Baza wiedzy

Krasnoludki i sierotka Marysia - Rodziały 40 - 42

Jałmużna Pólpanka


Rozdział czterdziesty

Koszałek-Opałek, który od owej przygody z Marysinymi gąskami kątem u Sadełka mieszkał, dziwił się niepomiernie dnia tego, że gospodarz tak długo nie
wraca. Zazwyczaj wymykał się lis z jamy pod wieczór, a przychodził rano, z tą wszelako różnicą, iż przy wyjściu przeciskał się wąskim podziemnym gankiem, który prowadził wprost ku wsi, wracał zaś obszernym wejściem od strony lasu, tak bywał objedzony i gruby, po czym rzucał się na legowisko i chrapał aż do zmierzchu dzień cały. Zastanawiały Koszałka-Opałka te nocne wycieczki gos-
podarza, ale jako przyjęty w gościnę, nie pytał o nic.
Aż raz sam Sadełko przemówił do niego w te słowa:
- Widzisz waszmość pan przed sobą najniejszczęśliwszego zwierza, jaki kiedykolwiek na czterech łapach po tym świecie chodził! Matka moja była lunatyczką, a ja odziedziczyłem po niej to usposobienie! Com się nie napłacił doktorom, konowałom owczarzom! Com się nie nabrał proszków, mikstur,
balsamów, pigułek! Pół majątku mego na to poszło. Dość będzie, gdy powiem waszmość panu, żem samymi receptami trzy zimy opalał mieszkanie, a choć mrozy ścisnęły siarczyste, było u mnie tak ciepło jak w puchu! No i co waszmość pan powiesz, wszystko to na nic. Niech tylko księżyc błyśnie na wschodzie, choćby tyle, tycio, już mnie coś pędzi, coś rwie, żeby iść i po dachach chodzić. Próbowałem się już nawet przywiązywać za ogon do kołka, który oto waszmość pan w pośrodku jamy widzisz, ale i tak na nic. Jak mną szarpnęło, to najpiękniejszy kosmyk mojej kity na sznurku u kołka został, a ja się znalazłem za progiem. Patrz, waszmość, proszę! Dotąd noszę ślady tego wypadku. Powstały nawet plotki, że psy kowala tak mi część ogona wyszarpały, co, oczywiście, potwarz jest i oszczerstwo bezwstydne!
I takem już przywykł, jak to chodzenie po księżycu drugą naturą moją się stało, że czy księżyc świeci, czy nie świeci, muszę z jamy precz, jak tylko zmierzchać zacznie. Owszem, im ciemniej, tym z większą gwałtownością wyrywa mnie z domu ku wsi. Czasem noc czarna, że choć oko wykol, a ja, zwierz nieszczęsny, błąkam się, gdzie kurnik, gdzie chlewik. Jedno albowiem tylko gdakanie kokoszy i pianie kogutów, że już o gęganiu gęsi nie wspomnę, uspokaja nieco moje nerwy!
Ha! Wola nieba!
Tu westchnął tak mocno, że mu się wąsy pod nosem na sztorc podniosły jak wiechy, po czym zaraz na legowisko szedł i zasypiał chrapiąc smaczno, a oblizując się tylko przez sen od ucha do ucha.
Ale dzisiaj Koszałek-Opałek pełen był niespokojności. I ranek minął, i południe minęło, a lisa nie było w domu. Wyjrzał uczony kronikarz raz, wyjrzał drugi raz, ale jak okiem zajrzeć - bór tylko szumiał gdzieś z cicha, wysoko, a drzewa tajemniczo gwarzyły z sobą, chwiejąc wierzchołkami. Niżej wiewiórki uganiały się po gałęziach dębów i buków, a jeszcze niżej szeptały paprocie, mchy i borówki, pełne czerwonych jagód. Zresztą - cisza.
Już i wieczór przybliżać się zaczął, i księżyc błysnął na niebie, a lis nie wracał.
Podpasał tedy K-oszałek-Opałek opończę swoją, wziął kaptur na głowę i żywym niepokojem przejęty postanowił szukać Sadełka. Poczciwy Krasnoludek przywiązał się bowiem do lisa, o którego zbójeckich sprawkach nie wiedząc miał go za najzacniejszego zwierza. Właśnie nałożył fajeczkę i chciał ją przed wyjściem zapalić, kiedy od strony wąskiego ganku jamy dały się słyszeć ciężkie, czające się kroki. Wyraźnie ktoś szedł od wsi. Ktoś w wielkich podkutych butach. Zadziwił się Koszałek-Opałek i jak stał z fajeczką w zębach, z krzesiwkiem w jednej ręce, a z hubką w drugiej, pilnie nasłuchiwać zaczął.
Kroki zbliżały się z każdą chwilą: już były u wejścia do owego ganku.
