"Puk, puk w okieneczko..."

Panna Wanda wpadła do pokoju jak krogulec do gołębnika wołając z daleka:
- List! Jest list od Adasia.
- Chwała Ci, Panie Boże! - zawołał profesor.
- Jakiś nieznany człowiek go przyniósł i oddał ludziom na polu.
- A na odpowiedź nie czeka?
- Nie! Powiedział, że burza się zbliża, więc mu spieszno... Niechże stryj aszek prędko czyta.
Matematyk machnął lekceważąco ręką na znak, że mało go zajmują listy młodych urwipołciów, pani Gąsowska natomiast okazała żywe zainteresowanie.
Profesor zaczął czytać głośno, najpierw bardzo szybko, potem coraz powolniej. Skończył i spojrzał na wszystkich zdumionym wzrokiem.
- Dziwny list - rzekł po namyśle. - Jakiś sztuczny i wymyślny.
- O mnie nie raczył pamiętać - zagrzmiał matematyk.
- Mniejsza o to! - rzekł profesor zniecierpliwiony. - Prawdę mówiąc mógł napisać więcej. To serdeczne chłopczysko, a list jest niemalże oschły.
Odczytał go szeptem po raz drugi i nagle zakrzyknął:
- Ejże! Co to wszystko ma znaczyć?
- Co takiego, stryjaszku? - spytała panna Wanda z niepokojem.
- Adaś 'wie przecież, że nasza wieś zowie się Bejgoła? Wie czy nie wie? Czemu ją tedy nazywa "Ejgołą"? Ha!
Nikt mu tego nie umiał wytłumaczyć, dlaczego Adaś dopuścił się takiego zaniedbania czy roztargnienia.
- Bawi się, więc mu wyleciało z głowy! - huknął brodaty.
- On nie jest taki! Ejgołą... Ejgołą... Ale w tym liście dziwniejsze jeszcze znajdują się rzeczy. Powiedzcie mi, kim jest ta "pani Maria", za którą mu tak tęskno?
- Może o mnie myślał? - zaszemrała dobra pani Gąsowska.
- Przecie tobie na imię Ewa?
- Mógł zapomnieć...
- On?! Nie, on by nie zapomniał. A mówił do mnie dziesiątki razy: "pani Ewa prosi na obiad..." "pani Ewa jest zmęczona..." Nie, nie! W tym coś tkwi, ale co? Jak myślisz? - zapytał zwracając się do matematyka.
- Pokaż mi ten list! - zagrzmiał brat. Przyjrzał się bacznie pismu i mówił:
- Nie to mnie dziwi, że pomieszał imiona... Mógł naprawdę zapomnieć. Wiatr hula po młodej głowie... Zastanawia mnie jednak szyk tych kilku zdań, porwany, krótki, istotnie jakiś sztuczny. I zastanawiają mnie te nierównej długości wiersze. Żaden prawie nie dociera do samego brzegu kartki i czym prędzej przenosi się na lewą stronę. Zazwyczaj piszący dociera ze swym słowem do brzegu, a skoro mu miejsca nie starczy, dzieli słowo i drugą jego część przenosi. Tak podobno czyniono za moich czasów. Ten młodzieniec jednak nie podzielił żadnego słowa. Zaraz!... Czuj duch! Dlaczego on tak uczynił?
- Musiał mieć w tym jakiś cel! - rzekł profesor z pośpiechem. - On zawsze ma jakiś cel!
Matematyk nie zwracając uwagi na okrzyk profesora zagłębił się w dociekaniu.
- Twierdzicie uparcie, że to mądra głowa. Przyjmijmy to jako pewnik. Przeto mądra głowa pisząc zamiast Bejgoła - Ejgo-ła pragnie, aby na to zwrócić uwagę. Tak czy nie?
- Możliwie! Możliwe! A skądżeż znowu ta Maria?
- Przypuszczam, że Maria zjawiła się z tego samego powodu. Albo też nie! "Maria" musiała mu być potrzebna! Potrzebna, mówię! Jeśli nie cała, to przynajmniej... Tak, tak! - zakrzyknął z triumfem powiewając listem. - Tak samo jak mu była potrzebna Ejgoła. E było mu potrzebne i M było mu potrzebne... Ależ to lis, to lis! Patrzcie i czytajcie pierwsze litery z góry ku dołowi.
Profesor czytał powoli i dobitnie:

