczmarkę i zażądał od niej piwa. Karczmarka postawiła na stole wielką, zieloną szklanicę, z której wylewała się
gęsta piana, i stanęła, uśmiechając się, przy szlachcicu. Jej wielkie, czarne oczy łysnęły raz w cieniu, gdy rzuciła ciekawe spojrzenie w stronę księdza Suryna. Ale ten udał, że tego nie widzi, i skrobał w dalszym ciągu łyżką. Karczmarka się poruszyła, aż zabrzęczały jej na piersi gęste sznury korali i cekinów. Ksiądz w dalszym ciągu wyczuwał nieprzyjemny prąd idący od tych dwojga. Korzystając z chwilowego milczenia zmówił w myśli "Pater noster" i "Ave".
Wołodkowicz po chwili zwrócił się do karczmarki.
- No cóż, Awdosiu? Może powróżysz ojcu?
Awdosia zaśmiała się zakrywając usta zakrzywioną dłonią.
- Dlaczego nie? - ciągnął dalej szlachcic strosząc wąsy i strojąc ustami najprzeróżniejsze grymasy. - Księża także mają swoje losy.
Niejedna panna...
Ksiądz Sury tak groźnie spojrzał przez stół na gadułę, że ten się zawahał. Zatrzymał się minutkę, jakby szukając słowa, a potem ciągnął dalej:
- Niejedna panna przed wstąpieniem do klasztoru zasięga jego rady. Chciałby on przyszłość wyczytać także - ale nie może. Powiedz mu co!
- Cóż ja mu powiem? - odezwała się wreszcie Awdosia, a głos miała niski, śpiewny i tak przejmujący, że ksiądz Suryn spojrzał wreszcie otwarcie na Cygankę.
Stała przegrodzona od niego stołem i podparta w boki. Miała lat około czterdziestu, ale jeszcze była bardzo ładna. Zresztą ksiądz znał ją już i nieraz widywał - ale nigdy mu się nie wydawała taka harda i tak przy tym ładna jak teraz. Spuścił oczy i odłożywszy łyżkę, oparł obie dłonie o krawędź spolerowanego od użycia stołu. Wołodkowicz siorbnął mocno ustami, jak gdyby wciągał zimne powietrze, i plótł w dalszym ciągu:
- Wszystko mu powiedz. No, na przykład, ksiądz teraz jedzie w podróż; powiedz mu, czy się podróż uda, kogo spotka w dalekiej drodze, kogo zobaczy...
- Zobaczy pannę, co będzie matką - niskim swoim i jakby wychodzącym z głębi piersi głosem powiedziała Awdosia. Ksiądz Suryn poczuł nieprzyjemny dreszcz przechodzący go mrowiem wzdłuż stosu pacierzowego, ale Wołodkowicz zaśmiał się serdecznie i tym rozproszył całe wrażenie.
- No, tego u nas w Polsce nie brak, a najwięcej chyba w województwie smoleńskim.
Ksiądz Suryn czuł, że Awdosia wpatruje się w niego badawczo, i uginał się pod tym spojrzeniem. Począł w sakwie szukać groszy, żeby zapłacić kobiecie zajadłe, pomimo to czuł, że baba patrzy na niego uważnie, uważnie. Nagle odezwała się miękko:
- Biednieńkij ty, biednieńkij!
Suryn i Wołodkowicz jednocześnie spojrzeli na kobietę.
- Bo co? -spytał szlachcic rozwierając gębę.
- Oj, biednieńkij - powtórzyła Awdosia i nagle roześmiała się głośno.
- Horbatu polubisz - powiedziała gwałtownie i śmiejąc się głośno w dalszym ciągu, sprzątnęła rondelki. Kiedy znikła za drzwiami, rudy szlachcic znowu zwrócił się do ojca Suryna.
- Ojcze wielebny - powiedział pokornie - a może by mnie tak ojciec podwiózł do Ludynia. Ja tam na odpust idę, na Podwyższenie Świętego Krzyża, ale nogi sobie odparzyłem. Kiedy ja tam dojdę? A tak z ojcem to będzie raźniej...
- A skąd pan, panie bracie? - niechętnie spytał ksiądz Suryn, pomijając jego prośbę.
- Wieś taką mamy - powiedział jak gdyby z zażenowaniem pan Wincenty - cztery mile od Połocka, same Wołodkowicze tam siedzą, jeden na drugim, a trzeci pogania. Ziemia słaba, len się rodzi i jęczmień... i koniec. Jabłka kwaśne, len supławy, a jęczmień jak jęczmień... Tyle że na piwo zdatny. Podwieź mnie, ojcze szanowny!