Skoczył Koszałek-Opałek i ucho do ściany przyłożył, gdy wtem najwyraźniej posłyszał gruby głos kowala, którego przy wejściu do wsi, przed niedawnym czasem, na progu kuźni był widział.
- Czekajże, niecnoto! - mówił głos. - Nie poradziły ci baby, to ja ci poradzę!...
Wtem zakręciło go coś w nosie tak potężnie, że kichnął raz po raz trzy razy.
Aha!... Już cię doszło! Już parskasz! - odezwał się znów gruby głos kowala. - Poczekaj. Będziesz tu zaraz miał więcej tego dobrego!
Jakoż natychmiast potężny kłąb gryzącego dymu uderzył przez otwór jamy w sam nos Koszałka-Opałka, tak że Krasnoludek odskoczył gwałtownie, krztusząc się. Tymczasem jednak uderzył w jamę kłąb drugi i trzeci, a powietrze uczyniło się tak nieznośnie gryzące, że Krasnoludkowi łzy pociekły z oczu. Gruby zaś głos dogadywał z zewnątrz:
- Za moje kokoszę! Za moje koguty! Za moje indyczki! Masz! Masz! Masz!
A przy każdym słowie nowy kłąb dymu walił przez wąski otwór tak zjadliwie, że w całej jamie zrobiło się ciemno i zupełnie sino.
Oczadzony Koszałek-Opałek szukał po omacku drugiego wyjścia z jamy w las; lecz tak mu się kręciło w głowie, taką czarność przed oczami miał, iż nieprzytomnie biegając z kąta w kąt, zgoła do wyjścia owego trafić nie mógł.
Zimny pot oblał mu czoło, serce biło coraz to gwałtowniej, cała jama zdawała się kręcić w koło przed oczyma jego, a dymu przybywało coraz. Już myślał biedny Koszałek-Opałek, że przyszła na niego ostatnia godzina, kiedy nagle rękoma na otwór trafiwszy, na wpół zduszony z jamy w las wyskoczył, a przebiegłszy kilkadziesiąt kroków upadł w paprocie i zemdlał.
Cisza była i ranek, gdy Krasnoludek ocknął się z długiego omdlenia. Woń spalenizny czuć było jeszcze w powietrzu, ale już ją rozwiewał wiatr wschodni.
Siadł Koszałek-Opałek wciągając powiew świeży w płuca, lecz długa chwila minęła, zanim oprzytomniał zupełnie; głowę bowiem miał i teraz jeszcze niezmiernie ciężką, tak że mu opadała to na jedno, to na drugie ramię.
Gdy wreszcie przyszedł do siebie i ku jamie spojrzał, zobaczył zamiast niej kupę rozkopanego piasku, który tu i ówdzie czerniał, okopcony dymem. Porwał się Koszałek-Opałek i zaczął biec ku owym zgliszczom w największej trwodze.
Przypomniał sobie bowiem, iż w jamie pozostały pióra, które mu podarował Sadełko, kałamarz uczyniony z żołędzi, a nade wszystko nowo sprawiona z kory brzozowej księga, której sporządzenie kosztowało go niemało trudu. Na próżno jednak grzebał patykiem w piasku do południa prawie: z piór znalazł tylko czarne niedopałki, z księgi - poskręcane w rurki i przepalone karty, z których nic już odczytać się nie dało, a kałamarz przepadł bez żadnego śladu. Załamał tedy ręce nad tą ruiną wszystkich swych nadziei nieszczęsny kronikarz, a dwie łzy jasne potoczyły się po jego oczernionej dymem twarzy.
Takaż go to czekała przygoda? Więc ten zwierz ranny, a ów Wielki Lis, wódz Tatarów uprowadzających w jasyr kury i koguty - to jedno? Więc takie to były owe księżycowe wycieczki? Więc i on sam, Koszałek-Opałek, dopomagał lisowi do złego? Mieszkał pod dachem okrutnego zbója. A teraz wziął część kary za to, że lekkomyślnie zdrajcy zawierzył. Stał jeszcze Krasnoludek pogrążony w tych posępnych myślach, kiedy go wyrwało z zadumy bicie wielu skrzydeł i głośne krakanie.
Spojrzał w górę: było to stado wron lecących nad nim ku leszczynowym krzakom pod lasem, gdzie też na ziemię czarną chmurą spadły. Poszedł w to miejsce Koszałek-Opałek i w najwyższym przerażeniu ujrzał leżącego bez ducha Sadełka, nad którym krążyło teraz owo czarne stado. Zapłakał poczciwy Koszałek-Opałek nad tak srogim losem nieszczęsnego zwierza, a nasunąwszy kaptur głęboko na głowę, szedł w świat, gdzie oczy poniosą.