STRZEŻCIE DOMU

- O Boże! - krzyknęła pani Gąsowska. - Co to znaczy?
- Jest to akrostych - objaśnił wielkim grzmotem matematyk. - Ułożył go pono nawet Wergiliusz w "Eneidzie", jeśli to nie zwykły przypadek. Nasz przyjaciel użył go celowo... Prosta sztuczka! Trudniejszą jest kwadrat magiczny, znany od wieków. Słynny jest wyraz "sator". Patrzcie!
Na odwrotnej stronie listu Adasia napisał ołówkiem:
s a t o r
a r e p o
t e n e t
o p e r a
r o t a s

- We wszystkich kierunkach czytane, z góry na dół, z dołu do góry, od lewej ku prawej i od prawej ku lewej stronie, zawsze się złoży: "sator - arepo - tenet - opera - rotas". Ciekawe, co? Taką samą sztukę matematycy arabscy czynili z liczbami. Napiszmy takie na przykład:
4 9 2
3 5 7
8 1 6

Dodawaj, w którą chcesz stronę, i na ukos, zawsze wypadnie suma: 15. To wyborne!
- A cóż ma jedno z drugim? - zawołał profesor.
- Nic! Ale chciałem was pouczyć przy sposobności. Sprawa pism tajemnych, anagramów, kryptogramów, akrostychów i kwadratów magicznych nie jest mi obca, dlatego tak łatwo wpadłem na ślad podobnej sztuczki w tym ciekawym liście. Warn nie przyszłoby to do głowy!...
Profesor machnął ręką.
- Mniejsza o to! Rzecz w tym, dlaczego Adaś list taki napisał?! Dlaczego tak tajemniczo? Kto mu mógł zabronić, aby napisał wyraźnie: "Stało się to i to, więc strzeżcie domu!"
- Widać z tego - rzekł matematyk - że uległ czyjeś przemocy. Ktoś mu kazał napisać list, który miał nas uspokoić i uśpić naszą czujność. Jednakże sprytny chłopiec czujność tę obudził przemyślnym nawołując nas akrostychem.
Periculum in mora! 15 Wandziu, idź obudź nocnego stróża, aby miał oko na dom. Krzywdy żadnej mu się nie wyrządzi, bo wyspał się w nocy. Ewo! Każ zamknąć wszystkie drzwi! Gdyby zauważono kogoś nieznajomego w pobliżu domu, uderz na alarm łyżką w patelnię. To będzie znak!
Niewiasty wybiegły goniąc własny lęk.
- Ty, Pawle... - zagrzmiał matematyk, urwał jednak spojrzawszy na mroczną twarz brata.
Pan profesor jak gdyby nie słyszał gromkiej komendy. Siedział skupiony i głęboko zadumany.
- "Strzeżcie domu!" - powtarzał niskim głosem. - "Strzeżcie domu!"... Oczywiście, będziemy go strzegli... Mądry chłopiec!... A wiesz, bracie - rzekł z niespodzianą dobitnością - co mi przychodzi na myśl? Mój znakomity uczeń posyłając nam to hasło wiedział o jakiejś zamierzonej napaści lub o jakichś nieprzyjaznych knowaniach. Przypadkiem jednak uderzył tymi słowami w nasze serca.
- Nie widzę związku pomiędzy sercem i akrostychem!
- Nie widzisz?... W tym właśnie cała tragedia, że ty nie widzisz! Bracie! - rzekł gorącym głosem. - Nie gadałem z tobą o tym przez całe lata... Nie chciałem zwady, lękałem się twojej popędliwości... Wiesz, że cię kocham serdecznie, choć tego nie pokazuję...
- I cóż mi chcesz teraz powiedzieć? - zapytał podejrzliwie matematyk.
- Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy, więc możemy zrzucić z serca to wszystko ciężkie, co je tłoczy. Ostrzegawcze słowa tego chłopca odbiły się w mojej duszy głośnym echem. "Strzeżcie domu!" Czy my strzeżemy tego domu, w którym od trzystu lat kwitło i umierało, umierało i kwitło nasze życie? Uczciwe, proste, szlachetne życie wielu pokoleń? I ty, i ja przestaliśmy strzec domu, w którym jak w spichrzu przechowywano przez wieki zdrowe ziarno. Ja wyleciałem jak gołąb z arki, a ty czynisz wszystko, ale nigdy to, coś czynić powinien. Nasz dom się wali, rozsypuje się w gruzy, zapada się w ziemię. Niszczeje z nim to, co było zgrzebne, lecz uczciwe. Marnieje malutka komórka tego wielkiego, pracowitego ula, co jest ojczyzną. Marnieje i zniknie wreszcie jeszcze jeden chlebny warsztat, co żywił wiele ludzi. Maluczko, a wygnają nas stąd...
- Nie może być! - zdumiał się matematyk.
- Może być, może! Nie tylko nas stąd wygnają, ale razem z nami i tę szlachetną dobroć, co mieszkała w tym domu, i pamięć spraw wielkich i wzniosłych, i tę dumę odwieczną, co się nie skalała nigdy czynem złym lub niskim. Ten dom był wylęgarnią ludzi nie doskonałych, bo takich nie ma na świecie, lecz czystych i uczciwych, których jest mało na świecie. A my jakże go strzeżemy? Tobie oddaliśmy go pod opiekę... Tobie... A ty zamiast pazurami wedrzeć się w tę odrobinę ziemi, zamiast na własnych barkach dźwigać ten dom jak Atlas* świat, obarczyłeś tą troską biedną, znękaną kobietę, a sam...
- Ja miałem wielkie plany... - mówił matematyk nad podziw spokojnie.
- Wiem, wiem... Lecz twoje plany były nie "wielkie", lecz "zbyt wielkie". Głowę miałeś w chmurach, ale nie czułeś gruntu pod nogami. Nie gniewaj się, miły bracie, że gorycz przemawia przeze mnie. Z miłości to mówię, nie ze złośliwości. Wiesz, co jest najgorszym wrogiem uczciwej polskiej natury? Dyletantyzm... Imanie się nie swoich rzeczy... Szlachetne partactwo... Godzien wielkiego szacunku jest szewc, który wybornie szyje buty, śmiechu natomiast wart jest taki szewc, co zaniedbawszy swojego rzemiosła pisuje liche wiersze i usiłuje wiązać rymy jak kozie ogony. Ty grzebiesz się w wielkiej matematyce uroiwszy sobie, że zdumiejesz świat. Bez głębokich przygotowań, bez olbrzymiej wiedzy, zdobytej w spoconym trudzie, bez wytrzymałości, która potrzebna jest nawet geniuszowi, pragniesz dokonać czegoś, czego najtęższe nie mogły dokonać głowy. Ile lat strawiłeś na tym?
- Piętnaście - odrzekł matematyk ponuro.
- I co?
Brat targnął brodę i z niezmiernym trudem wyznał:
- Nie doszedłem do niczego... Nie myśl - dodał gwałtownie - że i mnie nie przychodziło na myśl to wszystko, o czym mówisz w tej chwili. Łudziłem się jednak... Widzę, że łudziłem się tragicznie. Wstyd mi się było przyznać... A nie wiedziałem, że z naszym domem jest tak źle. Przysięgam ci, że nie wiedziałem!
- Z gwiazd nie widać Bejgoły... A tymczasem twoja żona więcej wylała łez, niż ty wypisałeś matematycznych znaków.
- Jak to? Ona płakała?
- Myślę, że codziennie od lat piętnastu.
- Biada mojej głowie! - krzyknął matematyk.
- Były to jednak drobne deszcze przed wielką ulewą łez, co padnie w owym dniu, w którym każą wam stąd odejść.
- Nigdy, nigdy! - wołał brat. - Połóż rękę na sercu i przysięgnij, że mówisz prawdę!
- Kładę rękę na sercu - rzekł uroczyście profesor. Matematyk runął na krzesło wedle przepisu Danta: "I upadł, jako ciało martwe pada". Dyszał ciężko i mocował się z duszą jak Jakub z Aniołem. Po długiej chwili zaczął mówić tocząc słowa jak głazy:
- Dzisiaj jeszcze spalę moje papiery... Na nic mi one, skoro są oblane łzami... Partactwo, powiadasz? Precz z partactwem!
- Tak, tak! - rzekł profesor gorąco. - Wielkie rzeczy zostaw innym, co się na tym znają. Nie troskaj się o cudze sprawy... Świat da sobie radę bez ciebie! O drogi bracie! Strzeż domu, jak ci radzi ów wyborny chłopiec, Piotruś. Czy nie gniewasz się na mnie?
Matematyk, przedziwnie rozrzewniony, otworzył szeroko ramiona i przycisnął brata najpierw do brody, a potem do serca. Wykrzyknął jakieś słowa niezrozumiałe i podniósłszy w górę obie ręce, jakby tym ruchem chciał powstrzymać nieba, walące mu się na głowę, "były matematyk" wybiegł z pokoju.
Profesor patrzył za nim długo, potem westchnąwszy z wielką ulgą, poszedł na poszukiwanie Wandzi, aby się z nią naradzić nad umocnieniem lichej bejgolskiej twierdzy.
Obejrzeli wszystkie drzwi i zamknęli na zasuwę drzwi od wejścia, chociaż dzień dopiero szarzeć poczynał i wieczór był jeszcze za lasem. Spuścili starego psa z łańcucha i namawiali gorąco, aby przynajmniej udawał jaką taką grozę, pies jednak spojrzawszy na nich jednym okiem - zasnął.
- Pierwej jego buda zaszczeka niż on! - rzekł zgorszony profesor. - Ale co to? Grzmi?
- Nie, to tatuś wydaje jakieś okrzyki...
Po niedługiej jednakże chwili zagrzmiało naprawdę i błyskawica rozorała pociemniałe niebo od wschodu do zachodu. Wielkie drzewa skłoniły się sobie w szumnym pokłonie, jak gdyby żegnały się przed śmiercią. Ptactwo poczęło krążyć w niespokojnym locie szukając kryjówek. Artyleria niebieska z hukiem zajeżdżała na pozycje na najwyższym wzgórzu, uczynionym przez chmury. Błyskawice latały jak sztafety. Wreszcie huk zwalisty, potworny, nagły i taki wielki jak cały świat dał znak do rozpoczęcia bitwy czarnych, skłębionych mocy.
- Koniec świata! - rzekł profesor.
- Co robi w tej chwili Adaś? - zapytała Wandzia bardzo cicho.
- Niech mu Bóg pomaga - westchnęła pani Gąsowska. Pan Bóg wysłuchawszy serdecznej tej prośby oświetlał tymi samymi błyskawicami więzienie Adasia.
Burza toczyła się leniwie, zanim zapadła w zachodnią czeluść nieba. A nikt o tym nie wiedział - bo profesor przypuszczał tylko - że burza, jeszcze sroższa, szaleje w duszy brodatego męża. Jak czarnoksiężnik, w którego komnacie harcuje horda szatanów, siedział on wśród kłębowiska chmur, co się wiły dokoła jego głowy. Otworzył piec i wetknął w zachłanne jego gardło zapisane karty papieru. W rozpaczliwym porywie pragnął ręką schwytać rozpaloną błyskawicę na niebie i tą pochodnią lucyferową podpalić w piecu. Ponieważ jednakże błyskawice wiły się jak śliskie, nieuchwytne węże, wiec uśmiechnąwszy się boleśnie użył do tego celu marnej zapałki. Przytknął ją do papieru i patrzył z kamiennym spokojem, jak płomień najpierw polizał papier, jak pies - czerwonym ozorem, a potem zaczął go pożerać bez pośpiechu, zgoła niechętnie. Ogień zjada z lubością jedynie listy miłosne. Stare gazety, rachunki i akta zjada z opryskliwym trzaskaniem, mocno dymiąc. Za oknami ulewa zalewała świat, ale na myśl jej nie przyszło, aby choć jedną kroplą zalać to całopalenie.
"To moje życie plonie! - pomyślał czarno ťbyły matematyka - Ha! Oczyszczam duszę w ogniu!"

