+ Pokaż spis treści

Prometeusz


Prometeusz, mal. Jan Cossiers (fot. wikimedia)W Egipcie tam, acz bardzo do domu się rwałem,
Bogi mię zahaczyły za to, że nie dałem
Powinnych ofiar. Źle jest bogów ważyć lekko!
Tam śród morza ostrówek leży, niedaleko
Od ujścia rzeki, Faros ludzie go nazwali;
Od rzeki leży na dzień żeglugi, nie dalej,
Zwłaszcza gdy wiatr pomyślny żegludze tej sprzyja.
Jest tam przystań i żaden okręt jej nie mija,
By nabrać świeżej wody i dalej pruć fale.
W przystani tej dwadzieścia stałem dni, gdyż wcale
Wiatru dobregom nie miał, by puścić okręty
I przerzynać się nimi przez morskie odmęty.
Wnet by nam było jadła i serca nie stało,
Aż z bóstw jedno z tej cieśni nas wyratowało.
Była to Ejdotea, córka Proteusza,
Władcy mórz, którą widok nędzy mojej wzrusza.
Ona, gdym się raz odbił od mego narodu,
Co rozległ się po wyspie, trapiony od głodu,
Szukać jadła lub ryby na wędę tam łowić -
Ona zbliży się do mnie, by wdzięcznie pozdrowić,
I rzekła: "Jestżeś dziecko czy człek lekkomyślny,
Czy też leniuch już taki, aby na umyślny
Głód się skazać i nie móc rzucić wyspy nagiej,
Zanim twych ludzi reszta odbieży odwagi?"
Na to jam odpowiedział w tych słowach bogini:
"Jeśliś bóstwem, niech twoja mądrość mię nie wini,
Bo tu z chęci nie siedzę i pewnie bym śpieszył,
Gdybym był względem bogów coś tam nie nagrzeszył,
Przeto mów - nieśmiertelnym tajnego nic nić ma -
Który bóg na tej wyspie w uwięzi mię trzyma?
I w jaki sposób mógłbym odpłynąć do domu?"
Tom rzekł; ona pochwyci prędko: "Jeśli komu,
Li tobie, cudzoziemcze, prawdę całą powiem:
Tu włada morski staruch nad onym ostrowiem,
Prometeusz, bóg egipski, co morskich wód łona
Zna wszystkie, najwierniejszy sługa Posejdona.
Choć mym ojcem, rzecz skrytą o nim ci udzielę:
Dostań go w swoje ręce przez pewne fortele,
A on ci wskaże drogę, da środki niechybne,
Byś mógł doma powrócić przez te szlaki rybne.
Przy tym wielkie u Zewsa ma on zachowanie;
Gdybyś chciał go zapytać, wywróżyć ci w stanie,
Co złego lub dobrego zaszło w twoim gnieździe,
Podczas gdyś się tu do nas zapędził w swej jeździe."

To rzekłszy, odpowiedzi mojej pilnie słucha,
Więc mówię: "Wskaż, jak złapać morskiego starucha,
Aby się nie wyśliznął widząc mię z daleka.
Niełatwo da się bożek pochwycić przez człeka."
Tak mówiłem; boginka zaś odpowiedziała:
"Gościu mój, tobie prawda należy się cala:
Więc gdy słońce w południe szczyt nieba dogoni,
Niemylny bożek morski wypływa z wód toni,
Pod wiatru tchnieniem odzian w bałwan skędzierzony,
I spać idzie w pieczarze w skale wydrążono
Plemię zaś Halosydny, rój pletwistych foków,
Z wód wyszedłszy, zalega z obu jego boków
I morskimi wyziewy zasmradza powietrze.
Ja cię tam zaprowadzę, skoro świt się przetrze,
I umieszczę wraz z nimi. Teraz rzeczą twoją
Trzech z okrętu wziąść chłopów, co się nic nie boją,
Bo ten staruch fortele ma zadziwiające:
Naprzód idzie rachować foki w rząd leżące,
A gdy je tak obejrzał i zliczył piątkami,
Sam kładzie się jak pastuch pomiędzy owcami.
Jakoż gdy obaczycie, że usnął na dobre,
Powstać, w bary go schwycić żylaste i chrobre
I dzierżyć; on się będzie wymykał niepróżno,
Bo czarownik; przywdzieje na się postać różną,
Co na ziemi, co w wodzie lub co w ogniu żyje.
Śmiało tylko, a cisnąć, chociaż jak się wije!
Lecz gdy do was zagada w postaci tej samej,
Jak leżał snem zmorzony w głębi onej jamy,
Wtedy puszczaj starucha, bo już się ukorzy,
I pytaj: który z bogów na ciebie się sroży
I jak przez rybne szlaki wrócisz w swoje strony?"