Rozdział czterdziesty pierwszy

Smutna i ciężka była droga biednego kronikarza. Już wiatr jesienny nad borem latał, liście z drzew rwał, z szumem Je niósł i o ziemię ciskał. Pola pożółkły,
poczerniały łąki, ostatni skowronek dawno już śpiewać przestał. Blade, jakby przygaszone słońce przeglądało przez chmury, wiatrem północnym pędzone. Żurawie z krzykiem porywały się we mgłach, lecąc daleko za morze.
Głodny i zziębnięty byłby Koszałek-Opałek na nic zmarniał, gdyby nie owe gromadki pastuszków, które na polach, na rżyskach palą ognie i kartofle pieką. Gdzie więc tylko pod lasem czy w szczerym polu siną smugę dymu i mały ogienek zobaczył, tam szedł, przy chruście siadał i pastuszków o kartofle prosił.
Dawali mu je chętnie, bo im, jedząc, dziwy powiadał, a dzieci słuchały, otworzywszy gębki.
- Ho, ho! - mówił. - Nie w takich ja już drogach byłem! Raz, pamiętam, służyłem w wojsku - wtedy byłem adiutantem - a król jegomość miał z całą armią kwaterę pod kominem u jednej baby. Aż tu wypadł nam marsz od pieca do samego proga. Posyła król mnie, jako adiutanta swego, pytać, czy wojsko maszerować może. Wychodzę spod komina, patrzę, baba przędzie.
Kłaniam się grzecznie i pytam:
"Czy może wojsko nasze maszerować przez izbę?"
Wytrzeszczyła baba oczy, ale mówi:
"Można".
Takem zaraz skoczył po króla, król bębnić kazał, zrobił się ruch okrutny pod kominem, muzyka zagrała marsza i całe nasze wojsko przeszło prezentując broń przed babą. Kiedy opowiadała później o tym, to nikt wierzyć nie chciał.
- Reta! - mówią pastuszki, szerzej jeszcze otwierając gęby.
A Koszałek-Opałek chrustu dokłada, kartofle gorącym popiołem przysypuje, aż znów prawić zacznie:
- Drugi znów raz tak było:
Żeni się jeden nasz Krasnoludek, ale biedny był i nie miał co na wesele gościom dać. Więc idzie do owczarka i mówi:
"Dajże mnie odpowiednie jagnię, a ja cię na wesele prosić będę".
Owczarek dał. Niedługo przychodzą drużbowie i na wesele go proszą.
,,Gdzież będzie to wesele?" - pyta owczarek.
,,A w mysiej norze" - odpowiadają drużbowie.
"Ano, dobrze."
Wystroił się owczarek w nową kapotę, buty sadłem wysmarował, wstążeczkę u koszuli zawiązał - idzie. Ciężko mu było wejść, ale jak się dobrze przygiął, tak
i wszedł. Dopieroż się zadziwił! Myślał, że w takiej mysiej norze to będzie i ciasno, i brudno, a tam wszystko od złota aż lśni. Tu muzyka przygrywa, tu panna młoda w pierwszą parę idzie, tu stół zastawiony choć na sto osób, tylko się pieczenie smakowite z tego jagniątka kurzą. Najadł się owczarek do syta, wytańcował, ile chciał, jeszcze mu i na drogę muzyka grała. To jak wyszedł na ziemię, tak tylko precz śpiewał a śpiewał, a to wesele wspominał, póki tylko żył.
- Laboga!... - wrzasną znów pastuszki wytrzeszczywszy na Koszałka-Opałka oczy.
A ów głową kiwa i rzecze:
- Tak! Tak! Krasnoludki, choć małe, mocne są i dużo rzeczy wiedzą.