Machnął ręką i poszedł spać.

Spał głęboko, chociaż już dzień się rozzłocił, jasny i czysty po wczorajszej burzy.

W tej chwili rozbrzęczał się rozpaczliwy głos patelni, gwałtownie bitej po wydętym brzuchu.

- Alarm! - zakrzyknął "były matematyk" zrywając się z łoża jak dzik z legowiska na odgłos strzału. - Alarm! Wróg się zbliża... Co się stało? - spytał gromko, gdy Wandzia wetknęła głowę przez drzwi.

- Jakiś obcy! - zameldowała.

- Zbójca?

- Nie! Chłopiec... Harcerz... Powiada, że od Adasia!

- Wpuścić! Wołać stryja! - rozkazał.

Staszek Burski zdumiał się niezmiernie, że go z takimi przyjmują honorami, choć zamiast biciem w bębny biciem w patelnię.

- Na Boga! Ja znam tę twarz! - zawołał profesor na jego widok. - Chłopcze! My musieliśmy się już spotkać kiedyś w życiu?

- Tak jest, panie profesorze - odparł Staszek wesoło. -W ostatnim roku siedziałem z Adasiem na jednej ławce.

- Zdumiewające! Góra z górą się nie zejdzie... Skąd przybywasz, jakie przynosisz wieści?

- Najdziwniejsze!

Cokolwiek onieśmielony, że słucha go tyle osób, począł opowiadać wspaniałą historię, pełną jęków w podziemnym lochu, burzy, piorunów, złych ludzi, wściekłej wody, co zatopiła łódź, a przede wszystkim pełną... Adasia. Gdy nabierał oddechu przed nowym rozdziałem piekielnej awantury, słuchacze wydawali okrzyki podziwu, zdumienia lub grozy. Profesor spozierał po słuchaczach wołając każdym spojrzeniem: "A co? Nie mówiłem?" Emerytowany matematyk pomrukiwał pomrukiem zadowolonego lwa. Damy wyrażały swój podziw zamykaniem oczów, jak gdyby nie mogły patrzeć w mroczną twarz grozy.

- Adaś zjawi się tu lada chwila - mówił Burski. - Takeśmy się umówili... Może nawet już jest w naszym obozie, aby za dnia nie wchodzić do domu, bo go mogą pilnować... Bo my, proszę pani, z polecenia Adasia założyliśmy obóz poza parkiem nie zapytawszy nawet o pozwolenie...

- Załóżcie go nawet w samym parku! - rzekła serdecznie pani Gąsowska.

- Bardzo dziękuję... Jeżeli jednak, proszę pani, zginie na folwarku jaka kura lub kaczka, niech to nie idzie na nasz rachunek, bo my nie jadamy mięsa.

- Ale jabłka jecie, co? - huknął pan Iwo.

- Z przyjemnością - uśmiechnął się Burski.

- Cały sad do was należy!