- No, ale zaraz - nieoczekiwanie dla samego siebie odpowiedział ksiądz. Przed chwilą sądził, że znajdzie w sobie tyle woli, iż odmówi stanowczo nieznośnemu szlachcicowi. A do klasztoru w Ludyniu było jeszcze daleko, całe popołudnie spędzić z tym okropnym człowiekiem!
Ale ksiądz pomyślał potem, że niezbadane są drogi Opatrzności Bożej, a może tak trzeba było, aby się spotkali i żeby tak razem wędrowali do miejsca przeznaczenia, miejsca pracy zbożnej? Westchnął i przeżegnał się.
Zapłacili i wyszli. Wołodkowicz uwijał się koło jezuity, zachodząc to z tej, to z owej strony, ale tak niezręcznie, że potknął się o coś w sieni i omal nie wywrócił. Przy świetle padającym z izby ksiądz Suryn spostrzegł, że była to siekiera oparta o pniak służący do rąbania drew.
Chwycił ją spod stóp chwiejącego się Wołodkowicza i przez chwilę ważył w ręce. Odstawił ją zaraz na swoje miejsce, mówiąc do szlachciury:
- Uważaj, panie bracie!
Ale przez moment, kiedy trzymał siekierę w ręce, odżyły w nim dawne i nieoczekiwane uczucia. Poznał w ręku oręż i odczuwał, jak ten oręż zrastał się z jego ramieniem w jedną całość, i chciało mu się tym ramieniem zamachnąć potężnie.
Zdławił w sobie szybko te uczucia, ale przekraczając próg karczmy, obejrzał się. Siekiera błyszczała na swoim miejscu. Wołodkowicz znowu się potknął o coś i zaklął:
- Diabli nadali tę siekierę!
Ksiądz Suryn wzruszył ramionami.
Stanęli przed karczmą. Słońce już pochyliło się ku zachodowi, dnie teraz były niedługie, księży parobek zdejmował worki obroku z końskich mord, od strony traktu smoleńskiego szedł zimny, mokry wiatr. Pan Wołodkowicz wydawał się na powietrzu mały, szary - w słońcu widać było, że buty ma łatane, a kontusz wytarty. Ojciec Suryn dziwił się sam sobie, że przed chwilą jak gdyby obawiał się tego człowieka. W cienistej izbie karczmy czuł się niepewny i pomieszany,
zagarniał go smętek wewnętrzny - ale tu na słońcu jesiennym znowu go napadła radość wolnego powietrza.
- No, siadaj pan - powiedział przyjacielsko do pana Wincentego i trzasnął go w ramię. Pan Wincenty podskoczył na brykę, aż mu się szara czapka na głowie przekrzywiła, węzełek, obwiązany w brudną chustkę, wpakował sobie pod nogi i przysiadł na brzeżku wasąga przykrytego pasiastą krajką, że ojciec miał tyleż miejsca dla siebie, co i poprzednio. Parobek zahukał na konie, szkapy jakoś zebrały się w sobie i pociągnęły naprzód. Niebawem leciały żurawie - hen, na
południe, i ojciec Suryn śledził ich lot, zadzierając głowę.
- Co, ojcze wielebny, wolna ptaszka? - zapytał Wołodkowicz cichutko, ale przenikliwie. I ksiądz Suryn doznał w odpowiedzi na to pytanie dziwnego uczucia: ścisnęło mu się coś w sercu, jakby go zemdliło nagle, i poczuł coś - na pół tęsknotę, na pół wspomnienie.
Wszystkie niepowrotne rzeczy przypomniały mu się tak dotkliwie i dojmująco, ni to młodość, ni to dzieciństwo, płacz matki, zapach siana jesiennego. Czasami doznawał tego uczucia, budząc się bardzo rano i będąc jeszcze we władzy krzepkiego snu. Zanim się przecknął, naprawdę, chciało mu się płakać - i czuł ten zapach siana...
- Czy to siano zapachniało? -spytał Wołodkowicza.
- A ówdzie, przecie leżą pokosy otawy - małym, czarnym palcem pokazał szlachetka łączki, które mijali. Na łąkach stały kopki, leżały pokosy matowe w świetle błyszczącego słońca i pachniały tak mocno księdzu Surynowi, jak we śnie albo na jawie za dawnych bardzo lat.

dalej
Dodaj do swoich materiałów