Rozdział czterdziesty drugi

Właśnie kiedy się to działo, wyszedł był sobie Półpanek na małą jesienną przechadzkę. Zdrowie jego znów było w kwitnącym stanie. Na wydętym gardle
zaledwie pozostała blizna po owym szwie, którym mu babuleńka pękniętą skórę zeszyła, ale biały krawat zakrywał wszystko prawie. Miał dnia tego Półpanek na sobie tabaczkowy rajtrok, perłowe szarawary, piękną kamizelkę, na której kołysał się ciężki brelok od zegarka, z sygnetem, laską pod pachą, stojący
kołnierzyk i mankiety śnieżnej białości, lekkie ciżemki na nogach, na rękach zaś zielone rękawiczki. Szedł nadęty i rad sam z siebie, a głowę do góry zadzierał,
bo choć głos stracił, w dwoje tyle przybyło mu pychy. Ta pycha rozdymała go.
Powyłazili na brzegi strugi, aby mu się przypatrzeć, dawni towarzysze, ten i ów zakwakał z podziwu, ale Półpanek nie raczył obejrzeć się nawet.
- Ta żabia czereda mniema - szeptał sam do siebie - że się ze mną bratać i koligacić może! Co za bezczelność! Jak będę mógł, najdalej odejdę od tej strugi, żeby się z taką familijką nie łączyć.
Człowiek sam nieraz nie wie, jak i co odpowiedzieć ma! Nie dalej jak wczora spotkałem Haraburdę i Szumca, dwóch prawdziwych bąków, którzy się pieczętują herbem "Bąk de Bąk", choć, między nami mówiąc, pochodzić mają podobno z prostych trzmielów.
Pytają mnie:
"Jestże to prawda, że pan jesteś rodem z tej strugi?"
Oburzyłem się na to i rzekę:
"Ja? Z tej strugi? O moi panowie! Nie tylko że nie pochodzę z tej strugi, ale wprost cierpieć jej nie mogę od czasu, jakem się w niej urodził!"
Tak im powiedziałem.
A tu powystawia głowy ta hałastra i nuż kwakać:
"Brat... brat... brat..."
A na to drugie:
"Nasz... nasz... nasz..."
A za nim trzecie:
"Żaba... żaba... żaba..."
A czwarte jeszcze:
"Jak my... jak my... jak my..."
Oszaleć naprawdę można! Z pierwszej sposobności skorzystam, żeby stąd jak najdalej się wynieść! Jak najdalej! Może sobie nawet w mieście kamienicę kupię! Pieniędzy mi starczy, com dostał od Krasnoludków za moją śliczną muzykę. Szedł rozmyślając o tym, kiedy go nagle doleci jęk cichy, błagalny.
Spojrzy Półpanek, a tu spod plota wystaje nędzny, stary, drobny człowieczyna, z obnażoną głową, z wychudzoną twarzą i wyciągnął do niego ręce, o pomoc prosząc.
- Nie omijaj mnie, panie! - rzecze ów nędzarz stłumionym głosem. - Jestem tułaczem bezdomnym... Koszałek-Opałek się zwę... Możeś słyszał o mnie? Historykiem nadwornym króla Błystka byłem... Opuściło mnie wszystko a wszystko. I ta sława, dla której poświęciłem spokojność, i szczęście... Gdzie towarzysze moi? Gdzie kraina moja?
Mówił, a wielkie łzy spadały mu z wychudłej twarzy. Ale Półpanek nadął się bardziej jeszcze i już go chciał minąć, gdy wtem zobaczył sroczkę, która podrygując na płocie przypatrywała mu się to jednym, to drugim okiem. Natychmiast zmienił zamiar i do kieszeni sięgnął. Wiedział dobrze, iż tego jeszcze dnia cała okolica dowie się od sroki, jaki to Półpanek miłosierny i wspaniałomyślny. Nastawił kaptura Koszałek-Opałek czekając datku, a wtem sroka, spłoszona tym ruchem, uciekła. Raz jeszcze tedy zmienił swój zamiar Półpanek i poczuwszy w palcach nieco okruszyn trawy zeschłej w kieszeni, wziął je i nędzarzowi do kaptura rzucił.
- Bóg zapłać! - rzecze Koszałek-Opałek.
A wtem nagle zabłyszczą mu w ręku dobyte z kaptura prochy jak słońce. Spojrzy Półpanek, a nędzarz trzyma garść ważnego złota; chwyci się za kieszenie, gdzie trzos z dukatami chował, a tam garstka śmieci. Krzyknął Półpanek, jakby nigdy nie był stracił głosu, i podniósł na nędzarza laskę, ale drobny, stary człowieczek tak mu z oczu zniknął, jakby się zapadł w ziemię. W powietrzu tylko dał się słyszeć głos z oddalonej strugi:
Brat... brat... brat...
Nasz... nasz... nasz...
Żaba... żaba... żaba...
Jak my... jak my... jak my...

Był to ostatni chór żab tej jesieni.



Powrót Krasnoludków pod ziemię
 
 
 
Dodaj do swoich materiałów