To powiedziawszy, w bałwan wskoczyła spiętrzony,
Ja zaś na brzeg piaszczysty szedłem, gdziem miał łodzie,
I tysiąc dziwnych myśli duszę mi przebodzie.
Stanąwszy przy mych nawach, tam, u wód zwierciadła,
Nastąpiła wieczerza; wonna noc zapadła
I na szumiącym brzegu legli my pokotem.
A gdy poranna zorza zbudziła się potem,
Chodziłem wzdłuż wybrzeża nad morską roztoczą
I modliłem się bogom. Z moich - trzech ochoczo
Poszło za mną, a każdy zuch wielki i cięty.
Tymczasem Ejdotea, począwszy w odmęty
Morskie, wyniosła stamtąd cztery focze skóry
Świeżo zdjęte - zasadzkę obmyśliła z góry -
I, dla każdego dołek wygrzebawszy w piasku,
Siadła nas oczekując. Zszedłem ją o brzasku.
Ona w doły nas kładzie i skórą okrywa.
Czatujemy - lecz męka była to straszliwa!
Bo z fok tłustych okropnie dusił tran smrodliwy.
W sąsiedztwie tych potworów nie dotrwa nikt żywy!
Lecz boginka sposobik znalazła w potrzebie:
Dała wąchać ambrozję używaną w niebie;
Jej wonie brzydki wyziew zupełnie rozwiały
I w cierpliwym czekaniu przeszedł ranek cały.
Tymczasem stada foków wyłaziły z wody
I rzędem na wybrzeżu kładły się jak kłody.
W południe boski staruch z ciemnych wód łożyska
Wyszedł, policzył foki, obejrzał je z bliska.
Nas również za potwory liczył, a o zdradzie
Nic się nie domyślając, obok fok się kładzie.
Naraz rwiemy się z wrzaskiem, opasujem śmiele
Bożka ramiona. Lecz on ma swoje fortele:
Naprzód lew się zeń zrobił grzywiasty, a z tego
W rysia się zmienił, w dzika, w smoka skrzydlatego,
Już drzewem w obłok strzelił, już jak woda płynął.
Dzierżym go, bo ramieniem każdy go owinął,
Aż i zdał się nareszcie, choć miał takie czary,
I zapytał mię głosem zwyczajnym ten stary:

"Który ci to poradził z niebian, mój Atrydzie,
Żebyś mię wziął podstępem? Mów, o co ci idzie?"

To rzekł staruch - jam na to jemu odpowiedział:
"Kryjesz się niepotrzebnie, jakbyś sam nie wiedział,
Że tak długo na wyspie siedzę tu bezludnej,
Głowę tracąc, by z matni wydobyć się trudnej.
Przeto mów - nieśmiertelnym każda rzecz wiadoma -
Jak przez rybny gościniec mógłbym wrócić doma?"

Powiedziałem - i on też z odpowiedzią śpieszył:
"Nie wzeszli, żeś Zeusowi i bogom nagrzeszył,
Skąpiąc im hekatomby na samym odjeździe,
Byś rychło i szczęśliwie stanął w własnym gnieździe?
Poty bowiem nie ujrzysz - wyrok niecofniony -
Ni rodziny, ni domu, ni kochanej żony,
Póki w Egipt nie wrócisz i nad brzegiem rzeki
Nie zjednasz hekatombą u bogów opieki,
U bogów tych tam w niebie; błagaj je obiatą,
Oni podróż pomyślną morzem dadząć za to."

Staruch skończył, mnie serce aż krajał ból srogi,
Gdy mi kazał się wracać do Egiptu z drogi.
Tak daleko i morzem takim niebezpiecznym!
Jednak w mej odpowiedzi nie byłem mu sprzecznym:

"Dobrze, mój starcze, woli twojej się dogodzi,
Tylko mów czystą prawdę, bo o nią mi chodzi.
Mów, czy wszyscy Achiwi bez szwanku wrócili,
Ci, których my z Nestorem w Troi zostawili,
Czy też umarł z nich który czasu tej żeglugi,
Czy śród swoich, gdy wrócił z tej wojny tak długiej?"