- Bardzo dziękujemy - rzekł chłopiec przymykając oczy z zachwytu. - Co mam powiedzieć Adasiowi, gdyby był w obozie?

- Że czuwamy i że czekamy go całym sercem! - zawołał szybko pan profesor.

Burski wymknął się z domu kuchennymi drzwiami i przelazłszy przez mizerny mur chiński, jakim jest płot, dał nurka w zarośla.

Profesor pozostał z Wandzią, aby raz jeszcze odbyć przegląd przygód Adasia. Nie wymawiał zwykłych słów, lecz je sadził jak wyniosłe cyprysy, każde bowiem było wykrzyknikiem, wykrzyknik zaś przypomina kształtem to strzeliste drzewo.

- Dzielny chłopiec! - tak wołał. - Mądra ryba!... I wszystko dla nas!... Dla obcych!... Mogli mu tam łeb ukręcić, a on nic! Nowe pokolenie! Odważne pokolenie!

Spojrzał na dziewczynę z nagłym zajęciem i zapytał, zdumiony:

- A ty czemu płaczesz jak głupia?

- A skąd ja mogę wiedzieć, dlaczego płaczę? - rzekła Wandzia oblewając słowa rzęsistymi łzami. - Stryjaszek nic nie rozumie!

Wybiegła z pokoju gubiąc łzy po drodze.

Stary profesor wzruszył ramionami dziwując się tej niezgłębionej tajemnicy: płacze, a sama nie wie dlaczego? I jeszcze się zżyma, że on nie rozumie tego, czego i ona nie rozumie.

- Salomon też by nic nie rozumiał - pocieszył się profesor. Oczekiwał Adasia przez cały dzień, lecz go się nie doczekał. Ani on, ani inni, niecierpliwie czekający. A panna Wanda przypominała marcowy dzień, co to popłacze odrobinę, osuszy łzy błyskiem słońca i znowu popłakuje.

- Ujrzymy go jutro o świcie! - pocieszył ich profesor. Gdy legł na łoże, westchnął siedem razy, bo nigdy nie wzdychał do pary, zgasił świecę i zanurzył się w sen jak w ciepłą wodę. Nagle mu się wydało, że ktoś leciutko stuka w szybę. Nie mógł przez dłuższą chwilę zrozumieć, czy to naprawdę ktoś puka, czy to tylko jego serce, oczekujące gwałtownych zdarzeń. Nie, to nie serce! Więc ostrożnie zwlókł się z łoża i ostrożnie zbliżył do okna. Ten ktoś za oknem, ujrzawszy blade widmo w nocnej koszuli, zaczął mu dawać znaki, a znaki były przyjazne.

- Adaś, jak mi Bóg miły! - szepnął profesor. Otworzył okno w wielkiej cichości i wyciągnął ręce.

- Panie profesorze! - szepnął Adaś. - Czy mogę wejść przez okno?

- Czemu przez okno?

- Mógłby się ktoś obudzić. I Staszek Burski jest ze mną...

- Właźcie prędko!

- Niech pan profesor nie zapala światła... My widzimy w nocy jak koty... Staszek, właź!

Po chwili zaczęły latać w ciemności gorące szepty:

- Panie profesorze! Znalazłem drzwi!

- Nie może być!

- I drzwi znalazłem, i napis. Wszystko wiem! Teraz trudno o tym opowiadać. Ja tylko na chwilę. Panie profesorze najdroższy! Niech pan teraz o nic nie pyta, bo nie mamy czasu. Czy w domu wszyscy śpią?

- Być może, że tylko Wandzia płacze... Przez cały dzień dzisiaj płakała...

- Och! - westchnął Adaś cichutko. Przez moment milczenie nasiąkło mrokiem, po czym Adaś zaczął mówić:

- Niech pan profesor będzie taki dobry i pójdzie zobaczyć, czy kto nie śpi? We wszystkich oknach ciemno, ale trzeba być ostrożnym.