To rzekłem, a w odpowiedź taktem słowa schwytał:
"Czemu mię o to pytasz? Lepiej byś nie pytał,
Żebym, co wiem, wygadał. Bo gdy ci odsłonię,
I łzami się zalejesz, i załamiesz dłonie.
Słuchaj! Wielu z nich żyje, wielu już ubyło.
I tak, dwóch, co knemidnym Grekom hetmaniło,
Śmierć znalazło w powrocie; ty staczałeś bitwy;
Jeden gdzieś tam odprawia znów morskie gonitwy.
Ajas z swymi okręty dno morskie zgruntował.
Zrazu wprawdzie Pozejdon rozbitka ratował
Z toni morskich w pobliżu Girejskiej Opoki
I na wrogu Pallady może by wyroki
Straszne się nie spełniły, gdyby w chełpie swojej
Nie był bogom nabluźnił, że się ich nie boi.
Lecz Pozejdon usłyszał bluźnierstwo pyszałka,
W srogą pięść schwycił trójząb i spadła ta pałka
Na skałę Giry, która pękła w dwa kawały:
Pół zostało, pół drugie odszczypanej skały
Runęło wraz z Ajasem, który bluźnil niebu -
Wzburzony go ocean schłonął bez pogrzebu.
Tak skończył Ajas, wodą zalawszy się słoną.
Twój brat przed tej bogini mstą nienasyconą
Uszedł wprawdzie na sudnach - broniła go Hera -
Lecz gdy już do przylądku Malei dociera,
Porwała go wichura i niosła z okręty,
Jęczącego, daleko, w wielkich mórz odmęty,
Ku wybrzeżom, gdzie Tyest żył czasy dawnemi,
Potem Egist, syn jego - w ostatni krańc ziemi.
Tu już myślał, że jego nieszczęścia się skończą,
Gdyż bóstwa odwróciły wicher, a on rączo
Gnał do dom. Oj, radośnież na ziemię ojczystą
Wyskoczył, ucałował, skropił łzą rzęsistą
I poił się widokiem znanej okolicy.
Aż wtem stróż go dopatrzył z wysokiej strażnicy,
Gdzie go Egist osadził, dwa talenty w złocie
Przyrzekł, gdy o Atrydy da mu znać powrocie.
I rok cały wartował, by niespodziewanie
Nie wpadł, bo byłby sprawił wielkie krwi rozlanie.
Jakoż pobiegł na zamek, dał znać Egistowi;
Ten fortelem Atrydę sprzątnąć postanowi:
Dwudziestu chłopów dobrał, ukrył w głębi dworu,
A gody sprawić kazał sute, dla pozoru;
Sam zaś Agamemnona i konno, i woźno
Jechał witać, zasadzkę uknuwszy nań groźną.
Więc gościa tak ufnego w dom zaprosił sobie
I z nim godując zarżnął jak wołu przy żłobie.
Nikt z ludzi Atrydowych nie wyszedł tam cało,
Nikt z Egistowych, wszystko się wymordowało."

Skończył, a we mnie serce pękało na ćwierci.
Siadłem, głośno szlochając i wzywając śmierci
Jak zbawienia; Heliosa nie znosiłem blasku.
A gdym się tak wypłakał, ból wytarzał w piasku,
Znowu do mnie przemówił ów staruch wróżebny:

"Pohamuj łzy, Atrydo, ten płacz niepotrzebny;
Doli swej nie naprawisz łzami. Raczej siły
Zbierz, byś prędzej powrócił do ojczyzny miłej;
Może zbójcę zastaniesz, a może już katem
Stał się dla niego Orest, pogrzebiesz go zatem."

Tak gdy mówił, męskiego w pierś wpędził mi ducha
I w serce bólem strute wstąpiła otucha,
Żem pytał, chcąc co więcej usłyszeć od niego:
"Już wiem, co dwóch spotkało, jakiż los trzeciego?
Czy go żywcem na morskim pustkowiu kto trzyma?
Nie taj mi smutnej prawdy. Mów: czy go już nić ma?"

To rzekłem, a z ust starca wyszła mowa taka:
"Trzeci to syn Laerta, gniazdem mu Itaka.
Widziałem go na jednej wyspie, płakał rzewnie
Tam, u nimfy Kalipsy; nie puszcza go pewnie
Ta pani, choć za domem w tęsknicy się skwarzy,
Bo na pustce tej nie ma łodzi ni wioślarzy,
Żeby się przez fal grzbiety mógł dostać do siebie.
Lecz, Menelaju, Zewsa kochanku, dla ciebie
Śmierci wyroku nie ma w Argos koniorodnym.
Bogowie cię siedliskiem kiedyś uczczą godnym:
Poszła na kraniec ziemi, w Elizejskie Pola,
Gdzie rudy Radamantys mieszka. Tam cię dola
Czeka błoga: bo życie lekko tam upływa,
Nigdy śniegu, zamieci, nawałnic nie bywa,
Ciągle miły tam Zefir dmucha od zachodu -
Ocean go poseła - w skwar użycza chłodu.
Tam pójdziesz, bo Helena jest małżonką twoją;
O ciebie, zięcia Zewsa, bogi bardzo stoją."

To rzekłszy, wraz się rzucił w szymiące głębiny,
A ja szedłem do łodzi zgarstką mej drużyny.