- Nie rozumiem, o co idzie, ale pójdę. Dziwne rzeczy, dziwne rzeczy!

Jak białe widmo w długiej koszuli, tak długiej jak opowieści o duchach, zniknął za drzwiami.

Obaj chłopcy oczekiwali jego powrotu.

- Czemu panna Wanda przez cały dzień płakała? - spytał Staszek szeptem.

- Skąd ja mogę wiedzieć?

- Śliczna dziewczyna... - szeptał Burski rozmarzony.

- Staszek! Ja...

- Nie kończ! Rozumiem... Byłbym ostatnia małpa... Cicho! Pan profesor powraca...

Biały duch, tym się od zawodowego ducha różniący, że nie kłapał zębami i nie chrzęścił piszczelami, wsunął się do pokoju.

- Cały dom śpi! - oznajmił. - A co teraz?

- Teraz my pójdziemy na strych, a pan profesor niech stoi na czatach. Gdyby schody skrzypnęły i gdyby się kto obudził, niech go pan profesor uspokoi.

- Na strych? Teraz? Piotrusiu! Gdybym nie wiedział, że jesteś przy zdrowych zmysłach... Adaś zaśmiał się cichutko.

- Niech pan profesor będzie spokojny. Staszek!... Miej latarkę w pogotowiu... Tędy!

Profesor usiadł na łóżku i łowił uchem każdy szmer. "Czego oni szukają o północy na strychu? - rozmyślał zaniepokojony. - Straszny chłopiec! Jakaś wielka przygotowuje się awantura... Długo nie wracają... Nic nie słychać... Oho! Są..."

- Wszystko w porządku, panie profesorze - szeptał Adaś rozradowanym szeptem. - Bardzo przepraszam za obudzenie. Jutro się zjawię. Ach! Panie profesorze... Przyjdę ze Staszkiem rano w porze śniadania i wcale się nie będę ukrywał. Przeciwnie, o jedno proszę: niech pan profesor uczyni wielki zgiełk na moje powitanie. Taki zgiełk, żeby z daleka go słyszano. I niech pan profesor będzie zdumiony, że mnie widzi.

- Ja w ogóle będę zdumiony!

- O to idzie, aby nikt nawet nie przypuszczał, że ja tu byłem w nocy.

- Rozumiem! Mam być chytry!... Będę chytry. I będę się darł wniebogłosy. Zresztą gdybym ja tego zaniedbał, mój brat huknie tak, że słychać będzie na trzy mile. Co ty tu masz, chłopcze?

- Nic. Taki sobie drobiazg...

- Na strychu go znalazłeś?

- Tak. Przypomniałem sobie, że to widziałem, kiedyśmy zwiedzali strych. Pamięta pan profesor? Ale my już musimy iść - rzekł szybko, jakby unikając dalszych pytań.

- Znowu przez okno?

- "Z księżycem przez szpary!" - jak mówi Słowacki. Do widzenia, panie profesorze! Staszek, wyłaź pierwszy!

- Chłopcy, na Boga, dokąd wy idziecie?

- "Z dali w dal!" - jak mówi poeta - zaśmiał się cicho Adaś.

- Nie żartuj, Piotrusiu! Czy nic wam nie grozi? Daj mi słowo, że się nie narażasz na niebezpieczeństwo!

- Oho! Staszek-ptaszek już wyleciał! - szepnął Adaś nie odpowiedziawszy na bolesne pytanie. - Dobranoc, drogi panie profesorze! Niech pan cichutko zamknie okienko... I nikomu ani słowa...

- Piotrusiu!

"Piotrusia" jednakże już nie było. Dwa cienie, skulone i zgarbione, zaczerniły się na chwilę i wsiąkły w mrok jak dwie atramentowe plamy w bibułę.

- Boję się! - jęknął duch w długiej nocnej koszuli i wreszcie stał się podobny do zawodowego ducha, gdyż z zimna zaszczekał zębami.


Dodaj do swoich materiałów